No dobra, ja tylko żartowałem, że już nie będę pisał bloga. Jeżeli kiedykolwiek chciałem czegokolwiek, co nie było słabo osiągalną kobietą, to właśnie pisać coś, blog się świetnie nadaje, bo nikt nie pilnuje, nie sprawdza i nie ocenia głośno, jest ochota, to jest i pisanie. Grudzień minął na smarkaniu i przesiadywaniu w pracy, bo trzeba omijać tłumy przecież, te w autobusach i na drogach. W związku z wolną Wigilią liczyłem na cudowne ozdrowienie, trzy dni wysypiania, to pewniak być powinien! Nosa z domu wtedy nie wyściubiłem i oczywiście w poniedziałek przyszedłem do pracy niewyspany i chyba jeszcze bardziej schorowany. Praca minęła, wróciłem do domu i okazało się, że nie mogę spać, tak w ogóle - skąd to? Przynajmniej o tej drugiej nocy zdecydowałem się na wzięcie laptopa i wystukałem jakieś tysiące znaków posta na forum, na które chciałem się zarejestrować, opisując olśnienie w związku z ośmioletnią grą (owszem, to znów Morrowind). Olśnienie się na razie marnuje, bo wciąż nie dostałem mejla z potwierdzeniem rejestracji, a do tego jak większość moich rzeczy, kiedy przybywa im dni, coraz bardziej traci wartość i sens w moich oczach.
No i znów poszedłem do pracy, słodko wreszcie przysypiając w autobusie, jak dobrze, że już nie jest tak mroźno, bo bym mógł przymarznąć do szyby. Przeżyłem dzień jeszcze boleśniejszy niż poprzedni i wróciłem spać. Wstałem kilkanaście godzin później - cudownie ozdrowiały.
A w każdym razie czuję się już o wiele lepiej.
Powiastki zaległe #2
Na początku grudnia, w pierwszą sobotę, poszedłem na imprezę. To zupełnie niespodziewany owoc poprzedniej firmowej integracji, kiedy zapoznawaliśmy koleżanki Dwóch Kalorii i nawet dodawaliśmy na fejsie, a później dostałem na tym fejsie zaproszenie na kicz party. Okej! Ubrałem taką starą marynarkę, nie mam pojęcia po kim to, zawsze chciałem ubrać, na tę okazję miała towarzystwo dresu z dwoma paskami. Na miejscu poznałem Szefa, który został Szefem, bo miał paski trzy. Trzeźwe właściwie towarzystwo przymusiłem do tańczenia Macareny, a kiedy było coraz to mniej trzeźwe, to nie trzeba było przymuszać, nawet były zupełnie uczciwe tańce. To był drugi raz w tym roku, kiedy tańczyłem, pierwszy, kiedy mi się podobało. Wcześniej okazało się, że mam styczność z dziewczyną z Mińska i gościem z Gorzowa - no to od razu poleciały nazwy Mistrzów - Maki i Chłopaki, Muzyka Końca Lata i Kawałek Kulki, a nawet usłyszałem tekst - Grałem z bratem szefa KK! A później typ dorwał gitarę i zagrał, i zaśpiewał - Hej dziewczyno, masz ładne kolana!
Zupełnie dla siebie niespodziewanie zakończyłem imprezę kolejnego dnia o czternastej, choć wcale mnie jeszcze nie wyganiano. Również wtedy nasiliła się nieszczęsna choroba, cóż.
Tym razem nie było żadnych opowiastek damsko męskich, może dlatego, że nikt nie gadał w mieszkaniu o rpg, albo dlatego, że balkon był bardzo niewielki i niezbyt przy minus dziesięciu zachęcający. Posłuchałem za to o rozterkach ludzi w podobnym wieku, którzy właśnie kończą studia, praktykując jednocześnie w firmach, pełni obaw, że nie dostaną stałej roboty po obronach. I wzdychają trochę nad tym, choć nie do przesady, ale wystarczająco, żebym mógł dla odmiany bardziej docenić swoje miejsce w życiu. Przecież sam, zbyt leniwy na sumienne studia (czyli pewnie po prostu zbyt leniwy, bo nawet dla papierka mi się nie chciało prześlizgiwać), pracuję od trzech lat w tym samym miejscu, mam stałą umowę, co ponoć jest dla niektórych marzeniem, coraz mniej marudzę, coraz więcej robię, a nawet naprawdę doceniam dużą swobodę. Przede wszystkim jednak wciąż doceniam fantastycznych ludzi.
Dobry wieczór
Pod koniec grudnia, w ostatnią środę, poszliśmy na imprezę. To znaczy wczoraj. To była kolejna impreza integracyjna, przysługują raz na kwartał. Rodziła się w wyjątkowych bólach, na szczęście mnie zespół przycisnął (żeby nie napisać, podłożył gotowe do wysłania dokumenty). Pal licho kiepską pomidorową i niezbyt okazały stek, skoro wszystkim wokół smakowały naleśniki. Choć tego samego dnia Cygan obwieścił odkrycie Ninjump i obawialiśmy się, że większość oleje imprezę i będzie chciała zostać ninja, udał się jeden z lepszych wieczorów tego roku. Z Protestanką mówiliśmy o Cejrowskim (którego nie znosi) i Kazimierzu Nowaku (ona jest źródłem książki, którą czytałem tych kilka miesięcy temu), Cygan też się dosiadł i wtedy mogłem słuchać, jak wymieniają poglądy o afrykańskiej muzyce, na jakich byli koncertach i inne takie - to ulubiona rzecz, widzieć i słuchać, kiedy ktoś się czymś fascynuje. Mogłem się kłopotać odpowiedzią na pytanie, w jakie ja bym chciał jechać miejsce - bo po prostu nie ma takiego miejsca, o którym kiedykolwiek marzyłem. Zamówiliśmy butelki wina dla nieobecnych, dostaną w nowym roku i przy wyjściu dziękowaliśmy właścicielowi za ciepłe przyjęcie. Szedłem do autobusu na Marymont, trochę wiało, trochę sypało, śnieg skrzył tak świeżo.
Tribute to listopad
Więc jeśli już otacza nas klimat podsumowań, albo noworocznych postanowień, to nawet jeśli nie popieramy instytucji noworocznego postanowienia, albo w ogóle nie jara nas sylwestrowy klimat i imprezy, i być może nie planujemy na ten wieczór nic specjalnego, już bardziej zastanawiamy się jak przetrzymać jutrzejszy koncert Kombi pod oknem - to przynajmniej bądźmy razem przy tak zwanych momentach. Najlepsza chwila tego roku to piętnaście minut w listopadzie, chyba pod koniec, od godziny piętnastej, kiedy czytałem na głos raczej niezbyt udane opowiadanie...
Eejże, nie to, że od razu moje!
...komentując trochę, śmiejąc się i wygłupiając ze słuchaczem. Jeżeli jest więcej takich rzeczy, o których przez ostatnie lata zapomniałem, a lubię je wręcz szalenie, jak takie głośne czytanie, to życzyłbym ich sobie w ramach przyszłorocznych momentów. Mogą to być również nowe rzeczy, a mogą to być i okazje do czytania. Bo przecież pisać to mam gdzie, no!
czwartek, 30 grudnia 2010
poniedziałek, 29 listopada 2010
Jak kruchy sopel lodu
Sprytny się sobie dzisiaj wydaję jak mało kiedy. Wczoraj bolała mnie głowa, to sprytnie położyłem się spać wcześnie, po czym obudziłem się bez bólu i znów pół nocy przeleżałem bezsennie, ale te kolejne kilka godzin snów (szkoda, że nie wiadomo jakich) naładowało mnie na cały dzień już. Jasne, zimno, ale przecież zjadłem w domu śniadanie, a to się zdarza kilka razy w roku, a do tego zrobiłem tonę kanapek, już od rana zakładając, że nie wracam na swoje przedmieście przed nocą. I piszę teraz z pracy, przypomina mi się taki prawie wierszyk, który bardzo podobał mi się rok temu, wymyśliłem go w autobusie, był to siedemnasty grudnia, uratowałem sobie tym podróż:
Przygotowuję się do przeczytania tej biografii Chopina, czyli też go słucham, już dawno temu Cytat dostarczył pliki. Staram się zapamiętać, że to co mi się podobało, to jest Etiuda C-dur. Odkrywam, co to w ogóle jest etiuda, kiedy dziwię się krótkim utworom na plejliście - okej, utwory wirtuozerskie, popisówa. Ładne, ta akurat jest trochę chyba lżejsza niż inne, pewnie dlatego zapada w pamięć.
Staram się też na bieżąco sprawdzać warszawskie serwisy informacyjne, co tam jest przejezdne, czy cokolwiek, czy może jednak próbować przezimować na Kabatach. Tak trafiam na Ciekawy przypadek Henryka - człowieka, który czyta. Jako najzwyklejszy w świecie korporacyjny żuczek zawsze jaram się historiami o ludziach żyjących poza systemem. Meteo zapowiada minus dwadzieścia w tym tygodniu, tam w squacie, w centrum miasta żyje kilka osób, to będzie zakończenie jak w Into the Wild, czy jednak delikatniej trochę, jak w widzianym dwa tygodnie temu w Lunie Nothing Personal? Oba mi się podobały, ale nie rozpiszę się o żadnym jak o Pielgrzymie, bo mi dzisiaj Młot zażartował, że fajna recenzja. Ten typ, co to widział setki filmów niekoniecznie z Hollywood, Lars von Trier i kina koreańskie, albo w ogóle alternatywy od alternatywy, zna się na rzeczy, a w każdym razie mówi o nich z pasją i wymienia się przez płot z Cyganem. Ja się nie znam, więc proszę mi tu plakietki recenzja nawet w żartach nie przyklejać. Lubię po prostu, kiedy ktoś mi ładnie opowiada jakąś historię (filmy poza światem), a nawet lubię, kiedy w filmie historia jest umowna, ale fajnie się tłuką.
Chyba sam siebie tu w jakiś kozi róg zaganiam, pewnie chodzi o to, że z jednej strony podoba mi się luz, a z drugiej boję się cokolwiek robić poważnie. Tak sobie myślę, w końcu jest zima, nie ma lepszego czasu na myślenie. Pewnie za tydzień i tak przejdzie, a na pewno do świąt!
W piątek byliśmy na koncercie, przekonałem do wspólnego wyjścia trzy osoby (czwarta dotarła niespodziewanie!) i to raczej nie ulotkami na fejsie. I tak od początku wiedziałem, że słaby ze mnie będzie ambasador marki, za mało bywam w towarzystwach. Ale przynajmniej miałem frajdę. W lokalu byliśmy jeszcze przed dziewiątą - przywitał nas zespół, który o osiemnastej grał próbę. Nawet pozwolili się dosiąść - tj. Zmywak pozwolił, a Maku się zmył za chwilę, więc może on jednak nie pozwolił. Mogłem z pierwszej ręki (Piotr Majszyk, basista) posłuchać o dolach i niedolach chłopców z gitarami, dla mnie takie opowieści to wciąż nowość. Mogłem podsunąć Kobiety do grania w knajpie, ale na szczęście didżejowanie musiało się skończyć, kiedy Maki wbiły na scenę. To znaczy Maki i Chłopaki, to znaczy Mistrzowie, niech się te rzeczy razem indeksują w googlu kiedyś.
Wcześniej Piotrek mówił, żeby ich o płytę lepiej nie pytać (Niepoprawni optymiści!), czyli koncerty wciąż jedynym źródłem piosenek. Jeden jest tutaj i jeśli jesteś jednym z dwóch czytelników, którzy jeszcze go nie mają, to koniecznie nadrabiaj zaległości. Najwyżej się, jak Scott, nie spodoba. Ale! Jeśli jesteś tym z dwójki, któremu również się Scott podobał, to możesz sobie darować - zdaje się, że już próbowaliśmy. Jaka ładna symetria. A dla mnie są Mistrzami. I wiem już, o co chodzi z muzyką z księżyca - dzięki! Dobrze było w tej przerwie od koncertów przybić piątkę, myślę, że widzimy się tam w piątek, będzie więcej piątek, a może usłyszę jakąś historię.
No i teraz tak - nie wyczerpałem jeszcze limitu słowa Mistrz na wpis, nie ma limitu na wpis, może jest jakiś limit roczny, ale przecież go nie nadużywałem do tej pory. Muzyka Końca Lata to też są Mistrzowie. Dalej google, indeksuj! No weź no! Miej duszę, bezduszny algorytmie! Po Makach nie miałem już głosu wrzeszczeć czy dopingować, przecież nie przy każdej ich piosence wrzeszczałem, bo przez ograniczoną dostępność nie każdą znam, ale jednak stał się cud i dałem radę krzesać z gardła charkot, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać wrzaskiem. Moi towarzysze dygali, czyli mogłem charczeć z czystym sumieniem, a nawet mogłem mieć ich wsparcie, kiedy po epizodzie z oświadczynami Zmywak obwieszczał piosenkę dla tych, co nie mają tak dobrze i nagle miałem ich dłonie na ramieniu, i patrzyli na mnie, bo oczywiście w XXI wieku ręka położona na ramieniu to jest trochę prześmiewczy gest, to już nie do końca wsparcie czy współczucie, ale tu akurat było tyle sympatii i frajdy, że - tak to sobie ujmę - Fenoloftaleina.
I publiczność też dopisała i dostała trzy piosenki na bis. Jedna piramidowa - zainspirowana pierwszymi czterema płytami King Crimson. Masz, a ja znam tylko tę pierwszą trochę. W tym momencie szyderca Maku krzyczy ze sceny - Bo wszyscy kochamy King Crimson - jakoś tak. Nie wiesz o co chodzi z szyderą, ja to tak rozumiem, że publiczność MKL to z jakiegoś powodu (ładne piosenki) głównie młode dziewczęta, a Robert Fripp z ekipami (bo to się zmieniało jak kojarzę) puścił cztery pierwsze płyty zanim się te dziewczęta urodziły i trzeba być na innym levelu bycia tru, żeby kojarzyć. Może przesadzam?
No bo tak, ja nie tak dawno też nie wiedziałem, że jest coś takiego, sprawdzenie zaproponował rok temu zapoznany na koncercie w CBA znajomy. Ale hej, świat jest wielki, uczymy się go po trochu. Dobre to.
spadł śnieg jużTo znaczy oczywiście, że zawstydziłem sam siebie, jak Turbodymoman albo Chuck Norris, albo ktokolwiek inny, nie widziałem ostatnio, żeby ktoś był na topie. Wydaje mi się, że żeby to był prawdziwy wierszyk, to nie to, że powinien mieć rymy, ale chociaż odwrotne schodki - trudno. Pasuje i dzisiaj, bo śnieg sypie od soboty, tak widocznie, bo przymiarki były nawet wcześniej, tylko nie sypał na tyle gęsto, żeby otulić świat. Szalenie mi przykro, że nudzę jak wszyscy inni, to jest o śniegu, choć w drugiej dobie zimy na fejsie pojawiają się wreszcie jakieś ironiczne komentarze - Czy ktoś jeszcze nie zauważył, że pada śnieg? Sam od czasu do czasu odpalam Śnieżne reggae.
niepierwszy tej jesieni
kierowcy utknęli w korkach
i autobusem też jedzie nienawiść
Przygotowuję się do przeczytania tej biografii Chopina, czyli też go słucham, już dawno temu Cytat dostarczył pliki. Staram się zapamiętać, że to co mi się podobało, to jest Etiuda C-dur. Odkrywam, co to w ogóle jest etiuda, kiedy dziwię się krótkim utworom na plejliście - okej, utwory wirtuozerskie, popisówa. Ładne, ta akurat jest trochę chyba lżejsza niż inne, pewnie dlatego zapada w pamięć.
Staram się też na bieżąco sprawdzać warszawskie serwisy informacyjne, co tam jest przejezdne, czy cokolwiek, czy może jednak próbować przezimować na Kabatach. Tak trafiam na Ciekawy przypadek Henryka - człowieka, który czyta. Jako najzwyklejszy w świecie korporacyjny żuczek zawsze jaram się historiami o ludziach żyjących poza systemem. Meteo zapowiada minus dwadzieścia w tym tygodniu, tam w squacie, w centrum miasta żyje kilka osób, to będzie zakończenie jak w Into the Wild, czy jednak delikatniej trochę, jak w widzianym dwa tygodnie temu w Lunie Nothing Personal? Oba mi się podobały, ale nie rozpiszę się o żadnym jak o Pielgrzymie, bo mi dzisiaj Młot zażartował, że fajna recenzja. Ten typ, co to widział setki filmów niekoniecznie z Hollywood, Lars von Trier i kina koreańskie, albo w ogóle alternatywy od alternatywy, zna się na rzeczy, a w każdym razie mówi o nich z pasją i wymienia się przez płot z Cyganem. Ja się nie znam, więc proszę mi tu plakietki recenzja nawet w żartach nie przyklejać. Lubię po prostu, kiedy ktoś mi ładnie opowiada jakąś historię (filmy poza światem), a nawet lubię, kiedy w filmie historia jest umowna, ale fajnie się tłuką.
Chyba sam siebie tu w jakiś kozi róg zaganiam, pewnie chodzi o to, że z jednej strony podoba mi się luz, a z drugiej boję się cokolwiek robić poważnie. Tak sobie myślę, w końcu jest zima, nie ma lepszego czasu na myślenie. Pewnie za tydzień i tak przejdzie, a na pewno do świąt!
W piątek byliśmy na koncercie, przekonałem do wspólnego wyjścia trzy osoby (czwarta dotarła niespodziewanie!) i to raczej nie ulotkami na fejsie. I tak od początku wiedziałem, że słaby ze mnie będzie ambasador marki, za mało bywam w towarzystwach. Ale przynajmniej miałem frajdę. W lokalu byliśmy jeszcze przed dziewiątą - przywitał nas zespół, który o osiemnastej grał próbę. Nawet pozwolili się dosiąść - tj. Zmywak pozwolił, a Maku się zmył za chwilę, więc może on jednak nie pozwolił. Mogłem z pierwszej ręki (Piotr Majszyk, basista) posłuchać o dolach i niedolach chłopców z gitarami, dla mnie takie opowieści to wciąż nowość. Mogłem podsunąć Kobiety do grania w knajpie, ale na szczęście didżejowanie musiało się skończyć, kiedy Maki wbiły na scenę. To znaczy Maki i Chłopaki, to znaczy Mistrzowie, niech się te rzeczy razem indeksują w googlu kiedyś.
Wcześniej Piotrek mówił, żeby ich o płytę lepiej nie pytać (Niepoprawni optymiści!), czyli koncerty wciąż jedynym źródłem piosenek. Jeden jest tutaj i jeśli jesteś jednym z dwóch czytelników, którzy jeszcze go nie mają, to koniecznie nadrabiaj zaległości. Najwyżej się, jak Scott, nie spodoba. Ale! Jeśli jesteś tym z dwójki, któremu również się Scott podobał, to możesz sobie darować - zdaje się, że już próbowaliśmy. Jaka ładna symetria. A dla mnie są Mistrzami. I wiem już, o co chodzi z muzyką z księżyca - dzięki! Dobrze było w tej przerwie od koncertów przybić piątkę, myślę, że widzimy się tam w piątek, będzie więcej piątek, a może usłyszę jakąś historię.
No i teraz tak - nie wyczerpałem jeszcze limitu słowa Mistrz na wpis, nie ma limitu na wpis, może jest jakiś limit roczny, ale przecież go nie nadużywałem do tej pory. Muzyka Końca Lata to też są Mistrzowie. Dalej google, indeksuj! No weź no! Miej duszę, bezduszny algorytmie! Po Makach nie miałem już głosu wrzeszczeć czy dopingować, przecież nie przy każdej ich piosence wrzeszczałem, bo przez ograniczoną dostępność nie każdą znam, ale jednak stał się cud i dałem radę krzesać z gardła charkot, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać wrzaskiem. Moi towarzysze dygali, czyli mogłem charczeć z czystym sumieniem, a nawet mogłem mieć ich wsparcie, kiedy po epizodzie z oświadczynami Zmywak obwieszczał piosenkę dla tych, co nie mają tak dobrze i nagle miałem ich dłonie na ramieniu, i patrzyli na mnie, bo oczywiście w XXI wieku ręka położona na ramieniu to jest trochę prześmiewczy gest, to już nie do końca wsparcie czy współczucie, ale tu akurat było tyle sympatii i frajdy, że - tak to sobie ujmę - Fenoloftaleina.
I publiczność też dopisała i dostała trzy piosenki na bis. Jedna piramidowa - zainspirowana pierwszymi czterema płytami King Crimson. Masz, a ja znam tylko tę pierwszą trochę. W tym momencie szyderca Maku krzyczy ze sceny - Bo wszyscy kochamy King Crimson - jakoś tak. Nie wiesz o co chodzi z szyderą, ja to tak rozumiem, że publiczność MKL to z jakiegoś powodu (ładne piosenki) głównie młode dziewczęta, a Robert Fripp z ekipami (bo to się zmieniało jak kojarzę) puścił cztery pierwsze płyty zanim się te dziewczęta urodziły i trzeba być na innym levelu bycia tru, żeby kojarzyć. Może przesadzam?
No bo tak, ja nie tak dawno też nie wiedziałem, że jest coś takiego, sprawdzenie zaproponował rok temu zapoznany na koncercie w CBA znajomy. Ale hej, świat jest wielki, uczymy się go po trochu. Dobre to.
poniedziałek, 22 listopada 2010
I'm in love with my sadness
Przez ostatni tydzień wyrobiłem normę za pół roku oglądania filmów. Jakoś nie mogę się przekonać do literek, do tego gdzieś w środku czuję potrzebę pogrania w coś, a to gwarantuje miesiąc bez społecznych interakcji. Na razie jeszcze się opieram, ale dzisiaj obejrzałem Scott Pilgrim vs. the World, gdzie z pokonanych złych ludzi wypadają monety, a walki wyglądają bardziej jak ze Street Fightera niż wyglądały w jego filmowej adaptacji z Van Dammem. Więc balansuję na granicy nieodparcia.
Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.
Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.
Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.
Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.
Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.
Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.
poniedziałek, 15 listopada 2010
Skalpele, dissiki, rowerki
Gdyby ktoś się nade mną zastanawiał, co się dzieje i takie tam, to wypadałoby wytłumaczyć się, albo rzucić przynajmniej jakieś ładne łgarstwo - żeby napisać jedno zdanie, należy przeczytać tysiąc stron, jakoś tak. Nie da się ukryć, że z czytelnictwem się opuściłem, w autobusie wciąż Wilk stepowy, a to nie jest długa książka. Czytałem ją już, ale przecież jestem w zupełnie innym miejscu w życiu teraz, więc odczytuję lekko inaczej, nie będę zostawiał. Toż to nie Ulisses, ale jakby kto pytał, skąd wzięła się w mojej głowie pierwsza o książce Joyce'a wzmianka, to właśnie z okładki Wilka. Oczywiście muszę kiedyś przez niego przebrnąć, będę mógł przestać nad nim biadolić, albo może będę jakoś sensowniej biadolił, bo przecież nie może być tak, że samego siebie tutaj zaczynam zanudzać.
Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.
Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.
Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.
Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.
W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.
Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.
Wtem!
Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!
Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.
Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.
Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.
Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.
Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.
W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.
Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.
Wtem!
Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!
Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.
wtorek, 9 listopada 2010
Niby idę na koncert, a jednak życie to wciąż surfing
Kiedy jechaliśmy na koncert, pogoda zachowywała się niezbyt wyraźnie, takie siąpienie, wsiadałem do samochodu przez kałużę. Niektórzy mi mówią, że jest paskudna, ja sobie mówię, że pogoda mnie nie rusza jednak, a nawet mam trochę frajdy z miejskich kolorów w ciemności - pomarańcze, pomarańcze! Brat zaparkował przy Pasteura, był czas, ale przyspieszyliśmy kroku, bo było też zimno. Może to skądś przywiało, może jakaś inna gęstość albo ruch powietrza, bo dzień wcześniej wracałem o tej porze z pracy i było spoko, a termometr niby też mówił ponad dziesięć. Przed och teatrem wielka dmuchana reklama, ni w pięć ni w dziesięć to, choć też pomarańczowa. W środku faktycznie teatr - przestrzeń i ludzie wyglądający nie do końca koncertowo, siedzący w kawiarence (herbata po 12 złotych, nie wiem jak latte), scena jak z filmowego wernisażu (prawdziwego nie widziałem). Kobiety grały poprzednio w Warszawie przeszło rok temu, chyba, że coś przegapiłem. Grały w nieodżałowanej Jadłodajni - ja się na tyle nie zdążyłem przyzwyczaić, żeby żałować, ale tak się mówi, to okej - i Nawrocki marudził wtedy w stylu to koncert za dychę, czego się spodziewacie? Myśmy na koncert nie marudzili wcale. Mnie się szalenie podobało, a ponieważ jestem najmniej osłuchaną osobą w towarzystwie, rozumiemy przez to, że było - hadzia! - epicko.
Albo zajebiście, albo ekstra, albo po prostu fajnie, dobierz sobie słowo.
Oczywiście geneza tej miłości jest bardzo prosta, jest to miłość własna, nie ma możliwości, żeby nie podobała mi się piosenka z tekstem jestem super sam, wystarczający.
Założę się, że wczorajsze koncerty były jakoś ustawiane specjalnie, zresztą sam wodzirej (nie chce mi się szukać, kto zacz, ktoś z Radia Roxy) w niby to rozmowie z Tymonem przyznawał to. Trawiliśmy go, rozumiejąc, że to leci do radia i pewnie dla radiowego słuchacza jest całkiem ciekawe, kiedy opowiada o występujących postaciach. Tymon za to wyglądał, jakby bardzo się powstrzymywał, żeby z niego tam publicznie nie pompować, kiedy go wołał po występie na scenę, bo mieliśmy porozmawiać.
Ciężka robota, wywoływać do rozmowy Tymona, który odpowiada - Słuchaj, po koncercie zostało mi 20 IQ, nie mogę odpowiadać na tak trudne pytania.
Tak naprawdę to ja wciąż nie jestem pewien, czy to na pewno Tymon, bo wszystkie wizerunki, które kojarzę, przedstawiają kudłatą postać, a ten tam był taki zupełnie bez kudłów. Do tego - jakem niedzielny słuchacz - pewien jestem tylko, że dłubał w Weselu i przedstawieniu, którego nie widziałem, a jak wyglądał wodzirej też nie pamiętam. Więc na pewno ostrzygł się specjalnie, żeby mnie skołować. Oczywiście wiedział, że nie byłoby to do końca fair, więc w ramach fajnego koncertu dołożył mi do zestawienia internetowych piosenek Wirtualną miłość, która ma wiele więcej sensu, niż oczerniane tu niedawno Bobry, a wypuszczono ją ładnych kilka lat wcześniej (2001). To wciąż jeszcze czas połączeń telefonicznych, liczenia minut i impulsów, a do tego ten słynny wirus I love you, same prawdziwe rzeczy. Ja dostałem niespodziewany list o tytule I love you gdzieś w 2008 i z miejsca chciałem skasować, ale na szczęście za chwilę zorientowałem się, że koleżanka ma fazę na T.Love.
Nawrocki był grzeczniejszy niż w Jadłodajni, wszystko zagrali bardzo grzecznie, nawet kiedy w połowie Przygody na Helu wstawili kilka fajnych minut fazowania, a Karol wyciągał nie wiadomo skąd różne takie grzechotki. Nawet zadziorny przecież Bi Automat był grzeczny i w ogóle dla mnie było za krótko, nawet jeśli bardziej podobało mi się szarpanie sprzed roku. Nie było skąd wziąć setlisty, może brat uzupełni, jeśli coś przegapiłem: Pink Piguła, Doskonale Tracę Czas, Pif Paf/Bingo Bang, Dżuma, Marcello, Kaszubski Szaman, Przygoda na Helu, Bi Automat, We Are The Mutants. Mało, ale mają wrócić na wiosnę. Oby bez radia, jakie nie na miejscu stwierdzenie, jeśli takich właśnie zespołów miałbym w radiu ochotę słuchać.
Homosapiens za to nie byli wcale transmitowani i pewnie dzięki temu najbardziej oswoili teatralną scenę, bardziej nawet niż wcześniej Tymon, a Tymon się pokładał z mikrofonem i krzyczał do niego złoooo! Grzegorz (Ha! umiem na majspejsie sprawdzić wokalistę) podskakiwał jak Fred Durst w teledyskach. Jakby co, sorry Grzesiek, to nie ma być żaden pojazd, ja po prostu jestem z takiego pokolenia, że Twoje teledyski przegapiłem. Z tego co w necie na pewno grali The wheel i Ricardo i szczególnie ten pierwszy jest bardzo sympatyczny, kiedy jest w tym plumkaniu więcej dźwięku. Skutecznie przekładał przy tym mikrofon przy piruetach i nawet zrobił jednego fikołka. Fachowo zwie się to przewrót w tył, a że zrobił to nic przy tym nie przewracając, to nawet Tymon musiałby pokiwać głową z uznaniem. Kiwał, kiedy na scenę wyszły chłopaczki z The Power Outlet i robił to nie tylko dlatego, że gra tam jego syn, ale również, bo wcale ładnie grali te klasyki.
Albo zajebiście, albo ekstra, albo po prostu fajnie, dobierz sobie słowo.
Oczywiście geneza tej miłości jest bardzo prosta, jest to miłość własna, nie ma możliwości, żeby nie podobała mi się piosenka z tekstem jestem super sam, wystarczający.
Założę się, że wczorajsze koncerty były jakoś ustawiane specjalnie, zresztą sam wodzirej (nie chce mi się szukać, kto zacz, ktoś z Radia Roxy) w niby to rozmowie z Tymonem przyznawał to. Trawiliśmy go, rozumiejąc, że to leci do radia i pewnie dla radiowego słuchacza jest całkiem ciekawe, kiedy opowiada o występujących postaciach. Tymon za to wyglądał, jakby bardzo się powstrzymywał, żeby z niego tam publicznie nie pompować, kiedy go wołał po występie na scenę, bo mieliśmy porozmawiać.
Ciężka robota, wywoływać do rozmowy Tymona, który odpowiada - Słuchaj, po koncercie zostało mi 20 IQ, nie mogę odpowiadać na tak trudne pytania.
Tak naprawdę to ja wciąż nie jestem pewien, czy to na pewno Tymon, bo wszystkie wizerunki, które kojarzę, przedstawiają kudłatą postać, a ten tam był taki zupełnie bez kudłów. Do tego - jakem niedzielny słuchacz - pewien jestem tylko, że dłubał w Weselu i przedstawieniu, którego nie widziałem, a jak wyglądał wodzirej też nie pamiętam. Więc na pewno ostrzygł się specjalnie, żeby mnie skołować. Oczywiście wiedział, że nie byłoby to do końca fair, więc w ramach fajnego koncertu dołożył mi do zestawienia internetowych piosenek Wirtualną miłość, która ma wiele więcej sensu, niż oczerniane tu niedawno Bobry, a wypuszczono ją ładnych kilka lat wcześniej (2001). To wciąż jeszcze czas połączeń telefonicznych, liczenia minut i impulsów, a do tego ten słynny wirus I love you, same prawdziwe rzeczy. Ja dostałem niespodziewany list o tytule I love you gdzieś w 2008 i z miejsca chciałem skasować, ale na szczęście za chwilę zorientowałem się, że koleżanka ma fazę na T.Love.
Nawrocki był grzeczniejszy niż w Jadłodajni, wszystko zagrali bardzo grzecznie, nawet kiedy w połowie Przygody na Helu wstawili kilka fajnych minut fazowania, a Karol wyciągał nie wiadomo skąd różne takie grzechotki. Nawet zadziorny przecież Bi Automat był grzeczny i w ogóle dla mnie było za krótko, nawet jeśli bardziej podobało mi się szarpanie sprzed roku. Nie było skąd wziąć setlisty, może brat uzupełni, jeśli coś przegapiłem: Pink Piguła, Doskonale Tracę Czas, Pif Paf/Bingo Bang, Dżuma, Marcello, Kaszubski Szaman, Przygoda na Helu, Bi Automat, We Are The Mutants. Mało, ale mają wrócić na wiosnę. Oby bez radia, jakie nie na miejscu stwierdzenie, jeśli takich właśnie zespołów miałbym w radiu ochotę słuchać.
Homosapiens za to nie byli wcale transmitowani i pewnie dzięki temu najbardziej oswoili teatralną scenę, bardziej nawet niż wcześniej Tymon, a Tymon się pokładał z mikrofonem i krzyczał do niego złoooo! Grzegorz (Ha! umiem na majspejsie sprawdzić wokalistę) podskakiwał jak Fred Durst w teledyskach. Jakby co, sorry Grzesiek, to nie ma być żaden pojazd, ja po prostu jestem z takiego pokolenia, że Twoje teledyski przegapiłem. Z tego co w necie na pewno grali The wheel i Ricardo i szczególnie ten pierwszy jest bardzo sympatyczny, kiedy jest w tym plumkaniu więcej dźwięku. Skutecznie przekładał przy tym mikrofon przy piruetach i nawet zrobił jednego fikołka. Fachowo zwie się to przewrót w tył, a że zrobił to nic przy tym nie przewracając, to nawet Tymon musiałby pokiwać głową z uznaniem. Kiwał, kiedy na scenę wyszły chłopaczki z The Power Outlet i robił to nie tylko dlatego, że gra tam jego syn, ale również, bo wcale ładnie grali te klasyki.
niedziela, 7 listopada 2010
Życie w szponach wyobraźni
Pokój, siedzę na kanapie z kimś, wchodzi koleżanka z czasów szkolnych. Opowiada, że odłożyła już sto tysięcy złotych na mieszkanie, przez trzy lata od kiedy się widzieliśmy. A ty ile odłożyłeś, pyta mnie. Migam się od odpowiedzi, komentuję, że pewnie więcej zarabiała, będąc w Ameryce, to musiałaś odkładać ze trzy kafle miesięcznie? W trakcie rozmowy siada na mnie, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi - erotyzm nie jest wliczony w tę przyjaźń. Inni wychodzą, a ja nagle wiem, że ona jest potwornie smutna i staram się na pociesznie przytulić. Jednak ona wyślizguje się wszelkim próbom, nie, nie opiera się, po prostu jest tak wiotka i jakby w jakimś śliskim dresie. Kiedy się ześlizguje, muszę ją podnieść z podłogi i spróbować jeszcze raz, w poszukiwaniu odpowiedniego układu ciał.Sen to czwartkowy, zanotowany na zebraniu, a później jakoś nie było czasu, żeby się tu podzielić. Dzisiaj miałem już kolejny, zupełnie inny, ale po drodze przecież się coś działo. Na przykład w ramach jednego fajnego projektu, który staram się zrealizować w pracy, wyważałem otwarte drzwi - no jestem amator, a nie programista, nie mam czasu zapoznawać się z pełną specyfikacją języka, więc wcale nie spodziewałem się, że funkcja do kopiowania plików nie to, że nie istnieje, tylko odmiennie od pozostałych funkcji powiązanych z plikami, nie zaczyna się na "f". Hej, dlaczego miałaby zaczynać się na "f", jeśli może nazywać się po prostu "copy"? Strasznie mi się to podobało, kiedy wpadłem na nią w chwilę po tym, jak ręcznie zrobiłem przepisywanie tych plików.
Później była firmowa impreza kręglowa, na której dla odmiany niewiele było żenady, bo większość koncentrowała się na meczu, a nie grze. Ja najpierw musiałem zapytać, czy nasi są biali, czy niebiescy, a później dowiedzieć się, w którą stronę którzy grają. Na szczęście na tyle jestem rozgarnięty, że kiedy słyszałem zachwycony ryk, to wiedziałem, że padła bramka, sam ryczałem i oglądałem powtórkę.
Ktoś rzucił hasło uczczenia zwycięstwa odpowiednio zwącym się browarem, ktoś inny, że jak poprzednio (nie wiem, kiedy to), na powietrzu, wprawdzie trochę padało, ale znalazło się niezłe miejsce pod przejściem nad jezdnią. Stoi pięciu chłopa, korporacyjny element, i z rozrzewnieniem wspomina, jak w liceum ukrywali browary po kieszeniach i plecakach, a później zeszyty do wyrzucenia, ale taka cena unikania przyłapania. Marudzą, tęsknią, jakie to życie mieli wtedy proste, a ja słucham i uśmiecham się, bo ja to jakimś sposobem wszystko ominąłem i nawet nie jestem pewien, czy tęsknić. Zawsze są jakieś problemy, tamte już przeżyte, więc pewnie dlatego tęsknią. W drodze powrotnej z Głazem dyżurny temat, kto gdzie mieszkanie i po ile, czy to już czas na kredyt, czy w ogóle zdolność kredytowa, czy trzeba czekać na kogoś, straszne. Wcześniej w kuchni dosiadł się do nas szef - O czym gadacie?
- Zbieramy na mieszkanie dla Głaza, cegiełka czterdzieści tysięcy!
Wczoraj po pracy plan na wytchnienie, nie dodzwoniłem się do Czarnej Mewy, jeszcze we wrześniu obiecywaliśmy jakieś wyjście. Odebrał za to niezawodny Katastrofa, tu bez wyjścia, z odwiedzinami. Na Kabatach również jego Smorka, nie spodziewałem się jej, mówił przecież, że się uczy, no ale skoro jest, to przecież, że uśmiechajmy się. Polecali jakąś książkę o wyłażących z głębin płaszczkach, ja sobie przypomniałem, że wikipedia ma artykuł o wielkich kałamarnicach sprzężony z artykułem o kaszalotach, bo gdyby ich nie zjadały, to pewnie byśmy nie wiedzieli, że takie są, a oni doszli, że z ryb czy stworzeń głębinowych faktycznie tam niewiele informacji - pewnie nie pisałem, że oboje dzielą zamiłowanie do biologii, więc mogą z takim oceanicznym tematem płynąć. Na szczęście nie na tyle daleko, żeby nie poczęstować obiadem, nie dość, że wyszedłem pełniejszy, to jeszcze z książką Iwaszkiewicza o Chopinie (płaszczki mnie jednak nie skusiły). Będzie jak znalazł, kiedy już przebiję się znów przez Hallera. Pożyczył mi to K2, on z kolei zajmuje się muzyką, widziałem kiedyś różne biografie u niego, więc w związku z Harrym szukałem Mozarta, ale na Fryderyka też jest okoliczność w tym roku.
I żadna z tych rzeczy nie tłumaczy dzisiejszego snu.
Wyglądam trochę jak Batman. Skrywam się w kurhanach, po kryjomu wyłapuję i pokonuję wrogów, którzy wdzierają się do ciągnących się pod nimi jaskiń. Wokół ciemność, noc, te kurhany się czasem zapadają, rządzę. Później szturm na siedzibę wroga, tym razem już w jakiejś armii, wielu nas. Przebijamy się przez korytarze, to dzieje się w kosmosie, musimy dotrzeć do centrum stacji, gdzie czeka na nas główny wróg, główny boss.
Wiadomo, że to ja go muszę rozwalić, wskakuję tam, ostrzeliwując się, pomieszczenie jest duże, okrągłe, walczymy. I kiedy ja mam wygrać, to on wdusza tajny przycisk, a podłoga w środku pomieszczenia otwiera się na kosmos i spadam w przestrzeń.
Prostuję się tylko, żeby lecieć szybciej, bo skądś wiem, na czym polega ta pułapka, oni specjalnie nas wpuścili do samego serca, żeby tym łatwiej nas zniszczyć. Spadam w przestrzeń a za mną spada bomba, jakie to słowo jest nieadekwatne do skali zjawiska - to jest pocisk atomowy, który zniszczy wszystko z czym przybyliśmy.
Myślę tylko, żeby zamknąć oczy, to może nie stracę wzroku, czuję wybuch i dwa smagnięcia po nich - nawet jeśli będę widział, to na zawsze zostaną mi pionowe znamiona na białkach.
środa, 3 listopada 2010
Everything is kept inside
Jak pięknie zaczął się listopad, wolny poniedziałek, no jasne, to nasze prawo gwarantuje taką wolność, ale piętnastu stopni ciepła niestety nie, więc tym bardziej należy docenić. Pojawiły mi się w głowie złote litery, najpierw czytałem o takich literach, kiedy w kryzysowych sytuacjach Pug rzucał potężne zaklęcia, później opowiadał o nich Harry Haller - niebiańskie interwencje. Mnie napisało się nie siedź na fejsie, idź na rower i tak też uczyniłem, a nawet uczyniłem zdjęcia w trakcie. I było to dobre.
Staram się nie oglądać prognoz, zaklinam sobie, żeby się tak do weekendu utrzymało, już bliżej niż dalej, to może rowerem odwiedzę Cytata. W tygodniu oczywiście praca, a że zmienił się czas, to do życia zostaje wyłącznie ciemnica. Mówią, że niedobór światła powoduje jakieś stany depresyjne (z szacunku dla tego ich paktu nie czytam nic, co publikuje się o chilijskich górnikach już po wyciągnięciu, może na wyrost, może jednak się nie wygadują), to wprawiam się, zamiast BSS słuchając Joy Division. Zanosiło się na to już tydzień lub dwa wstecz, kiedy grali na zmianę i nawet brat stwierdził, że to ma sens, kiedy jest takie zimne - zgadza się, przecież mówią o tym cold wave. A point of view creates more waves.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wiesz o nich o wiele więcej, niż ja będę kiedykolwiek wiedział. Myślę, czy nie kupić tej książki, kiedy przed rokiem słuchałem trochę Dżemu, to pożyczyłem od kolegi książkę o Riedlu i ona wyjaśniła sporo rzeczy. Nawet mogę czasem - no dobra, zawsze, kiedy tylko mam okazję - mrocznie błyszczeć, kiedy ktoś lubi Małą aleję róż, bo z tekstu wcale nie wynika, że jest o ucieczce w narkotyki. Chętnie poczytam, co też ludzie piszą o Brytyjczykach, na pewno mają powszechny szacun, bo to jedna z nazw, które po prostu obijają się o uszy, choćbyś miał muzykę w poważaniu. Mnie na pewno się obijała, kiedy jeszcze miałem muzykę w poważaniu, a kiedy już nie miałem, to musiał przyjść kolejny listopad, żebym słuchał.
Bo miejsce na dysku to zajmują ze trzy lata, zassałem hurtowo, kiedy siedziałem podpięty do osiedlowej sieci u Katastrofy. Wcześniej czytałem, że niektórzy nauczyciele rozpoznają okładki ich płyt, no dobra, może też się kiedyś zdecyduję na płyty, żeby móc się na temat okładek wypowiedzieć. I taka wkładka z tekstem jest wygodniejsza niż internet jednak. Choć słowniki wygodniejsze są w internecie, a ja często muszę posiłkować się obiema rzeczami. Cóż, zobaczymy. Później musiał być film, którego nie oglądałem, a który kwitowano jakoś w ten deseń: typ się zabija, bo nie wie, którą laskę ruchać. No to chętnie go obejrzę. A później ktoś zacytował Iana Curtisa, że najszczęśliwszy w życiu był, kiedy pracował w fabryce przy jakiejś taśmie, coś w tym stylu. Dlaczego? Bo przez cały dzień marzył.
To wszystko są odciskające się po ciemnej stronie mózgu złote litery, które mają w odpowiednim momencie wyskoczyć i pokierować mną.
Pewnie nie pracował tam zbyt długo, wikipedyści nie uwzględniają tego epizodu w swoich artykułach. Ja bym uwzględnił, bo czuję pewne wstydliwe pokrewieństwo, sam zaczynałem karierę od takiej mało ambitnej roboty - dziewięć czy dziesięć godzin przez dziesięć dni w cukierkowym królestwie. To nawet nie była promocja w markecie, to było zwykłe stoisko, z tych chamskich, po środku arterii. Miałem odblaskową kamizelkę i nie musiałem nikogo nagabywać, tylko chodzić w kółko i ewentualnym chętnym ważyć cukierki, w razie potrzeby skoczyć do magazynu po uzupełnienie. Nawet nie usłyszałem zbyt wielu marketowych historii, w które nie ma się ochoty wierzyć. Jedną o rzyganiu do cukierków - No, przysypałem później. Nic to, mojej historii, że w tej karierze nie podjadłem ani jednej Malagi, Tiki taka, czy Kasztanka też za bardzo nie chcą wierzyć. Ja z kolei nie mogłem uwierzyć, kiedy mi ludzie podjadali, tacy zupełnie zwykli, siwiejący pan z wąsem, patrzył z takim wyrzutem, jakbym powiedział coś dosadniejszego niż - No wie Pan...
Jak nie pasuje ci system, to weź się postaraj o odpowiednie pierdolnięcie, a nie mi cukierki podkradasz, fagasie.
A ja nawet tego nie pomyślałem wtedy, patrzyłem tylko i to wystarczało. Czasem się cieszyli jak dzieci, a jeden próbował drugi raz. Ciekawiej było, kiedy typ z Ameryki pytał o możliwość serwisowania roweru, na szczęście dałem radę bez słownika. Jaki samotny musiał czuć się w tym kraju, skoro wrócił do mnie na drugi dzień jeszcze o coś pytać, jakby nie było nikogo innego.
Co ja miałem robić w tej pracy przez całe godziny, jak nie marzyć? Tak, liczyłem kafelki, już nie pamiętam, ile obwodu miało stoisko. Dwa na dwa metry jakoś. Nic tylko płynąć z jakimś tematem, niespodziewanie powracające historie, wywracające się historie, prawie jak nocne majaki. Rozciągnąć te mózgowe zwoje i łupać jak w membranę. Wywiesić jak banderę na wietrze.
Płyniemy w żaglach wyobraźni.
Staram się nie oglądać prognoz, zaklinam sobie, żeby się tak do weekendu utrzymało, już bliżej niż dalej, to może rowerem odwiedzę Cytata. W tygodniu oczywiście praca, a że zmienił się czas, to do życia zostaje wyłącznie ciemnica. Mówią, że niedobór światła powoduje jakieś stany depresyjne (z szacunku dla tego ich paktu nie czytam nic, co publikuje się o chilijskich górnikach już po wyciągnięciu, może na wyrost, może jednak się nie wygadują), to wprawiam się, zamiast BSS słuchając Joy Division. Zanosiło się na to już tydzień lub dwa wstecz, kiedy grali na zmianę i nawet brat stwierdził, że to ma sens, kiedy jest takie zimne - zgadza się, przecież mówią o tym cold wave. A point of view creates more waves.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wiesz o nich o wiele więcej, niż ja będę kiedykolwiek wiedział. Myślę, czy nie kupić tej książki, kiedy przed rokiem słuchałem trochę Dżemu, to pożyczyłem od kolegi książkę o Riedlu i ona wyjaśniła sporo rzeczy. Nawet mogę czasem - no dobra, zawsze, kiedy tylko mam okazję - mrocznie błyszczeć, kiedy ktoś lubi Małą aleję róż, bo z tekstu wcale nie wynika, że jest o ucieczce w narkotyki. Chętnie poczytam, co też ludzie piszą o Brytyjczykach, na pewno mają powszechny szacun, bo to jedna z nazw, które po prostu obijają się o uszy, choćbyś miał muzykę w poważaniu. Mnie na pewno się obijała, kiedy jeszcze miałem muzykę w poważaniu, a kiedy już nie miałem, to musiał przyjść kolejny listopad, żebym słuchał.
Bo miejsce na dysku to zajmują ze trzy lata, zassałem hurtowo, kiedy siedziałem podpięty do osiedlowej sieci u Katastrofy. Wcześniej czytałem, że niektórzy nauczyciele rozpoznają okładki ich płyt, no dobra, może też się kiedyś zdecyduję na płyty, żeby móc się na temat okładek wypowiedzieć. I taka wkładka z tekstem jest wygodniejsza niż internet jednak. Choć słowniki wygodniejsze są w internecie, a ja często muszę posiłkować się obiema rzeczami. Cóż, zobaczymy. Później musiał być film, którego nie oglądałem, a który kwitowano jakoś w ten deseń: typ się zabija, bo nie wie, którą laskę ruchać. No to chętnie go obejrzę. A później ktoś zacytował Iana Curtisa, że najszczęśliwszy w życiu był, kiedy pracował w fabryce przy jakiejś taśmie, coś w tym stylu. Dlaczego? Bo przez cały dzień marzył.
To wszystko są odciskające się po ciemnej stronie mózgu złote litery, które mają w odpowiednim momencie wyskoczyć i pokierować mną.
Pewnie nie pracował tam zbyt długo, wikipedyści nie uwzględniają tego epizodu w swoich artykułach. Ja bym uwzględnił, bo czuję pewne wstydliwe pokrewieństwo, sam zaczynałem karierę od takiej mało ambitnej roboty - dziewięć czy dziesięć godzin przez dziesięć dni w cukierkowym królestwie. To nawet nie była promocja w markecie, to było zwykłe stoisko, z tych chamskich, po środku arterii. Miałem odblaskową kamizelkę i nie musiałem nikogo nagabywać, tylko chodzić w kółko i ewentualnym chętnym ważyć cukierki, w razie potrzeby skoczyć do magazynu po uzupełnienie. Nawet nie usłyszałem zbyt wielu marketowych historii, w które nie ma się ochoty wierzyć. Jedną o rzyganiu do cukierków - No, przysypałem później. Nic to, mojej historii, że w tej karierze nie podjadłem ani jednej Malagi, Tiki taka, czy Kasztanka też za bardzo nie chcą wierzyć. Ja z kolei nie mogłem uwierzyć, kiedy mi ludzie podjadali, tacy zupełnie zwykli, siwiejący pan z wąsem, patrzył z takim wyrzutem, jakbym powiedział coś dosadniejszego niż - No wie Pan...
Jak nie pasuje ci system, to weź się postaraj o odpowiednie pierdolnięcie, a nie mi cukierki podkradasz, fagasie.
A ja nawet tego nie pomyślałem wtedy, patrzyłem tylko i to wystarczało. Czasem się cieszyli jak dzieci, a jeden próbował drugi raz. Ciekawiej było, kiedy typ z Ameryki pytał o możliwość serwisowania roweru, na szczęście dałem radę bez słownika. Jaki samotny musiał czuć się w tym kraju, skoro wrócił do mnie na drugi dzień jeszcze o coś pytać, jakby nie było nikogo innego.
Co ja miałem robić w tej pracy przez całe godziny, jak nie marzyć? Tak, liczyłem kafelki, już nie pamiętam, ile obwodu miało stoisko. Dwa na dwa metry jakoś. Nic tylko płynąć z jakimś tematem, niespodziewanie powracające historie, wywracające się historie, prawie jak nocne majaki. Rozciągnąć te mózgowe zwoje i łupać jak w membranę. Wywiesić jak banderę na wietrze.
Płyniemy w żaglach wyobraźni.
niedziela, 31 października 2010
Gdy japko śpi snem kamiennym, wymyśla sobie historie
A ja znowu nieprzygotowany. Dzwonek do drzwi, patrzę na siostrę w przedpokoju, jak się szykuje do wyjścia, ale jeszcze nie jest wyszykowana, więc idę wyjrzeć przez wizjer, o co chodzi. Czy to może brat na nią czeka, wyszedł chwilę wcześniej. A tam trzy dziewczynki! Uciekłem, powiedziałem siostrze tylko, że jeśli coś ma, to może częstować, ale jeśli nie ma, to niech się chwilę wstrzyma z wyjściem. Rok temu w ogóle nie skojarzyłem o co chodzi i tylko się przed dziećmi wstydu najadłem, bo słodycze kupuję tylko na zapowiedziany poczęstunek, ostatnio kiedy Katastrofa ze Smorką byli u mnie. Teraz już tylko przed sobą. Hell no win.
Tak ze dwa lata temu zupełnie przypadkiem spędzaliśmy ten wieczór na mieście - Czarna Mewa, Smoczy i chyba Katastrofa. Pewnie żłopaliśmy litrowy browar za dychę w Wieżycy, na pewno kończyło się w okolicach McDonalda w centrum, który ma jakieś całodobowe okienko i tam do nas dotarła data, bo ludzie chodzili z czerwonymi rogami. Kiedy już prawie mogliśmy zamówić, czepiły się nas takie diaboliczne dziewczynki - z sugestią, że dżentelmen to by ustąpił miejsca w kolejce. To pierwszy epicki kontrast wieczoru, kiedy mówiono o dżentelmeństwie w ogonku do McDonalda, podobało mi się, więc włączyłem się do dyskusji, a nawet nieskromnie przyznam, że udało mi się ją uciąć:
- A czy Panie, jeśli można wiedzieć, są Damami?
- Nooo, nie.
- To wypierdalać.
Niestety, wesołość zapanowała tylko wśród moich towarzyszy, one niewyraźnie pokrzyczały, same siebie przekrzykiwały i gasły stopniowo, odchodząc jednak od nas.
Za kilkanaście minut Smoczy rozmawiał w autobusie z dziewczyną trzy razy większą od niego, która wcinała trzy razy większego hamburgera od niej i okazała się być studentką dietetyki. To ta druga epickość.
W tym roku spokojny dzień, już od wczorajszego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zacząłem skakać na youtube po linkach, bo Kobiety chwaliły się na profilu, że ktoś na jednym z trzech wymienionych ostatnio portali muzycznych je docenił, a ja przeczytałem jak docenia i okazało się, że właściwie napisał to samo co i ja. A dalej trafiłem na Yugoton, nie słyszałem tego dawno, może teraz bym sam poznał Nawrockiego W sercu miasta, zresztą całej płyty nie kojarzyłem jak wyszła, ale potwornie podobało mi się Gdy miasto śpi snem kamiennym Nosowskiej. I tak to się wszystko łączy, że pode mną, nade mną śpią, doskonale tracę czas i trafiam na Evę Braun, którą przecież ma w wyliczance Zmywak. Teraz też już widziałem. Może poszukam więcej, a może nawet założę na fejsie stronę Wciąż śpiewam piosenki zagranicznych zespołów po swojemu.
Na razie tylko po swojemu śnię dziwności:
Tak ze dwa lata temu zupełnie przypadkiem spędzaliśmy ten wieczór na mieście - Czarna Mewa, Smoczy i chyba Katastrofa. Pewnie żłopaliśmy litrowy browar za dychę w Wieżycy, na pewno kończyło się w okolicach McDonalda w centrum, który ma jakieś całodobowe okienko i tam do nas dotarła data, bo ludzie chodzili z czerwonymi rogami. Kiedy już prawie mogliśmy zamówić, czepiły się nas takie diaboliczne dziewczynki - z sugestią, że dżentelmen to by ustąpił miejsca w kolejce. To pierwszy epicki kontrast wieczoru, kiedy mówiono o dżentelmeństwie w ogonku do McDonalda, podobało mi się, więc włączyłem się do dyskusji, a nawet nieskromnie przyznam, że udało mi się ją uciąć:
- A czy Panie, jeśli można wiedzieć, są Damami?
- Nooo, nie.
- To wypierdalać.
Niestety, wesołość zapanowała tylko wśród moich towarzyszy, one niewyraźnie pokrzyczały, same siebie przekrzykiwały i gasły stopniowo, odchodząc jednak od nas.
Za kilkanaście minut Smoczy rozmawiał w autobusie z dziewczyną trzy razy większą od niego, która wcinała trzy razy większego hamburgera od niej i okazała się być studentką dietetyki. To ta druga epickość.
W tym roku spokojny dzień, już od wczorajszego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zacząłem skakać na youtube po linkach, bo Kobiety chwaliły się na profilu, że ktoś na jednym z trzech wymienionych ostatnio portali muzycznych je docenił, a ja przeczytałem jak docenia i okazało się, że właściwie napisał to samo co i ja. A dalej trafiłem na Yugoton, nie słyszałem tego dawno, może teraz bym sam poznał Nawrockiego W sercu miasta, zresztą całej płyty nie kojarzyłem jak wyszła, ale potwornie podobało mi się Gdy miasto śpi snem kamiennym Nosowskiej. I tak to się wszystko łączy, że pode mną, nade mną śpią, doskonale tracę czas i trafiam na Evę Braun, którą przecież ma w wyliczance Zmywak. Teraz też już widziałem. Może poszukam więcej, a może nawet założę na fejsie stronę Wciąż śpiewam piosenki zagranicznych zespołów po swojemu.
Na razie tylko po swojemu śnię dziwności:
Jestem w takim wielkim mieście, które bardzo przypomina Vivec z Morrowind, czyli to są wielkie klocki na wodzie połączone mostami. Odwiedzam w nim kilka miejsc, przemieszczam się pomiędzy kantonami, aż staję na jednym z górnych mostów z kilkoma innymi osobami, a na dole jakiś tłum. Teraz to już zupełnie jest gra, musimy w ten tłum rzucać, żeby nie przeszedł dalej i nasze pociski lecą torem parabolicznym, bo rzucamy jakby zza płota. Tylko ja nie mam odpowiednich pocisków.
Wyrzucam jeden, drugi, trzeci i zostaje mi tylko taki krzyż, ale nie chrystusowy, tylko mniej prosty, z otworem w środku, w typie amuletu. Rzucam nim, ostrzegając towarzyszy, że to raczej ma inne zastosowanie i nie wiadomo, co się będzie działo. Tam w tłumie jest jedna ruda kobieta, której teraz wystaje całkiem dorodna pierś, a cały tłum okazuje się tłumem kobiet. I ta jedna, zamiast ginąć, przedziera się na drugą stronę, moi towarzysze uciekają, a ja pokładam się na moście i myślę, że żeby się nie zorientowała, kto rzucił krzyżem, to będę udawał martwego.
Gdzie tam, podbiega do mnie coraz bardziej naga i coraz bardziej zadowolona, że się do mnie dobrała. Podnoszę ją i tuląc zaczynam biec znów przez całe miasto, odwiedzam kolejne już widziane miejsca, żeby znaleźć jakieś łóżko, ale albo drzwi są pozamykane, albo zbyt te łóżka na widoku. Przypomina mi się, że moje własne łóżko jest w drugim z kolei w domu pomieszczeniu, więc pewnie najbezpieczniejsze, ale czy i jak z niego skorzystaliśmy to już nie wiem, bo się obudziłem, kiedy starałem się tam dobiec.
środa, 27 października 2010
Życie to surfing
Kobiety występują w trasie Strzały z Biodra, wyświetlają mi się na fejsbuku, raczej rzadko się wyświetlali do tego tygodnia, a teraz dzień w dzień coś. Nie wiem czy to w ramach promocji trasy, czy w ramach ogólnej promocji ktoś dostał ich profil pod swoją opiekę. Tak mają na przykład Pustki, które mam na tym fejsie dwa razy - raz jako stronę, raz jako znajomego. Sami mnie zaprosili, więc wysłałem wiadomość z pytaniem, po co takie rozdrobnienie, a oni że to taki newsletter, czego nie da się zrobić ze strony. No okej, jeśli tak chcą, choć jeszcze nic z tego newslettera nie dostałem.
Załatwiłem bilety, najlepsze zagospodarowanie przerwy w pracy od długiego czasu, tramwajem z Placu Politechniki do OCH-Teatru (to jest och-teatr, OCH-TEATR, czy gdzieś pomiędzy?). Kupuję te bilety i widzę ulotki - Kantata na cztery skrzydła, widzieliśmy to przedstawienie w Natolińskim Ośrodku Kultury ze trzy lata temu i przy okazji Mistrza i Małgorzaty Katastrofa wspominał, że chętnie by znowu zobaczył. Więc podesłałem, zaproponowałem kilku nowym osobom i teraz czekam na odzew. Choć sam kiepsko rozplanowałem listopadowy budżet i teraz migam się od chodzenia na filmy w ramach Festiwalu Pięć Smaków. A Kantata to jest przedstawienie typu żeby pękło w nas to co przynosi strach, zawsze na czasie.
Ekipa z Trójmiasta śpiewa nową piosenkę We are the mutants, na którą aż się wyszczerzyłem, bo to jest sensowna piosenka o internecie. Nie wiem, kto to napisał, pewnie jakoś się dzielą doświadczeniem i pomagają sobie, bo Nawrocki to chyba za stary typ na dziewczyny o twarzy z mangi. Zastanawialiśmy się z bratem, gdzie i jak jest teraz w piosenkach internet, kto i jak go wkomponowuje, ale padły tylko dwa dodatkowe hasła - Myslovitz i Róże Europy. Jak ja uwielbiam Róże, to tutaj nie należy im się pogrubienie. Klattowi się nie udało - Bobry w sieci sugerują wielką internetową sielskość i wspólne surfowanie, co to w ogóle znaczy z tobą surfować wszędzie? Nie ma czegoś takiego jak wspólne surfowanie, zdarza się, że impreza przeradza się w jakieś youtube party, ale to już zupełnie inna sprawa. Choć równie kiepska jak ta piosenka. Sztuczność.
Inaczej jest z Myslovitz, to pewnie wynika z rozbieżnych zainteresowań frontmanów, bo Rojek organizuje swoje Offy, a Klatt (może też swoje?) Opola i Eurowizje. Rok wcześniej mieli na płycie Nocnym pociągiem aż do końca świata, tam od początku wiadomo, że w ogóle nie jest sielsko, realny świat nie ma żadnych szans, ale i tak właściwie wypadałoby nawiewać. Ja widzę w tym jakieś nawiązanie do dwa lata starszych skalarnych odjazdów - może nie każdego twarz wyskakuje w telewizji, ale pytanie kim naprawdę jestem sam, czy bardziej jestem taki sam, czy bardziej jestem taki, jak do kogoś, to sam sobie niedawno tu zadawałem, więc musi być - szkolne słowo - uniwersalne, a może nawet coraz intensywniej uniwersalne w czasach sieciowych portali społecznościowych. Tak, widzę tu pewien dysonans, najpierw piszę, że nie ma wspólnego surfowania, a teraz, że społecznościówki, ale chodzi mi o to, że one nas jakby rozmywają. Sam jestem skonfudowany, wrzucam czasem na fejsa jakieś linki, które za chwilę kasuję, bo przypominam sobie, że docelowy odbiorca też przegląda zupę Czerskiego i na pewno wcześniej już widział mordercze cycki. I po co niby komu taki lolkontent (to jakieś słowo z okolic Orlińskiego, nie wiem, czy dobrze rozumiem, ani czy nie jest zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych arystokratów, nadszyderstwo, itd. itp. ojej, jakie długie zdanie w nawiasie, stop) z mojej strony.
Kobiety mają już internet oswojony, w piosence nie ma dziwnych słów jak plik, to są po prostu oglądane na fejsbuku zdjęcia. Połączone satelitą pulsujące skronie dają takie ciepłe wrażenie, jakby trzymali się za ręce. Beznadziejnie ładna melodia z wibrafonem, chciałoby się dla odmiany uwierzyć, że jest w tej wielkiej cyfrowej maszynie jakiś duch. Oczywiście wiem, że to nie jest maszyna, to niewidzialna sieć i zerojedynkowy wirus, ale po pierwsze nie widziałem tego filmu o Zuckerbergu, a po drugie na pewno nie będzie lepszy niż Ghost in the Shell.
Najwcześniejszy piosenkowy wątek internetowy kojarzę z The Users - Nie idź do pracy, to szatan puszcza e-maile. Nie mam pojęcia, czy Świetlicki miał wcześniej taki wiersz, piosenkę, czy ten akurat kawałek był na potrzeby występu, za to jasno widać, jak to dawno - bo kto dzisiaj mówi na mejla e-mail? Ja w 1999 uczyłem się HTMLa i robiłem strony o mandze, o ambitnej nazwie Kumi's site, aż dostałem mejla z firmy Kumi, która mnie, trzynastoletniemu, groziła sądowym pozwem za bezprawne używanie nazwy. No i że w ogóle jest taka płyta też się dowiedziałem z mejla. Prawdopodobnie ciężko ją znaleźć, a tym bardziej kupić, dzisiaj nawet się przeraziłem, bo zapamiętałem pojęcie yass i domenę art, a na yass.art.pl wyskakuje pożegnanie - kaplica. Ale jednak wciąż jest do pobrania. Może zapomnieli skasować, tylko startówkę podmienili.
Załatwiłem bilety, najlepsze zagospodarowanie przerwy w pracy od długiego czasu, tramwajem z Placu Politechniki do OCH-Teatru (to jest och-teatr, OCH-TEATR, czy gdzieś pomiędzy?). Kupuję te bilety i widzę ulotki - Kantata na cztery skrzydła, widzieliśmy to przedstawienie w Natolińskim Ośrodku Kultury ze trzy lata temu i przy okazji Mistrza i Małgorzaty Katastrofa wspominał, że chętnie by znowu zobaczył. Więc podesłałem, zaproponowałem kilku nowym osobom i teraz czekam na odzew. Choć sam kiepsko rozplanowałem listopadowy budżet i teraz migam się od chodzenia na filmy w ramach Festiwalu Pięć Smaków. A Kantata to jest przedstawienie typu żeby pękło w nas to co przynosi strach, zawsze na czasie.
Ekipa z Trójmiasta śpiewa nową piosenkę We are the mutants, na którą aż się wyszczerzyłem, bo to jest sensowna piosenka o internecie. Nie wiem, kto to napisał, pewnie jakoś się dzielą doświadczeniem i pomagają sobie, bo Nawrocki to chyba za stary typ na dziewczyny o twarzy z mangi. Zastanawialiśmy się z bratem, gdzie i jak jest teraz w piosenkach internet, kto i jak go wkomponowuje, ale padły tylko dwa dodatkowe hasła - Myslovitz i Róże Europy. Jak ja uwielbiam Róże, to tutaj nie należy im się pogrubienie. Klattowi się nie udało - Bobry w sieci sugerują wielką internetową sielskość i wspólne surfowanie, co to w ogóle znaczy z tobą surfować wszędzie? Nie ma czegoś takiego jak wspólne surfowanie, zdarza się, że impreza przeradza się w jakieś youtube party, ale to już zupełnie inna sprawa. Choć równie kiepska jak ta piosenka. Sztuczność.
Inaczej jest z Myslovitz, to pewnie wynika z rozbieżnych zainteresowań frontmanów, bo Rojek organizuje swoje Offy, a Klatt (może też swoje?) Opola i Eurowizje. Rok wcześniej mieli na płycie Nocnym pociągiem aż do końca świata, tam od początku wiadomo, że w ogóle nie jest sielsko, realny świat nie ma żadnych szans, ale i tak właściwie wypadałoby nawiewać. Ja widzę w tym jakieś nawiązanie do dwa lata starszych skalarnych odjazdów - może nie każdego twarz wyskakuje w telewizji, ale pytanie kim naprawdę jestem sam, czy bardziej jestem taki sam, czy bardziej jestem taki, jak do kogoś, to sam sobie niedawno tu zadawałem, więc musi być - szkolne słowo - uniwersalne, a może nawet coraz intensywniej uniwersalne w czasach sieciowych portali społecznościowych. Tak, widzę tu pewien dysonans, najpierw piszę, że nie ma wspólnego surfowania, a teraz, że społecznościówki, ale chodzi mi o to, że one nas jakby rozmywają. Sam jestem skonfudowany, wrzucam czasem na fejsa jakieś linki, które za chwilę kasuję, bo przypominam sobie, że docelowy odbiorca też przegląda zupę Czerskiego i na pewno wcześniej już widział mordercze cycki. I po co niby komu taki lolkontent (to jakieś słowo z okolic Orlińskiego, nie wiem, czy dobrze rozumiem, ani czy nie jest zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych arystokratów, nadszyderstwo, itd. itp. ojej, jakie długie zdanie w nawiasie, stop) z mojej strony.
Kobiety mają już internet oswojony, w piosence nie ma dziwnych słów jak plik, to są po prostu oglądane na fejsbuku zdjęcia. Połączone satelitą pulsujące skronie dają takie ciepłe wrażenie, jakby trzymali się za ręce. Beznadziejnie ładna melodia z wibrafonem, chciałoby się dla odmiany uwierzyć, że jest w tej wielkiej cyfrowej maszynie jakiś duch. Oczywiście wiem, że to nie jest maszyna, to niewidzialna sieć i zerojedynkowy wirus, ale po pierwsze nie widziałem tego filmu o Zuckerbergu, a po drugie na pewno nie będzie lepszy niż Ghost in the Shell.
Najwcześniejszy piosenkowy wątek internetowy kojarzę z The Users - Nie idź do pracy, to szatan puszcza e-maile. Nie mam pojęcia, czy Świetlicki miał wcześniej taki wiersz, piosenkę, czy ten akurat kawałek był na potrzeby występu, za to jasno widać, jak to dawno - bo kto dzisiaj mówi na mejla e-mail? Ja w 1999 uczyłem się HTMLa i robiłem strony o mandze, o ambitnej nazwie Kumi's site, aż dostałem mejla z firmy Kumi, która mnie, trzynastoletniemu, groziła sądowym pozwem za bezprawne używanie nazwy. No i że w ogóle jest taka płyta też się dowiedziałem z mejla. Prawdopodobnie ciężko ją znaleźć, a tym bardziej kupić, dzisiaj nawet się przeraziłem, bo zapamiętałem pojęcie yass i domenę art, a na yass.art.pl wyskakuje pożegnanie - kaplica. Ale jednak wciąż jest do pobrania. Może zapomnieli skasować, tylko startówkę podmienili.
poniedziałek, 25 października 2010
Wiosna w sercu na ogół
Tydzień już minął od chwili, w której Młotek wysłał mi adres internetowego radia, twierdząc, że w sam raz na jesienne wieczory. Rzekłem mu, że ja to jednak mam w sercu wiosnę i szybko wróciłem do Broken Social Scene, bo stoner, okazuje się, również musi mieć wiele podgatunków i najprawdopodobniej akurat wymyślili puszczać jakiś z przedrostkiem country.
O jedynej kanadyjskiej ekipie, o której sam wiem skąd jest, pisał niedawno Jacek, a o innej, o której nie wiedziałem, też pisano w tej okolicy. Też brzmi bardzo ładnie, gdybym bardziej był ciekawy świata, to na pewno kilka razy wspominali ją w Questionable Content, ale ja nie wszystko tam sprawdzałem. Na Kanadzie to się nie znam, o Kanadzie wiem cokolwiek tylko dlatego, że w How I Met Your Mother czasem cisną za pochodzenie Robin, a do tego ktoś wspomniał niedawno, że był w tv taki serial o ich policjancie, w czerwonym kubraku i kowbojskim kapeluszu. On chyba w wejściówce szedł ruchliwą ulicą, albo może jechał na koniu i prawdopodobnie nie działo się to w Kanadzie.
Bardziej mogę się wypowiedzieć o poruszanych w obu tekstach kwestiach oczekiwań. To znaczy one uruchomiły jakieś myślenie i dzięki temu będę próbował sprawdzić, jak funkcjonują trackbacki do blogów (update: Blogger obecnie nie obsługuje funkcji Trackback.). Takie to są kwestie, jakby się komuś nie chciało przebijać przez źródła:
Wspomnianych fachowców i młodzież odbieram jako ludzi, którzy bardziej uczestniczą w muzycznym światku, chociażby przez czytanie wspomnianych serwisów. Ja kiedyś na przykład uczestniczyłem w światku konsolowych gier. Grałem może w kilkanaście, ale każde Neo Plus połykałem w całości, po tych kilkunastu tytułach wiedziałem, z którymi autorami się zgadzam, a z którymi mniej i pewnie byłem w stanie wypowiedzieć się o większości ukazujących się rzeczy. Później zdeptano mi konsolę i uczestniczyłem coraz mniej, teraz już właściwie zostało mi czytanie o głośniejszych rzeczach. Coraz trudniej się to czyta, bo nikt już nie porównuje nowych gier do tych z przełomu wieków, tylko do tych z ubiegłego roku. Nic mi to nie mówi, podobnie jak często nic nie mówią mi przywoływane w recenzjach płyt zespoły i utwory. Nie mam jeszcze pewnej opinii na ten temat - czasem jest w recenzji tak dużo porównań, że dla kogoś ogarniętego stworzą w miarę spójny obraz, a nawet jeśli skojarzy tylko jedną rzecz, to będzie miał jakiekolwiek odniesienie. Gorzej jeśli nie skojarzy nic, przeczyta wyliczankę. Stąd w poznawaniu świata kultury najbardziej polegam nie na fachowych źródłach, tylko zaufanych ludziach, blogach, albo wrzucanych na fejsa linkach. Fachowość z wiekiem często zaczyna pożerać własny ogon. Czyli chodzi mi o to, że fajnie jest, jeśli w recenzji zachowuje się równowagę pomiędzy fachowością i przeżyciem.
Za to nie czytałem jeszcze ani jednej recenzji, której autor uwzględniłby XXI model zapoznawania się z muzyką. Jasne, niewiele ich czytam - może dlatego. Wyobrażam sobie, że przed internetem ludzie wymieniali się płytami, chodzili do sklepów, robili mix tape'y. To musiało być naprawdę super, bo wymieniali o wiele mniej rzeczy, niż wymienia się teraz, więcej mogli temu poświęcić uwagi. Na pierwszym roku studiów nie miałem nawet komputera, a rolę odtwarzacza muzyki pełniło pierwsze PlayStation. Wcale nie jestem przekonany, czy jarałbym się tak Różami Europy, gdybym wygodniej mógł wtedy przeskakiwać utwory. Teraz chyba nikt poza fachowcami nie wypowiada się na temat płyt. Główny nurt, w muzyce popularnej, w muzyce metalowej, w stonerze, indie, to jest przerzucanie gigabajtów dyskografii przez torrenty. Ja szalenie lubię BSS, ale nie umiem powiedzieć, który kawałek jest z jakiej płyty. Dorwałem się do trzech na raz i nie przeszło mi przez myśl, żeby słuchać po jednej. Oczywiście nie wiem, jak ktokolwiek miałby to w recenzjach uwzględniać, że my maluczcy kupujemy w roku kilka do kilkunastu płyt, a resztę bezczelnie jumamy. Ja w tym roku kupiłem na razie jedną i to nie dla siebie. Jakoś rozgrzeszam się koncertami, z których nie wszystkie są darmowe, w końcu trzeba czasem patrzeć w lustro.
W listopadzie mają grać w okolicy Kobiety. Nie spodziewam się wprawdzie takich bodźców, ale i tak będzie fajnie.
O jedynej kanadyjskiej ekipie, o której sam wiem skąd jest, pisał niedawno Jacek, a o innej, o której nie wiedziałem, też pisano w tej okolicy. Też brzmi bardzo ładnie, gdybym bardziej był ciekawy świata, to na pewno kilka razy wspominali ją w Questionable Content, ale ja nie wszystko tam sprawdzałem. Na Kanadzie to się nie znam, o Kanadzie wiem cokolwiek tylko dlatego, że w How I Met Your Mother czasem cisną za pochodzenie Robin, a do tego ktoś wspomniał niedawno, że był w tv taki serial o ich policjancie, w czerwonym kubraku i kowbojskim kapeluszu. On chyba w wejściówce szedł ruchliwą ulicą, albo może jechał na koniu i prawdopodobnie nie działo się to w Kanadzie.
Bardziej mogę się wypowiedzieć o poruszanych w obu tekstach kwestiach oczekiwań. To znaczy one uruchomiły jakieś myślenie i dzięki temu będę próbował sprawdzić, jak funkcjonują trackbacki do blogów (update: Blogger obecnie nie obsługuje funkcji Trackback.). Takie to są kwestie, jakby się komuś nie chciało przebijać przez źródła:
Jay-Z na „Blueprint III” zasugerował: „Niggas want my old shit? Buy my old album…” (Chcecie tego, co było kiedyś? Kupcie starszą płytę…). [...] Trzeba pogodzić się z rzeczywistością. Czas mija, przedmieścia się zmieniają.Ja jestem bardzo do tyłu w tym wszystkim, bo ani nie czytam recenzji na Pitchforku, ani nie czytam ich na Screenagers, ani na Porycs, specjalnie muszę szukać tych stron przez google, żeby nie przekręcić nazw. Nawet względem siebie samego jestem zapóźniony, bo myślenie uruchomiło dopiero zestawienie obu recenzji - hmm, ciekawe, czy to jakiś cykl o oczekiwaniach teraz będzie. Ciekawi mnie to, bo ja nie rozumiem pojęcia oczekiwania. Mogę chyba najogólniej oczekiwać, że mi się spodoba, albo mi się nie spodoba, pozostawi jakiś ślad, ale żeby konkretów? Żeby piosenki były w jednej stylistyce, albo żeby były na puzonach, jakbym miał tak określone oczekiwania w stosunku do muzyki, to pewnie sam bym ją robił.
(o Arcade Fire)
Czytając krajowe recenzje tej płyty (fachowców zaczytanych, jak sądzę, w pitchforku), odnoszę wrażenie, że młodzież niezupełnie dostała to, czego się spodziewała. W dodatku wina leży po stronie zespołu — jak mógł nie spełnić oczekiwań!
(o Broken Social Scene)
Wspomnianych fachowców i młodzież odbieram jako ludzi, którzy bardziej uczestniczą w muzycznym światku, chociażby przez czytanie wspomnianych serwisów. Ja kiedyś na przykład uczestniczyłem w światku konsolowych gier. Grałem może w kilkanaście, ale każde Neo Plus połykałem w całości, po tych kilkunastu tytułach wiedziałem, z którymi autorami się zgadzam, a z którymi mniej i pewnie byłem w stanie wypowiedzieć się o większości ukazujących się rzeczy. Później zdeptano mi konsolę i uczestniczyłem coraz mniej, teraz już właściwie zostało mi czytanie o głośniejszych rzeczach. Coraz trudniej się to czyta, bo nikt już nie porównuje nowych gier do tych z przełomu wieków, tylko do tych z ubiegłego roku. Nic mi to nie mówi, podobnie jak często nic nie mówią mi przywoływane w recenzjach płyt zespoły i utwory. Nie mam jeszcze pewnej opinii na ten temat - czasem jest w recenzji tak dużo porównań, że dla kogoś ogarniętego stworzą w miarę spójny obraz, a nawet jeśli skojarzy tylko jedną rzecz, to będzie miał jakiekolwiek odniesienie. Gorzej jeśli nie skojarzy nic, przeczyta wyliczankę. Stąd w poznawaniu świata kultury najbardziej polegam nie na fachowych źródłach, tylko zaufanych ludziach, blogach, albo wrzucanych na fejsa linkach. Fachowość z wiekiem często zaczyna pożerać własny ogon. Czyli chodzi mi o to, że fajnie jest, jeśli w recenzji zachowuje się równowagę pomiędzy fachowością i przeżyciem.
Za to nie czytałem jeszcze ani jednej recenzji, której autor uwzględniłby XXI model zapoznawania się z muzyką. Jasne, niewiele ich czytam - może dlatego. Wyobrażam sobie, że przed internetem ludzie wymieniali się płytami, chodzili do sklepów, robili mix tape'y. To musiało być naprawdę super, bo wymieniali o wiele mniej rzeczy, niż wymienia się teraz, więcej mogli temu poświęcić uwagi. Na pierwszym roku studiów nie miałem nawet komputera, a rolę odtwarzacza muzyki pełniło pierwsze PlayStation. Wcale nie jestem przekonany, czy jarałbym się tak Różami Europy, gdybym wygodniej mógł wtedy przeskakiwać utwory. Teraz chyba nikt poza fachowcami nie wypowiada się na temat płyt. Główny nurt, w muzyce popularnej, w muzyce metalowej, w stonerze, indie, to jest przerzucanie gigabajtów dyskografii przez torrenty. Ja szalenie lubię BSS, ale nie umiem powiedzieć, który kawałek jest z jakiej płyty. Dorwałem się do trzech na raz i nie przeszło mi przez myśl, żeby słuchać po jednej. Oczywiście nie wiem, jak ktokolwiek miałby to w recenzjach uwzględniać, że my maluczcy kupujemy w roku kilka do kilkunastu płyt, a resztę bezczelnie jumamy. Ja w tym roku kupiłem na razie jedną i to nie dla siebie. Jakoś rozgrzeszam się koncertami, z których nie wszystkie są darmowe, w końcu trzeba czasem patrzeć w lustro.
W listopadzie mają grać w okolicy Kobiety. Nie spodziewam się wprawdzie takich bodźców, ale i tak będzie fajnie.
środa, 20 października 2010
Parada atrakcji
Słuchaj, od dwóch dni nie śpię, przewracam się do drugiej, trzeciej z boku na bok, jeśli dzisiaj nie będę miał zajęcia, to mnie szlag trafi - tak powiedziałem siostrze i mam do łóżka komputer, z którego jakoś tam zrezygnowałem w ostatnich miesiącach, kiedy ostał się jako ostatni komputer w domu. Wydawało mi się, że to bardzo wskazane poświęcenie, że to w ogóle nie powinien być problem, skoro kiedyś jeden komputer wystarczał na pięć, a nie trzy osoby w mieszkaniu. Oczywiście od razu trafiła się okazja do oszustwa i mam z pracy taki tablet, siedem cali, na których można marnować czas tak samo efektywnie, albo może jednak mniej, bo bardzo kiepsko się na nim pisze. Na pewno nie do bloga. Na ostatnim zebraniu Geniusz pytał, czy może nie myślałem o tych ultramałych formach blogowych, twitter czy pinger, co to z powodzeniem można z telefonu. Ja mu mówię, że nie w moim stylu. Nie da się tam odpowiednio napuszyć, a w każdym razie ja bym nie umiał.
Wynika z tego, że dwie ostatnie noce były niezłą okazją do dalszej praktyki zen. Praktyka to jest chyba coś, co się na stałe wciela w życie, ja bym chyba jednak wolał od czasu do czasu ćwiczyć, a nie być przymuszanym katarem i niespaniem. Czy to nie jest jakaś tortura, czy nie stosowali tego, że daje się człowiekowi usnąć tylko na chwilę, po czym znowu atakuje? Średnio siebie widzę w tamtych czasach walczących opozycji, skoro psychikę łamie mi zwykły katar. Pewnie za dużo bym chciał. Zaraza i szaleństwo - spędziłem weekend grzeczny jak nigdy, na pewno nie choruję po wyjściu na rower, bo to było w piątek, a ja się rozłożyłem w niedzielny wieczór. Znów chory na pracę chyba. I znów trudno pozbyć się tego poczucia niesprawiedliwości, że skoro zachowałem się ładnie, zgrabnie, zorganizowanie, z wytarciem wszystkiego kurzu w pokoju, z zakupami, z łażeniem po domu w mistrzowskich skarpetach dostanych od mamy, to zupełnie mi się nie należy choroba. Ledwie się z poprzedniej wykurowałem.
Oczywiście ta aktualna będzie o wiele gorsza, straszniejsza, mordercza niemal, bo tutaj jasno widać postawę roszczeniową, czyli że nie sprzątałem dlatego, żeby mieć w pokoju czysto, tylko żeby coś z tego mieć, jakąś od świata pieszczotę. Bardzo to niepoważne, wychodzić z założenia, że jak się będzie grzecznym, to zewsząd grzeczność na człowieka spłynie. Niechby nawet grzeszność jakaś, ale nie katar!
Ponieważ jestem osłabiony, ponieważ jestem niepoczytalny, to nawet się przyznam, że w kontekście dzisiejszego najważniejszego wydarzenia w tym smutnym kraju, owszem, zasmuciłem się, owszem, rzekłem, że ludzi mamy popierdolonych, ale już w pół godziny później przyjąłem tę cyniczną pozę:
- Słuchajcie, czy już ktoś sugerował, żeby mu postawić pomnik, czy możemy być pierwsi?
Na szczęście nie miałem jaj, żeby wrzucić to słowo na fejsa, bo wstydziłbym się ostro, kiedy jakakolwiek poczytalność wróci. Bardziej niż jakichkolwiek emohumorystycznych wtrętów. Ciężko mi się zdystansować do tego, co się na tym fejsie dzieje, raz chciałbym żeby to była zabawka, raz myślę, że to jednak zabija komunikację. Przecież i tak liczy się liczba wyświetleń stron, reklam - tak samo jak w internetowej wersji tekstów z Dużego Formatu. Trafiłem przez świeżą koleżankę (tj. jeszcze wyświetla się na mojej tablicy) na wywiad z Marią Peszek, podzielony na jakieś dwadzieścia stron, na każdej może pięćset słów. Przewijanie po pół strony, klik na następną, nie dziwota, że systematycznie wróżona gazetom śmierć wciąż nie następuje. To bardzo dobrze - ludzie mogą pisać listy, tak?
Sporo ostatnio rozmawiam, takie rozmowy, w których należy się deklarować, kim jestem, jaki jestem i tak dalej, przez co zamiast sobie być - mniej robię się pewny, czy bardziej jestem, czy bardziej w rozmowie pozuję. To oczywiście dobrze, żeby mnie w kontrolowanych warunkach rozchwiać czasem. Nie ma w tych rozmowach żadnych opcji politycznych, tylko zachowania społeczne. Młotek użył w stosunku do mnie słowa szyderca, a ja przecież w ogóle tak o sobie nie myślałem, bo szyderstwo jednak kojarzy mi się z pewnym obyciem w świecie, daleko mi do tego. To nie jest tak, że użył tego w jakimś negatywnym znaczeniu, tylko w takim sensie, jak z dzisiejszym pomnikiem - wydało mi się, że to jest słowo, które najlepiej podsumowuje wszystkie informacje, docierające do mnie z kraju w ostatnich miesiącach. Więcej w tym cynizmu, czy więcej dystansu? A przecież to nie jest prawda, że jest we mnie tyle blazy - słowo blaza nie istnieje w takim znaczeniu - że taki jestem zblazowany. A jak ludzie by to odbierali? Studenci od piwa i porno - kolejny rekord kliknięć lubię to, czy może jednak by mnie (i słusznie i nie chyba) dojechali? Czy może jeszcze większe rozczarowanie, brak reakcji, bo sukcesywnie kasują mnie z tablicy i to już niczyja ignorancja, tylko moja postępująca nieciekawość i zbędność.
Żeby nie było za łatwo - znalazłem u siostry na półce "Kompleks polski" Konwickiego i czytam od tygodnia w autobusie, pewnie jestem lekko za połową. W autobusie już coraz słabsze światło - tym lepiej mieć ten oszukańczy firmowy tablet, można z internetu odpalić komiks.
Dziś na Rozdrożu znów typ z Kolskiej - słychać go z daleka. Wcześniej jednej dziewczynie powiedziałem, że nie mam drobnych (miałem), później pomyślałem, że jak chce chociaż złoty osiemdziesiąt, to może na serio zbiera na jakiś bilet. Nie wiem, staram się trzymać tej wersji z nierozdawaniem mozolnie ciułanych ziaren, w końcu w pracy ludzie w takim wieku, że wciąż rozmowy o mieszkaniach i kredytach. Ciułam na jakiś wkład kiedyś z kimś. Typ, który wyszedł z Kolskiej podchodzi do mnie i zaczyna litanię:
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili...
- Proszę Pana, od miesiąca Pana wypuszczają.
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili - podejmuje niezrażony, jakby nie rozumiał.
- Proszę Pana, musi Pan znaleźć jakieś inne miejsce teraz, bo tu Pan nie utarguje.
- Proszę Pana, poratuje Pan złotówką. - Ja naprawdę nie wiem, czy on jednak nie jest jakoś upośledzony, albo głuchy.
- Proszę odejść, ja już Panu nie pomogę więcej.
Odszedł, patrząc tak samo bezradnie, jak - jakie słowo - zawsze. Obok mnie siedziała jedna kobieta, ucieszyła się na tę scenę, kiedy już odszedł, a obok niej taka całkiem sympatyczna, naprawdę ładny uśmiech, może w moim wieku, to dodała, że on cały dzień wychodzi z Kolskiej. I wsiadły do autobusu, ja czekam dalej na swój i na przystanek wbijają dwie pannice, ja wiem, pewnie po siedemnaście lat, niezgrabne, oklapłe dupska, diety cuda i zero grzecznego ruchu. Słychać, że też je zaczepił.
- Słyszałaś, kurwa? Niech dziad spierdala!
Noż.
Wynika z tego, że dwie ostatnie noce były niezłą okazją do dalszej praktyki zen. Praktyka to jest chyba coś, co się na stałe wciela w życie, ja bym chyba jednak wolał od czasu do czasu ćwiczyć, a nie być przymuszanym katarem i niespaniem. Czy to nie jest jakaś tortura, czy nie stosowali tego, że daje się człowiekowi usnąć tylko na chwilę, po czym znowu atakuje? Średnio siebie widzę w tamtych czasach walczących opozycji, skoro psychikę łamie mi zwykły katar. Pewnie za dużo bym chciał. Zaraza i szaleństwo - spędziłem weekend grzeczny jak nigdy, na pewno nie choruję po wyjściu na rower, bo to było w piątek, a ja się rozłożyłem w niedzielny wieczór. Znów chory na pracę chyba. I znów trudno pozbyć się tego poczucia niesprawiedliwości, że skoro zachowałem się ładnie, zgrabnie, zorganizowanie, z wytarciem wszystkiego kurzu w pokoju, z zakupami, z łażeniem po domu w mistrzowskich skarpetach dostanych od mamy, to zupełnie mi się nie należy choroba. Ledwie się z poprzedniej wykurowałem.
Oczywiście ta aktualna będzie o wiele gorsza, straszniejsza, mordercza niemal, bo tutaj jasno widać postawę roszczeniową, czyli że nie sprzątałem dlatego, żeby mieć w pokoju czysto, tylko żeby coś z tego mieć, jakąś od świata pieszczotę. Bardzo to niepoważne, wychodzić z założenia, że jak się będzie grzecznym, to zewsząd grzeczność na człowieka spłynie. Niechby nawet grzeszność jakaś, ale nie katar!
Ponieważ jestem osłabiony, ponieważ jestem niepoczytalny, to nawet się przyznam, że w kontekście dzisiejszego najważniejszego wydarzenia w tym smutnym kraju, owszem, zasmuciłem się, owszem, rzekłem, że ludzi mamy popierdolonych, ale już w pół godziny później przyjąłem tę cyniczną pozę:
- Słuchajcie, czy już ktoś sugerował, żeby mu postawić pomnik, czy możemy być pierwsi?
Na szczęście nie miałem jaj, żeby wrzucić to słowo na fejsa, bo wstydziłbym się ostro, kiedy jakakolwiek poczytalność wróci. Bardziej niż jakichkolwiek emohumorystycznych wtrętów. Ciężko mi się zdystansować do tego, co się na tym fejsie dzieje, raz chciałbym żeby to była zabawka, raz myślę, że to jednak zabija komunikację. Przecież i tak liczy się liczba wyświetleń stron, reklam - tak samo jak w internetowej wersji tekstów z Dużego Formatu. Trafiłem przez świeżą koleżankę (tj. jeszcze wyświetla się na mojej tablicy) na wywiad z Marią Peszek, podzielony na jakieś dwadzieścia stron, na każdej może pięćset słów. Przewijanie po pół strony, klik na następną, nie dziwota, że systematycznie wróżona gazetom śmierć wciąż nie następuje. To bardzo dobrze - ludzie mogą pisać listy, tak?
Sporo ostatnio rozmawiam, takie rozmowy, w których należy się deklarować, kim jestem, jaki jestem i tak dalej, przez co zamiast sobie być - mniej robię się pewny, czy bardziej jestem, czy bardziej w rozmowie pozuję. To oczywiście dobrze, żeby mnie w kontrolowanych warunkach rozchwiać czasem. Nie ma w tych rozmowach żadnych opcji politycznych, tylko zachowania społeczne. Młotek użył w stosunku do mnie słowa szyderca, a ja przecież w ogóle tak o sobie nie myślałem, bo szyderstwo jednak kojarzy mi się z pewnym obyciem w świecie, daleko mi do tego. To nie jest tak, że użył tego w jakimś negatywnym znaczeniu, tylko w takim sensie, jak z dzisiejszym pomnikiem - wydało mi się, że to jest słowo, które najlepiej podsumowuje wszystkie informacje, docierające do mnie z kraju w ostatnich miesiącach. Więcej w tym cynizmu, czy więcej dystansu? A przecież to nie jest prawda, że jest we mnie tyle blazy - słowo blaza nie istnieje w takim znaczeniu - że taki jestem zblazowany. A jak ludzie by to odbierali? Studenci od piwa i porno - kolejny rekord kliknięć lubię to, czy może jednak by mnie (i słusznie i nie chyba) dojechali? Czy może jeszcze większe rozczarowanie, brak reakcji, bo sukcesywnie kasują mnie z tablicy i to już niczyja ignorancja, tylko moja postępująca nieciekawość i zbędność.
Żeby nie było za łatwo - znalazłem u siostry na półce "Kompleks polski" Konwickiego i czytam od tygodnia w autobusie, pewnie jestem lekko za połową. W autobusie już coraz słabsze światło - tym lepiej mieć ten oszukańczy firmowy tablet, można z internetu odpalić komiks.
Dziś na Rozdrożu znów typ z Kolskiej - słychać go z daleka. Wcześniej jednej dziewczynie powiedziałem, że nie mam drobnych (miałem), później pomyślałem, że jak chce chociaż złoty osiemdziesiąt, to może na serio zbiera na jakiś bilet. Nie wiem, staram się trzymać tej wersji z nierozdawaniem mozolnie ciułanych ziaren, w końcu w pracy ludzie w takim wieku, że wciąż rozmowy o mieszkaniach i kredytach. Ciułam na jakiś wkład kiedyś z kimś. Typ, który wyszedł z Kolskiej podchodzi do mnie i zaczyna litanię:
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili...
- Proszę Pana, od miesiąca Pana wypuszczają.
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili - podejmuje niezrażony, jakby nie rozumiał.
- Proszę Pana, musi Pan znaleźć jakieś inne miejsce teraz, bo tu Pan nie utarguje.
- Proszę Pana, poratuje Pan złotówką. - Ja naprawdę nie wiem, czy on jednak nie jest jakoś upośledzony, albo głuchy.
- Proszę odejść, ja już Panu nie pomogę więcej.
Odszedł, patrząc tak samo bezradnie, jak - jakie słowo - zawsze. Obok mnie siedziała jedna kobieta, ucieszyła się na tę scenę, kiedy już odszedł, a obok niej taka całkiem sympatyczna, naprawdę ładny uśmiech, może w moim wieku, to dodała, że on cały dzień wychodzi z Kolskiej. I wsiadły do autobusu, ja czekam dalej na swój i na przystanek wbijają dwie pannice, ja wiem, pewnie po siedemnaście lat, niezgrabne, oklapłe dupska, diety cuda i zero grzecznego ruchu. Słychać, że też je zaczepił.
- Słyszałaś, kurwa? Niech dziad spierdala!
Noż.
piątek, 15 października 2010
Sprawcza siła słowa
Wyszedłem z pracy około dwudziestej, pewnie miałem jakieś powody, żeby tyle siedzieć. Robienie drugiego plakatu nie jest nawet w połowie tak fajne, jak robienie pierwszego, jeśli jedzie się na tym samym schemacie. Internet też mnie w pewnej chwili zniechęcił, zawierał pokusę, której długo bym się nie oparł - no to wyszedłem. Na Rozdroże, a tam w cokolwiek, z nagłym planem, żeby odwiedzić ulubiony Rynek Nowego Miasta.
W ubiegłym tygodniu odwiedził mnie Mroczny Ka, kształcący się na architekta. Dzwonił wcześniej, że ma do przeprowadzenia ankietę, że takie w tym semestrze ma dziwne zajęcia, które jednak jak najbardziej rozumie - żeby być dobrym architektem, trzeba umieć spojrzeć na świat oczami zwykłego człowieka. Padło na mnie, genialnie, bo zwykły człowiek to rola, w której odnajduję się najlepiej. Kazał powiedzieć, jakie jest moje ulubione miejsce publiczne w Warszawie. Oczywiście nie miałem problemu z udzieleniem odpowiedzi. Nie jest tak, że w każdej dziedzinie mam coś ulubionego, ale tutaj trafił bezbłędnie. Kazał sobie opowiedzieć, pomyśleć, o co chodzi i nawet to nie było za trudne - kamienice i drzewa, ławki od południa, czasem ławki pod drzewem od Freta, ale chyba nie zawsze, to podwyższenie właśnie, nawet na schodach można usiąść. Zakamarki w północnej pierzei, swojski spokój od wschodu i przelotowy zachód. Na ogół spokój, a czasem jakieś fajne wydarzenie, na które można się natknąć bez czytania w internecie - kiedyś wpadłem na występy objazdowych teatrów. Do tego prowokowanie spotkań z obcymi ludźmi. On sobie tam notował, podpytywał czasem, rzucał sprytne hasła, mała architektura, ruchoma architektura, zieleń, tak, zieleń jak najbardziej, też mi się podoba.
Ja prowokuję ostatnio wszystkich cwaniaków na Rozdrożu - nie wiem, jak to się dzieje, chyba jakiś sezon na leszcza, bo w miesiącach wakacyjnych nie było ani jednego. A teraz codziennie, jak nie wyszedł z Kolskiej, to na wino zbierają, jak zbierają na wino, to zawsze najpierw mówią spoko, spoko, nie chcę cię okraść, zrozumiesz potrzebę. Odmowę takim też już dawno przed sobą rozgrzeszyłem, kiedy dorzuciłem na wino typom przy Barbakanie, jeden grał na gitarze jakąś wersję Rock'n'roll'owców Róż Europy (a może to oni mają na płycie wykręconą wersję tej piosenki).
Wysiadłem na Placu Krasińskich, ulica Długa to dla mnie jedna z najładniejszych ulic jest i podoba mi się, że ma na samym początku ten najmniejszy dom w Warszawie - kiosk Długa 1. Gdzieś tam w słuchawkach wskoczyło Radiohead, mam w odtwarzaczu O.K. Computer i taki miałem humor, że przestawiłem na odgrywanie płyty po kolei, zamiast losowo ze wszystkiego. Bo tak to jedyne, co z niej pamiętam to more productive. Przy Freta jest spożywczak, obawiałem się, że może być już zamknięty, ale na szczęście w tygodniu do dwudziestej pierwszej. Czasem mają w nim paluszki Żerań z makiem (no co, to jedna z rzeczy, wśród których mam ulubione, wyróżnienie!), częściej nie mają - jak teraz. To wziąłem obwarzanki i kajzerki na kanapki. Miałem już w torbie spore pudło, więc usiadłem na tej ławce pod drzewem, żeby się wygodnie przepakować. I w tym momencie kątem oka dostrzegłem przygodę.
Przygoda ubrana była w bluzę Everlast, kaptur miała zaciągnięty, ale nie tak, że na twarz, tylko zaciągnięte te sznurki, żeby ciasno przylegał do widocznej twarzy. Odezwał się, więc zmieniłem kąt patrzenia, kątem oka to tak słabo wyraźnie, a obojgiem oczu już można dostrzec, że typ po pięćdziesiątce najmniej. Typ, nie kobieta, więc nie trzeba pisać, że w wieku nieokreślonym.
- Nie poczęstuje Pan papierosem?
- Nie, nie mam, nie palę - odpowiedziałem nieświadom jeszcze, że to jednak zaczyna się przygoda. A przecież idąc Długą przypomniałem sobie mówienie o prowokowaniu spotkań. A słowa mają siłę sprawczą, może nie stuprocentową, może czasem na opak, ale przecież w autobusie myślałem we wtorek o tych dziewczętach, które były w poniedziałek na imprezie, wspominałem imiona, lekko drzemiąc, z zamkniętymi oczyma i kiedy pomyślałem imię Ola, to otworzyłem oczy i zobaczyłem kawałek przed sobą Olę ze studiów na IFK. Taki byłem wczorajszy, że bardzo się ucieszyłem, że mnie nie poznała, zresztą już na pewno wspominałem, że kontakty i niespotkania z koleżankami z tamtego okresu zawsze okazują się niewypałami. Jak ta prośba o papierosa, odpowiedziałem i pewny byłem spokoju. Ale gdzie tam, bo typ coś mówi i się zaczyna śmiać.
- Słucham? - wyjmuję z uszu słuchawki.
- Bo ja rzucam palenie. Ale wie Pan, ciągnie. - Na te słowa się uśmiecham i przestaję o nim myśleć per typ, a zaczynam per Pan.
- Ha, no to świetnie, że Pan na mnie trafił. Właściwie życzę Panu, żeby na samych takich trafiał.
- Oj ciągnie, ciągnie. Tylko ten nałóg mi został, innych się pozbyłem. Spieszy się Pan?
Nie spieszyłem się i wreszcie zwęszyłem przygodę.
- Pan siada.
No i zaczął opowiadać często średnio składną historię, której na pewno nie jestem w stanie zapisać w formie dialogu, więc zapiszę po prostu, mniej więcej, mam nadzieję, że bez zbyt dużych przekłamań. Skoro tak chciał się nią z kimś podzieli, to pewnie się nie obrazi, że przekazuję dalej.
On już pozbył się nałogów, tylko ten jeden został. Chodzi na taką terapię, grupa jest, ma tam tak zwaną panią terapeutkę, dla której jest bardzo miły. Ale jest też bardzo bezpośredni i policja to nawet twierdzi, że agresywny, ale nie wiadomo jeszcze, czy to agresja jest tu głównym powodem terapii. Mnie tam na agresywnego nie wyglądał. Rozmawiają na tych terapiach o różnych sprawach, wiele tematów jest poruszanych, często trudne, takie społeczne. Czasem ciężko mu się wypowiedzieć, ale na ogół jednak idzie mu to sprawnie. A raz to nawet przyniósł kwiatka dla pani terapeutki, aż chciała go nim zdzielić, ale tak przyjaźnie, z uśmiechem. On jest taki, że mówi co myśli, więc raz nawet wbił tam szpilę szefowej. Szefowa była napompowana, jakie to ładne, sam jeszcze nie wpadłem na to, że szpile się wbija w balony, a nie tak po prostu. A kiedy zeszło z niej powietrze, to podobno sama się przyznała, że racja.
On mówi o nich dziewczyna, że taka dziewczyna a taka, więc ja pytam, czy to takie świeżo po studiach - nie. Ładna różnica w postrzeganiu świata, bo dla mnie kobiety w wieku nieokreślonym to są właśnie kobiety w wieku nieokreślonym, a nie dziewczyny, w którym to słowie zawarta jest dla mnie młodość i jędrność.
No i bywał on w szpitalu, raz obudził się słaby - okazało się, że po dwóch dniach śpiączki. Na karcie miał wpisane Pan NN. Długo nie mogli dojść, dlaczego, bo on tyle pamięta, że słabo się poczuł i chciał wrócić do domu, a później znaleźli go z kluczami leżącego na klatce schodowej. Mówi, że na pewno pomyśleli pijak, ale on był trzeźwy i raczej po alkoholu się dwa dni nie śpi. Jakieś godziny, albo wieczność, ale dwa dni to nie. I powiedzieli mu przy tych badaniach, że ma czaszkę jakby wrócił z wojny, tak poobijaną. I doszli do jakichś ucisków nerwowych, w związku z czym wysłano go do psychiatryka - Tworki? Śmiał się, że tym sposobem zaliczył tam obie rzeczy, bo kiedyś tam pracował jako pielęgniarz i podobno miał oddział tych największych zwyrodnialców, oddział z rzeczami, o których się nie mówi i on nie powie. Więc kiedy wrócił w charakterze pacjenta, to go pytali, jak to kiedyś bywało - ściany obite poduszkami? Filmów się naoglądali.
On to wszystko opowiada z uśmiechem, czasem sam się zaśmiewa, ale kiedy ktoś przechodzi w okolicy, to mierzy wzrokiem, chyba szuka tych papierosów.
Wspomina, że widział leczenie prądem, nie to, że ot tak mógł, ale dostał raz pozwolenie, z ciekawości chciał. Później już nie chciał, bo to nie wyglądało humanitarnie. Dziś już wiadomo, że prądem próbowano pobudzać ludzi, którzy po źle prowadzonych terapiach lekowych zamieniali się w warzywa, ale cóż, tak wtedy właśnie leczono. On to rozumie, że poszło lecznictwo do przodu od czasów komuny i nie było tam złej woli.
W tym oddziale też były niezłe dziewczyny, chociażby ta, która nakrzyczała na dyrektora. Wprawdzie nie wiedziała, że to jest dyrektor, ale trzeba tupet mieć. Prowadziła raz pacjentów korytarzem i taki nobliwy pan z laseczką wyraził zapomnianą już wątpliwość, którą odebrała jako atak na jej podopiecznych. To powiedziała swoje i ów dżentelmen się napuszył, odszedł, a jej powiedziano, że to przecież szef wszystkich szefów. Więc kiedy kilka dni później szła na rozmowę do gabinetu, to cała była roztrzęsiona i właściwie pewna zwolnienia. A tutaj proszę, szef przeprasza za swoje zachowanie i wyraża dumę, że ona nawet takiego zepsutego społecznie człowieka, to znaczy psychicznie chorego, traktuje jak człowieka właśnie i nie pozwala obrazić. To już podobno prawie koniec kariery tego dyrektora, ale wcześniej zdarza się jeszcze inna historia - kiedy wpuszcza na teren zakładu harcerzy. Zakład ma na swoim terenie kawał lasu i tam obozują dzieciaki, aż raz trafiają na półnagą pacjentkę i miny mają nietęgie. Raczej średnio przemyślana przez dyrektora sprawa.
Ale teraz to on ma tę terapię, choć pić już dawno przestał i dostał bardzo spóźnione skierowanie. Przynajmniej może świecić przykładem. Policja wciąż się go czepia, chociażby o to, że pies nie ma kagańca. Było raz tak, że pies spokojny, ale podnosi się, kiedy podeszli i warczy - Trzymaj Pan tego psa!
- To gdzie Pan podchodzisz?
- Bo kagańca nie ma, a tak nie wolno!
- Bo tu okolica niebezpieczna, Pan się czujesz bezpiecznie? To po co Panu pistolet?
I podobno poszli sobie.
Poszedłem i ja, bo trząsłem się jak tamta pani przed rozmową z dyrektorem, tylko że ja to z zimna. Podziękowałem za historię. On też wstał i wyciągnął rękę, właściwie miałem taką nadzieję, bo mnie, młodzieniaszkowi, nie wypada pierwszemu. To była taka duża, ciepła dłoń. Pewny uścisk.
- Do widzenia Panie NN.
Uśmiechnął się szerzej.
W ubiegłym tygodniu odwiedził mnie Mroczny Ka, kształcący się na architekta. Dzwonił wcześniej, że ma do przeprowadzenia ankietę, że takie w tym semestrze ma dziwne zajęcia, które jednak jak najbardziej rozumie - żeby być dobrym architektem, trzeba umieć spojrzeć na świat oczami zwykłego człowieka. Padło na mnie, genialnie, bo zwykły człowiek to rola, w której odnajduję się najlepiej. Kazał powiedzieć, jakie jest moje ulubione miejsce publiczne w Warszawie. Oczywiście nie miałem problemu z udzieleniem odpowiedzi. Nie jest tak, że w każdej dziedzinie mam coś ulubionego, ale tutaj trafił bezbłędnie. Kazał sobie opowiedzieć, pomyśleć, o co chodzi i nawet to nie było za trudne - kamienice i drzewa, ławki od południa, czasem ławki pod drzewem od Freta, ale chyba nie zawsze, to podwyższenie właśnie, nawet na schodach można usiąść. Zakamarki w północnej pierzei, swojski spokój od wschodu i przelotowy zachód. Na ogół spokój, a czasem jakieś fajne wydarzenie, na które można się natknąć bez czytania w internecie - kiedyś wpadłem na występy objazdowych teatrów. Do tego prowokowanie spotkań z obcymi ludźmi. On sobie tam notował, podpytywał czasem, rzucał sprytne hasła, mała architektura, ruchoma architektura, zieleń, tak, zieleń jak najbardziej, też mi się podoba.
Ja prowokuję ostatnio wszystkich cwaniaków na Rozdrożu - nie wiem, jak to się dzieje, chyba jakiś sezon na leszcza, bo w miesiącach wakacyjnych nie było ani jednego. A teraz codziennie, jak nie wyszedł z Kolskiej, to na wino zbierają, jak zbierają na wino, to zawsze najpierw mówią spoko, spoko, nie chcę cię okraść, zrozumiesz potrzebę. Odmowę takim też już dawno przed sobą rozgrzeszyłem, kiedy dorzuciłem na wino typom przy Barbakanie, jeden grał na gitarze jakąś wersję Rock'n'roll'owców Róż Europy (a może to oni mają na płycie wykręconą wersję tej piosenki).
Wysiadłem na Placu Krasińskich, ulica Długa to dla mnie jedna z najładniejszych ulic jest i podoba mi się, że ma na samym początku ten najmniejszy dom w Warszawie - kiosk Długa 1. Gdzieś tam w słuchawkach wskoczyło Radiohead, mam w odtwarzaczu O.K. Computer i taki miałem humor, że przestawiłem na odgrywanie płyty po kolei, zamiast losowo ze wszystkiego. Bo tak to jedyne, co z niej pamiętam to more productive. Przy Freta jest spożywczak, obawiałem się, że może być już zamknięty, ale na szczęście w tygodniu do dwudziestej pierwszej. Czasem mają w nim paluszki Żerań z makiem (no co, to jedna z rzeczy, wśród których mam ulubione, wyróżnienie!), częściej nie mają - jak teraz. To wziąłem obwarzanki i kajzerki na kanapki. Miałem już w torbie spore pudło, więc usiadłem na tej ławce pod drzewem, żeby się wygodnie przepakować. I w tym momencie kątem oka dostrzegłem przygodę.
Przygoda ubrana była w bluzę Everlast, kaptur miała zaciągnięty, ale nie tak, że na twarz, tylko zaciągnięte te sznurki, żeby ciasno przylegał do widocznej twarzy. Odezwał się, więc zmieniłem kąt patrzenia, kątem oka to tak słabo wyraźnie, a obojgiem oczu już można dostrzec, że typ po pięćdziesiątce najmniej. Typ, nie kobieta, więc nie trzeba pisać, że w wieku nieokreślonym.
- Nie poczęstuje Pan papierosem?
- Nie, nie mam, nie palę - odpowiedziałem nieświadom jeszcze, że to jednak zaczyna się przygoda. A przecież idąc Długą przypomniałem sobie mówienie o prowokowaniu spotkań. A słowa mają siłę sprawczą, może nie stuprocentową, może czasem na opak, ale przecież w autobusie myślałem we wtorek o tych dziewczętach, które były w poniedziałek na imprezie, wspominałem imiona, lekko drzemiąc, z zamkniętymi oczyma i kiedy pomyślałem imię Ola, to otworzyłem oczy i zobaczyłem kawałek przed sobą Olę ze studiów na IFK. Taki byłem wczorajszy, że bardzo się ucieszyłem, że mnie nie poznała, zresztą już na pewno wspominałem, że kontakty i niespotkania z koleżankami z tamtego okresu zawsze okazują się niewypałami. Jak ta prośba o papierosa, odpowiedziałem i pewny byłem spokoju. Ale gdzie tam, bo typ coś mówi i się zaczyna śmiać.
- Słucham? - wyjmuję z uszu słuchawki.
- Bo ja rzucam palenie. Ale wie Pan, ciągnie. - Na te słowa się uśmiecham i przestaję o nim myśleć per typ, a zaczynam per Pan.
- Ha, no to świetnie, że Pan na mnie trafił. Właściwie życzę Panu, żeby na samych takich trafiał.
- Oj ciągnie, ciągnie. Tylko ten nałóg mi został, innych się pozbyłem. Spieszy się Pan?
Nie spieszyłem się i wreszcie zwęszyłem przygodę.
- Pan siada.
No i zaczął opowiadać często średnio składną historię, której na pewno nie jestem w stanie zapisać w formie dialogu, więc zapiszę po prostu, mniej więcej, mam nadzieję, że bez zbyt dużych przekłamań. Skoro tak chciał się nią z kimś podzieli, to pewnie się nie obrazi, że przekazuję dalej.
On już pozbył się nałogów, tylko ten jeden został. Chodzi na taką terapię, grupa jest, ma tam tak zwaną panią terapeutkę, dla której jest bardzo miły. Ale jest też bardzo bezpośredni i policja to nawet twierdzi, że agresywny, ale nie wiadomo jeszcze, czy to agresja jest tu głównym powodem terapii. Mnie tam na agresywnego nie wyglądał. Rozmawiają na tych terapiach o różnych sprawach, wiele tematów jest poruszanych, często trudne, takie społeczne. Czasem ciężko mu się wypowiedzieć, ale na ogół jednak idzie mu to sprawnie. A raz to nawet przyniósł kwiatka dla pani terapeutki, aż chciała go nim zdzielić, ale tak przyjaźnie, z uśmiechem. On jest taki, że mówi co myśli, więc raz nawet wbił tam szpilę szefowej. Szefowa była napompowana, jakie to ładne, sam jeszcze nie wpadłem na to, że szpile się wbija w balony, a nie tak po prostu. A kiedy zeszło z niej powietrze, to podobno sama się przyznała, że racja.
On mówi o nich dziewczyna, że taka dziewczyna a taka, więc ja pytam, czy to takie świeżo po studiach - nie. Ładna różnica w postrzeganiu świata, bo dla mnie kobiety w wieku nieokreślonym to są właśnie kobiety w wieku nieokreślonym, a nie dziewczyny, w którym to słowie zawarta jest dla mnie młodość i jędrność.
No i bywał on w szpitalu, raz obudził się słaby - okazało się, że po dwóch dniach śpiączki. Na karcie miał wpisane Pan NN. Długo nie mogli dojść, dlaczego, bo on tyle pamięta, że słabo się poczuł i chciał wrócić do domu, a później znaleźli go z kluczami leżącego na klatce schodowej. Mówi, że na pewno pomyśleli pijak, ale on był trzeźwy i raczej po alkoholu się dwa dni nie śpi. Jakieś godziny, albo wieczność, ale dwa dni to nie. I powiedzieli mu przy tych badaniach, że ma czaszkę jakby wrócił z wojny, tak poobijaną. I doszli do jakichś ucisków nerwowych, w związku z czym wysłano go do psychiatryka - Tworki? Śmiał się, że tym sposobem zaliczył tam obie rzeczy, bo kiedyś tam pracował jako pielęgniarz i podobno miał oddział tych największych zwyrodnialców, oddział z rzeczami, o których się nie mówi i on nie powie. Więc kiedy wrócił w charakterze pacjenta, to go pytali, jak to kiedyś bywało - ściany obite poduszkami? Filmów się naoglądali.
On to wszystko opowiada z uśmiechem, czasem sam się zaśmiewa, ale kiedy ktoś przechodzi w okolicy, to mierzy wzrokiem, chyba szuka tych papierosów.
Wspomina, że widział leczenie prądem, nie to, że ot tak mógł, ale dostał raz pozwolenie, z ciekawości chciał. Później już nie chciał, bo to nie wyglądało humanitarnie. Dziś już wiadomo, że prądem próbowano pobudzać ludzi, którzy po źle prowadzonych terapiach lekowych zamieniali się w warzywa, ale cóż, tak wtedy właśnie leczono. On to rozumie, że poszło lecznictwo do przodu od czasów komuny i nie było tam złej woli.
W tym oddziale też były niezłe dziewczyny, chociażby ta, która nakrzyczała na dyrektora. Wprawdzie nie wiedziała, że to jest dyrektor, ale trzeba tupet mieć. Prowadziła raz pacjentów korytarzem i taki nobliwy pan z laseczką wyraził zapomnianą już wątpliwość, którą odebrała jako atak na jej podopiecznych. To powiedziała swoje i ów dżentelmen się napuszył, odszedł, a jej powiedziano, że to przecież szef wszystkich szefów. Więc kiedy kilka dni później szła na rozmowę do gabinetu, to cała była roztrzęsiona i właściwie pewna zwolnienia. A tutaj proszę, szef przeprasza za swoje zachowanie i wyraża dumę, że ona nawet takiego zepsutego społecznie człowieka, to znaczy psychicznie chorego, traktuje jak człowieka właśnie i nie pozwala obrazić. To już podobno prawie koniec kariery tego dyrektora, ale wcześniej zdarza się jeszcze inna historia - kiedy wpuszcza na teren zakładu harcerzy. Zakład ma na swoim terenie kawał lasu i tam obozują dzieciaki, aż raz trafiają na półnagą pacjentkę i miny mają nietęgie. Raczej średnio przemyślana przez dyrektora sprawa.
Ale teraz to on ma tę terapię, choć pić już dawno przestał i dostał bardzo spóźnione skierowanie. Przynajmniej może świecić przykładem. Policja wciąż się go czepia, chociażby o to, że pies nie ma kagańca. Było raz tak, że pies spokojny, ale podnosi się, kiedy podeszli i warczy - Trzymaj Pan tego psa!
- To gdzie Pan podchodzisz?
- Bo kagańca nie ma, a tak nie wolno!
- Bo tu okolica niebezpieczna, Pan się czujesz bezpiecznie? To po co Panu pistolet?
I podobno poszli sobie.
Poszedłem i ja, bo trząsłem się jak tamta pani przed rozmową z dyrektorem, tylko że ja to z zimna. Podziękowałem za historię. On też wstał i wyciągnął rękę, właściwie miałem taką nadzieję, bo mnie, młodzieniaszkowi, nie wypada pierwszemu. To była taka duża, ciepła dłoń. Pewny uścisk.
- Do widzenia Panie NN.
Uśmiechnął się szerzej.
czwartek, 14 października 2010
Ani jednej piosenki o miłości
Starałem się wczoraj być bardzo zen, więc przez kilka godzin przewracałem się na łóżku, zamiast komukolwiek zwracać uwagę na głośność społecznych interakcji. Telefon opacznie wziął ze mnie przykład i w myśl cichej zen nie zwrócił mi z rana uwagi, że wypadałoby wstać do pracy. Obudziłem się więc wyspany, wypoczęty i z tym pięknym uczuciem, że coś jest nie tak. Ciepło, przyjemnie, nie muszę roztrzęsiony zimnem szukać skarpetek - aha, to pewnie znaczy, że jestem spóźniony! A spóźniony nie ma powodu do pośpiechu, skoro spóźnienie już się technicznie dokonało. Okazuje się, że wychodząc z domu pół godziny później niż na ogół, zastaje się ulice puste, przejezdne. To wcale nie jest olśnienie, to po prostu przypomnienie, że matrix has you. Robię w tym tygodniu w pracy plakat, jest takie bardzo fachowe narzędzie do plakatów zwane Power Pointem, zainspirowałem się i zainspirowano mnie Warholem, o którym wiem tyle samo, co do wczoraj wiedziałem Mansonie, i teraz jestem bardzo dumny z oznaczenia krachu systemu cyfrowo zielonym kadrem z Matrixa. Ciekawe, czy przejdzie?
Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.
Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.
Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.
On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.
Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.
Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.
On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Około czterech postaci, prawdopodobnie Młotek pośród nich, no i ja też. Jesteśmy w białym pomieszczeniu, dachu nie ma. Perspektywa z góry - staramy się tam jak najlepiej ułożyć, dopasować. Chodzi o to, żeby wypełnić sobą całą przestrzeń. Patrzę na to z pewnej odległości, jak niezdarnie się tam przestawiamy, jak układamy się w tym pudełku po droższych cukierkach - są takie bardzo fajne metalowe pudełka, z pokrywkami, które dobrze nadają się na składowanie sentymentów.
W końcu udaje nam się i myślę, że to jest pełnia.
sobota, 9 października 2010
Nirvana at last
Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.
Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.
Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?
W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.
Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.
Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.
Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.
Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?
W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.
Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.
Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.
Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.
czwartek, 7 października 2010
Nic do powiedzenia
Trafiłem wczoraj na tego nieszczęsnego żulika, co to wyszedł z Kolskiej. On prawdopodobnie codziennie stamtąd wychodzi i zawsze wraca do siebie przez Rozdroże. Nie za bardzo zwrócił uwagę na moją uwagę, że już go nie tak dawno ratowałem i on wtedy zamiast kupić bilet, wysiadł na kolejnym przystanku. Nie dalej jak pięć minut później trafił się kolejny, taki bardziej chytry z twarzy. Żeby go poratować monetką. To ja mu, że niedawno ratowałem tego, co to z Kolskiej wyszedł.
- A! Znam go!
I poszedł dalej.
Trochę mnie przeraża myśl, że to żebractwo musi przynosić całkiem duży profit. Czy to jest profit godny, to każdy może patrzeć jak chce (debile-dopalacze?). Pewnie mają swoje rewiry, albo trasy, pewnie się wszyscy znają, czasem walczą o miejscówki. I przez całe lata opowiadają tą samą historię. Kojarzyłem jednego takiego z Foksalu - Pół roku temu też Pan wyszedł ze szpitala...
Jak tu wierzyć, że cokolwiek jest prawdziwe?
Internet grzmi, tragiczna śmierć motocyklisty na Modlińskiej, a moją pierwszą myślą jest: dobrze, że zdążyłem dojechać do pracy. Do tego słowo tragiczny mam na stałe skojarzone z Panem Johannesem.
To nie są rzeczy, o których chciałbym tu pisać. Każdy może sobie wejść na gazetę, czy cokolwiek - wedle uznania.
Super chaos.
- A! Znam go!
I poszedł dalej.
Trochę mnie przeraża myśl, że to żebractwo musi przynosić całkiem duży profit. Czy to jest profit godny, to każdy może patrzeć jak chce (debile-dopalacze?). Pewnie mają swoje rewiry, albo trasy, pewnie się wszyscy znają, czasem walczą o miejscówki. I przez całe lata opowiadają tą samą historię. Kojarzyłem jednego takiego z Foksalu - Pół roku temu też Pan wyszedł ze szpitala...
Jak tu wierzyć, że cokolwiek jest prawdziwe?
Internet grzmi, tragiczna śmierć motocyklisty na Modlińskiej, a moją pierwszą myślą jest: dobrze, że zdążyłem dojechać do pracy. Do tego słowo tragiczny mam na stałe skojarzone z Panem Johannesem.
To nie są rzeczy, o których chciałbym tu pisać. Każdy może sobie wejść na gazetę, czy cokolwiek - wedle uznania.
Super chaos.
poniedziałek, 4 października 2010
Królowa musi mieć na imię
Raczej kiepsko się dzisiaj czuję, przysnąłem w autobusie tak, że budzono mnie na pętli. Kiedyś nie znosiłem kapturów, teraz chodzę w kapturze, bo wieje zimnem i boli od tego głowa. Specjalnie nie idę do fryzjera, żeby trzymać ciepło na mózgu. Ciekawe ile wytrzymam. To było od razu czuć, tak kalendarzowo, z dnia na dzień - we wrześniu nawet w te chłodniejsze, deszczowe dni, powietrze było ciepłe. Teraz już nie jest, teraz już fontanna przy Rozdrożu potrafi być wieczorem wyłączona, albo można na zatopionej w niej pomarańczowej rurze zobaczyć odpoczywające kaczki. Czy klucze ptaków otwierają niebo? Czy ludzie zjedli ptaki?
Mistrz i Małgorzata nie był aż tak uwspółcześniony, jak to sobie wyobrażałem na wieść o uwspółcześnieniu, w ogóle właściwie nie był uwspółcześniony. Jakieś nieśmiałe i właściwie wcale nie aż tak śmieszne ukłony do CBA, albo homoseksualna relacja teatralnych oficjeli, wcale nie jestem pewien, czy to było potrzebne, nawet jeśli jest jakimś uśmiechem do samego siebie, bo artyści często mają przyklejaną homoseksualną plakietkę. A reszta, to już bez zmian właściwie, z tymi samymi pominięciami, co pięć lat temu, tylko gorzej. Najbardziej rozczarowałem się Wolandem, zresztą tutaj właśnie spodziewałem się uwspółcześnienia, że skoro gra go kobieta, to będzie ten diabeł kobietą właśnie. Ale nie był, a z dziewczyny niestety nie jest Krystyna Feldman. Poprzednio Woland lśnił (mam wrażenie, że teraz zagrał Mistrza) a teraz na tyle nie lśnił i - co w przypadku tej postaci powinno być niedopuszczalne - na tyle się mylił, że zwracałem uwagę na takie szczegóły jak nieudolne utykanie, błędne przekładanie laski. Poprzednio wychwyciłem jedną pomyłkę Piłata, tym razem Piłat bezbłędny, wciąż ten sam. Może ekipa jest zmęczona przedstawieniem, ósmy raz wystawiają, pierwszy raz w tym sezonie, a ja tu jeszcze na nich dodatkowo marudzę. Te pięć lat temu, to było wielkie przedsięwzięcie, możliwość zaprezentowania wszystkich możliwości nowej sali, z naprawdę fachowo zrobionymi wstawkami filmowymi, współpraca kilku grup aktorów. Nowi nie sprostali moim wspomnieniom. Wiadomo, że ciężko wygrać ze wspomnieniami.
Dobra, tak naprawdę jestem obrażony, że tym razem nie trafił mi się ani jeden dolar na zakładkę do książki. Bo gorzej, to nie znaczy, że źle, ja się bawiłem i nawet bezczelnie szczerzyłem podczas przedstawienia w Varietes (no, dziewczęta w bieliźnie, a ja facet przecież), na pewno też bawili się towarzysze. Druga przerwa, nie spodziewaliśmy się, że kiedy u Szatana zaczynie się bal, na nas będzie czekał poczęstunek. Przez chwilę mogłem udawać, że uczestniczę w przedstawieniu i zapytałem Smorkę, z którego piekła przybyła.
Tyle, następnym razem postaram się bardziej i ładniej, albo może o poprzednim właśnie - zaskoczyłem się, że w starych zeszytach nie ma o tamtym przedstawieniu ani słowa. Albo nie, bo musiałaby wystąpić ówczesna królowa, a kto by tego niby chciał. Na razie idę przesypiać intensywne samopoczucie.
Mistrz i Małgorzata nie był aż tak uwspółcześniony, jak to sobie wyobrażałem na wieść o uwspółcześnieniu, w ogóle właściwie nie był uwspółcześniony. Jakieś nieśmiałe i właściwie wcale nie aż tak śmieszne ukłony do CBA, albo homoseksualna relacja teatralnych oficjeli, wcale nie jestem pewien, czy to było potrzebne, nawet jeśli jest jakimś uśmiechem do samego siebie, bo artyści często mają przyklejaną homoseksualną plakietkę. A reszta, to już bez zmian właściwie, z tymi samymi pominięciami, co pięć lat temu, tylko gorzej. Najbardziej rozczarowałem się Wolandem, zresztą tutaj właśnie spodziewałem się uwspółcześnienia, że skoro gra go kobieta, to będzie ten diabeł kobietą właśnie. Ale nie był, a z dziewczyny niestety nie jest Krystyna Feldman. Poprzednio Woland lśnił (mam wrażenie, że teraz zagrał Mistrza) a teraz na tyle nie lśnił i - co w przypadku tej postaci powinno być niedopuszczalne - na tyle się mylił, że zwracałem uwagę na takie szczegóły jak nieudolne utykanie, błędne przekładanie laski. Poprzednio wychwyciłem jedną pomyłkę Piłata, tym razem Piłat bezbłędny, wciąż ten sam. Może ekipa jest zmęczona przedstawieniem, ósmy raz wystawiają, pierwszy raz w tym sezonie, a ja tu jeszcze na nich dodatkowo marudzę. Te pięć lat temu, to było wielkie przedsięwzięcie, możliwość zaprezentowania wszystkich możliwości nowej sali, z naprawdę fachowo zrobionymi wstawkami filmowymi, współpraca kilku grup aktorów. Nowi nie sprostali moim wspomnieniom. Wiadomo, że ciężko wygrać ze wspomnieniami.
Dobra, tak naprawdę jestem obrażony, że tym razem nie trafił mi się ani jeden dolar na zakładkę do książki. Bo gorzej, to nie znaczy, że źle, ja się bawiłem i nawet bezczelnie szczerzyłem podczas przedstawienia w Varietes (no, dziewczęta w bieliźnie, a ja facet przecież), na pewno też bawili się towarzysze. Druga przerwa, nie spodziewaliśmy się, że kiedy u Szatana zaczynie się bal, na nas będzie czekał poczęstunek. Przez chwilę mogłem udawać, że uczestniczę w przedstawieniu i zapytałem Smorkę, z którego piekła przybyła.
Tyle, następnym razem postaram się bardziej i ładniej, albo może o poprzednim właśnie - zaskoczyłem się, że w starych zeszytach nie ma o tamtym przedstawieniu ani słowa. Albo nie, bo musiałaby wystąpić ówczesna królowa, a kto by tego niby chciał. Na razie idę przesypiać intensywne samopoczucie.
wtorek, 28 września 2010
Woody Allen spotyka Todda Howarda
W sobotę miała być podróż do Podróży do źródeł czasu pozostawionej przypadkiem w pracy, ale jednak wciąż był katar i pewnie nie będę miał jaj, żeby iść jeszcze w tym roku na rower. Odpoczywałem więc, tak najlepiej, bezmyślnie, to znaczy przy Morrowindzie. Blog na tym cierpi, bo z książek zawsze można sobie coś zapamiętać, zaznaczyć do wynotowania i udawać łamanie głowy. Dajmy na to: w każdym czasie ludzie lubią pisać, że wyznaczona nam została era, albo że żyjemy w wieku czegoś, dajmy na to zen. Oto jesteśmy, piszę ja, choć nie czas jeszcze na podsumowania. Podsumowania będą być może w książkach do języka ojczystego, albo o kulturze jakichś, albo może ktoś tam jednak stwierdzi, że naprawdę już nie ma co podsumowywać po XX wieku. Alejo Carpentier, podobno prekursor realizmu magicznego, już na samym początku kombinuje tak:
Udało mi się iść do kina, Katastrofa odpadł, trudno. Annie Hall, strasznie dużo ludzi. Allen robi prawie wszystkie filmy takie same, widziałem kilka nowszych, ten jest z 1977, czyli nawet nie było mnie w planach. Myślałem, że dla odmiany będzie to film nie o starym i brzydkim Allenie, tylko może o po prostu brzydkim, ale on już w średnim wieku, łysiejący. Jak zawsze podziwiam obytą widownię, bo wszyscy śmiali się ze wspomnianego kilka razy Mansona, znaczy kiedy go wspominano, a ja musiałem sprawdzić, że to był w tamtym czasie w Ameryce głośny przestępca i nawet chcieli na jego procesie Beatlesów.
Tego wieczoru Woody Allen spotkał się z Toddem Howardem. Ten drugi jest może trochę mniej znany, bo robi gry, miał spory wkład w robienie Morrowinda, oraz później Obliviona, czyli głównie na nim wiesza się za niego psy. No ale sam sobie w kolano strzelił - jak to tak można, żeby na tle tajemniczego, koszmarno pokracznego i bardzo swojego Morro, z legendarnymi skrzekaczami i wielkimi netechami, zrobić kolejną część w myśl zasady fantasy to rycerz w lśniącej zbroi i na koniu.
Zdarzyło się to tak, że kiedy czekałem na Rozdrożu (po drodze wiadomo, pomarańcze i miasto nocą, co lubię), podszedł taki żulik do mnie, a ja go odpędziłem, bo rozmawiałem z Cytatem przez telefon i raczej o ważnych rzeczach. On usiadł na przystanku, a ja naiwnie później zagadnąłem, czy mogę pomóc, bo wpadło mi do głowy, że może to jednak niekoniecznie żulik, żeby nie oceniać po okładce (tak tylko z kobietami), on mógł chcieć zapytać, czy w tej późnej przecież godzinie nie uciekł mu autobus. No ale on od razu z historią, że może poratuję złotówką, bo ledwie go z Kolskiej wypuścili i nie ma jak wrócić. Jakbym ja wiedział, czy Kolska jest w okolicy Rozdroża (nie jest!), no ale niech ma, dwa nawet złote, wsiadł do tego samego autobusu, jeszcze wyżebrał pół złocisza i naprawdę wyglądał, jakby miał ten bilet kupić, bo stanął przy kierowcy. Gdzie tam, po prostu wysiadł na kolejnym przystanku. Chytre!
Przez chwilę czułem się wyrolowany, ja bardzo rzadko udzielam datków na ulicy, raz kiedyś kupiłem bułkę i parówki typowi, to się czuję na całe życie rozgrzeszony, do tego na jakieś instytucje dla biednych to chyba już płacę w podatkach. Szkliste miał oczy, miał rozkrwawioną wargę, taki zabiedzony, no tu mnie miał - o Cyganach mówili, że niezły biznes mają z biednej stylizacji, ale o takich swojakach już mniej. Ale od razu przypomniałem sobie ten śmieszny film, który skończył się pół godziny wcześniej. Ojciec Alvy'ego, to jest Stary Singers (kto to w ogóle są Starzy Singers i czy Moretti to ten ucieszony typ z Miczów?), tak komentował fakt bycia okradanym:
Nie wiem, czy to zamierzone, ale w dodatku pojawia się postać żebraka Gaenora, również leśnego elfa i takiego ciapy trochę. Prosi o jakiś datek, raz, drugi, coraz to większy, do niewyobrażalnych kwot, w końcu się obraża i zwymyśla rzekomo niezbyt pomocnego bohatera. Kilka dni później nie jest już ciapowaty, wyskakuje na bohatera ubrany w jeden z najlepszych pancerzy, ma umiejętności najlepszych wojowników i jest prawdopodobnie najcięższą do pokonania postacią w całej grze - bo właściwie nie idzie w niego trafić. Mądrzy ludzie podejrzeli jego statystyki, ma siedem razy więcej szczęścia niż dla gracza to legalnie osiągalne. Tak jakby na złość.
No więc mam nadzieję, że moje skromne datki nie są wróżbą jakiegoś napadu.
Z innej beczki - Pustki mają nowy singiel, który trochę mniej brzmi jak oni, jest taki bardziej lofi i indie, ale i tak fajny. Ja się wprawdzie na płyn Lugola nie załapałem (nie wspominał o nim chyba w swojej książce o mutantach Strachota, więc szukałem na wiki), ale Wigry 3 i BMX'y rozumiem. Fiu fiu.
Wyznaczona nam została era Człowieka-Pszczoły, lub Człowieka-Zera, kiedy dusz nie sprzedaje się diabłu, lecz Księgowemu albo Dozorcy Galerników.Ledwie to zacząłem, ale już są fajne sceny, kiedy stary i kaszlący mentor, konserwator instrumentów ściska bohatera, odnośnie jego młodości - fajny kontrast, ta starość i młodość, ideały w jednym. Bo bohater jest nijaki, niby wyzwolony, ale bez sensu, ma pracę, żeby nie myśleć - Rozumiejąc daremność buntu.
Udało mi się iść do kina, Katastrofa odpadł, trudno. Annie Hall, strasznie dużo ludzi. Allen robi prawie wszystkie filmy takie same, widziałem kilka nowszych, ten jest z 1977, czyli nawet nie było mnie w planach. Myślałem, że dla odmiany będzie to film nie o starym i brzydkim Allenie, tylko może o po prostu brzydkim, ale on już w średnim wieku, łysiejący. Jak zawsze podziwiam obytą widownię, bo wszyscy śmiali się ze wspomnianego kilka razy Mansona, znaczy kiedy go wspominano, a ja musiałem sprawdzić, że to był w tamtym czasie w Ameryce głośny przestępca i nawet chcieli na jego procesie Beatlesów.
Tego wieczoru Woody Allen spotkał się z Toddem Howardem. Ten drugi jest może trochę mniej znany, bo robi gry, miał spory wkład w robienie Morrowinda, oraz później Obliviona, czyli głównie na nim wiesza się za niego psy. No ale sam sobie w kolano strzelił - jak to tak można, żeby na tle tajemniczego, koszmarno pokracznego i bardzo swojego Morro, z legendarnymi skrzekaczami i wielkimi netechami, zrobić kolejną część w myśl zasady fantasy to rycerz w lśniącej zbroi i na koniu.
Zdarzyło się to tak, że kiedy czekałem na Rozdrożu (po drodze wiadomo, pomarańcze i miasto nocą, co lubię), podszedł taki żulik do mnie, a ja go odpędziłem, bo rozmawiałem z Cytatem przez telefon i raczej o ważnych rzeczach. On usiadł na przystanku, a ja naiwnie później zagadnąłem, czy mogę pomóc, bo wpadło mi do głowy, że może to jednak niekoniecznie żulik, żeby nie oceniać po okładce (tak tylko z kobietami), on mógł chcieć zapytać, czy w tej późnej przecież godzinie nie uciekł mu autobus. No ale on od razu z historią, że może poratuję złotówką, bo ledwie go z Kolskiej wypuścili i nie ma jak wrócić. Jakbym ja wiedział, czy Kolska jest w okolicy Rozdroża (nie jest!), no ale niech ma, dwa nawet złote, wsiadł do tego samego autobusu, jeszcze wyżebrał pół złocisza i naprawdę wyglądał, jakby miał ten bilet kupić, bo stanął przy kierowcy. Gdzie tam, po prostu wysiadł na kolejnym przystanku. Chytre!
Przez chwilę czułem się wyrolowany, ja bardzo rzadko udzielam datków na ulicy, raz kiedyś kupiłem bułkę i parówki typowi, to się czuję na całe życie rozgrzeszony, do tego na jakieś instytucje dla biednych to chyba już płacę w podatkach. Szkliste miał oczy, miał rozkrwawioną wargę, taki zabiedzony, no tu mnie miał - o Cyganach mówili, że niezły biznes mają z biednej stylizacji, ale o takich swojakach już mniej. Ale od razu przypomniałem sobie ten śmieszny film, który skończył się pół godziny wcześniej. Ojciec Alvy'ego, to jest Stary Singers (kto to w ogóle są Starzy Singers i czy Moretti to ten ucieszony typ z Miczów?), tak komentował fakt bycia okradanym:
To Murzynka z Harlemu, kogo ma okradać, jak nie nas?No właśnie. Tutaj wchodzi Todd Howard i mogę się rozwodzić nad czymś, o czym cokolwiek wiem. Kiedy zaczyna się Morrowinda, pierwszą napotykaną postacią jest dla większości Fargoth. Z jakiegoś powodu uważa się go za największe zło, ludzie kręcą na youtube specjalne filmy z mordowaniem go, bo w jakiś sposób irytujący z niego kurdupel. W ogóle leśne elfy cieszą się w środowisku znikomym poważaniem - niezależnie od możliwości utworzenia najbardziej morderczego pierwszolevelowego builda postaci: znak zodiaku z premią do szybkości, zwinność w ulubionych współczynnikach, celność, skradanie się i przywołanie w głównych umiejętnościach, zaklęty długi łuk i można wystrzelać wszystko, zanim zdąży podejść, a jeszcze lepiej z premią do obrażeń ze skradania się. FTW! To może być mój pomysł na rozbicie cytadel rodu Dagoth pierwszolevelową postacią.
Nie wiem, czy to zamierzone, ale w dodatku pojawia się postać żebraka Gaenora, również leśnego elfa i takiego ciapy trochę. Prosi o jakiś datek, raz, drugi, coraz to większy, do niewyobrażalnych kwot, w końcu się obraża i zwymyśla rzekomo niezbyt pomocnego bohatera. Kilka dni później nie jest już ciapowaty, wyskakuje na bohatera ubrany w jeden z najlepszych pancerzy, ma umiejętności najlepszych wojowników i jest prawdopodobnie najcięższą do pokonania postacią w całej grze - bo właściwie nie idzie w niego trafić. Mądrzy ludzie podejrzeli jego statystyki, ma siedem razy więcej szczęścia niż dla gracza to legalnie osiągalne. Tak jakby na złość.
No więc mam nadzieję, że moje skromne datki nie są wróżbą jakiegoś napadu.
Z innej beczki - Pustki mają nowy singiel, który trochę mniej brzmi jak oni, jest taki bardziej lofi i indie, ale i tak fajny. Ja się wprawdzie na płyn Lugola nie załapałem (nie wspominał o nim chyba w swojej książce o mutantach Strachota, więc szukałem na wiki), ale Wigry 3 i BMX'y rozumiem. Fiu fiu.
czwartek, 23 września 2010
Piękni piętnastoletni
Poszliśmy w sobotę na ten Dżem, ale to nie był gwóźdź programu. Było raczej chłodno, więc bardziej miał szansę na bycie gwoździem do trumny, jakie to jest opatrzone zestawienie, więc nie doczekaliśmy piosenek znanych i ładnych, tych, które lubię z dwóch pierwszych płyt. Taka kapela, która nieprzerwanie gra niemal od czterdziestu lat, puszcza nowe płyty i jakoś się rozwija, musi mieć do siebie wiele dystansu i wiele dystansu do publiczności, skoro jednak grają nowsze utwory, na które reakcje są mało żywiołowe, za to z Cegłą zawsze szał ciał. Dzień, w którym pękło niebo oczywiście nie był grany. Ale bardziej mi tu chodziło o spotkanie, o oczyszczenie po piekle poprzednich dni - architekt Mroczny Krzyś, Katastrofa ze Smorką, lubię słuchać ludzi. Obiecali iść ze mną na Mistrza i Małgorzatę, mam cztery wejściówki na drugiego października, to została jedna. Jakoś powątpiewam w zapoznanie chętnej niewiasty, więc być może załapie się na nią Cytat. Wejściówkę, choć na niewiastę też by się na pewno chciał załapać.
Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.
Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.
We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.
Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.
Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.
A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.
Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.
Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.
Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.
We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.
Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.
Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.
A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Bowiem jeśli mieszkasz nad morzem, to tak jakbyś był jedną nogą w nieskończoności. Morze to jest symbol czegoś, co się zaczyna tuż obok ciebie, a kończy nie wiadomo gdzie.Bo mam wrażenie, że kilka dni wcześniej czytałem gdzie indziej coś identycznego, o morzu, tylko już nie mogłem znaleźć gdzie. Może w Króliku stepowym, kartkowałem, nie było. Królik jako książka z poprzedniej dekady znacząco różni się od czytanych wcześniej Strachoty czy Żulczyka, rozbijające, że teraz wszystko bardziej na zewnątrz, a tam tylko do środka. A z nieskończonością, z nieuchwytnością, morze jest ładne, ale chyba jednak każdy może mieć coś takiego, zawsze obok siebie. Dlatego wciąż jesteśmy w drodze. Na razie jedziemy do Młota, żeby pograć w Guitar Hero. Czy to aby nie trochę hipsterskie? Czy hipster to nie jest XXI-wieczny typ banana? Oczywiście nigdy naprawdę nie zrozumiałem, o co chodzi z bananowymi knajpami, teraz tych hipsterskich żartów też do końca nie kminię.
Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.
Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.
piątek, 17 września 2010
Nie dość mądry na niebo
Mały spoiler na początek - wpis nie bez powodu opatrzony jest etykietą egzaltacja. Nie żeby była taka kapela, może też jest. Ja po prostu, lojalnie - ostrzegam. Może da się przestawić etykiety ponad wpis i nawet być w ten sposób jakoś oryginalnym, oraz oszczędzić sobie ostrzegania na przyszłość?
W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.
Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.
Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.
Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.
Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.
Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.
On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.
W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.
- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.
Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.
Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.
Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.
Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.
Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.
W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.
Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.
Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.
Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.
Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.
Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.
On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.
W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.
- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.
Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.
Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.
Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.
Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.
Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)