Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Czekając na przechwycenie bratanka, bo mam teraz czas

 Zjarałem się, jak to z upodobaniem powtarza mi Salty, poprzeczka jest przy mnie zawieszona wyjątkowo nisko, na popołudnie na plaży należy zabierać przeciwsłoneczne smarowidła. No i jakoś z sensem może się obracać względem słońca trzeba, żeby wyszło równo. Cóż, nie wyszło. Pewnie należało jednak być w ruchu i popracować nad saltem. W tygodniu, w tygodniu, przed słońcem w zenicie może też.

Rozbolała mnie po powrocie głowa, na szczęście to tylko głowa, tj. bez migrenowego wiercenia za oczami. Obejrzałem Stargate, przypomniane niedawno podczas oglądania odcinka Supernatural z tricksterem, takie zmierzenie się z koszmarami z piramid, bałem się tego filmu w dzieciństwie, pamiętam go z telewizora na wsi u babci. Za dużo słońca też potrafi mi tak dowalić, wiem od roku, kiedy to jechaliśmy na kawalerski brata, siekło we mnie w drodze. Reprezentacja przerżnęła wtedy jakiś mecz, ale w trasie na dwa samochody i tak było wesoło. To też na dobrą sprawę mógł być najbardziej wakacyjny wyjazd mojego dorosłego życia, z tymi podejściami pod górki różne, Łysica to była taka sobie, moim zdaniem nawet fajniejsza jest Miedzianka, z której można było dojrzeć Chęciny.

Przez chwilę myślałem później, czy może samemu tak nie pojeździć na weekendy, ale zumba była życiem. Minąłem się przed chwilą z jedną z koleżanek w drodze do autobusu, nawet poznała mnie pod czapką. Na razie mam przerwę na obolałe łydki. Przetrenowałem tą nocą ze środy na czwartek, ale co, warto było. A przecież dziś trzeba trzy godziny zajęć przetrwać, to super zajęcia są u Cudownej, z radością będę udawał że nie syczę z bólu.

Producent z już byłej pracy pytał dzisiaj, czy jestem w pracy, zabawne że nie wiedział jeszcze, że już po mnie. Dodaliśmy się na fejsie, lubię gościa, robił co mógł żeby nam pomóc, choć oczywiste było, że szef ma nas gdzieś przez te półtora roku. Chciałbym dzisiaj odesłać sprzęt, może jak wrócę do domu będą już dane (update, nie ma). Powtarzam sobie, że pakując gogle do pudła czuję ulgę, że to już koniec - w końcu więcej tu było nieprzygody i nieprzyjemności przez ostatnie kilkanaście miesięcy, zjazd w dół od rozmowy o awansie, skoro się wypełnia obowiązki lidera projektu. Figa.

Ale w dzienniczku snu, który monitoruje mi zmiany w tej dziedzinie od kiedy biorę happy pills, zanotowałem na razie, że napięcie rośnie. Jak mogłoby nie w sumie, nawet jeśli spodziewałem się wypowiedzenia i staram się zachować przed wszystkimi twarz, to jednak jakoś boli. Spina brzuch, szkoda że nie core w tych miejscach dzięki którym mniej garbiłbym się w tańcu.

Rozmawiałem dopiero co z szefem szkoły tańca, mówił że pracował jako tester przy pierwszym Wieśku i zwolnili go od razu po. Od tamtej pory już nie pracuje dla kogoś, tylko na swoim - software house i szkoła tańca. Do przemyślenia, co ja jestem w stanie sprzedawać, nie sprzedając się komuś. Ale na razie przede wszystkim portfolio.

poniedziałek, 20 lutego 2012

ba dum tss tss tss tss tss tss tss tss tss tss

1. Reakcja! (żeby nie za daleko)*

Nie mam pojęcia, dlaczego Kosmos Kosmos nazywa się właśnie tak, to może być cytat z czegokolwiek, a może być po prostu, a może jeszcze zostanie kiedyś cytatem. Na razie wtajemniczono mnie, że jest hipsterski, ale również wyjaśniono, że podczas mojej bytności hipsterów w okolicy nie było, więc pewnie powinienem sądzić po wystroju - kolorowych żarówkach i kosmicznych mackach. Specjalnie pytałem, czy w tym roku w ogóle jeszcze się o hipsterstwie mówi, dla mnie to nie są rzeczy oczywiste, ale podobno się mówi, więc ja też.

Do tego kosmosu^2 przyjechało 19 wiosen, zrobili spotkanie Kosmopolitanii, czyli że nie tylko koncert, ale też jakiś panel dyskusyjny, tak to wygląda w opisie zawsze, że będą dyskutowane dzieła i idee, jako stały niebywalec wydarzeń kulturalnych miałem o tym przesadne wyobrażenie, sprowadziło się do wywiadu z PDW, przy którym nie było słychać pytań. I wtedy znów przerwa, kiepski czas, bo poszedłem sam, jak zwykle na czas, czyli jak zwykle za wcześnie, czyli czułem się kiepsko, ale o tym dalej, przewińmy do wyjścia Street City Nomads, piszą, że acid electro i prosty punk, pewnie im się to zmieniło od początków działalności, na koncercie jednak przeważało pulsownie i tss, tss, mniej było kawałków jak Pojebane społeczeństwo, a więcej jak ten o lesie. Bardzo często mam tak, że zespoły bardziej podobają mi się koncertowo niż studyjnie, to też jest taki przypadek. W każdym razie wokale wypadają fajniej w niezbyt ciemnej (bo im światła nie zgasili przez pół koncertu) piwnicy.

Wiosny wyszły na scenę późno, o jedenastej dopiero (a ja muszę ściągnąć jedenaście z linka), więc stałem tam już w bardzo rozziewanym stanie. W ogóle byłem w kiepskim stanie, na szczęście tego wieczora nie męczył mnie katar, ale zmęczyła mnie praca, jak zwykle muszę napisać, że sam siebie zmęczyłem, ale cóż - coś tak w robocie (koncertowo!) zjebałem, w pracy, czyli to pewnie znaczy, że grono zainteresowanych osób jest szerokie, do tego pewnie zorientują się wcześniej, niż ja sam - tak było. W poniedziałek dopiero zapadną jakieś wyroki. Może przesadzam, z jednej strony honest mistake, a z drugiej będę rozmawiał z szefem, przy którym nie zdystansuję się językiem obcym. No i chodzi o to, że idąc na koncert czułem się obco, czekając na koncert czułem się jeszcze gorzej, w trakcie koncertu, który w tle miał planetę z pierścieniami, poczułem się odwrotnie niż z Tobą, Tobą, i Tobą, mogli sobie ludzie szaleć, mogła mi jedna (nie) taka (jak bym chciał) nachalnie wchodzić w kadr (co i tak jest ubzdurane), ale ja już byłem w trybie nie dotykaj mnie, i tak nie da się. Jesteśmy kosmosami i dzielą nas kosmosy. Inne rzeczy ubzdurane. Zero kontaktu. Kiedy później rozmawialiśmy o tekstach, nie potrafiłem tego powtórzyć, choć niby miałem jakieś refreny znać - nareszcie sam do końca.

I to się nie zmieniło od poprzedniego razu, przy premierze Pożegnania ze światem Marcin mówił, że żegnają się również z dotychczasową twórczością, ale nawet jeśli Tryp i 11 brzmią inaczej, albo Wiosny mniej delikatnie szarpią strunę, to wciąż chodzi o wejście w czarne, oślizgłe miejsce, napisałbym cuchnące, ale mam katar, więc do mnie samego to mniej przemawia i nie jest to konkurs epitetów, i o wyjście z niego trochę innym, naprzeciw cudzym kosmosom. I starać się mniej szorstko.

2. Przed koncertem uratował mnie telefon

Dziennik pokładowy, 17.02.2012, 20:31 - 21:40.
- O godzinę za wcześnie kosmos kosmos.
- Dobre są te fantazyjne kształty na ścianach - jakaś namiastka zajęcia.
- Wcale nie siedzi mi się tu łatwiej, kiedy schodzi się coraz więcej ludzi.
- No to super. Po pierwsze primo - skończył mi się sok. Po drugie primo - obok się jakaś para usadawia.
- Posiedzisz - nauczysz się mieć Angry Birds na telefonie. Albo chodzić na koncerty o godzinę później.
- Ciężko na piersi - panika.
- Zaczynam słyszeć jakieś bębny, to pewnie jeszcze chwilę, bo resztę nagłaśniali kiedy przyszedłem.
- Uchachana ekipa z łodzi - Widzew! Jebać Legię!
- Tłumione w ustach ziewnięcia.
- Nie wszystkie stłumione.
- Po wywiadzie z PDW. Kibel. Umiarkowanie czysty. Można by przeczekać?
- Typ niesie trzy browary, chwila refleksji, czy mnie nie zawadzi, ale jednak to fachowiec.
- Długa przerwa. Albo ja stoję w zbyt eksponowanym miejscu, dostaje sumę wszystkich minut. Chyba właśnie wszedł k.

3. Po koncercie nie poszliśmy do Planu C

A zanim gdziekolwiek poszliśmy, postaliśmy trochę na zimnie i miałem okazję wytłumaczyć, dlaczego po takim koncercie czuję się lepiej niż przed, czyli mniej więcej to, co napisałem na początku. Miałem okazję uścisnąć Marcinowi dłoń, kiedy zbierali się do samochodów, zaraz mieli jechać do Łodzi. Oswoiłem się z towarzystwem, znalazłem jakieś styczne orbity do rozmowy, anarchiści snuli plany, w Planie B zapytali mnie, co sądzę o miejscu, to znów kwestia hipsterstwa, bo anarchiści hipsterscy nie są, może trochę przesadzają, bo kiedy powiedziałem mu, że ma fajną koszulkę, taką z wiosnami, to się ucieszył i mówił, że ma bandamę na szyi, żeby druga koszulka spod spodu nie wystawała, choć okej, na co dzień też ją nosi. Odpowiedziałem, że ciężko mi się wypowiadać o miejscu, w którym spędziłem raptem dziesięć minut, fakt, pierwsze wrażenie było fatalne, ale wcale nie przez mniej anarchistycznych ludzi ubranych ładniej niż ja, tylko przez ten sufit nad schodami, który sprawiał wrażenie atakujące nawet kogoś mojego nieokazałego wzrostu.

Porozmawiałem z filmoznawczynią, nie wiadomo skąd wziął mi się w tej rozmowie Hesse (bo na pewno nie padło tam dosłownie tylko dla obłąkanych, co innego mi się skojarzyło), do tego obiecałem obejrzeć reżyserską wersję Blade Runnera, i uciekłem po trzeciej dopiero, głównie przez wzgląd na sobotnią misję, chyba też mogę napisać, że kosmiczną, bo wpuszczałem dzieciaki do CNK.

Dla równowagi od tej całej kultury całe sobotnie popołudnie spędziłem oglądając hollywoodzkich X-Menów, cztery filmy, tylko Wolverine'a nie udało się nigdzie dorwać.

*Na wypadek cytowania.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poprasówka, prawie jak stanowisko

Staram się z dystansu patrzeć na aktualne zawirowania wokół ACTA, przecież żadna ze stron nie uznałaby mnie niewinnym, bo już w życiu sporo się naściągałem, ale oprócz tego coś tam też kupiłem, na ogół pewnie nabijając kabzę jakiemuś korpo potworowi czy czemuś takiemu. Czytam wypowiedzi, Żakowski stara się odrabiać punkty u internautów (dobrze kojarzę, że gdzieś tam stracił? ja zapomniałem, ale internet na pewno pamięta), WO jedzie Żakowskiego, a dalej to już zupełnie bez nazwisk, w sumie dobrze, bo w internecie przecież się to dzieje, ja nawet (nielegalnie!) nie mam teraz nazwiska na fejsie, choć gdzieś tam ma je zapisane na pewno. I dopiero wczoraj pomyślałem, coś chyba niewesołego to jest, co trudno będzie z poniższych notatek (nie zobaczycie ich) złożyć w logiczną całość, tym bardziej, że, jak to w internecie, wciąż dochodzą nowe wątki, chociażby dziś tematycznym manifestem dzieli się Czerski, uwzględniony w planie i bez tego, a teraz muszę przez niego zapobiegawczo powiedzieć, że wydawało mi się, że kolejne generacje nic istniały tylko na papierze już wczoraj. W końcu miałem się tym pochwalić.

Planowe notki blogowe, tfu, to chyba te najgorsze.

Zacznijmy od fejsa, na którym dla odmiany od kolejnych demotywatorów i kwejków, prawdziwą furorę robił ostatnio pudelek. Też ważna strona, kiedy prawie cztery i pół roku temu zaczynaliśmy pracę, była w zespole osoba odpowiedzialna za pudelkową prasówkę, oraz osoba, która przechwytywała wszystkie informacje o Kim z rodziny, do pewnego momentu, prawniczej. Ów pudel również zajął stanowisko, wyszło mu to lepiej niż choćby Palikotowi, wiecie, że ja normalnie z pudelka nie wrzucam, ale teraz wrzucę, a kiedy teksty z pudla namiętnie zaczyna przeklejać intelektualna przyszłość narodu, po równo studenci kulturoznawstwa, języków i politechnik, to sygnał jest jasny - coś się dzieje. Kij w mrowisko włożył w tekście Z Pudelkiem na barykady Paweł Wroński, pudel nie pozostał dłużny, a dalej to już spirala nienawiści - kto ma z kim powiązania, kto zarabia na plikach, wasza spółka straci, blablablabla. Nie doczekałem się niestety kolejnego komentarza pudla, a szkoda, to chyba Varga domagał się w jakimś niedawnym felietonie polemik, tu miałem istne Celebrity Deathmach.

Również na fejsie toczyła się krótka dyskusja o komentarzach pod serwisami GW, tam akurat chodziło o oskarowe nominacje i powszechny antysemityzm, zamiast wypowiedzi o filmie, ale mnie wydawało się, że to ogólna przypadłość serwisów portalowych. Po komentarze na poziomie chodzi się na strony i fora tematyczne, te na onecie czy pod serwisami agory odpala się dla beki (a może jest taka strona na fejsie?). Tym bardziej zaskoczyły mnie komentarze pod wspomnianą wyżej wojną - z których większość jest po prostu uczciwym komentarzem, bez wycieczek osobistych, ludzie tłumaczą, przyklaskują pudlowi, bo przecież tak właśnie jest - większość pieniędzy na kulturę nie ma. Oczywiście pojawiają się też hasła ogólnie pozostające w cieniu złodziejstwa - patenty, tańsze zamienniki i leki, albo niejawne ustalenia - ale przecież nie o tym pisał pudel i nie o to toczy się spór. Spór toczy się o to, co od dekady powtarzają różni ludzie, ale do tej pory dyskusje się rozładowywały. Nie pamiętam tej o Generacji Nic Wandachowicza, chyba zaczynałem wtedy liceum, brak zainteresowania światem, nie wiedziałem, że coś się dzieje. Żulczyk wspominał o pokoleniu 1200 brutto (patrzyłem na wskaźniki inflacji, dziś to powinno być 1400), kiedy już liceum kończyłem, też to przegapiłem, czyli bardzo słusznie z dziennikarskich zapędów nic nie wyszło.

Ostatnio zapamiętałem hiszpańskie indignados, czytałem o umowach śmieciowych, chwilowo mnie to nie dotyczy, ale boję się. To nie jest oczywiste, jak bardzo się boję, trzeba zajrzeć we wspominane ostatnio tabelki w excelu, które przypominają, że nie chcemy się wpierdolić w kredyt na całe życie. Kosztem kultury przede wszystkim pewnie. Od lat nie słucham Głaza, że powinienem się trochę bardziej i trochę częściej bawić. Zgodziłem się być zakładnikiem tych tabelek - w końcu mam ten fart, może nie aż taki, jak Smoczy i Bazyl z mieszkaniami, ale jednak jest szansa, że nie zawsze tak będę, może ledwie przez pół życia.

Jeśli cokolwiek może mi się w tych sprawach podobać, to daty, znowu luty i znowu spada na głowę nierozumiem.

O tych pokoleniach, które Czerski usiłował liczyć - ja byłem wtedy na Jana Pawła II, kiedy palili tysiące zniczy, Wielki Elektronik nas wyciągnął. Ale nikt z nas nie szukał pojednań, nikt nie mówił o pojednaniach, może nie wiedzieliśmy, że są jakieś pojednania, w końcu ja się nie interesowałem światem, nikt z nas na to nie wpadł. Wręcz najwięcej dowiedziałem się o nich właśnie z książki Czerskiego, ale to już było rok później. Zanotowałem wczoraj - media same to wymyślały. Chciały widzieć coś, czego nie było. A teraz znów widać, może nawet bardziej, skoro skacze spora część Europy. Fantastyczny tłum, mógłbym być częścią takiego tłumu. Kiedy Cytat z Cyganem mówią o meczach, to bardzo ważna jest oprawa. Wspólna sprawa. Wiesz, że lubię Róże Europy, nawet znalazłem się kiedyś w niezręcznej sytuacji z PDW, to chyba jedyna sytuacja z PDW, proponował wódkę w temacie, przecież ja nie piję, trochę boję się, że może mnie pamiętać. Właśnie u nich to czułem, właśnie to mi się podobało, że tam wszędzie jesteśmy my, mamy dla was kamienie, jesteśmy rock'n'rollowcami, jestem pewien, że Ty i Ty, i Ty.

Tylko wiecie, boję się. To w ogóle nie jest głębokie, mam to pod samą skórą. Może dlatego trzymam dystans. Nie wierzę Wam. Nie ufam. Podobają mi się te teksty o tworzeniu nowego, no bo tak jest, internet wywrócił świat, dlaczego godzić się na okopywanie biznesowych modeli. Pewnie dzisiaj kupię płytę Gettokosmos, pewnie nawet za trochę więcej niż wołane prosto do artystów pięć złotych. Ale nie mogę odpędzić tej myśli, że wyszliśmy na ulice, czego nie zrobiła Generacja Nic, ani inne pokolenia, o których nie przeczytałem, wcale nie za wolność naszą i waszą. Mam wrażenie, że wyszliśmy, bo zabierają nam igrzyska. To jedno, co pokolenie tysiąc dwieście brutto miało poza chlebem - megaupload i seriale, wszystkie te fantastyczne, naprawdę fantastyczne amerykańskie seriale, przy których zapomina się, jak trudno się realizować, jak trudno wierzyć w marzenia, kiedy tysiąc dwieście brutto i mieszkania budowane wcale nie tańsze - po prostu coraz mniejsze. O wiele bardziej podoba mi się manifest Czerskiego, ale jednak mam wrażenie, że wyszliśmy na ulice głównie dlatego, że w konsekwencji mogą nas odpiąć od Matrixa. Nie lubię tego.

Tak, nie mogę się zdecydować, czy wyszliście, czy wyszliśmy.

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.