Naród rozmraża się w wakacje! - powtarzała Mimbla, bo ona i jej urodzeni z trzydniowym odstępem, całkiem niedawno urodziny Dwóch Kalorii, a przecież Małpolud też zapraszał na urodziny, z miesięcznym wprawdzie opóźnieniem, ale wpasowuje się w trend. W ogóle się na początku nie przyznał, że impreza jest urodzinowa i nie bardzo miałem czas kombinować prezent, dostał tylko pół prezentu, ale przynajmniej luksusowego - kilo cukru. Wyszło na to, że jestem pierwszym gościem, poznałem żonę, podejrzałem dokładniej jak oni fajnie ze sobą żyją, i jak fajnie urządzają świat wokół. Niepoważne rozmowy, w kuchni tablica z różnymi wycinkami - zrobili z Prezesa Wiedźmina, a jak grał w grę, to specjalnie starał się tak, żeby nie spać z żadną z dziewczyn, choć nie do końca wyszło, no ale i tak go nie skończył. Przydałby się stroboskop - Małpolud wyciąga z szuflady niby butelkę, ale jednak jest obita jak dyskotekowa kula, bo zdejmują ją kiedy przyjeżdżają rodzice, niech myślą że żyją poważniej. To nie jest tak, że po dwóch godzinach nie chciałem wychodzić, bo wciąż byłem jedynym gościem (reszta tego wieczoru wybitnie spóźnialska), tylko tak, że lubię z nimi siedzieć. A ja nie z każdym umiem siedzieć, na ogół nie umiem.
Na szczęście, kiedy już się zbierałem, zadzwonił domofon, już wcześniej sugerowałem dowcip, żeby jak kto wejdzie, sprawiali wrażenie, jakby nikogo jeszcze nie było (O tak! Ja będę płakać, rozmazana cała!), a że głupio byłoby tak poznawać kogokolwiek, mijając się w drzwiach, to poszedłem schodami. W drodze na tramwaj przybiłem piątkę kibicom, trzech, rozkrzyczani i rozpici - na szczęście krzyczeli komu kibicują, mniejsze to niebezpieczeństwo, wykpiłem się tą piątką i okrzykiem. Za chwilę telefon od Mimbli - Gdzie jesteś, czekamy z tortem! Godzina jedenasta, impreza trwa ze cztery godziny, trzydzieści osób w lokalu, a oni czekają z tortem na mnie? Jaki wstyd, że nie umiem się rozdwajać, byłbym w obu miejscach na raz. Impreza do rana, podłoga nie robi się jakoś bardziej miękka od pościeli, ale jednak wysypiam się na tyle dobrze, że w niedzielę idę jeszcze na rower i jest mi całkiem ciepło z tym wszystkim.
Ale znów przychodzi poniedziałek, tylko gorszy, no bo co z tego, że jest siódma dwadzieścia na zegarze, jeśli trzy dni wcześniej to była szósta? Zmiana czasu mnie kompletnie rozbraja, dołożył się do tego pierwszy tej wiosny megakorek, siedzę w pracy wypruty z sił i drażliwy na wszystko, w słuchawki wrzucam muzykę ostrzejszą niż na ogół (a przez ostatni miesiąc świetnie mi się pracowało przy The King of Limbs), do tego głośniej niż na ogół, żeby się tylko odciąć od otoczenia. Wstać, zjeść śniadanie, rowerować, to nie jest kwestia ciepła, bo rower łatwo rozgrzewa, jeśli mamy już powyżej zera. Świadomość nie rejestruje pierwszego budzika. Przy drugim budziku słychać, że ktoś się kręci po domu - kto wie, czy to nie zniechęca do wstawania bardziej niż wczesna godzina. Jak spać, żeby mózg tak nie mrowił z rana? A przecież 2008 nie jest tak odległy, to jak wczoraj. Ciągle nie ogarnąłem jeszcze, co się zmieniło - ubiegły rok zmarnowałem w autobusach. A rano spod Rawy przyjechał tata - czyli musiał wyjechać koło piątej. Nie ogarniam. Zapisuję ten akapit i zastanawiam się, jaki jest sens publikować tak marudny akapit, rezygnuję z dopisywania innych - idę spać. Tak, znów są budziki. Nie - nie wstaję z ostatnim. Jeszcze tylko chwilka. Budzę się za pół godziny, dom jest pusty, ja, wyspany i spóźniony, spokojnie składam kanapki, obieram marchewkę, jadę do pracy i czuję się tak dobrze, że mam to za zwycięstwo.
Akurat dzisiaj nie wypadało się spóźnić, bo dla podniesienia słupków Great Work Place szef wymyślił wyjście do kina. Z pompą, ankieta z filmami w intranecie, popcorn i cola, zarezerwowana cała sala. I poszliśmy - ankietę wygrał Jeż Jerzy.
Wszystko co wcześniej wiedziałem o Jeżu - wiedziałem z opowieści. Sam nie znałem komiksów, miały być podejścia, obiecanki cacanki. Film niby chwali Wojciech Orliński, ale dopiero po obejrzeniu zauważyłem to niby. No bo jest tak, że fajnie podłożono głosy, że jeż jest Jeżem Jerzym, tłucze się z Zenkiem, ma złego klona. Ale film jest kiepski. Chłopaki dostali najlepsze klocki, wszystkie zginacze i technicsy z silniczkami, ale zrobili z nich kupę. Tak, śmiałem się. Nie, nie jestem usatysfakcjonowany. Jeśli, jak pisze za Arystotelesem Orliński, film kieruje mnie w stronę Dobra, to chyba tylko dlatego, że chciałbym uwierzyć, że Jeży naprawdę jest fajnym gościem i pewnie kiedyś sięgnę po komiksy. Do tego nie rozumiem, dlaczego wśród latających nad Warszawą lalek z sex-sklepu nie było ani jednego Baranka Bożego? Może był jakiś?
No ale - tu też jest zwycięstwo. Jeż nie był pozycją w momencie oddania firmowej ankiety do wypełniania. Jeszcze było przed premierą, kino nie miało go na liście. Ale interweniowałem i raptem pół godziny później się pojawił. I wygrał. Więc poszliśmy na Jeża na koszt korpo, zaproszono różnych ważniaków, sztywniaków z HR, był azjatycki przełożony. Co tam, że film kiepski, jeśli szef musi teraz udawać, że od początku spodziewał się kurew, kopulacji, urywanych głów i pewnie nawet wielkiego czarnego rysunkowego członka?
Całkiem jest ładnie. Wiosna. Ciepło. Do kina szedłem w samej kurtce, bez bluzy. Sześć lat temu z początkiem wiosny wydawało mi się, że miłość tłucze mnie obuchem po głowie. Rok temu wydawało mi się, że to nie we mnie uderzył samolot. W tym roku wreszcie wydaje mi się, że jestem odpowiednio przygotowany: przez internet do mózgu sączy się Tryp.
środa, 30 marca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
To nie jest StarCraft
Kupę czasu spędziłem ostatnio w pracy, mam takie biuro, że siedzi się w nim całkiem dobrze niezależnie od czasu pracy, ale tej ostatniej też było sporo. W tamten ciepły weekend udało się odkurzyć rower, to nawet zanim był ciepły, bo już w piątek pojechałem na nim do Smoczego, który walczył ze smarowaniem laptopa i oczywiście zostały mu śrubki. Jak skończył to pokazywał mi filmy ze StarCraft2, połowę filmików pewnie, jarał się tym zupełnie tak, jak jarano się dziesięć lat temu, kiedy intra i outra od Square czy Namco oglądano z wypiekami i poświęcano im w recenzjach akapity. Teraz jakoś nikt nie zwraca na to uwagi, technologia tak poszła do przodu, że pewnie często nie ma sensu bawić się w renderowanie, bo gry ładne. No ale StarCraft to strategia, pewnie ładna, ale fabuły nie buduje się oddziałami komandosów chyba - stąd te filmy, o których ani słowa nie powiedział Młot czy Cytat kilka miesięcy temu w pracy, od razu tylko o rozgrywkach sieciowych, platynowych ligach i sztuczkach z wysyłaniem niby komunikatów błędów. Smoczy też już się jara perspektywą zabawy w sieci (muszę sobie przeciągnąć kabel, bo po WiFi nie ma sensu) ale jako pierwszy powiedział mi, że to ma jakąś fabułę. Trochę jak Starship Troopers, nie mogło go nie wciągnąć.
Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.
Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.
No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!
Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.
Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.
Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.
Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.
No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!
Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.
Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.
Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Ale to nie wszystko. "Świt Odysei" ma jeszcze drugie znaczenie. - W taki sposób tytułuje się gry komputerowe - mówi prof. Sztachelska. Faktycznie, można znaleźć i japońską grę o tytule "Lunatic Dawn Odyssey", "The Lost Odyssey" czy "The Sunstone Odyssey" - nawiązującą swoją nazwą również do słońca.Czy ktoś już wytłumaczył Pani Profesor, że to nie jest StarCraft?
- To sprytna nazwa: odsyła do faktów kultury, które zna każdy, a jednocześnie odsyła do gry komputerowej. Rodzi wyobrażenie, że operacja wojsk to gra, zabawa w wojnę, w której chodzi o atrakcyjną wyprawę, najeżoną przygodami, zakończoną prawdopodobnie zwycięstwem - wyjaśnia Sztachelska.
czwartek, 10 marca 2011
Gdzie się podział las, Królowo Marsa?
Niespodziewanie rześki poranek, przyjemne pięć stopni od kilku dni i historyjka-rebus na tablicy w pracy, gdzie mieliśmy już rozpracowywane o wiele trudniejsze hasła: na złe to i kura piardnie czy czas nie guma, budzik nie sanki. Teraz jest wiosenne i jest jednocześnie internetowym memem. Okazuje się być nadspodziewanie trudne, a wydawało mi się oczywiste. Prosta rzecz a uczy, czy może przypomina, o pokorze, o bogactwie świata, który każdy widzi inaczej i gdzie indziej, i nie ma się co dziwić, że nie słyszał jeszcze hasła Wiosno, napierdalaj!
Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.
Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.
A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.
Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.
Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.
No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.
Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.
Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.
Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.
A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.
Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.
Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.
No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.
Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.
poniedziałek, 7 marca 2011
Muumilaakson maaliskuu
Marudzenie moje przyniosło dziś bezbłędny odzew. Marudziłem na finiszu pracy, że ani mi się pracować nie chce, ani z pracy wychodzić, na co Wiedźma bez zastanowienia rzuciła - Idź kupić paluszki z makiem. I nie miała pojęcia, że przecież nie może być na moją niemoc lepszej odpowiedzi niż przypomnienie czegoś zapomnianego, bo odniosła wrażenie bycia gromioną wzrokiem, podczas gdy ja patrzyłem, porażony, jakby mi się jaka Pytia ukazała. Bo jakby się nie ukazała, to nie ma mowy, żeby mówiła z sensem. A tu proszę - już kiedyś na pewno wspominałem, że są w tej rodzinie czarowne historie, tak, miałaś, dziewczyno, podstawy obawiać się Tarota. No bo jak to tłumaczyć inaczej, skoro broniła się, że niby z Cyganem mówiliśmy o rowerach dzisiaj i stąd jakoś wzięły się paluszki? Co ma rower do paluszków? Okej, kupuję je czasem, właściwie jedynie przy Rynku Nowego Miasta, ale częściej chodzę tam z buta jednak.
Nie ma zresztą co marudzić - jestem kojarzony z rowerem i paluszkami z makiem, na pewno mogło być gorzej.
Do tego wrócił do mnie odtwarzacz, chyba przez miesiąc byłem na odwyku, zapomniałem go zabrać z domu - zacięcie na zorganizowanie ksywki - Mimbli, kiedy Dwie Kalorie zarządził poprzednio zabijanie bestii. Mimbla powiedziała, że zestaw daje radę, poza może Paktofoniką. Cóż, nie żebym ja sam jeszcze półtora roku temu widział czy słyszał cokolwiek w takiej muzyce, kiedyś na pewno się na nią krzywiłem, a teraz Motor co i rusz podsyła jakieś kawałki, które jednak mają trochę więcej treści niż, powiedzmy, samotne pierdolę to...
Tu przerwał, gdyż ponownie go rypło i miał z tego frajdę, że złożyło się w całość, wskoczyło na swe miejsce. Everything is from inside, tak pomyślał wieczorem w środę (o piosence, w której tego nie ma) i tak pomyślał w czwartek rano, co chyba pozwoliło mu iść do pracy na tę wcześniejszą godzinę, nie to żeby należało się tu od razu popularne hasło profit, ale na pewno to jakieś osiągnięcie. A w ogóle - przeprowadzanie biura wiązało się z porządkami i pakowaniem, i wtedy władował do torby antyczne już prawie papiery, które w pierwszej połowie ubiegłej dekady (dlaczego to słowo ma brzmieć dumnie?) wędrowały do szkoły, później ocenione do domu, później z niewiadomych przyczyn wylądowały u Smoczego i dopiero w ostatnich miesiącach zostały tam odkryte, ale znów, zamiast lecieć do jakiejś teczki czy pudła w domu, wylądowały w szufladzie roboczego biurka, gdzie czekały do przeprowadzki. Otóż te papiery miałem teraz na wyciągnięcie ręki, wypakowane miesiąc temu z torby, mam z nimi ten problem, że bardzo wstydzę się takiego siebie, jakim byłem wtedy, a jaki byłem, o tym jasno chyba świadczy zdanie z wypracowania z pierwszej liceum:
Intensywny weekend, właściwie cały tydzień, już poprzednio pisałem od Katastrofy, do domu wróciłem w piątek po pracy, ze strasznym bólem głowy, który przeszedł po darowanym naleśniku, chińskiej zupie i kąpieli, na szczęście, bo w perspektywie był większy - wieczór u Wielkiego Elektronika, który jest jedyną osobą z tamtego świata, którą chętnie spotykam. Fajne ma dzieciaki, nawet jeśli się mnie boją, trzy miesiące temu głównie się przewracały, teraz głównie uciekają. Leniwy wieczór, w tle film z wesela, przekonujący mnie o tym, że sam nie chcę czegoś takiego nigdy organizować, niepewne siebie towarzystwo, oczy chcą widzieć więcej, brak zaufania. Wreszcie upragniony sygnał - zostawiliśmy ich, otworzyłem bramę, wyjechali, zawróciłem jeszcze, podbiegłem do Elektronika, nie dla niego rzucone w przestrzeń cześć, trzeba się pożegnać jak należy. A u Smoczego historie - o Finlandii, prohibicji, nocach polarnych i samobójstwach, które statystycznie są tam pierwsze, ale drugie po nich są wylegujące się na drogach renifery. Co powtarzam w domu Mimbli, bo przecież ona to studiuje, a o poranku (w nocy olewanie bestii i obserwacja wielkich radości, naprawdę ładne to dla mnie było) słucha fińskiego radia. Podobno pierwszy raz tak o poranku, kiedy grają chyba stare rzeczy, bo kojarzą mi się z dwudziestoleciem, na co słyszę - A wiesz, że pierwszy fiński film był o pędzeniu bimbru? Ale się nie zachował.
Więc jeśli wydział ugrofinistyki UW kiedyś zrobi remake tego filmu, to wiedzcie, że pomysł był mój. Ciekawe, że Muminki Tove Jansson pisała po szwedzku, skoro fińskie Muumilaakson marraskuu brzmi sto razy ładniej niż oryginalne Sent i november. Marraskuu to listopad, ja potrzebowałem do wpisu marca - świat chciał, że brzmi praktycznie tak samo. Maaliskuu. Znów klik w głowie, bo inne miesiące nie brzmią aż tak podobnie, żeby nie było.
Wyszedłem z pracy kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie chodzi mi tu o nieudolne opisywanie majestatycznych okoliczności przyrody, bo na finiszu zimy najbardziej cieszymy się, kiedy słońce jest w zenicie i cieplutko wali w okna, i to raczej takiemu by się należało. Po prostu robiło się już szaro, na tyle szaro, że nie mogłem się za bardzo przyglądać twarzom mijanych dziewcząt - podobno ludzie bez wad wzroku bardziej dają wtedy radę? I szedłem Kruczą, zdawało mi się, że przy kolejnej przecznicy dziewczyna tuli się do faceta. Wgapiłem się w płotek, przeszedłem kilkadziesiąt metrów - krzyk. Bo to jednak dwóch facetów, jeden o głowę niższy, większy w bojowym nastroju, a obok trzeci. Odpychają się, walka nie jest pewna, w ogóle nic nie jest pewne, sytuacja do ominięcia z daleka, ale przecież - z lewa blok, z prawa płot, przeskoczyć to sprowokować, zawrócić chyba też. Przeszedłem pomiędzy nimi a tym trzecim - Walcz, kurwa!
Ale to nie do mnie. Każda studzienka na trasie z wyżłobieniem wokół - dwa razy bym skręcił kostkę. Syrenka na Rynku Starego Miasta jak pięść do nosa, zdaje się, że kiedyś była na Barbakanie i to było dobre miejsce. Paluszki Żerań mają teraz inne opakowanie, nie wiem, czy nie zmieniły się w smaku, bo nie było z makiem. Kupiłem dwa sznurki obwarzanków.
* Byłby to mocny kandydat na tytuł posta, gdybym nie ustalił go już wcześniej.
Nie ma zresztą co marudzić - jestem kojarzony z rowerem i paluszkami z makiem, na pewno mogło być gorzej.
Do tego wrócił do mnie odtwarzacz, chyba przez miesiąc byłem na odwyku, zapomniałem go zabrać z domu - zacięcie na zorganizowanie ksywki - Mimbli, kiedy Dwie Kalorie zarządził poprzednio zabijanie bestii. Mimbla powiedziała, że zestaw daje radę, poza może Paktofoniką. Cóż, nie żebym ja sam jeszcze półtora roku temu widział czy słyszał cokolwiek w takiej muzyce, kiedyś na pewno się na nią krzywiłem, a teraz Motor co i rusz podsyła jakieś kawałki, które jednak mają trochę więcej treści niż, powiedzmy, samotne pierdolę to...
Tu przerwał, gdyż ponownie go rypło i miał z tego frajdę, że złożyło się w całość, wskoczyło na swe miejsce. Everything is from inside, tak pomyślał wieczorem w środę (o piosence, w której tego nie ma) i tak pomyślał w czwartek rano, co chyba pozwoliło mu iść do pracy na tę wcześniejszą godzinę, nie to żeby należało się tu od razu popularne hasło profit, ale na pewno to jakieś osiągnięcie. A w ogóle - przeprowadzanie biura wiązało się z porządkami i pakowaniem, i wtedy władował do torby antyczne już prawie papiery, które w pierwszej połowie ubiegłej dekady (dlaczego to słowo ma brzmieć dumnie?) wędrowały do szkoły, później ocenione do domu, później z niewiadomych przyczyn wylądowały u Smoczego i dopiero w ostatnich miesiącach zostały tam odkryte, ale znów, zamiast lecieć do jakiejś teczki czy pudła w domu, wylądowały w szufladzie roboczego biurka, gdzie czekały do przeprowadzki. Otóż te papiery miałem teraz na wyciągnięcie ręki, wypakowane miesiąc temu z torby, mam z nimi ten problem, że bardzo wstydzę się takiego siebie, jakim byłem wtedy, a jaki byłem, o tym jasno chyba świadczy zdanie z wypracowania z pierwszej liceum:
Są tacy, którym treści w stylu "pier**** rząd, pier**** matkę, ojca, babkę" lub "wczoraj zabiłem dziewczynę a dzisiaj znowu piję"* odpowiadają, ja jednak zdecydowanie do nich nie należę.Byłoby to coś na kształt riserczu ziemkiewiczowskiego? W każdym razie, kontynuując przerwaną myśl, od dzisiaj wiem już, skąd się Motorowi wzięło sformułowanie Poczekalnia dusz, którym określa jedno zawodowe zagadnienie, a z fejsa wiem też, po kim powtarza czasem jakie to uczucie, gdy zawodzi człowiek. Tak mi się przynajmniej wydaje, że wiem, może to starsze jednak jest.
Intensywny weekend, właściwie cały tydzień, już poprzednio pisałem od Katastrofy, do domu wróciłem w piątek po pracy, ze strasznym bólem głowy, który przeszedł po darowanym naleśniku, chińskiej zupie i kąpieli, na szczęście, bo w perspektywie był większy - wieczór u Wielkiego Elektronika, który jest jedyną osobą z tamtego świata, którą chętnie spotykam. Fajne ma dzieciaki, nawet jeśli się mnie boją, trzy miesiące temu głównie się przewracały, teraz głównie uciekają. Leniwy wieczór, w tle film z wesela, przekonujący mnie o tym, że sam nie chcę czegoś takiego nigdy organizować, niepewne siebie towarzystwo, oczy chcą widzieć więcej, brak zaufania. Wreszcie upragniony sygnał - zostawiliśmy ich, otworzyłem bramę, wyjechali, zawróciłem jeszcze, podbiegłem do Elektronika, nie dla niego rzucone w przestrzeń cześć, trzeba się pożegnać jak należy. A u Smoczego historie - o Finlandii, prohibicji, nocach polarnych i samobójstwach, które statystycznie są tam pierwsze, ale drugie po nich są wylegujące się na drogach renifery. Co powtarzam w domu Mimbli, bo przecież ona to studiuje, a o poranku (w nocy olewanie bestii i obserwacja wielkich radości, naprawdę ładne to dla mnie było) słucha fińskiego radia. Podobno pierwszy raz tak o poranku, kiedy grają chyba stare rzeczy, bo kojarzą mi się z dwudziestoleciem, na co słyszę - A wiesz, że pierwszy fiński film był o pędzeniu bimbru? Ale się nie zachował.
Więc jeśli wydział ugrofinistyki UW kiedyś zrobi remake tego filmu, to wiedzcie, że pomysł był mój. Ciekawe, że Muminki Tove Jansson pisała po szwedzku, skoro fińskie Muumilaakson marraskuu brzmi sto razy ładniej niż oryginalne Sent i november. Marraskuu to listopad, ja potrzebowałem do wpisu marca - świat chciał, że brzmi praktycznie tak samo. Maaliskuu. Znów klik w głowie, bo inne miesiące nie brzmią aż tak podobnie, żeby nie było.
Wyszedłem z pracy kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie chodzi mi tu o nieudolne opisywanie majestatycznych okoliczności przyrody, bo na finiszu zimy najbardziej cieszymy się, kiedy słońce jest w zenicie i cieplutko wali w okna, i to raczej takiemu by się należało. Po prostu robiło się już szaro, na tyle szaro, że nie mogłem się za bardzo przyglądać twarzom mijanych dziewcząt - podobno ludzie bez wad wzroku bardziej dają wtedy radę? I szedłem Kruczą, zdawało mi się, że przy kolejnej przecznicy dziewczyna tuli się do faceta. Wgapiłem się w płotek, przeszedłem kilkadziesiąt metrów - krzyk. Bo to jednak dwóch facetów, jeden o głowę niższy, większy w bojowym nastroju, a obok trzeci. Odpychają się, walka nie jest pewna, w ogóle nic nie jest pewne, sytuacja do ominięcia z daleka, ale przecież - z lewa blok, z prawa płot, przeskoczyć to sprowokować, zawrócić chyba też. Przeszedłem pomiędzy nimi a tym trzecim - Walcz, kurwa!
Ale to nie do mnie. Każda studzienka na trasie z wyżłobieniem wokół - dwa razy bym skręcił kostkę. Syrenka na Rynku Starego Miasta jak pięść do nosa, zdaje się, że kiedyś była na Barbakanie i to było dobre miejsce. Paluszki Żerań mają teraz inne opakowanie, nie wiem, czy nie zmieniły się w smaku, bo nie było z makiem. Kupiłem dwa sznurki obwarzanków.
* Byłby to mocny kandydat na tytuł posta, gdybym nie ustalił go już wcześniej.
wtorek, 1 marca 2011
Szpile na mrozie
To, co zwie się w warszawskim argot "szpilą", jest tu w niezwyłym poważaniu: kto umie rozdzielać "szpile" na prawo i lewo, powodować właściwe napięcia i ciśnienia zawsze na pograniczu uszczypliwości i szyderstwa, lecz tak, by zawsze pozostawały punktem wyjścia do kontynuacji, do nie kończacej się szermierki "przyuważeń" bez popadania w otwartą kłótnię na serio - ten jest mistrzem. Może się go nawet niezbyt lubi za precyzję ciosów, lecz jego potrzeba jest nadrzędnego gatunku, bez niego ta tu towarzyskość nie funkcjonuje.
Dziennik 1954, Leopold Tyrmand
Pierwszy raz widzę to słowo - argot. Nigdy nie było mi po drodze z językami, w ogóle z mało czym poza książkami o smokach było mi po drodze, więc zdania Tyrmanda zdają się czasem rozdmuchane do granic możliwości, dziw, że wciąż przy tym ładne. Ale wracając do języków - czasem jestem jednak przymuszony do sprawdzenia, kiedy ktoś puentuje wypowiedź kursywą. Długi czas miałem pod monitorem powieszone a rebours.
Tam wyżej jest 31 stycznia tej straszliwej zimy, teraz już nawet jestem w lutym (wpisy zauważalnie krótsze z początku), nadrabiam, może do końca marca wyrównam. Od soboty siedzę u Katastrofy - w którejś z ostatnich rozmów przypomniano książki o smokach i on specjalnie dla mnie przyniósł cztery, z których pewny byłem, że czytałem tylko jedną. Przejrzałem drugą - aha, czyli ta przygoda jednak była rozpisana na dwa tomy. Wziąłem się za trzecią i dopiero po jakichś pięćdziesięciu stronach dotarło do mnie, że tą też już czytałem, tylko przygoda była tak kiepska, że nic w głowie nie zostawiła. A Wikipedia twierdzi, że autor (o nazwisku takim jak jedna kanadyjska wokalistka) ma już cykl zaplanowany do końca, jeszcze osiem książek. Zgroza. Wprawdzie dziesięć lat temu miałem wielką frajdę z pierwszych dziesięciu, ale dziś bez oporu zgodziłbym się, że trylogia to bezpieczne maksimum dla fantastycznych światów.
Czwarta ma już swoje lata, pisał ją gdzieś w okolicach tych pierwszych, czyli dam jej jeszcze szansę. Przy czym to też trylogia, znaczy to pierwsza część, i do tego trylogia białych kruków - Katastrofa licytował za setki złotych a wciąż brakuje mu środkowej.
Ciekawe, jak przebrnąłem wtedy przez te kilkadziesiąt książek ze Star Wars? Przecież wszystkim wystarczyłaby trylogia o Wielkim Admirale Mitth'raw'nuruodo. Tak, skopiowałem sobie to, nie dziwne, że mówili o nim Thrawn.
W każdym razie bardzo łatwo wchodzi mi teraz ten Tyrmand, może chodzi po prostu o to, że nie boli mnie głowa. Ale na swój sposób dopowiadam sobie pewne rzeczy i o dziwo sam siebie słucham. Bo w sobotę odwiedzili nas rodzice - ściągając przy tym z łóżek przed dziewiątą. No to posiedzieliśmy kilka ładnych godzin, całkiem ładnych, choć zdążyłem w tym czasie jakoś wściec siostrę, a wydawało mi się, że ogólnie pomagam. Cóż. Obiecali podrzucić mnie do metra, a że to sobota, to nawet nie przeszkadzało im jechać środkiem miasta - Armii Ludowej. Ja pracuję tam trzy lata, ale na Rozdroże zawsze chodzę na piechotę, więc niekoniecznie kojarzę dokładne rozmieszczenie przystanków - wydawało mi się, że jest jakiś pod Rondem Jazdy. Może dlatego, że jakiś czas temu z firmowego okna obserwowaliśmy dziwadło - przechadzającego się krawężnikiem samochodowego koryta typa i były tam rozważania, jak się tam dostał, pewnie z przystanku. A tu figa - przecież oba przystanki na górze! Nie wiemy jak się tam dostał, a ja nie miałem się gdzie wydostać, więc wysiadłem dopiero pod Niepodległości. I teraz zrozum, że gdybym wysiadł na odpowiednim przystanku, albo pół metra dalej nawet, to nie miałbym przed nosem tego:
Nie wypada się po takim objawieniu nie przyłożyć bardziej do lektury, niby o tych samych rzeczach co teraz są, jak zatłoczone autobusy, ale jednak w innej skali - bo myśmy, jadąc w poniedziałek na Rynek Starego Miasta, mieli do wyboru kilka połączeń, wyszło, że tramwaj będzie miał najlepszy stosunek zatłoczenia do czasu podróży, nawet Cytat mógł ze swoją chorą nogą usiąść. A później, za cztery godziny, nie miał problemu ze złapaniem taksówki. To było już po tym, jak Dwie Kalorie opowiedział kilka tuzinów anegdot, Protestanka obiecała przyłożenie się do roli wyroczni, a Młot zbudował tęczę z antymaterii. Schodząc do szatni nuciliśmy Marsz Imperialny, a posiwiały szatniarz zaczął nam dyrygować. Na zewnątrz już odczuwalny mróz, ale przecież nie minus dwadzieścia, chwila zabawy w berka - tu Protestanka nie miała szans, bo była w szpilkach.
A dziś, przeglądając niezadowolone ze smoków forum, trafiłem na ładne opowiadanie, to może zakolejkuję Śniadanie mistrzów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
