Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?
Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.
Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!
A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.
Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.
Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.
Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).
(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)
Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!
No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?
Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.
W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).
Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.
Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 czerwca 2011
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej
Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.
W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.
Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.
Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.
Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!
No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.
Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.
W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.
Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.
Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.
W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.
Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!
No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.
Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
gybe
Jak tu teraz tak, nie dopowiedzieć, czy napisać wszystko i czekać kamieni? W ubiegłym tygodniu odezwał się do mnie kolega, że oferta nie do odrzucenia, jadę z nim na Godspeed You! Black Emperor, należy sobie jedynie opłacić przejazd. Fajosko. No tylko że dwa tygodnie temu też odezwał się do mnie kolega i pisał, że oferta, że ma do sprzedania bilet na Godspeed You! Black Emperor. Bardzo mi się zrobiło miło, bo poprzednio widzieliśmy się dwa i pół roku temu w Mysłowicach, mamy kontakt przez fejsa bardzo sporadyczny, a on pamięta i zaprasza, czuje, wie, że to ma sens w moim przypadku i jestem wpisany na listę gdzieś w okolicy czołówki, skoro wszedłem na miejsce życiowej wybranki. Ale wymówiłem się inaczej zaplanowanym budżetem. No i teraz tak - obaj Ci koledzy to oczywiście ten sam człowiek, tylko rozłożony w czasie. Niech będzie, że Małpolud, bo jeszcze nie ma durnej ksywki tutaj. I pojechałem, zupełnie jak nie ja, bo z dnia na dzień, bez planu, bez noclegów, bez sprawdzania opcji powrotnych, niech się dzieje, co chce.
Na Wschodnim wiało, nawet nie miałem biletu, tylko czekałem na wszystko gotowe - bo on mieszka blisko, to kupił. Jakby za piękne to, jak to tak, że nic nie muszę. A jednak. Nie mieliśmy problemów z rozpoznawaniem się, bo nie dość, że przez te lata nie zaczęliśmy na posuniętych w latach wyglądać, to jeszcze peron pusty. Cześć i jazda, pogadać o sprawach okołopracowych, kto się z pierwszego składu ostał, pogadać o kredytach, pogadać o tym, co się robi w życiu, on akurat robi trochę muzyki. Jest w nim taki fajny spokój i pewność. Pytałem co z zespołem, który zostawił we Wrocławiu. Nie zależy mu, bawi się swoimi rzeczami, kontakt mają, coś do filmów czasem, może będzie więcej. Wtedy godzili prace, życie i próby do późnej nocy, nawet ja rozumiem, że nie da się tak w nieskończoność. A na depresyjnych jazgotach i plumkaniu ciężko zarobić, żeby można było się na samo to przerzucić.
Trochę takie jest GY!BE - od razu kojarzę sobie The car is on fire and there is no driver at wheel, że smutno, że jęcząco, że apokalipsa. Jakie niedopatrzenie, ów przegapiony koncert Sigur Ros w Warszawie, miałbym trzy bieguny post rocka zaliczone, mógłbym umrzeć odpowiednio smutny i rozczulony zarazem. No ale nie. Oczywiście te bieguny sam sobie rozstawiłem, trzeci to Mogwai, a jeśli coś było wcześniej, a na pewno coś było, bo z pustego w próżne to nie, to wybaczcie, ale nie znam.
Pociąg kosmiczny, monitory z informacjami jak w samolotach - prędkość, czas, stacje. Smoczy mówił, że takie są w Niemczech. Ze mnie oczywiście żaden podróżnik, więc się dziwiłem. Głośno, słychać rozmowy z drugiego końca wagonu, a do tego mniej wygodne niż w starych składach siedzenia, plecy bolą. Ale hej, ciepło przecież! W ogóle mnie ostatnio plecy trochę bolą, trzeba zacząć się ruszać, zasiedziałem się w biurze. Udało nam się nie przespać odpowiedniej stacji, udało nam się iść od razu w dobrą stronę, nawet udało nam się nie przejść za daleko, bo Eskulap był jeszcze zamknięty, to znaczy gromadził przed wejściem tłum, który wyglądał zupełnie tak, jakby był gromadzącym się przed koncertem tłumem. Gdybyśmy się czegokolwiek spodziewali, to pewnie nie przerobionej na koncertową sali gimnastycznej, ale ponieważ się nie spodziewaliśmy, to wcale nas to nie dziwiło. Tylko w kolejce zimno, ale przynajmniej wokół ciekawe rozmowy, muzyczni guru epatujący zajebistością przed kolegami. Już nie słucham Comy i takich tam. Tylko The Fall. Mark E. Smith jest Bogiem! Słuchaj, z tego się nie wyrasta. Ze wszystkiego można wyrosnąć, ale nie z post punka. Do końca życia już będę słuchał. Tak ze dwadzieścia lat miał. A dalej - tu nawet znam temat, bo o ile na The Fall załapałem się jedynie z okazji Offa i pamiętam z niego Boga bez jego muzyki, to już Archive sam trochę słuchałem, a teraz już wiem, że - tylko pierwsza płyta, bo mieli rapera wypożyczonego. Nie sposób nie zgodzić się z taką argumentacją!
Jako wsparcie wystąpił ambientowy artysta, który zdecydowanie nie porwał tłumu. Wydawał jakieś mało rytmiczne dźwięki, z których część powinna być zabroniona, po czym powiedział Thanks i tyleśmy go na widzieli. I na scenę zaczęły wchodzić gwiazdy. Co ciekawe - chwile, kiedy rozkładali się na scenie to jedyne, kiedy można się im było przyjrzeć. Bo później, pomimo, że robią strasznie dużo hałasu, właściwie jakby ich nie było. Małpolud mówił, że potrafią mieć w składzie po kilkanaście osób, widać to jakaś skłonność Kanadyjczyków, bo to samo jest z BSS przecież. Można, zamiast na nich, spokojnie patrzeć na przekładane taśmy, wizualizacje - literki, schematy, pociągi, płonące miasta. Najfajniejszy pociąg - kiedy jedzie przez tunel i w miarę jak oddala się od krańca, światło, dla mnie, zaczyna wyglądać jak głowa węża.
No dobra, a co z tą muzyką?
Bardzo dużo plam dźwięku, na początku, wstępnie bardzo rozległe te plamy. Później dodane rytmy dopiero. I wszystko we mnie się buntuje, kto w ogóle wymyślił tą salę, nie powinno się takich rzeczy słuchać w sali. Nie chodzi o to, że muzyka jest depresyjna, nie aż tak. To jest muzyka mam-ochotę-być-sam. Zilustrowałbym to Exupérym, który jako pilot wylądował kiedyś na bezludnej skale w środku Afryki i był tam sam jeden pod gwiazdami. Taką chęć to we mnie budzi.
Wracaliśmy na dworzec, uświadomiłem towarzysza, że za każdym razem, jak słychać było nowy dźwięk, on wyciągał wyżej głowę, szukając, co i na czym kombinują. A jeżdżą smyczkami po gitarach, choć mają w składzie dziewczynę ze skrzypcami. Kiedy wróciło światło, zadowolony oglądał składanie sprzętu - Strasznie dużo mają efektów. Na pewno sami się w nich gubią. Opowiadał też, że typ, od którego kupował bilety, chwalił się, że pierwszym nabywcą był Artur Rojek. No to może chce ich na Offa zaprosić w tym roku. Jego akurat nie widziałem, ale znajome twarze mignęły mi, kiedy już umierałem na dworcu. Proszę o wyrozumiałość, to była pierwsza w nocy i ból w głowie. Widzę typów, przechodzą w tę i we wtę, mają plakat pod pachą - fajne musiały być te plakaty, bo prawie każdy na dworcu miał. Krzyczę zaczepnie - Chłopaki do Mińska?
- No, tak, też?
- Prawie, do Warszawy. - Tu się zacinam, patrzę, widzę, że znam, ale nie wiem. Idą dalej, dopowiadam, że wiem o co chodzi, znam teren - Muzyka Końca Lata?
- Prawie...
Zeszli po schodach, a ja już nie chciałem krzyczeć, że dotarło, bo to był basista Maków. Może się za bardzo nie obraził. A jak ich kiedyś spotkam jeszcze, to może zapytam o wyrocznię w sprawie odmiany nazwy.
Na Wschodnim wiało, nawet nie miałem biletu, tylko czekałem na wszystko gotowe - bo on mieszka blisko, to kupił. Jakby za piękne to, jak to tak, że nic nie muszę. A jednak. Nie mieliśmy problemów z rozpoznawaniem się, bo nie dość, że przez te lata nie zaczęliśmy na posuniętych w latach wyglądać, to jeszcze peron pusty. Cześć i jazda, pogadać o sprawach okołopracowych, kto się z pierwszego składu ostał, pogadać o kredytach, pogadać o tym, co się robi w życiu, on akurat robi trochę muzyki. Jest w nim taki fajny spokój i pewność. Pytałem co z zespołem, który zostawił we Wrocławiu. Nie zależy mu, bawi się swoimi rzeczami, kontakt mają, coś do filmów czasem, może będzie więcej. Wtedy godzili prace, życie i próby do późnej nocy, nawet ja rozumiem, że nie da się tak w nieskończoność. A na depresyjnych jazgotach i plumkaniu ciężko zarobić, żeby można było się na samo to przerzucić.
Trochę takie jest GY!BE - od razu kojarzę sobie The car is on fire and there is no driver at wheel, że smutno, że jęcząco, że apokalipsa. Jakie niedopatrzenie, ów przegapiony koncert Sigur Ros w Warszawie, miałbym trzy bieguny post rocka zaliczone, mógłbym umrzeć odpowiednio smutny i rozczulony zarazem. No ale nie. Oczywiście te bieguny sam sobie rozstawiłem, trzeci to Mogwai, a jeśli coś było wcześniej, a na pewno coś było, bo z pustego w próżne to nie, to wybaczcie, ale nie znam.
Pociąg kosmiczny, monitory z informacjami jak w samolotach - prędkość, czas, stacje. Smoczy mówił, że takie są w Niemczech. Ze mnie oczywiście żaden podróżnik, więc się dziwiłem. Głośno, słychać rozmowy z drugiego końca wagonu, a do tego mniej wygodne niż w starych składach siedzenia, plecy bolą. Ale hej, ciepło przecież! W ogóle mnie ostatnio plecy trochę bolą, trzeba zacząć się ruszać, zasiedziałem się w biurze. Udało nam się nie przespać odpowiedniej stacji, udało nam się iść od razu w dobrą stronę, nawet udało nam się nie przejść za daleko, bo Eskulap był jeszcze zamknięty, to znaczy gromadził przed wejściem tłum, który wyglądał zupełnie tak, jakby był gromadzącym się przed koncertem tłumem. Gdybyśmy się czegokolwiek spodziewali, to pewnie nie przerobionej na koncertową sali gimnastycznej, ale ponieważ się nie spodziewaliśmy, to wcale nas to nie dziwiło. Tylko w kolejce zimno, ale przynajmniej wokół ciekawe rozmowy, muzyczni guru epatujący zajebistością przed kolegami. Już nie słucham Comy i takich tam. Tylko The Fall. Mark E. Smith jest Bogiem! Słuchaj, z tego się nie wyrasta. Ze wszystkiego można wyrosnąć, ale nie z post punka. Do końca życia już będę słuchał. Tak ze dwadzieścia lat miał. A dalej - tu nawet znam temat, bo o ile na The Fall załapałem się jedynie z okazji Offa i pamiętam z niego Boga bez jego muzyki, to już Archive sam trochę słuchałem, a teraz już wiem, że - tylko pierwsza płyta, bo mieli rapera wypożyczonego. Nie sposób nie zgodzić się z taką argumentacją!
Jako wsparcie wystąpił ambientowy artysta, który zdecydowanie nie porwał tłumu. Wydawał jakieś mało rytmiczne dźwięki, z których część powinna być zabroniona, po czym powiedział Thanks i tyleśmy go na widzieli. I na scenę zaczęły wchodzić gwiazdy. Co ciekawe - chwile, kiedy rozkładali się na scenie to jedyne, kiedy można się im było przyjrzeć. Bo później, pomimo, że robią strasznie dużo hałasu, właściwie jakby ich nie było. Małpolud mówił, że potrafią mieć w składzie po kilkanaście osób, widać to jakaś skłonność Kanadyjczyków, bo to samo jest z BSS przecież. Można, zamiast na nich, spokojnie patrzeć na przekładane taśmy, wizualizacje - literki, schematy, pociągi, płonące miasta. Najfajniejszy pociąg - kiedy jedzie przez tunel i w miarę jak oddala się od krańca, światło, dla mnie, zaczyna wyglądać jak głowa węża.
No dobra, a co z tą muzyką?
Bardzo dużo plam dźwięku, na początku, wstępnie bardzo rozległe te plamy. Później dodane rytmy dopiero. I wszystko we mnie się buntuje, kto w ogóle wymyślił tą salę, nie powinno się takich rzeczy słuchać w sali. Nie chodzi o to, że muzyka jest depresyjna, nie aż tak. To jest muzyka mam-ochotę-być-sam. Zilustrowałbym to Exupérym, który jako pilot wylądował kiedyś na bezludnej skale w środku Afryki i był tam sam jeden pod gwiazdami. Taką chęć to we mnie budzi.
Wracaliśmy na dworzec, uświadomiłem towarzysza, że za każdym razem, jak słychać było nowy dźwięk, on wyciągał wyżej głowę, szukając, co i na czym kombinują. A jeżdżą smyczkami po gitarach, choć mają w składzie dziewczynę ze skrzypcami. Kiedy wróciło światło, zadowolony oglądał składanie sprzętu - Strasznie dużo mają efektów. Na pewno sami się w nich gubią. Opowiadał też, że typ, od którego kupował bilety, chwalił się, że pierwszym nabywcą był Artur Rojek. No to może chce ich na Offa zaprosić w tym roku. Jego akurat nie widziałem, ale znajome twarze mignęły mi, kiedy już umierałem na dworcu. Proszę o wyrozumiałość, to była pierwsza w nocy i ból w głowie. Widzę typów, przechodzą w tę i we wtę, mają plakat pod pachą - fajne musiały być te plakaty, bo prawie każdy na dworcu miał. Krzyczę zaczepnie - Chłopaki do Mińska?
- No, tak, też?
- Prawie, do Warszawy. - Tu się zacinam, patrzę, widzę, że znam, ale nie wiem. Idą dalej, dopowiadam, że wiem o co chodzi, znam teren - Muzyka Końca Lata?
- Prawie...
Zeszli po schodach, a ja już nie chciałem krzyczeć, że dotarło, bo to był basista Maków. Może się za bardzo nie obraził. A jak ich kiedyś spotkam jeszcze, to może zapytam o wyrocznię w sprawie odmiany nazwy.
wtorek, 9 listopada 2010
Niby idę na koncert, a jednak życie to wciąż surfing
Kiedy jechaliśmy na koncert, pogoda zachowywała się niezbyt wyraźnie, takie siąpienie, wsiadałem do samochodu przez kałużę. Niektórzy mi mówią, że jest paskudna, ja sobie mówię, że pogoda mnie nie rusza jednak, a nawet mam trochę frajdy z miejskich kolorów w ciemności - pomarańcze, pomarańcze! Brat zaparkował przy Pasteura, był czas, ale przyspieszyliśmy kroku, bo było też zimno. Może to skądś przywiało, może jakaś inna gęstość albo ruch powietrza, bo dzień wcześniej wracałem o tej porze z pracy i było spoko, a termometr niby też mówił ponad dziesięć. Przed och teatrem wielka dmuchana reklama, ni w pięć ni w dziesięć to, choć też pomarańczowa. W środku faktycznie teatr - przestrzeń i ludzie wyglądający nie do końca koncertowo, siedzący w kawiarence (herbata po 12 złotych, nie wiem jak latte), scena jak z filmowego wernisażu (prawdziwego nie widziałem). Kobiety grały poprzednio w Warszawie przeszło rok temu, chyba, że coś przegapiłem. Grały w nieodżałowanej Jadłodajni - ja się na tyle nie zdążyłem przyzwyczaić, żeby żałować, ale tak się mówi, to okej - i Nawrocki marudził wtedy w stylu to koncert za dychę, czego się spodziewacie? Myśmy na koncert nie marudzili wcale. Mnie się szalenie podobało, a ponieważ jestem najmniej osłuchaną osobą w towarzystwie, rozumiemy przez to, że było - hadzia! - epicko.
Albo zajebiście, albo ekstra, albo po prostu fajnie, dobierz sobie słowo.
Oczywiście geneza tej miłości jest bardzo prosta, jest to miłość własna, nie ma możliwości, żeby nie podobała mi się piosenka z tekstem jestem super sam, wystarczający.
Założę się, że wczorajsze koncerty były jakoś ustawiane specjalnie, zresztą sam wodzirej (nie chce mi się szukać, kto zacz, ktoś z Radia Roxy) w niby to rozmowie z Tymonem przyznawał to. Trawiliśmy go, rozumiejąc, że to leci do radia i pewnie dla radiowego słuchacza jest całkiem ciekawe, kiedy opowiada o występujących postaciach. Tymon za to wyglądał, jakby bardzo się powstrzymywał, żeby z niego tam publicznie nie pompować, kiedy go wołał po występie na scenę, bo mieliśmy porozmawiać.
Ciężka robota, wywoływać do rozmowy Tymona, który odpowiada - Słuchaj, po koncercie zostało mi 20 IQ, nie mogę odpowiadać na tak trudne pytania.
Tak naprawdę to ja wciąż nie jestem pewien, czy to na pewno Tymon, bo wszystkie wizerunki, które kojarzę, przedstawiają kudłatą postać, a ten tam był taki zupełnie bez kudłów. Do tego - jakem niedzielny słuchacz - pewien jestem tylko, że dłubał w Weselu i przedstawieniu, którego nie widziałem, a jak wyglądał wodzirej też nie pamiętam. Więc na pewno ostrzygł się specjalnie, żeby mnie skołować. Oczywiście wiedział, że nie byłoby to do końca fair, więc w ramach fajnego koncertu dołożył mi do zestawienia internetowych piosenek Wirtualną miłość, która ma wiele więcej sensu, niż oczerniane tu niedawno Bobry, a wypuszczono ją ładnych kilka lat wcześniej (2001). To wciąż jeszcze czas połączeń telefonicznych, liczenia minut i impulsów, a do tego ten słynny wirus I love you, same prawdziwe rzeczy. Ja dostałem niespodziewany list o tytule I love you gdzieś w 2008 i z miejsca chciałem skasować, ale na szczęście za chwilę zorientowałem się, że koleżanka ma fazę na T.Love.
Nawrocki był grzeczniejszy niż w Jadłodajni, wszystko zagrali bardzo grzecznie, nawet kiedy w połowie Przygody na Helu wstawili kilka fajnych minut fazowania, a Karol wyciągał nie wiadomo skąd różne takie grzechotki. Nawet zadziorny przecież Bi Automat był grzeczny i w ogóle dla mnie było za krótko, nawet jeśli bardziej podobało mi się szarpanie sprzed roku. Nie było skąd wziąć setlisty, może brat uzupełni, jeśli coś przegapiłem: Pink Piguła, Doskonale Tracę Czas, Pif Paf/Bingo Bang, Dżuma, Marcello, Kaszubski Szaman, Przygoda na Helu, Bi Automat, We Are The Mutants. Mało, ale mają wrócić na wiosnę. Oby bez radia, jakie nie na miejscu stwierdzenie, jeśli takich właśnie zespołów miałbym w radiu ochotę słuchać.
Homosapiens za to nie byli wcale transmitowani i pewnie dzięki temu najbardziej oswoili teatralną scenę, bardziej nawet niż wcześniej Tymon, a Tymon się pokładał z mikrofonem i krzyczał do niego złoooo! Grzegorz (Ha! umiem na majspejsie sprawdzić wokalistę) podskakiwał jak Fred Durst w teledyskach. Jakby co, sorry Grzesiek, to nie ma być żaden pojazd, ja po prostu jestem z takiego pokolenia, że Twoje teledyski przegapiłem. Z tego co w necie na pewno grali The wheel i Ricardo i szczególnie ten pierwszy jest bardzo sympatyczny, kiedy jest w tym plumkaniu więcej dźwięku. Skutecznie przekładał przy tym mikrofon przy piruetach i nawet zrobił jednego fikołka. Fachowo zwie się to przewrót w tył, a że zrobił to nic przy tym nie przewracając, to nawet Tymon musiałby pokiwać głową z uznaniem. Kiwał, kiedy na scenę wyszły chłopaczki z The Power Outlet i robił to nie tylko dlatego, że gra tam jego syn, ale również, bo wcale ładnie grali te klasyki.
Albo zajebiście, albo ekstra, albo po prostu fajnie, dobierz sobie słowo.
Oczywiście geneza tej miłości jest bardzo prosta, jest to miłość własna, nie ma możliwości, żeby nie podobała mi się piosenka z tekstem jestem super sam, wystarczający.
Założę się, że wczorajsze koncerty były jakoś ustawiane specjalnie, zresztą sam wodzirej (nie chce mi się szukać, kto zacz, ktoś z Radia Roxy) w niby to rozmowie z Tymonem przyznawał to. Trawiliśmy go, rozumiejąc, że to leci do radia i pewnie dla radiowego słuchacza jest całkiem ciekawe, kiedy opowiada o występujących postaciach. Tymon za to wyglądał, jakby bardzo się powstrzymywał, żeby z niego tam publicznie nie pompować, kiedy go wołał po występie na scenę, bo mieliśmy porozmawiać.
Ciężka robota, wywoływać do rozmowy Tymona, który odpowiada - Słuchaj, po koncercie zostało mi 20 IQ, nie mogę odpowiadać na tak trudne pytania.
Tak naprawdę to ja wciąż nie jestem pewien, czy to na pewno Tymon, bo wszystkie wizerunki, które kojarzę, przedstawiają kudłatą postać, a ten tam był taki zupełnie bez kudłów. Do tego - jakem niedzielny słuchacz - pewien jestem tylko, że dłubał w Weselu i przedstawieniu, którego nie widziałem, a jak wyglądał wodzirej też nie pamiętam. Więc na pewno ostrzygł się specjalnie, żeby mnie skołować. Oczywiście wiedział, że nie byłoby to do końca fair, więc w ramach fajnego koncertu dołożył mi do zestawienia internetowych piosenek Wirtualną miłość, która ma wiele więcej sensu, niż oczerniane tu niedawno Bobry, a wypuszczono ją ładnych kilka lat wcześniej (2001). To wciąż jeszcze czas połączeń telefonicznych, liczenia minut i impulsów, a do tego ten słynny wirus I love you, same prawdziwe rzeczy. Ja dostałem niespodziewany list o tytule I love you gdzieś w 2008 i z miejsca chciałem skasować, ale na szczęście za chwilę zorientowałem się, że koleżanka ma fazę na T.Love.
Nawrocki był grzeczniejszy niż w Jadłodajni, wszystko zagrali bardzo grzecznie, nawet kiedy w połowie Przygody na Helu wstawili kilka fajnych minut fazowania, a Karol wyciągał nie wiadomo skąd różne takie grzechotki. Nawet zadziorny przecież Bi Automat był grzeczny i w ogóle dla mnie było za krótko, nawet jeśli bardziej podobało mi się szarpanie sprzed roku. Nie było skąd wziąć setlisty, może brat uzupełni, jeśli coś przegapiłem: Pink Piguła, Doskonale Tracę Czas, Pif Paf/Bingo Bang, Dżuma, Marcello, Kaszubski Szaman, Przygoda na Helu, Bi Automat, We Are The Mutants. Mało, ale mają wrócić na wiosnę. Oby bez radia, jakie nie na miejscu stwierdzenie, jeśli takich właśnie zespołów miałbym w radiu ochotę słuchać.
Homosapiens za to nie byli wcale transmitowani i pewnie dzięki temu najbardziej oswoili teatralną scenę, bardziej nawet niż wcześniej Tymon, a Tymon się pokładał z mikrofonem i krzyczał do niego złoooo! Grzegorz (Ha! umiem na majspejsie sprawdzić wokalistę) podskakiwał jak Fred Durst w teledyskach. Jakby co, sorry Grzesiek, to nie ma być żaden pojazd, ja po prostu jestem z takiego pokolenia, że Twoje teledyski przegapiłem. Z tego co w necie na pewno grali The wheel i Ricardo i szczególnie ten pierwszy jest bardzo sympatyczny, kiedy jest w tym plumkaniu więcej dźwięku. Skutecznie przekładał przy tym mikrofon przy piruetach i nawet zrobił jednego fikołka. Fachowo zwie się to przewrót w tył, a że zrobił to nic przy tym nie przewracając, to nawet Tymon musiałby pokiwać głową z uznaniem. Kiwał, kiedy na scenę wyszły chłopaczki z The Power Outlet i robił to nie tylko dlatego, że gra tam jego syn, ale również, bo wcale ładnie grali te klasyki.
czwartek, 23 września 2010
Piękni piętnastoletni
Poszliśmy w sobotę na ten Dżem, ale to nie był gwóźdź programu. Było raczej chłodno, więc bardziej miał szansę na bycie gwoździem do trumny, jakie to jest opatrzone zestawienie, więc nie doczekaliśmy piosenek znanych i ładnych, tych, które lubię z dwóch pierwszych płyt. Taka kapela, która nieprzerwanie gra niemal od czterdziestu lat, puszcza nowe płyty i jakoś się rozwija, musi mieć do siebie wiele dystansu i wiele dystansu do publiczności, skoro jednak grają nowsze utwory, na które reakcje są mało żywiołowe, za to z Cegłą zawsze szał ciał. Dzień, w którym pękło niebo oczywiście nie był grany. Ale bardziej mi tu chodziło o spotkanie, o oczyszczenie po piekle poprzednich dni - architekt Mroczny Krzyś, Katastrofa ze Smorką, lubię słuchać ludzi. Obiecali iść ze mną na Mistrza i Małgorzatę, mam cztery wejściówki na drugiego października, to została jedna. Jakoś powątpiewam w zapoznanie chętnej niewiasty, więc być może załapie się na nią Cytat. Wejściówkę, choć na niewiastę też by się na pewno chciał załapać.
Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.
Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.
We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.
Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.
Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.
A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.
Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.
Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.
Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.
We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.
Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.
Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.
A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Bowiem jeśli mieszkasz nad morzem, to tak jakbyś był jedną nogą w nieskończoności. Morze to jest symbol czegoś, co się zaczyna tuż obok ciebie, a kończy nie wiadomo gdzie.Bo mam wrażenie, że kilka dni wcześniej czytałem gdzie indziej coś identycznego, o morzu, tylko już nie mogłem znaleźć gdzie. Może w Króliku stepowym, kartkowałem, nie było. Królik jako książka z poprzedniej dekady znacząco różni się od czytanych wcześniej Strachoty czy Żulczyka, rozbijające, że teraz wszystko bardziej na zewnątrz, a tam tylko do środka. A z nieskończonością, z nieuchwytnością, morze jest ładne, ale chyba jednak każdy może mieć coś takiego, zawsze obok siebie. Dlatego wciąż jesteśmy w drodze. Na razie jedziemy do Młota, żeby pograć w Guitar Hero. Czy to aby nie trochę hipsterskie? Czy hipster to nie jest XXI-wieczny typ banana? Oczywiście nigdy naprawdę nie zrozumiałem, o co chodzi z bananowymi knajpami, teraz tych hipsterskich żartów też do końca nie kminię.
Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.
Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.
sobota, 21 sierpnia 2010
Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej
Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.
Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?
Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.
Mars Volta, Rzeszut poleca
Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
Diagnoza mp3
19/05/2008Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
mikegowinband.republika.pl
31/07/2008Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
Laska nekedy boli
16/09/2008Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
Koszula m
01/05/2009Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
Chotomów złota - aleja legionów
18/10/2009Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
30/10/2009Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.
Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
24/11/2009Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
02/02/2010Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
C'mon, Yoshimi, c'mon, defeat these pink robots!
Jakże myliłem się w sprawie Natalii! Jasne, zmieniła sukienkę, żadna szanująca się kobieta nie ubierze tego samego ciuchu dwa dni z rzędu, ale zmieniła jedną sukienkę na drugą. Może to jakieś budowanie wizerunku i promowanie płyty Retrosexual Happy Pills, taka stara sukienka retro. Słaba. Jedyna słaba część występu, od którego zaczęliśmy ostatni dzień, bo dalej to już miód, maliny, jeżyny i mech. Happy Pills są na scenie bardzo luźni, bardzo zgrani i uśmiechnięci w taki nienachalny sposób. Natalia sporo żywsza niż z własnym zespołem, pewnie dlatego, że nie trzyma żadnej gitary, więc spaceruje sobie, wije się i strzela miny. Ja właściwie nie jestem pewien, czy to są jakieś przemyślane, udawane miny, ona chyba ma taki trzeźwy, sprawiający wrażenie przedrzeźniającego sposób bycia. I dogadywanie sobie, badanie publiczności, czy ktoś słyszał wcześniejsze płyty, aha, to są trzydziestolatkowie wśród publiki, jaka demaskacja, jak oni teraz mają zapoznawać festiwalowe dziewczęta? Ekstra pozytyw, z uśmiechem z namiotu, połykam happy pill.
Trzeci dzień festiwalu to jest ten, kiedy nogi mam realnie zmęczone i momenty kryzysu też są. Ile można tego nowego słuchać, nawet jeśli staram się tutaj wrażenia uporządkować, musi być męczące. W efekcie zamiast biegać od występu do występu, założyłem sobie odwiedzić konkretne zespoły, w międzyczasie odpoczywając na trawce, czy w knajpie. I nie ja jeden tak, tego dnia więcej czasu spędziłem na wysłuchiwaniu opowieści, np. Zmywak miał sporo do opowiedzenia o Lesławie, nie mam pojęcia dlaczego lecą takie wrzuty na Lao Che, ale może nie będę ich wcale słuchał. Wrzuty nie leciały na The Tallest Man On Earth, takiego ślicznego, pięknego chłopca z Ameryki, ładne macie tutaj drzewa, zaśpiewam piosenkę z dedykacją dla nich, dziewczęta mdleją, słysząc ten głos, jakby mu jakaś gula stanęła w gardle. Za słodki był na wrzuty, ewakuacja, za chwilę O.S.T.R. - nauczyciel. Nie znam twórczości, to zdaje się wytworzony w XXI wieku gatunek pomiędzy reggae i rapem, czyli siła miłości i pierdolmy rząd. Ale nie można powiedzieć, żeby typ był niewiarygodny, daje radę i nawet pasują opowieści o dwuletnim synu, albo że zajebisty artysta może być chujowym człowiekiem, no ma rację.
Gdzieś w tych okolicach na chwilę do rzeczywistości przywrócił mnie Smoczy, dzwonił z pytaniem o odpalanie Morrowinda, ale będzie marudzenia, kiedy już tam wrócę i jeszcze mi będzie udowadniał pewnie, że ma tryliard razy lepszy build postaci niż ja kiedykolwiek. Na szczęście nie da się takimi postaciami bezpośrednio ścierać.
Casiokids, chłopaki jak z przedszkola, co z tego, że brody mają. Chyba bardziej cukierkowi niż Paula i Karol, chyba jeszcze bardziej naiwni i sielscy, ale to nie znaczy, że ekologiczni, jak najwyższy człowiek świata, po prostu, zwyczajnie fajni. Skaczą po scenie, wymieniają się instrumentami, największa frajdę mają z wystukiwania rytmów pałeczkami i rzucania nimi. Hawajskie melodie wplecione w skoczne rytmy i ananasowa grzechotka. Na koniec bardzo sympatyczne zagranie z nagraniem wrzasku publiki i wpleceniu go w podsumowujący występ kawałek, jakby do tego czasu kogoś nie przekonali.
The Raveonettes to był punkt, który mnie w ogóle zmobilizował do przyjazdu, czyli ten zespół, który kojarzyłem, lubiłem i mogłem nie jechać zupełnie w ciemno. Szalenie podoba mi się ich brzmienie, jak przez tubę, albo ze studni. Dlatego wydaje mi się, że niepoważnym ze strony zespołu było granie aż trzech ballad, gdzie tylko ta jedna gitara plumka, to nie o to chodzi. No bo reszta to fajna, publika szaleje, ja mam dosyć tych dzieci w tęczowych outfitach, wymyślili sobie pogo, byście się sprawdzili z jakimiś panczurami, to może by wam przeszło pogowanie, kiedy nie trzeba. Jakaś dziewczyna przykuca, nie wiadomo, czy jej słabo, czy wiąże buta, niby się odsunęła, ale i tak trzeba bronić przed napierającymi szaleńcami, raz, drugi, trzeci, już mam pytać, czy może ją wyprowadzić, pomóc, jeśli się gorzej poczuła, a ta wstaje i dalej w pogo! A przecież swojego życia, a w każdym razie nosa i okularów też trzeba bronić, przez co połowy koncertu nie słychać. Było się pchać pod scenę.
Koniec Offa. Znaczy nie koniec, finisher z Flaming Lips, ale co ja tu będę wypisywał, co wszyscy zainteresowani i tak wiedzą. Zespół wychodzi z ponętnej kosmicznej matki, Wayne Coyne rodzi się w pęczniejącej kuli i robi w niej najazd na publiczność, za chwilę dostajemy pół setki balonów, każdy chce dotknąć, wszystkie ręce w górę. Armatki z konfetti, człowiek ufok i grzybkogłowy, pomarańczowe chłopaki i dziewczęta na scenie, ciekawe skąd ich rekrutują. Bardziej to wygląda jak karnawałowa zabawa niż koncert, wszystko się mieni, błyszczy i dymi, a ludzie zapominają, że tutaj właściwie gra się piosenki i śpiewa i że zespół całkiem fajnie łupie nawet kiedy wodzirej Wayne jest odwrócony do publiki plecami. I dlatego pewnie co chwila powtarza c'mon Poland, przez co jestem rozdarty pomiędzy niezrozumieniem dla współuczestników, którzy w moim sektorze jakby słabo się wczuwali, a niezrozumieniem dla Coyne'a, który widząc niezdecydowany, zakłopotany opór widzów, mógł robić swoje bez tego ponaglania. Rewelacyjny koncert.
Trzeci dzień festiwalu to jest ten, kiedy nogi mam realnie zmęczone i momenty kryzysu też są. Ile można tego nowego słuchać, nawet jeśli staram się tutaj wrażenia uporządkować, musi być męczące. W efekcie zamiast biegać od występu do występu, założyłem sobie odwiedzić konkretne zespoły, w międzyczasie odpoczywając na trawce, czy w knajpie. I nie ja jeden tak, tego dnia więcej czasu spędziłem na wysłuchiwaniu opowieści, np. Zmywak miał sporo do opowiedzenia o Lesławie, nie mam pojęcia dlaczego lecą takie wrzuty na Lao Che, ale może nie będę ich wcale słuchał. Wrzuty nie leciały na The Tallest Man On Earth, takiego ślicznego, pięknego chłopca z Ameryki, ładne macie tutaj drzewa, zaśpiewam piosenkę z dedykacją dla nich, dziewczęta mdleją, słysząc ten głos, jakby mu jakaś gula stanęła w gardle. Za słodki był na wrzuty, ewakuacja, za chwilę O.S.T.R. - nauczyciel. Nie znam twórczości, to zdaje się wytworzony w XXI wieku gatunek pomiędzy reggae i rapem, czyli siła miłości i pierdolmy rząd. Ale nie można powiedzieć, żeby typ był niewiarygodny, daje radę i nawet pasują opowieści o dwuletnim synu, albo że zajebisty artysta może być chujowym człowiekiem, no ma rację.
Gdzieś w tych okolicach na chwilę do rzeczywistości przywrócił mnie Smoczy, dzwonił z pytaniem o odpalanie Morrowinda, ale będzie marudzenia, kiedy już tam wrócę i jeszcze mi będzie udowadniał pewnie, że ma tryliard razy lepszy build postaci niż ja kiedykolwiek. Na szczęście nie da się takimi postaciami bezpośrednio ścierać.
Casiokids, chłopaki jak z przedszkola, co z tego, że brody mają. Chyba bardziej cukierkowi niż Paula i Karol, chyba jeszcze bardziej naiwni i sielscy, ale to nie znaczy, że ekologiczni, jak najwyższy człowiek świata, po prostu, zwyczajnie fajni. Skaczą po scenie, wymieniają się instrumentami, największa frajdę mają z wystukiwania rytmów pałeczkami i rzucania nimi. Hawajskie melodie wplecione w skoczne rytmy i ananasowa grzechotka. Na koniec bardzo sympatyczne zagranie z nagraniem wrzasku publiki i wpleceniu go w podsumowujący występ kawałek, jakby do tego czasu kogoś nie przekonali.
The Raveonettes to był punkt, który mnie w ogóle zmobilizował do przyjazdu, czyli ten zespół, który kojarzyłem, lubiłem i mogłem nie jechać zupełnie w ciemno. Szalenie podoba mi się ich brzmienie, jak przez tubę, albo ze studni. Dlatego wydaje mi się, że niepoważnym ze strony zespołu było granie aż trzech ballad, gdzie tylko ta jedna gitara plumka, to nie o to chodzi. No bo reszta to fajna, publika szaleje, ja mam dosyć tych dzieci w tęczowych outfitach, wymyślili sobie pogo, byście się sprawdzili z jakimiś panczurami, to może by wam przeszło pogowanie, kiedy nie trzeba. Jakaś dziewczyna przykuca, nie wiadomo, czy jej słabo, czy wiąże buta, niby się odsunęła, ale i tak trzeba bronić przed napierającymi szaleńcami, raz, drugi, trzeci, już mam pytać, czy może ją wyprowadzić, pomóc, jeśli się gorzej poczuła, a ta wstaje i dalej w pogo! A przecież swojego życia, a w każdym razie nosa i okularów też trzeba bronić, przez co połowy koncertu nie słychać. Było się pchać pod scenę.
Koniec Offa. Znaczy nie koniec, finisher z Flaming Lips, ale co ja tu będę wypisywał, co wszyscy zainteresowani i tak wiedzą. Zespół wychodzi z ponętnej kosmicznej matki, Wayne Coyne rodzi się w pęczniejącej kuli i robi w niej najazd na publiczność, za chwilę dostajemy pół setki balonów, każdy chce dotknąć, wszystkie ręce w górę. Armatki z konfetti, człowiek ufok i grzybkogłowy, pomarańczowe chłopaki i dziewczęta na scenie, ciekawe skąd ich rekrutują. Bardziej to wygląda jak karnawałowa zabawa niż koncert, wszystko się mieni, błyszczy i dymi, a ludzie zapominają, że tutaj właściwie gra się piosenki i śpiewa i że zespół całkiem fajnie łupie nawet kiedy wodzirej Wayne jest odwrócony do publiki plecami. I dlatego pewnie co chwila powtarza c'mon Poland, przez co jestem rozdarty pomiędzy niezrozumieniem dla współuczestników, którzy w moim sektorze jakby słabo się wczuwali, a niezrozumieniem dla Coyne'a, który widząc niezdecydowany, zakłopotany opór widzów, mógł robić swoje bez tego ponaglania. Rewelacyjny koncert.
niedziela, 8 sierpnia 2010
Everything Is Always
Drugi dzień festiwalu bardzo długi, od czternastej, barbarzyńsko wczesna pora na koncerty. Wycieczka krajoznawcza przez Katowice, ta stara część z obdartymi kamienicami jest nawet ładna, pofalowana, wąskie uliczki, drzewa, słońce. Jasne, obdarte kamienice prezentują się fajnie, kiedy jest obok jakaś zieleń i słońce, jesień i zima to już porażka, wystarczy wspomnieć Łódź, w której przez rok mieszkałem.
Dotarłem na Paulę i Karola, czyli na sam początek, całkiem mieli dużą publiczność. Najbardziej podobały mi się cymbałki, sam cukier w piosenkach, jakby się jeszcze człowiek nie obudził, jakby jeszcze nie przeszedł przez całe miasto. W pewnym oddaleniu od sceny fazująca szara boginka, po prostu łał, naprawdę wkręcona, nie tylko tam wdzięcznie podskakiwała, ale widać było, że każde słowo piosenki ma na wargach. Strasznie to było fajne i wcale mnie to nie dziwi, że można się wkręcić w tak cukierkowe granie (jak dziwiło Zmywaka, który swoją drogą mimo wszystko koncert The Horrors uważa za drugi najlepszy pierwszego dnia).
Później poszliśmy na Natalię Fiedorczuk, która gdzieś tam działa w różnych projektach, co bardziej obeznani wiedzieliby bez stron internetowych, że dzisiaj będzie występować z Happy Pills, ale wczoraj pod szyldem Nathalie and The Loners. Strasznie była nerwowa na tej scenie, uśmiechnęła się ze trzy razy i zawsze zwrócona do zespołu a nie do publiki, ale szło jej zgrabnie i ładnie, może być. Ptaku w pracy zachęcał kiedyś, teraz jestem bardziej zachęcony.
Byle dzisiaj zmieniła sukienkę - określoną przez jednego z współuczestników jako niedopuszczalną. Ale kobiety to chyba i tak się przebierają często, nie powinno być tego problemu.
Pustki, wiadomo, Basia jak zawsze ma chore gardło, ale jak zawsze grają fajnie. Ja tam poszedłem z myślą "jakby wszystko miało być słabe, to oni ratują dzień", przez co podobno straciłem świetną zabawę na FM Belfast. No trudno. Dalej Mitch and Mitch robią wrażenie przebywania na rejsowym statku gdzieś na oceanie, chyba więcej nie muszę ich słuchać, pozycja leżąca w trakcie koncertu wskazana i taka była. Bez rewelacji dla mnie.
Apteka i Menda, to ryczeli współtowarzysze, ja w tamtych czasach mogłem znać Captain Jacka, zresztą z piosenek o narkotykach i kosmosie też bym nic nie rozumiał. Dobre to, Kodym z gitarą, wygląda jakby wyszedł z jakiejś Białołęki dopiero i tak też na wszystko patrzy, mierzy wrogim spojrzeniem basistę. Czy to znaczy, że mogliby dać z siebie więcej, skoro i tak już mi się podobało?
Najfajniejsze zaskoczenie - Archie Bronson Outfit. Jutubki w ogóle mnie nie przekonywały, kiedy wychodzili na scenę, to miałem w głowie wtf, ZZ Top na kwasie, bo tam dwóch takich brodaczy z powycinanymi fryzurami, a wszyscy w kolorowych workach. Ale zaczęli grać bez zbędnych powitań, cześć i jedziemy ścianą dźwięku, że nie słychać myśli. Melodyjna ściana dźwięku, to pewna nowość, przez cały koncert powstrzymywali deszcz, kropił bez przekonania. I naprawdę rozruszali publiczność, ludzie dygali bardziej niż później na Lali Punie.
Przerwa przy pobliskim grillu, z oddali Tunng brzmi całkiem zachęcająco, wpadamy akurat kiedy łapią drugi oddech, wyglądają na scenie pociesznie, gitarzysta pokracznie podskakuje, tańczą wokół siebie z dziewczyną, zmienia gitarę z akustyka na elektryczną i wio, wreszcie jest ten człon elektro z elektrofolku. Chętnie sprawdzę więcej, bo mam wrażenie, że bardziej mogą mi się spodobać numery, które słyszałem z daleka.
A Hawk And A Hacksaw, podobno mieli być Cyganie ze Szwecji, w ogóle nie byli blondynami, na dodatek internet wspomina coś o Ameryce. Wyszedłem na Pepsi, owszem, żywiołowe to i ładne i publika klaszcze bez specjalnego zachęcania, no chyba, że pada ze sceny słowo wódka, ale dla mnie niekonieczne. To nie jest muzyka, którą bym w wolnej chwili odpalał do posłuchania w domu. Później Mew, które odwrotnie niż Archie, na jutubkach brzmiało całkiem zachęcająco, ale na koncercie zrobiło się za głośne i niemelodyjne w ogóle, wokal kojarzył mi się z jakimś piskliwym A-ha, a granie już z niczym konkretnym, ściana dźwięku na jedno kopyto, prawie patatajki. Podobnie za głośne było Radio Dept., poszedłem do namiotu głównie dlatego, że mi po nogach wiało chłodem i nie wiedziałem, gdzie uciekać, tak łupali. Ale to i tak miał być taki przerywnik, już tylko czekaliśmy na Lali Punę, skuleni pod wierzbą, zmarznięci, wytrwali.
I Lali Puna była ekstra. Te wszystkie plumkania, chroboty i szelesty, jakbym siedział w wielkim mechanizmie. Wyszedłem z założenia, że pobujam się, żeby się rozgrzać, ale bujałem się i po rozgrzaniu, naprawdę opłacało się dotrwać.
Dotarłem na Paulę i Karola, czyli na sam początek, całkiem mieli dużą publiczność. Najbardziej podobały mi się cymbałki, sam cukier w piosenkach, jakby się jeszcze człowiek nie obudził, jakby jeszcze nie przeszedł przez całe miasto. W pewnym oddaleniu od sceny fazująca szara boginka, po prostu łał, naprawdę wkręcona, nie tylko tam wdzięcznie podskakiwała, ale widać było, że każde słowo piosenki ma na wargach. Strasznie to było fajne i wcale mnie to nie dziwi, że można się wkręcić w tak cukierkowe granie (jak dziwiło Zmywaka, który swoją drogą mimo wszystko koncert The Horrors uważa za drugi najlepszy pierwszego dnia).
Później poszliśmy na Natalię Fiedorczuk, która gdzieś tam działa w różnych projektach, co bardziej obeznani wiedzieliby bez stron internetowych, że dzisiaj będzie występować z Happy Pills, ale wczoraj pod szyldem Nathalie and The Loners. Strasznie była nerwowa na tej scenie, uśmiechnęła się ze trzy razy i zawsze zwrócona do zespołu a nie do publiki, ale szło jej zgrabnie i ładnie, może być. Ptaku w pracy zachęcał kiedyś, teraz jestem bardziej zachęcony.
Byle dzisiaj zmieniła sukienkę - określoną przez jednego z współuczestników jako niedopuszczalną. Ale kobiety to chyba i tak się przebierają często, nie powinno być tego problemu.
Pustki, wiadomo, Basia jak zawsze ma chore gardło, ale jak zawsze grają fajnie. Ja tam poszedłem z myślą "jakby wszystko miało być słabe, to oni ratują dzień", przez co podobno straciłem świetną zabawę na FM Belfast. No trudno. Dalej Mitch and Mitch robią wrażenie przebywania na rejsowym statku gdzieś na oceanie, chyba więcej nie muszę ich słuchać, pozycja leżąca w trakcie koncertu wskazana i taka była. Bez rewelacji dla mnie.
Apteka i Menda, to ryczeli współtowarzysze, ja w tamtych czasach mogłem znać Captain Jacka, zresztą z piosenek o narkotykach i kosmosie też bym nic nie rozumiał. Dobre to, Kodym z gitarą, wygląda jakby wyszedł z jakiejś Białołęki dopiero i tak też na wszystko patrzy, mierzy wrogim spojrzeniem basistę. Czy to znaczy, że mogliby dać z siebie więcej, skoro i tak już mi się podobało?
Najfajniejsze zaskoczenie - Archie Bronson Outfit. Jutubki w ogóle mnie nie przekonywały, kiedy wychodzili na scenę, to miałem w głowie wtf, ZZ Top na kwasie, bo tam dwóch takich brodaczy z powycinanymi fryzurami, a wszyscy w kolorowych workach. Ale zaczęli grać bez zbędnych powitań, cześć i jedziemy ścianą dźwięku, że nie słychać myśli. Melodyjna ściana dźwięku, to pewna nowość, przez cały koncert powstrzymywali deszcz, kropił bez przekonania. I naprawdę rozruszali publiczność, ludzie dygali bardziej niż później na Lali Punie.
Przerwa przy pobliskim grillu, z oddali Tunng brzmi całkiem zachęcająco, wpadamy akurat kiedy łapią drugi oddech, wyglądają na scenie pociesznie, gitarzysta pokracznie podskakuje, tańczą wokół siebie z dziewczyną, zmienia gitarę z akustyka na elektryczną i wio, wreszcie jest ten człon elektro z elektrofolku. Chętnie sprawdzę więcej, bo mam wrażenie, że bardziej mogą mi się spodobać numery, które słyszałem z daleka.
A Hawk And A Hacksaw, podobno mieli być Cyganie ze Szwecji, w ogóle nie byli blondynami, na dodatek internet wspomina coś o Ameryce. Wyszedłem na Pepsi, owszem, żywiołowe to i ładne i publika klaszcze bez specjalnego zachęcania, no chyba, że pada ze sceny słowo wódka, ale dla mnie niekonieczne. To nie jest muzyka, którą bym w wolnej chwili odpalał do posłuchania w domu. Później Mew, które odwrotnie niż Archie, na jutubkach brzmiało całkiem zachęcająco, ale na koncercie zrobiło się za głośne i niemelodyjne w ogóle, wokal kojarzył mi się z jakimś piskliwym A-ha, a granie już z niczym konkretnym, ściana dźwięku na jedno kopyto, prawie patatajki. Podobnie za głośne było Radio Dept., poszedłem do namiotu głównie dlatego, że mi po nogach wiało chłodem i nie wiedziałem, gdzie uciekać, tak łupali. Ale to i tak miał być taki przerywnik, już tylko czekaliśmy na Lali Punę, skuleni pod wierzbą, zmarznięci, wytrwali.
I Lali Puna była ekstra. Te wszystkie plumkania, chroboty i szelesty, jakbym siedział w wielkim mechanizmie. Wyszedłem z założenia, że pobujam się, żeby się rozgrzać, ale bujałem się i po rozgrzaniu, naprawdę opłacało się dotrwać.
sobota, 7 sierpnia 2010
Don't think it's all over, don't think it is the end
Mark E. Smith usiłował mnie przekonywać, ale pewnie zapomniał, że to ledwie jedna trzecia festiwalu. The Fall grają fajnie pomimo wokalisty-multiinstrumentalisty, nawalonego jak ten tam niemiecki samolot, albo może udającego trochę, kto go tam wie. Bełkot niezrozumiały dla mnie, może za słaby mój angielski, a może on niekoniecznie śpiewa swoje piosenki, tylko co mu tam ślina na język przyniesie. Wywraca mikrofony, zapobiegawczo ustawionych ma kilka, przestawia wszystko po całej scenie, zwiększa intensywność dźwięku co bardziej upierdliwych instrumentów, świszcząca elektronika, gdzieś z publiki leci pocisk, w ogóle nie zauważa, pewnie dlatego, że niezbyt celny. Najfajniej wygląda wsparcie techniczne, które stara się poprawiać po nim rozstawienie szpargałów, odplątuje kable i wygląda jak z kabaretu, jakby robili to wszystko za jego plecami. To końcówka mojego dnia dzisiejszego, ale zaczęło się od Kim Nowak.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
wtorek, 27 lipca 2010
Daleko od domu na wakacje
Znowu jechałem rowerem przez most Grota, wydawał mi się oswojony - z metrowej szerokości chodnikiem i słupami latarni, wrażeniem, że zahaczę o taką przeszkodę rogiem kierownicy. To była sobota, dosyć upalna, ale udał się wyjazd z ekipą z kombinatu przez zakazany las kabacki, a później udało się wyjście ze Smoczym na końcówkę lada w mieście - siedzieliśmy na ławeczce, trochę gadając i trochę słuchając, ale ponieważ atmosfera była piknikowa bardziej niż koncertowa, nikomu nie przeszkadzaliśmy. Dopiero komary nam zaczęły przeszkadzać, więc wróciłem na Kabaty po rower i o tej jedenastej jechało się o wiele fajniej, chłodniej niż wcześniej z kumplami w południe.
Oswajanie mostów ma oczywiście związek z lękiem wysokości, podobnie oswajam np. balkony i właściwie różnice wysokości nie grają roli, lepiej się czuję na oswojonym balkonie szóstego piętra Bazyla niż zapoznawanym balkonie na drugim. A teraz jechałem ciepłą nocą, mrugając światełkami na wszelki wypadek, Puławską, Traktem Królewskim itd. - na most. Tej nocy rzeki pod mostem nie było widać, pewnie jakieś czarne chmury nad miastem, taka kombinacja kolorów świata, że zamiast rzeki pustka. A ja jadę i myślę spoko, bo chwilowo mam jeszcze pod sobą ten piach i krzaki, drzewa. Ale przekraczam linię czysto z mojej perspektywy hipotetycznej rzeki - bo widzę pustkę, choć staram się nie patrzeć - i bardzo czuję swoje malutkie, chwiejne życie, bo przyspiesza mi oddech, skacze puls i trzęsą się ręce, tam nie ma zupełnie nic i właściwie nie wiem, czy lepiej jechać dalej, z całej siły trzymając kierownicę, czy może się zatrzymać, spróbować uspokoić, ale to chyba większe szaleństwo, tak mnie można spokojnie zwariować, pokaż mi kawałek pustki poniżej stóp, zostaw i pewnie skoczę, żeby skończyć z tym strachem.
Ale w ogóle lubię nocne podróże, rowerem, bez roweru też, chociaż właściwie fajniej jest go mieć, zdaje się bezpieczniejszy (wszędzie poza mostem). Największą frajdę miałem z takiej podróży dwa lata temu, kiedy nie wyrobiłem się na ostatni tramwaj z Mysłowic do Katowic po Offie. Wcale nie jestem przekonany, że to był ten konkretny dzień, kiedy grało Mogwai, ale przecież mogę sobie mitologizować rzeczywistość jak lubię. Dobijałem do pierwszego roku pracy, wziąłem pierwszy prawdziwy urlop, to niestety nie jest to samo, co wakacje, pewnie stąd wynika intensywne planowanie, jak ten czas wykorzystać. Internet akurat grzmiał, że Rojek zaprosił Szkotów i Ci przyjadą, a ja ich trochę znałem, bo przeczytałem na blogu o R U Still In 2 It. Do tego w pracy poznałem fajnego człowieka z jeszcze fajniejszą historią przybycia z Wrocławia do Warszawy i pewnym doświadczeniem w darciu, który uważał koncert Mogwai za najlepszy ever. No to okej, dwie rekomendacje z zaufanych źródeł, chłopie, masz dwadzieścia dwa lata, a na koncercie żeś nie był od czasów, kiedy rodzice brali was na Marylę Rodowicz. Ruszże się gdzieś, poznaj świata trochę!
No to ustawiłem opis w komunikatorze Yes! I Am a Long Way from Home i miałem wielką frajdę, że od tego kawałka zaczęli koncert. Nawet jeśliby zawsze zaczynali tym kawałkiem, pierwszy z pierwszej płyty, to ja sobie i tak zmitologizuję pod siebie jakoś, że fajnie, ekstra i dla mnie, nawet na jutuba ktoś wrzucił, żebym mógł pierwszy w historii bloga film zagnieździć!
Użyłem przy tym zakazanych tagów center, szanowne W3C, wybacz, ale ja chcę to po środku, a google jeszcze tego nie przewidziało w kodzie, albo nie wiem gdzie i jak.
Mnie się to podoba, ściany dźwięku i gitarowe pejzaże, chyba tak piszą o tym. Jasne, to albo już jest banał, albo szybko stanie się banałem, wystarczy odpalić sobie którąś kompilację cichego baletu i pomyśleć, co dzisiaj mówi się o gitarowych solówkach, przynajmniej ja słyszę, że nie są chick ani dżezi, ani nic z tych rzeczy i w ogóle trochę śmierdzą. Ja nie siedzę w muzyce na tyle głęboko, żeby umieć być wybrednym, za mało znam, żeby jasno widzieć powtórzenia i kojarzyć i móc marudzić na to. Może bym marudził, a tymczasem-czasem chodzę na koncerty, np. na zespół Maki i Chłopaki, którego lider na luzie komunikuje publice, ile taktów zostało do końca solówki. Dla mnie bomba. Szkoda, że nie widzę na jutubie U Jerzyka z koncertu w Hydrozagadce, jest do ściągnięcia tutaj, już stary jestem, znam wszystkie skale.
Już pamiętam, że po Mogwai miałem na Słoneczną podwózkę, która mało mnie nie zabrała do Wrocławia. Tramwaj mi uciekł kolejnego dnia, choć niby powinienem się na niego wyrobić. Ale nieznajomość topografii pętli tramwajowej sprawiła, że zamiast wsiąść w majaczący w uliczce tramwaj, czekałem na niego w przekonaniu, że się tu przy mnie zatrzyma. A kiedy się nie zatrzymał, to biegłem nie zważając na topografię, tylko kojarząc przystanek z podróży w przeciwną stronę, że on tutaj musi coś okrążyć i może dam radę. Nie dałem i zostałem sam po nocy w obcym mieście, z potrzebą dostania się do sąsiedniego. I co się robi w takiej sytuacji? No idzie się. Nie dzwoni się na Słoneczną z pytaniem o wsparcie logistyczne, tylko zapytuje na przystanku o cokolwiek w stronę Katowic, wysiada na ich obrzeżu i dalej idzie z buta, przechodząc przez niespodziewane rzeczki, przekraczając opustoszałe ulice, w górę i w dół, bez zapuszczania się w osiedla i z jak najdalszym wymijaniem co większych grup tubylców. Jaka przygoda!
A ile łatwiej jest z telefonem, który się dostało w pracy, co to może google maps odpalić... Bym takiego nie miał, to bym albo siedział i płakał, albo jednak budził Słoneczną (którą i tak przecież musiałem obudzić, żeby wejść do domu), albo nadrabiał drogi kierując się najpierw na dworzec kolejowy, skąd może bym trafił bez map. Uff-Off.
Wczoraj przeczytałem, że przyjeżdżają The Raveonettes, może kojarzę ich mniej niż wtedy Mogwai, tak samo mało zresztą kojarzę The Fall i Flaming Lips, nawet nie wiem co to za koślawienie Floydów, ale impuls jest i właśnie forsuję urlop.
Dzielmy się!
Oswajanie mostów ma oczywiście związek z lękiem wysokości, podobnie oswajam np. balkony i właściwie różnice wysokości nie grają roli, lepiej się czuję na oswojonym balkonie szóstego piętra Bazyla niż zapoznawanym balkonie na drugim. A teraz jechałem ciepłą nocą, mrugając światełkami na wszelki wypadek, Puławską, Traktem Królewskim itd. - na most. Tej nocy rzeki pod mostem nie było widać, pewnie jakieś czarne chmury nad miastem, taka kombinacja kolorów świata, że zamiast rzeki pustka. A ja jadę i myślę spoko, bo chwilowo mam jeszcze pod sobą ten piach i krzaki, drzewa. Ale przekraczam linię czysto z mojej perspektywy hipotetycznej rzeki - bo widzę pustkę, choć staram się nie patrzeć - i bardzo czuję swoje malutkie, chwiejne życie, bo przyspiesza mi oddech, skacze puls i trzęsą się ręce, tam nie ma zupełnie nic i właściwie nie wiem, czy lepiej jechać dalej, z całej siły trzymając kierownicę, czy może się zatrzymać, spróbować uspokoić, ale to chyba większe szaleństwo, tak mnie można spokojnie zwariować, pokaż mi kawałek pustki poniżej stóp, zostaw i pewnie skoczę, żeby skończyć z tym strachem.
Ale w ogóle lubię nocne podróże, rowerem, bez roweru też, chociaż właściwie fajniej jest go mieć, zdaje się bezpieczniejszy (wszędzie poza mostem). Największą frajdę miałem z takiej podróży dwa lata temu, kiedy nie wyrobiłem się na ostatni tramwaj z Mysłowic do Katowic po Offie. Wcale nie jestem przekonany, że to był ten konkretny dzień, kiedy grało Mogwai, ale przecież mogę sobie mitologizować rzeczywistość jak lubię. Dobijałem do pierwszego roku pracy, wziąłem pierwszy prawdziwy urlop, to niestety nie jest to samo, co wakacje, pewnie stąd wynika intensywne planowanie, jak ten czas wykorzystać. Internet akurat grzmiał, że Rojek zaprosił Szkotów i Ci przyjadą, a ja ich trochę znałem, bo przeczytałem na blogu o R U Still In 2 It. Do tego w pracy poznałem fajnego człowieka z jeszcze fajniejszą historią przybycia z Wrocławia do Warszawy i pewnym doświadczeniem w darciu, który uważał koncert Mogwai za najlepszy ever. No to okej, dwie rekomendacje z zaufanych źródeł, chłopie, masz dwadzieścia dwa lata, a na koncercie żeś nie był od czasów, kiedy rodzice brali was na Marylę Rodowicz. Ruszże się gdzieś, poznaj świata trochę!
No to ustawiłem opis w komunikatorze Yes! I Am a Long Way from Home i miałem wielką frajdę, że od tego kawałka zaczęli koncert. Nawet jeśliby zawsze zaczynali tym kawałkiem, pierwszy z pierwszej płyty, to ja sobie i tak zmitologizuję pod siebie jakoś, że fajnie, ekstra i dla mnie, nawet na jutuba ktoś wrzucił, żebym mógł pierwszy w historii bloga film zagnieździć!
Użyłem przy tym zakazanych tagów center, szanowne W3C, wybacz, ale ja chcę to po środku, a google jeszcze tego nie przewidziało w kodzie, albo nie wiem gdzie i jak.
Mnie się to podoba, ściany dźwięku i gitarowe pejzaże, chyba tak piszą o tym. Jasne, to albo już jest banał, albo szybko stanie się banałem, wystarczy odpalić sobie którąś kompilację cichego baletu i pomyśleć, co dzisiaj mówi się o gitarowych solówkach, przynajmniej ja słyszę, że nie są chick ani dżezi, ani nic z tych rzeczy i w ogóle trochę śmierdzą. Ja nie siedzę w muzyce na tyle głęboko, żeby umieć być wybrednym, za mało znam, żeby jasno widzieć powtórzenia i kojarzyć i móc marudzić na to. Może bym marudził, a tymczasem-czasem chodzę na koncerty, np. na zespół Maki i Chłopaki, którego lider na luzie komunikuje publice, ile taktów zostało do końca solówki. Dla mnie bomba. Szkoda, że nie widzę na jutubie U Jerzyka z koncertu w Hydrozagadce, jest do ściągnięcia tutaj, już stary jestem, znam wszystkie skale.
Już pamiętam, że po Mogwai miałem na Słoneczną podwózkę, która mało mnie nie zabrała do Wrocławia. Tramwaj mi uciekł kolejnego dnia, choć niby powinienem się na niego wyrobić. Ale nieznajomość topografii pętli tramwajowej sprawiła, że zamiast wsiąść w majaczący w uliczce tramwaj, czekałem na niego w przekonaniu, że się tu przy mnie zatrzyma. A kiedy się nie zatrzymał, to biegłem nie zważając na topografię, tylko kojarząc przystanek z podróży w przeciwną stronę, że on tutaj musi coś okrążyć i może dam radę. Nie dałem i zostałem sam po nocy w obcym mieście, z potrzebą dostania się do sąsiedniego. I co się robi w takiej sytuacji? No idzie się. Nie dzwoni się na Słoneczną z pytaniem o wsparcie logistyczne, tylko zapytuje na przystanku o cokolwiek w stronę Katowic, wysiada na ich obrzeżu i dalej idzie z buta, przechodząc przez niespodziewane rzeczki, przekraczając opustoszałe ulice, w górę i w dół, bez zapuszczania się w osiedla i z jak najdalszym wymijaniem co większych grup tubylców. Jaka przygoda!
A ile łatwiej jest z telefonem, który się dostało w pracy, co to może google maps odpalić... Bym takiego nie miał, to bym albo siedział i płakał, albo jednak budził Słoneczną (którą i tak przecież musiałem obudzić, żeby wejść do domu), albo nadrabiał drogi kierując się najpierw na dworzec kolejowy, skąd może bym trafił bez map. Uff-Off.
Wczoraj przeczytałem, że przyjeżdżają The Raveonettes, może kojarzę ich mniej niż wtedy Mogwai, tak samo mało zresztą kojarzę The Fall i Flaming Lips, nawet nie wiem co to za koślawienie Floydów, ale impuls jest i właśnie forsuję urlop.
Dzielmy się!
wtorek, 22 czerwca 2010
Kariera, dwie bomby, mech... Kariera, dwóch szefów, ech...
Gonitwy po knajpach ciąg dalszy, choć nie zawsze mnie do nich ciągnie. Do Hydrozagadki wyciągałem ja, osobiście, Bazylego z Herbacianą, skoro wcześniej nie wyciągnęli się do Time Cafe. Był to niewątpliwy argument w rozmowie z Cyganem, który mi mówi, że ma takiego znajomego, że typ melancholik, że sam nigdzie nie chodzi, że tylko wyciągnięty. To nie tak! Nawet jeśli na ogół. I to jest pierwsza część tytułu, bardzo sympatyczna, nawet jeśli nie sprawdziliśmy De La Cure. Ale właśnie, właśnie, widać, że zjechali się bywalcy Dujera, bo nawet na Makach się taki tłumek zebrał, prawda, zostawiając pod sceną jakąś bezpieczną strefę. Ja ich tam bardziej lubię nawet niż MKL, pewnie dlatego, że nie mają płyty, więc ani nie mogłem ukraść, ani kupić i tylko koncertowo, z tą samą makową niechęcią niezależnie od godziny (to może już skończymy?). Za chwilę bombowy przerywnik i pod scenę pchają się roztańczone emkaelki, zespół gra swoje ładne piosenki i nawet Maliny pod koniec (przed obowiązkowym szejkiem), które mam do teraz w głowie.
Co niestety nie zmienia faktu, że trwam w takim stanie, w którym potrafię uświadomić sobie miałką pomyłkę, np. że wszystkim pytającym, mówię, że w autobusie teraz Passent, mając na myśli Pilcha i obrazić z tego powodu na siebie. Niedodzwanialna coś mówiła o Passencie i pewnie tak mi się przestawiło, zgrało, ale kiedy sobie nagle uświadamiam, no to jest mi niewesoło. Jakby to kogoś interesowało, jakby ktoś zauważył. Rok temu na dzień dziecka kupiłem Lampę, książkę i płytę, a teraz to nawet nie mam ochoty, przez to wszystko, to znaczy przez nic. Bym tylko siedział, bym tylko grał (po próbie z Oblivionem wróciłem do Morrowinda i mam zamiar przejść dodatki, bo kiedyś było lepiej). Siostra mi chyba wyniosła rower, do zsypu, więc nawet nie spogląda, nie łasi się, Smoczy proponuje, a ja nie dzwonię.
I wczoraj knajpa piwna, z tych co to same warzą, mają fajne kelnerki, które raz mówią japkowy, a raz jabłkowy, a czasem coś pomiędzy i ja właściwie nie jestem już pewien wymowy. Tylko tym razem niechętnie, no bo to tylko kariera, to spotkanie integracyjne z wyższym szczeblem, kiedy należy się choćby i fałszywie uśmiechać. Wytrzymałem dwie godziny i pod byle pretekstem uciekłem, chyba nawet się nie wysilałem na zmyślny pretekst. Bo ja bardzo nie lubię się fałszywie uśmiechać, żebym chociaż siedział w drugim końcu stołu i mógł legalnie obmówić. Ale nie, ramię w ramię, oko w oko i nieśmiertelne - wypijesz z nami, to będzie ten pierwszy wieczór, kiedyś musisz, musisz napić się piwa z nami, musisz. To nie jest pierwszy raz, są tacy, że rozumieją i czuć, że żart i błysk w oku, to Głaz, my man, oto człowiek! Kiedyś obejrzymy jakiś mecz, ale może w lekko okrojonym składzie. Ja może z tych meczy niewiele rozumiem, poza atmosferą przed telewizorem.
To w ogóle jest charakterystyczne dla wyższego szczebla, z tym piciem, właściwie każdy wyższy szczebel, z którym miałem styczność (czyli do literek V i P), koniecznie musi się napić i reaguje na niepicie zakłopotaniem, obrażeniem i okresowymi próbami wymuszenia. Mistrzem był w tym względzie menadżer działu kadr, czyli żeby to poważniej brzmiało, skoro firma ponadnarodowa (ponoć) - HR manager. Takie mam wrażenie, że osobie pełniącej taką funkcję nie wypada mówić - Te trzy piwa twoje, musisz!
Ej, wcale nie demonizuję.
A dzisiaj przychodzi sms o dniu na żądanie, to chytrze odpisuję, że fakt, za zimno na czerwiec i bunt słuszny. A wczoraj urodzinowy telefon w pomylonej dacie, takie są najlepsze - bo widać, że nie powiadomienie z nk/fb/gr/ms/whatever, tylko ktoś o tobie pamięta. Tak naprawdę to w sobotę.
Co niestety nie zmienia faktu, że trwam w takim stanie, w którym potrafię uświadomić sobie miałką pomyłkę, np. że wszystkim pytającym, mówię, że w autobusie teraz Passent, mając na myśli Pilcha i obrazić z tego powodu na siebie. Niedodzwanialna coś mówiła o Passencie i pewnie tak mi się przestawiło, zgrało, ale kiedy sobie nagle uświadamiam, no to jest mi niewesoło. Jakby to kogoś interesowało, jakby ktoś zauważył. Rok temu na dzień dziecka kupiłem Lampę, książkę i płytę, a teraz to nawet nie mam ochoty, przez to wszystko, to znaczy przez nic. Bym tylko siedział, bym tylko grał (po próbie z Oblivionem wróciłem do Morrowinda i mam zamiar przejść dodatki, bo kiedyś było lepiej). Siostra mi chyba wyniosła rower, do zsypu, więc nawet nie spogląda, nie łasi się, Smoczy proponuje, a ja nie dzwonię.
I wczoraj knajpa piwna, z tych co to same warzą, mają fajne kelnerki, które raz mówią japkowy, a raz jabłkowy, a czasem coś pomiędzy i ja właściwie nie jestem już pewien wymowy. Tylko tym razem niechętnie, no bo to tylko kariera, to spotkanie integracyjne z wyższym szczeblem, kiedy należy się choćby i fałszywie uśmiechać. Wytrzymałem dwie godziny i pod byle pretekstem uciekłem, chyba nawet się nie wysilałem na zmyślny pretekst. Bo ja bardzo nie lubię się fałszywie uśmiechać, żebym chociaż siedział w drugim końcu stołu i mógł legalnie obmówić. Ale nie, ramię w ramię, oko w oko i nieśmiertelne - wypijesz z nami, to będzie ten pierwszy wieczór, kiedyś musisz, musisz napić się piwa z nami, musisz. To nie jest pierwszy raz, są tacy, że rozumieją i czuć, że żart i błysk w oku, to Głaz, my man, oto człowiek! Kiedyś obejrzymy jakiś mecz, ale może w lekko okrojonym składzie. Ja może z tych meczy niewiele rozumiem, poza atmosferą przed telewizorem.
To w ogóle jest charakterystyczne dla wyższego szczebla, z tym piciem, właściwie każdy wyższy szczebel, z którym miałem styczność (czyli do literek V i P), koniecznie musi się napić i reaguje na niepicie zakłopotaniem, obrażeniem i okresowymi próbami wymuszenia. Mistrzem był w tym względzie menadżer działu kadr, czyli żeby to poważniej brzmiało, skoro firma ponadnarodowa (ponoć) - HR manager. Takie mam wrażenie, że osobie pełniącej taką funkcję nie wypada mówić - Te trzy piwa twoje, musisz!
Ej, wcale nie demonizuję.
A dzisiaj przychodzi sms o dniu na żądanie, to chytrze odpisuję, że fakt, za zimno na czerwiec i bunt słuszny. A wczoraj urodzinowy telefon w pomylonej dacie, takie są najlepsze - bo widać, że nie powiadomienie z nk/fb/gr/ms/whatever, tylko ktoś o tobie pamięta. Tak naprawdę to w sobotę.
poniedziałek, 31 maja 2010
Cure for optimism i oszukuję system!
Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.
Mlaskanie.
Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.
Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!
I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.
Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.
Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.
To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.
Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.
Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.
Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!
Mlaskanie.
Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.
Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!
I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.
Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.
Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.
To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.
Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.
Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.
Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!
sobota, 22 maja 2010
Czy Kalina Jędrusik nie miała nic do powiedzenia?
Niedodzwanialna z niekłamaną przyjemnością powtarza, jak to wszyscy o Kalinie powtarzają, jakoby przesłodko przeklinała, że u kogokolwiek innego byłoby to raczej żałosne, a u niej słodkie. Słyszę to na tyle często, że może powinienem wreszcie obejrzeć jakiś film i wybadać temat polskiej seksbomby sprzed pół wieku. A na Niedodzwanialną wpadłem przypadkiem i jeszcze zostałem oskarżony, że na wiadomości nie odpowiadam – to odpal dziewczyno mmsy, wiesz (czy aby na pewno?), że się ze słowami w zwykłym smsie nie mieszczę!
Rzuciłem w pracy hasło Juwenalia, liczyłem na pewne zainteresowanie piosenkami typu tak bardzo chcę dotknąć cię i nawoływaniami zróbcie wielki hałas - to pewnie nie tylko mnie się wydaje, że angielski pierwowzór brzmi lepiej, wszystko tam brzmi lepiej, a w ogóle to quidquid latine dictum sit, altum videtur, więc jak by to krzyczał Cyceron? Zrekrutowałem sobie w ten sposób towarzystwo, które przez kolejne godziny się wykruszało, aż ostatecznie został jeden fan bujania. Urywamy się z biura i on też wtedy traci pewność, dojdzie ze mną na Rozdroże i tam podejmie decyzję, więc ja mu wszystko ułatwiam, idź na tę swoją imprezę inną od razu, a ja zawrócę, odsiedzę swoje i pójdę tam, gdzie od początku miałem iść – na trochę mniej bujające Pustki. Więc po drugim wyjściu z biura wpadłem na Niedodzwanialną, rozdzielał nas kawałek zieleni, mijaliśmy się, patrząc podejrzliwie, może ona była mniej podejrzliwa niż ja, w każdym razie te wielkie okulary nie ułatwiają mi identyfikacji niewielu przecież w tym świecie koleżanek. Szła po plusza i na tę poezję na Juwenaliach.
Nie czytałem wielu juwenaliowych ogłoszeń, ale to chyba trochę strzał w kolano ze strony zespołu, żeby się na taką imprezę reklamować poezją. Albo ze strony pijaru juwenaliowego, który przygotowuje materiały dla prasy wyjątkowo krótkowzrocznie (albo kopiując zdania z majspejsa, czy strony), bo pomimo odgrażania się na fejsie – na Pustkach zastaliśmy głównie pustki. No dobra, tak źle nie było – stanęliśmy dopiero w trzecim rzędzie. Do tego oni faktycznie zaczęli od poezji, zaraz po jazgotliwym wstępie, wytłumaczyłem Niedodzwanialnej, że to jest do interpretacji dla niezdecydowanych, żeby zostać, albo nie. Oczywiście grali ładnie, oczywiście Kalambury są bardzo ładne, ale bardziej nadają się do pomieszczeń chyba. Na koncerty piosenki, finiszer ze Słabości chwilowej, ta płyta. Była jedna nowa piosenka nawet i jedna nowa-stara, Patyczaki - To była bardzo stara piosenka, ale pewnie nie znacie, nie wyglądacie, więc niech będzie jako nowa.
Teraz będę tłumaczył, dlaczego jestem śmieszny i jak mi się zmieniają wrażenia i odbiór artystów i tak dalej. Na Pustkach na początku myślałem sobie, że mnie się podoba, ale głupio mi, że takie pustki i to pewnie przez poezję. Jakby to mnie miało obchodzić, czy wokół ludzie się bawią, jeśli oni dla mnie grają. Później się trochę więcej ludzi zeszło, ale zaczęli grać piosenki, nie wiersze. Byli jak się należy, żywiołowi, urwany pasek od gitary, Niedodzwanialna zwracała uwagę na różnicę w żywiołowości gitarzystów – No bo słuchaj, to po prawej to jest bas. I mieli ten występ bardzo płynny, bez jakichś dziur pomiędzy piosenkami, czasem z płynnymi przejściami, a czasem z dodatkami i kombinacjami względem płytowych. Fajnie. I trochę inaczej niż się tego Niedodzwanialna spodziewała – ona myślała, że to będą wiersze śpiewane w formie ballad z pobrzdękiwaniem.
Później poszliśmy po kolegę, siedzieliśmy, jedząc i opowiadając o tropikalnych depresjach, wystawach, studiach, rozczarowaniach, powodziach, traktowaniu białoruskich muzyków, przekrzywionych filmach francuskich artystów o Warszawie itd. A w każdym razie oni opowiadali o innych ludziach i innych rzeczach, zjawiskach, ja starałem się za dużo nie opowiadać, bo wszystko to było ciekawsze niż cokolwiek, co bym mógł wymyślić. Muszę znaleźć kiedyś jakieś słowa, żeby to ładniej wyrazić, tę różnicę pomiędzy opowieściami moimi i ichnimi i dlaczego ich są lepsze.
W każdym razie podjęliśmy decyzję o powrocie na Myslo i ja, po słabym Dżemie bardzo sceptycznie podchodzący do koncertów dla studentów, bardziej spodziewałem się wszystkich radiowych hitów w losowej kolejności, niż tego, co robili w grudniu w Stodole – skalarnych odjazdów. I faktycznie, grali wszystkie piosenki bez nudnych, pełnych plumkania czy dzwoneczków przejść pomiędzy, które podobały mi się wtedy, maksimum treści, minimum formy, po prostu piosenki i nawet Długość dźwięku samotności śpiewane było po pierwszym takcie, jakby Rojek chciał uniknąć falstartu ze strony publiki. I teraz tak – czy w tym było coś złego? Na Pustkach poczucie braku odpowiedniej atmosfery dookoła, choć na scenie przepięknie, myśl, że mogli zdecydować się na więcej piosenek. Na Myslovitz same piosenki, pomiędzy nimi ciemna scena i pięć sekund ciszy, a za chwilę publiczność łoczy i jeczy (nie mylić z jękiem), a część nawet śpiewa i na pewno widać, że jest zabawa. Hę?
A gdybym na Niedodzwanialną nie wpadł, to w ogóle bym do trzeciego rzędu nie dotarł, dopiero przy Rozdrożu podejmował decyzję o pójściu na Pustki i na pewno nie poszedł na Myslo.
Rzuciłem w pracy hasło Juwenalia, liczyłem na pewne zainteresowanie piosenkami typu tak bardzo chcę dotknąć cię i nawoływaniami zróbcie wielki hałas - to pewnie nie tylko mnie się wydaje, że angielski pierwowzór brzmi lepiej, wszystko tam brzmi lepiej, a w ogóle to quidquid latine dictum sit, altum videtur, więc jak by to krzyczał Cyceron? Zrekrutowałem sobie w ten sposób towarzystwo, które przez kolejne godziny się wykruszało, aż ostatecznie został jeden fan bujania. Urywamy się z biura i on też wtedy traci pewność, dojdzie ze mną na Rozdroże i tam podejmie decyzję, więc ja mu wszystko ułatwiam, idź na tę swoją imprezę inną od razu, a ja zawrócę, odsiedzę swoje i pójdę tam, gdzie od początku miałem iść – na trochę mniej bujające Pustki. Więc po drugim wyjściu z biura wpadłem na Niedodzwanialną, rozdzielał nas kawałek zieleni, mijaliśmy się, patrząc podejrzliwie, może ona była mniej podejrzliwa niż ja, w każdym razie te wielkie okulary nie ułatwiają mi identyfikacji niewielu przecież w tym świecie koleżanek. Szła po plusza i na tę poezję na Juwenaliach.
Nie czytałem wielu juwenaliowych ogłoszeń, ale to chyba trochę strzał w kolano ze strony zespołu, żeby się na taką imprezę reklamować poezją. Albo ze strony pijaru juwenaliowego, który przygotowuje materiały dla prasy wyjątkowo krótkowzrocznie (albo kopiując zdania z majspejsa, czy strony), bo pomimo odgrażania się na fejsie – na Pustkach zastaliśmy głównie pustki. No dobra, tak źle nie było – stanęliśmy dopiero w trzecim rzędzie. Do tego oni faktycznie zaczęli od poezji, zaraz po jazgotliwym wstępie, wytłumaczyłem Niedodzwanialnej, że to jest do interpretacji dla niezdecydowanych, żeby zostać, albo nie. Oczywiście grali ładnie, oczywiście Kalambury są bardzo ładne, ale bardziej nadają się do pomieszczeń chyba. Na koncerty piosenki, finiszer ze Słabości chwilowej, ta płyta. Była jedna nowa piosenka nawet i jedna nowa-stara, Patyczaki - To była bardzo stara piosenka, ale pewnie nie znacie, nie wyglądacie, więc niech będzie jako nowa.
Teraz będę tłumaczył, dlaczego jestem śmieszny i jak mi się zmieniają wrażenia i odbiór artystów i tak dalej. Na Pustkach na początku myślałem sobie, że mnie się podoba, ale głupio mi, że takie pustki i to pewnie przez poezję. Jakby to mnie miało obchodzić, czy wokół ludzie się bawią, jeśli oni dla mnie grają. Później się trochę więcej ludzi zeszło, ale zaczęli grać piosenki, nie wiersze. Byli jak się należy, żywiołowi, urwany pasek od gitary, Niedodzwanialna zwracała uwagę na różnicę w żywiołowości gitarzystów – No bo słuchaj, to po prawej to jest bas. I mieli ten występ bardzo płynny, bez jakichś dziur pomiędzy piosenkami, czasem z płynnymi przejściami, a czasem z dodatkami i kombinacjami względem płytowych. Fajnie. I trochę inaczej niż się tego Niedodzwanialna spodziewała – ona myślała, że to będą wiersze śpiewane w formie ballad z pobrzdękiwaniem.
Później poszliśmy po kolegę, siedzieliśmy, jedząc i opowiadając o tropikalnych depresjach, wystawach, studiach, rozczarowaniach, powodziach, traktowaniu białoruskich muzyków, przekrzywionych filmach francuskich artystów o Warszawie itd. A w każdym razie oni opowiadali o innych ludziach i innych rzeczach, zjawiskach, ja starałem się za dużo nie opowiadać, bo wszystko to było ciekawsze niż cokolwiek, co bym mógł wymyślić. Muszę znaleźć kiedyś jakieś słowa, żeby to ładniej wyrazić, tę różnicę pomiędzy opowieściami moimi i ichnimi i dlaczego ich są lepsze.
W każdym razie podjęliśmy decyzję o powrocie na Myslo i ja, po słabym Dżemie bardzo sceptycznie podchodzący do koncertów dla studentów, bardziej spodziewałem się wszystkich radiowych hitów w losowej kolejności, niż tego, co robili w grudniu w Stodole – skalarnych odjazdów. I faktycznie, grali wszystkie piosenki bez nudnych, pełnych plumkania czy dzwoneczków przejść pomiędzy, które podobały mi się wtedy, maksimum treści, minimum formy, po prostu piosenki i nawet Długość dźwięku samotności śpiewane było po pierwszym takcie, jakby Rojek chciał uniknąć falstartu ze strony publiki. I teraz tak – czy w tym było coś złego? Na Pustkach poczucie braku odpowiedniej atmosfery dookoła, choć na scenie przepięknie, myśl, że mogli zdecydować się na więcej piosenek. Na Myslovitz same piosenki, pomiędzy nimi ciemna scena i pięć sekund ciszy, a za chwilę publiczność łoczy i jeczy (nie mylić z jękiem), a część nawet śpiewa i na pewno widać, że jest zabawa. Hę?
A gdybym na Niedodzwanialną nie wpadł, to w ogóle bym do trzeciego rzędu nie dotarł, dopiero przy Rozdrożu podejmował decyzję o pójściu na Pustki i na pewno nie poszedł na Myslo.
czwartek, 20 maja 2010
We only come out at night
Trochę mam tego dosyć, to jest wybitnie bezproduktywnych godzin nocnych, które wynikają z jakiegoś zgaszonego światła. Spać, spać, tak trzeba, wiesz, przecież nie pracujesz już od siódmej trzydzieści, zaczynasz całą godzinę później i ten buspas na Modlińskiej też prawie działa, no to posiedź dłużej. I tak siostra pisze pracę jakąś, a widziałem nawet przymiarki do magisterskiej - coś o chrześcijaństwie, Bogu, JP2, tylko nie wiem, w odniesieniu do czego. Dobry Boże! Chciałem się odnieść do tej nocy, kolejnej takiej, że nie śpię, z pytaniem o to właśnie, dlaczego ja nie śpię? Wiem dlaczego ja do magisterskiej się nie przymierzam żadnej, to ciekawe nawet, mógłbym teraz bronić coś o dzieciach, albo za rok coś o Amarillu, albo trochę na mniejszą skalę o chmurach w internecie.
Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.
O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.
Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.
Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.
Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.
Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.
Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.
Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.
O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.
Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.
Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.
Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.
Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.
Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)