Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smoki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2012

jesionowe paranoje moje

Okłamałem Was ostatnio, bo Skyrim (a.k.a. The Elder Scrolls V Skyrim, w Neo Plus mieli kiedyś taką zasadę, że im dłuższy tytuł, tym gra kiepściejsza) oficjalnie wyszło jedenastego, ale wiadomo, że u nas jedenasty to święto, więc dystrybucja cichaczem podsyłała na dzień wcześniej. Moje szczęście, że specjalnie na tę okazję kupiłem PlayStation 3, bo nie musiałem czekać do oficjalnego systemowego pozwolenia, jak na PC, tylko od razu po pracy mogłem grać - dziesiątego czyli. W pracy, przecież nie mam w domu telewizora. Tak, spędziłem tamten weekend w biurze, tak, nie tylko tamten. Nie poszedłem na koncert Kobiet, będę pamiętał tę datę, koncertu na którym nie byłem, przeciwnie do tego sprzed spłonięcia filozoficznej, który przekonał mnie do sprawy. Myślę, że gdybym urodził się Chińczykiem, miałbym szansę umrzeć w gamingowej kafejce - byłbym tym jednym z trzech na pewnie już blisko półtora miliarda, o którym napiszą w mediach.

Może ktoś jeszcze pamięta Młota, on to czasem czyta, to pozdrowię i pochwalę go, że mniej więcej na dwa tygodnie przed premierą wkręcił się w temat, dzięki czemu udręka oczekiwania była nieco lżejszą i miałem z kim dyskutować dobór perków, które do internetu przepisywali zachodni bywalcy tematycznych wystaw. Specjalnie zamówiliśmy w tym samym sklepie, żeby razem odebrać, godziny mijały, to wcale nie było jeszcze pewne, że będzie, a co jeśli nie, jeśli wszyscy już będą grać, a nam przyślą w poniedziałek? Na dwie godziny przed zamknięciem punktu odbioru, po kilku telefonach, zostawiałem Młota, kierując się do innego sklepu, straciłem wiarę i choć jednocześnie serce mi się darło, bo mieli tylko jedną kopię, to silniejszą była ta myśl, która często pojawia się w dyskusji o umowie kontrpodróbkowej: nie mogę czekać trzech dni, kiedy wszyscy już będą grali! Tak działamy w globalnym świecie, ja akurat w przypadku tej serii. Ale skończyło się happy endem, bo kiedy wysiadałem już do drugiego sklepu, przyszedł sms o możliwości odbioru, od razu dzwonił Młot, to jednak spotykamy się na miejscu.

Wsiadłem w metro powrotne i nawet zapomniałem o miłości, naprawdę, albo nie, ale jednak uparłem się zapomnieć, bo tak naprzeciw po prawej siedziała taka właśnie, jakich cały świat ma może kilka tysięcy, skoro w jednej Warszawie trafiłem trzy, a jedna nawet znów się ostatnio przyśniła, znów nic nie mówiła, chyba robiła imprezę, na której byli sami faceci, starałem się zgrywać rozluźnionego, kursowałem od niej do równie niemego towarzystwa, a ostatecznie jakaś zupełnie inna, nagła, kazała mi zaglądać w swój dekolt. Ta we śnie o już nie samych facetach i królowej, nie ta z metra, nic Wam o niej nie powiem, pewnie miała jakieś jesienne kozaki na niezbyt wysokim obcasie i blu jeansy, w szczegóły fizis uparłem się przecież nie wgłębiać. Słuchaj, to zabrzmi głupio, ale kocham cię od pierwszego wejrzenia, spoko jeśli ty mnie nie, bo ja bede grau w gre przez kilka miesięcy teraz, możesz się do mnie przyzwyczaić przez ten czas, oczywiście jeśli zgodzisz się spędzać ze mną weekendy w pracy, inaczej może być ciężko. Ale mamy fajny telewizor, piszesz się?
Jak fajosko wygląda kawał tekstu kursywą, może by się pisała, choć pewnie nie pozwoliłaby podróżować z Lidką. A przeglądarki różnie renderują tekst, może tylko u mnie tak. Tymczasem - niemalże leciałem do tego Sferisa, od Wierzbna do Sferisa na Dobrej jest kawałek, pewnie powinienem był wysiąść na Racławickiej, pewnie nie mogłem, skoro uciekałem przed powyższym scenariuszem. Ale i tak czekałem na Młota, bo jednak byłem pod sklepem pierwszy.

Więc największym rozczarowaniem nie jest ta z tych onych, które wyłączają mózgi, ani nie aż takim rozczarowaniem jest gra, ani nawet przegapiony koncert Kobiet nie jest rozczarowaniem, choć z siwobrodej (hahaha, kto łapie dowcip?) perspektywy czasu wiem, że jeśli już, to trzeba ją było przekonywać do siebie Radiowozami. Największym rozczarowaniem w sprawie Skyrima jestem ja sam, który zobowiązałem się wesprzeć redakcję tematycznego serwisu, ale po dwóch czy trzech pierwszych tekstach przestałem się wyrabiać w życiu z czymkolwiek i to mniej przez wzgląd na granie w grę, bardziej przez sześćdziesiąt nadgodzin w styczniu, trochę mniej w grudniu, ale z workshopami pracowymi i w ogóle. I uwalam kolejne terminy, choć zdawać by się mogło, że jak coś jest pasją, to się opracuje bez względu na wszystko. Ups. My bad, dałem ciała, ciągle jeszcze staram się pozbierać, mam nadzieję wyrobić się zanim przyjdzie jakiś mejl typu dzięki za taką pomoc, wypierdalaj z wesołej gromadki, sam bym na pewno miał ochotę takiego wysłać.

To ma być pisanie terapeutyczne, że jak się przyznajesz do problemu, to problem przepada, a w każdym razie łatwiej sobie z nim poradzić. Zadziałało świetnie z tymi nadgodzinami, kiedy na początku stycznia wszystkim wokół chwaliłem się chujowym wykresem zeszłorocznych wpływów, że moja życiowa refleksja sprowadza się do tabelek w excelu. Które skrupulatnie wypełniam od kilku lat i jeśli ktoś życzy sobie prześledzić zmiany cen pasztetu podlaskiego, służę pomocą, choć pewnie nie odnotowałem kiedy dokładnie z półek zniknęły większe puszki. Sam sobie wbijałem szpilę, żeby się zająć czymś oprócz pracy i trochę zadziałało, przez Katastrofę zamówiłem płytę ewy braun, przeczytałem dorwanego lata temu pdfa o myszach i ludziach Steinbecka, no i jest szansa, że znów będę częściej strzykał jadem w internecie.

W końcu nic się nie zmieniło, oczywiście to jest temat na jakąś współczesną powieść (bo w niewspółczesnych się zmieniało), wciąż nie wstaję do pracy, przy czym świat mam po swojej stronie, gdybym dziś wstał, to na roście Mota Groweckiego i tak się ktoś rozkraczył, stałbym w korku jak stałem, ale pewnie bez książki, którą do autobusu zaoferował brat - Człowiek z wysokiego zamku - a on wrócił do domu, kiedy mnie tam powinno dawno nie być. Wstęp o Dicku, wszędobylski LEM-komórka-KGB, w pracy widzą, mówią dobre, mówią Blade Runner i empatia, opieka nad elektrycznymi owcami, która świadczy, co znów łączy, zbiega się z Prytem i jest anegdotką po raz kolejny potwierdzającą słuszność podjętych działań, klik w mózgu. On pokazał dzisiaj kadr i napisał, że nie zdał testu, ja filmu nie widziałem, ale wiedziałem od razu, co to za maszyna, czyli że mamy wszyscy mózgu zwoje zmutowane nie tylko internetem, bez internetu też.

sobota, 21 stycznia 2012

!UR gonna be alone again, roboczo niewidziane filmy

Doczekałem się, dziesiątego listopada wyszło Skyrim, od tej daty rozgrzeszam się za niebycie, może trochę przed, albo w ogóle się rozgrzeszam, bo to żaden grzech nie być, żaden grzech również walić w świat skojarzeniami i dygresjami, więc choć pomyślałem, że może to bez sensu, to jednak znów wrzucę kursywą Czy Erich Fromm wiedział jak żyć i nie będę szukał w internecie, czy na pewno tak. W ogóle nic ostatnio nie słuchałem, Myslo też nie, jakieś jutubki, nawet robiłem listę odtwarzania Ewa Braun, ale zmienili tam layout i nie chciało mi się szukać, gdzie to teraz. Zepsuły mi się słuchawki i nie kupiłem nowych, zepsuł mi się niby to niezniszczalny iRiver T10, myślę, że wcale się nie zepsuł, tylko ten włącznik coś się na mnie obraził, już wcześniej dawał znaki, trzeba było dociskać pod kątem lekko. Chętnie bym uciekł w internet szukać remedium, bo przecież jak to, znowu się wdrażać w pisanie, na pewno się nie uda.

Wdrażać się, na takie przedstawienie sprawy brak mi słów.

Mam wprawdzie drugie słuchawki, ale one mają trzy metry kabla i są otwarte, ten kabel jest pozawijany wokół okołobiurkowych struktur w pracy, która o wiele bardziej jest ostatnio dla mnie domem niż miejsce zameldowania, więc gdzieżby tam je wynosić. I szkoda ich, wielkie i wygodne, nawet dubstep daje radę, choć charakterystyka, o której więcej kiedyś czytałem, niż sam jestem w stanie ocenić, nie jest w ogóle basowa. W pracy buczało ostatnio Twin Prix, z dotarciem do którego mam historię, cieszę się na tę myśl, bo to jest łącznik między pół roku temu i dziś. Srsly, to ważne, naprawdę się cieszę, mam ciepło w coraz wątlejszej, korporacyjnej klatce piersiowej (guess what: znów piszę z(za) biur(k)a), cieszę się, bo mogę się przyznać, że rozważałem zamknięcie interesu i przeniesienie się pod jakiś adres w stylu pantonieja-dot-blogspot-dot-kom (Kto z was zna takiego?). I nie chodzi o Was, o Ciebie, Ciebie, Ciebie, kimkolwiek jesteś (dzień okularnika, dzień okularnika), tylko o mnie, bo miałem wrażenie, że się nie udałem.

O, blogger się zmienił od mojej ostatniej bytności, kiedyś nie musiałem wstawiać znaczników do akapitów. Tak, po każdym wpisanym wciskam Podgląd i podważam, rozważam. Muszę kupić marchewkę, może jutro w drodze do zameldowania.

Łącznik to znów historia o internecie, pewnie w tym czasie ładniejszą byłaby o jakiejś pipie, ale nie, chodzi o fejsa, wiecie, gdzie całe dnie spędzają ludzie i wysyłają zaproszenia do znajomości i nawet już przestałem się nad tym zastanawiać, kto z nich mnie interesuje, bo po usuwaniu znów zapraszali, powiadamiali. Nie spodziewałem się tam Marcina Pryta, to oczywiście znaczy, że wcale nie jestem internetowym wyjadaczem, bo w internecie po pierwsze nie należy się spodziewać, a już na pewno nie należy być zaskakiwanym czymkolwiek na fejsie ani podchodzić do niego nazbyt poważnie, co niby wiem, ale jednak wciąż boli mnie klikanie w przyciski interfejsu typu "Odrzuć" zaproszenie, przecież nie chcę nikogo odrzucać, mam inne plany zwyczajnie. Czyli kiedy do znajomości zaprasza mnie Marcin Pryt, to w pierwszej chwili mam wrażenie, że chodzi konkretnie o mnie, że wie o mnie, choć skąd niby, a nie o przynależność do grup 19 Wiosen i lubienie Trypa. Przetrawiłem tę nobilitację i w sugerowanych wydarzeniach doszły mi muzyczne Marcina, właśnie stąd mam Twin Prix. Dzięki, Marcin, nieźle izoluje od korpoświata wokół.

A skoro pozwalamy już sobie na dygresje, to przez chwilę jednak czułem się ostatnio dinozaurem. Kiedy zobaczyłem oburzonego Julesa, zastanawiałem się, kto wyciągnął z sieciowego lamusa goatse. A to po prostu urocza piosenka, którą w czasach (nomen omen ktoś nawet do mnie powiedział ostatnio) usuwania znajomości większość świetnie czuje.

Wyszedłem wczoraj z pracy, to już jest cenne, że wyszedłem, bo przestało to być w moim przypadku oczywiste, Katastrofa zapraszał na kręgle, wykręciłem się z poprzedzającego je filmu 3D, może to źle, katastrofa by była jeszcze wspanialsza. Kręgielnia w Galerii Mokotów to w ogóle nie jest moje miejsce, jest skrajnie nie moje, no i zawsze zostaje jeden kręgiel, jakże to tak. Przez większość wieczoru czułem się źle, obudziłem się pod koniec, bo zwęszyłem wyjście, szedłem wreszcie zadowolony, przez pasy po białych pasach. Mówię Katastrofie (nomen omen napisałem już dzisiaj), że słyszę Greka Zorbę - Ale gdzie, gra gdzieś? Nie, po prostu słyszę. Ostatnio słyszałem go na weselu Herbacianej i Bazyla, nasze pokolenie nie zna kroków. Nie oglądałem, nie czytałem. Może nadrobię, dziś nadrobiłem młodego rudego Sinatrę, co wzięło się z dyskutowania zjawiska filmów noir z Protestanką, w wyniku czego zgłosiłem się do Głaza po tytuły. Czy to nie jest piękne, powiedzieć Bogart, Sokół maltański, a dostać Rzymskie wakacje i Śniadanie, o którym dzień wcześniej gdzie indziej pisałem: nie oglądałem*? Przecież Głaz ma Audrey na ścianie.

Dzięki za uwagę, wszyscy poszukujący dat okularników, dzięki Asterix, może to nie będzie ostatni raz, kiedy ktoś odkopuje archiwa, może będzie jeszcze więcej archiwów, tyle przede mną katastrof. Keep calm and fus ro dah, uprzedzam, pewnie będę coś pisał też o grach. Tylko nadrobię zaległości w pisaniu o grach, bo inaczej nie wypada opowiadać.

*Ale trochę wiedziałem o co chodzi, bo przecież bawiłem się w robienie plakatów. Więcej ich było, Daimos też! Nie pochwaliłem się tam, to przynajmniej tu się przypomnę, wszystko aktualne poza datą - trzeciego lutego!

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

wtorek, 1 marca 2011

Szpile na mrozie

To, co zwie się w warszawskim argot "szpilą", jest tu w niezwyłym poważaniu: kto umie rozdzielać "szpile" na prawo i lewo, powodować właściwe napięcia i ciśnienia zawsze na pograniczu uszczypliwości i szyderstwa, lecz tak, by zawsze pozostawały punktem wyjścia do kontynuacji, do nie kończacej się szermierki "przyuważeń" bez popadania w otwartą kłótnię na serio - ten jest mistrzem. Może się go nawet niezbyt lubi za precyzję ciosów, lecz jego potrzeba jest nadrzędnego gatunku, bez niego ta tu towarzyskość nie funkcjonuje.
Dziennik 1954, Leopold Tyrmand

Pierwszy raz widzę to słowo - argot. Nigdy nie było mi po drodze z językami, w ogóle z mało czym poza książkami o smokach było mi po drodze, więc zdania Tyrmanda zdają się czasem rozdmuchane do granic możliwości, dziw, że wciąż przy tym ładne. Ale wracając do języków - czasem jestem jednak przymuszony do sprawdzenia, kiedy ktoś puentuje wypowiedź kursywą. Długi czas miałem pod monitorem powieszone a rebours.

Tam wyżej jest 31 stycznia tej straszliwej zimy, teraz już nawet jestem w lutym (wpisy zauważalnie krótsze z początku), nadrabiam, może do końca marca wyrównam. Od soboty siedzę u Katastrofy - w którejś z ostatnich rozmów przypomniano książki o smokach i on specjalnie dla mnie przyniósł cztery, z których pewny byłem, że czytałem tylko jedną. Przejrzałem drugą - aha, czyli ta przygoda jednak była rozpisana na dwa tomy. Wziąłem się za trzecią i dopiero po jakichś pięćdziesięciu stronach dotarło do mnie, że tą też już czytałem, tylko przygoda była tak kiepska, że nic w głowie nie zostawiła. A Wikipedia twierdzi, że autor (o nazwisku takim jak jedna kanadyjska wokalistka) ma już cykl zaplanowany do końca, jeszcze osiem książek. Zgroza. Wprawdzie dziesięć lat temu miałem wielką frajdę z pierwszych dziesięciu, ale dziś bez oporu zgodziłbym się, że trylogia to bezpieczne maksimum dla fantastycznych światów.

Czwarta ma już swoje lata, pisał ją gdzieś w okolicach tych pierwszych, czyli dam jej jeszcze szansę. Przy czym to też trylogia, znaczy to pierwsza część, i do tego trylogia białych kruków - Katastrofa licytował za setki złotych a wciąż brakuje mu środkowej.

Ciekawe, jak przebrnąłem wtedy przez te kilkadziesiąt książek ze Star Wars? Przecież wszystkim wystarczyłaby trylogia o Wielkim Admirale Mitth'raw'nuruodo. Tak, skopiowałem sobie to, nie dziwne, że mówili o nim Thrawn.

W każdym razie bardzo łatwo wchodzi mi teraz ten Tyrmand, może chodzi po prostu o to, że nie boli mnie głowa. Ale na swój sposób dopowiadam sobie pewne rzeczy i o dziwo sam siebie słucham. Bo w sobotę odwiedzili nas rodzice - ściągając przy tym z łóżek przed dziewiątą. No to posiedzieliśmy kilka ładnych godzin, całkiem ładnych, choć zdążyłem w tym czasie jakoś wściec siostrę, a wydawało mi się, że ogólnie pomagam. Cóż. Obiecali podrzucić mnie do metra, a że to sobota, to nawet nie przeszkadzało im jechać środkiem miasta - Armii Ludowej. Ja pracuję tam trzy lata, ale na Rozdroże zawsze chodzę na piechotę, więc niekoniecznie kojarzę dokładne rozmieszczenie przystanków - wydawało mi się, że jest jakiś pod Rondem Jazdy. Może dlatego, że jakiś czas temu z firmowego okna obserwowaliśmy dziwadło - przechadzającego się krawężnikiem samochodowego koryta typa i były tam rozważania, jak się tam dostał, pewnie z przystanku. A tu figa - przecież oba przystanki na górze! Nie wiemy jak się tam dostał, a ja nie miałem się gdzie wydostać, więc wysiadłem dopiero pod Niepodległości. I teraz zrozum, że gdybym wysiadł na odpowiednim przystanku, albo pół metra dalej nawet, to nie miałbym przed nosem tego:


Nie wypada się po takim objawieniu nie przyłożyć bardziej do lektury, niby o tych samych rzeczach co teraz są, jak zatłoczone autobusy, ale jednak w innej skali - bo myśmy, jadąc w poniedziałek na Rynek Starego Miasta, mieli do wyboru kilka połączeń, wyszło, że tramwaj będzie miał najlepszy stosunek zatłoczenia do czasu podróży, nawet Cytat mógł ze swoją chorą nogą usiąść. A później, za cztery godziny, nie miał problemu ze złapaniem taksówki. To było już po tym, jak Dwie Kalorie opowiedział kilka tuzinów anegdot, Protestanka obiecała przyłożenie się do roli wyroczni, a Młot zbudował tęczę z antymaterii. Schodząc do szatni nuciliśmy Marsz Imperialny, a posiwiały szatniarz zaczął nam dyrygować. Na zewnątrz już odczuwalny mróz, ale przecież nie minus dwadzieścia, chwila zabawy w berka - tu Protestanka nie miała szans, bo była w szpilkach.

A dziś, przeglądając niezadowolone ze smoków forum, trafiłem na ładne opowiadanie, to może zakolejkuję Śniadanie mistrzów.

wtorek, 16 marca 2010

Wyobraźnia punkt zapalny

Czasem przypominam sobie jedną historię przeczytaną lata świetlne wstecz, kiedy poważnie pisało się o blogach jako nowym zjawisku popkulturowym, rewolucji słowa w internecie. Kilka lat później najpopularniejsze blogi to w gruncie rzeczy dzienniki tematyczne, zaś Czerski mówi "takiego Wacka" i rzadko bo rzadko, ale wrzuca luźne wpisy i opowieści jak z początków blogosfery.

Ta konkretna pochodzi z jakiegoś ciemnego tła. Na pewno nigdy nie miałem tego bloga w zakładkach, w ogóle niewiele ich miałem w zakładkach, zacząłem ich używać w czasie, kiedy ludzie dawno przesiedli się na czytniki rss. Dziewczyna opowiadała o wyjeździe na zieloną szkołę, coś z warsztatami, ze wspólnymi zajęciami, na których bawili się w kończenie zdań, albo układanie ciekawych zdań, za podstawę mając słowo, albo w skojarzenia. Jak widać bardzo dziurawa ta historia. Dziewczyna potwornie się tych zajęć wstydziła, bo raczej mało odkrywcze były jej zdania, czy słowa, czy skojarzenia, cokolwiek by to nie było. Jeżeli cokolwiek było, może nic nie wymyśliła, zacięła się bez pomysłu. Środkiem zaradczym miały być tematyczne wpisy na blogu, wpisy ćwiczeniowe, na podstawie słów losowanych ze słownika i regularnego tworzenia tego czegoś. Bardzo mi się to podobało, pomyślałem, że przecież można sobie tak ćwiczyć wyobraźnię, giętkość umysłu.

Egzaltowana nastolatka, egzaltowany nastolatek, już wtedy pęd do tego, czego ostatnio uosobieniem jest chyba doktor House - natychmiastowej, celnej, błyskotliwej odpowiedzi. Zawsze i wszędzie. Żeby naprawdę wiedzieć, gdzie są te kluczyki od czołgu, jeśli człowieka zbudzą w środku nocy. A ja już wtedy pewnie nawet nie pamiętałem numerów kapsli z Mortal Kombat - jedynej takiej rzeczy, którą potrafiłem recytować na zawołanie, numer, postacie (że mówi się "postaci" to później, to jakaś szósta podstawówki dopiero) na kapslu, czy z filmu, czy z gry.

Różne źródła donosiły wtedy, że ludzie się dzielą na twórców i odtwórców, na mistrzów i rzemieślników. Na tych, co czuli się lepsi, bo czytając "Władcę Pierścieni" doznali objawienia, olśnienia obcego czternastoletnim kolegom z klasy i wydawało im się, że oto przekręcili klucz w zamku wyobraźni, że to początek światów. I tych, którzy nie czytali. Pamiętaj leszczu, że Bazyl opowiadał już wtedy o "Mistrzu i Małgorzacie", o jej nieszczęsnym kolanie, czego ty prawdopodobnie i tak nie zrozumiałeś w jakieś sześć lat później.

Jeszcze mi wtedy nie przeszło przez myśl, żeby prowadzić bloga, był pamiętnik - świetne miejsce na egzaltację, na Małgorzatę, na ramiona Nocy zamiast gejucha Morfeusza (taka perspektywa). Oraz na więdnące przekonanie o przynależności do którejkolwiek z tych dwu kategorii, kiedy okazywało się, że nawet bycie rzemieślnikiem wymaga sporo wysiłku. Jak określić ten punkt, jak zdecydować, czy człowiek się poddał, czy po prostu wie, że jest jakaś granica nie do przekroczenia? Pogodzenie się z faktem, że niektórzy zawsze myślą dwa kroki do przodu. Zaraz obok tych, którzy rozwiązują zadania wymagające podstawienia wartości do wzoru, ale jeśli do uzyskania wyniku trzeba użyć dwóch wzorów, to płaczą nad kartką, nie widzą pierwszego wzoru, sami nie wpadną na jego istnienie.

Jakie czasy tworzę, w których pisze się o historiach - ten blog miał takie tło, takie kwiatki, taki durny animowany obrazek, zamiast: z prasy, książki, takiego zina, kartki szeleściły. Ja jeszcze widzę różnicę pomiędzy rzeczywistością wirtualną i zwykłą, a dla mojego młodszego brata to może być zestawienie słów bez głębszego znaczenia, bo to wszystko jest i sprawia wrażenie, że zawsze było. Sprawdź znaczenie słowa wirtualny.

Więc są ludzie, którzy mówią, że koszulka mechanicznej pomarańczy i ludzie, którzy chwytają za długopis i rysują na pomarańczy zębatki, przekładnie, sprężyny. I to drugie jest kluczem do lśnienia.

poniedziałek, 8 marca 2010

Na południe od granicy, na zachód od słońca

Tytuł książki jest na tyle fajny i nic nie mówiący, że spokojnie nadaje się też na tytuł notki tematycznej. Ciekawi mnie, kiedy Murakami wymyśla dla książek tytuły - na koniec, przed, w trakcie. Często biorą się jakoś z treści, dobra, to chyba w ogóle głupie, żeby książka miała tytuł przed napisaniem. Wydawało mi się, że "Zrób mi jakąś krzywdę" miało się na początku nazywać "Gamecube girl", a może to jakaś nazwa robocza, nie chce mi się przekopywać blogu Żulczyka.

Zapoznałem się szybko z opiniami i odczuciami w biblionetce i z kanapy. Nie żebym był stałym bywalcem (może to jest pomysł, dawno nie uczestniczyłem w żadnym forum, gdzieś tak od pięciu lat?), trafiłem tam kiedyś przypadkiem, więc wiedziałem, gdzie szukać. W ogóle, od kiedy istnieje Wikipedia i od kiedy nie mam ciśnienia na japońszczyznę - przestałem w internecie czegokolwiek szukać. Kiedyś to faktycznie było internet exploration, teraz nie ma w tym żadnej tajemnicy. Nie umiem wybierać, co mnie ciekawi, zostały może dwa miejsca, w które powracam. Za dużo wszystkiego.

Piszę głównie dlatego, że chyba udało mi się odebrać tę książkę inaczej niż odbierano ją w tamtych miejscach. Nie chodzi o inny zestaw objawień, raczej wydaje mi się, że działo się coś zupełnie innego niż napisane. Więc, Przypadkowy Wędrowcze (może będę gdzieś kiedyś indeksowany, jeśli zacznę się podpisywać ze stroną w komentarzach), jeśli zależy Ci na tajemnicy, to zamknij kartę. Spoiler alert i tak dalej.

Książka jest o kryzysie wieku średniego, okej. To wymyślili wszyscy, to jest jasno napisane, trzydzieści sześć lat i wspomnienia. Kochająca żona i dziecięca fantazja, starcie, ktoś nawet przerobił to na film czy spektakl (a przy muzie maczał palce Tymon, oczywiście czuję, że to mi powinno coś mówić). Gdybym ja pisał scenariusz, to Shimamoto wystąpiłaby tylko jako dziewczynka we wspomnieniach Hajime. Nikt nie przyszedłby do baru, gość by gadał sam do siebie i jeździł sobie na wycieczki. Ja to odebrałem jako książkę o niedoszłym samobójcy, a nie rozdartym kochanku. Może gdyby od początku nie było widać ubzduranej Shimamoto, przedstawienie nie miałoby żadnego sensu. Monologi o tym, jak to mu jest źle, że nie ma już żadnych ideałów, że nie bardzo miał w życiu ideały, że za łatwo mu się żyje, że nic go nie rajcuje, że kocha żonę i dzieci, ale to nie do końca to. Może po prostu z perspektywy dwudziestokilkulatka bardziej zwracam uwagę na wątek negacji rzeczywistości niż romans z przyjaciółką z dzieciństwa. Za mało empatii, żeby wczuwać się w ojca, głowę rodziny, przedsiębiorcę (a fe!). Ja zwracałem uwagę na te wskazówki odnośnie umierania, nie wiem, czy przegapiłem inne. Teść opowiadający o samobójczej próbie Yukiko, dziecko Shimamoto, sto kilkadziesiąt w deszczu na autostradzie - "mam ochotę chwycić za kierownicę i gwałtownie skręcić". Bo ostatecznie po Shimamoto nie pozostaje zupełnie nic, nie ma nawet koperty z jakiejś pośredniej czasoprzestrzeni. No i na samym końcu Hajime jest przy tym umarłym dziecku - widzi deszcz padający na morze. Więc piszcie sobie o ckliwości i uniwersalności historyjki - że w każdym kraju znajdziesz szczęśliwe głowy rodziny, które nagle tracą te głowy dla tajemniczych przyjaciółek z dzieciństwa. Dla mnie to drugi plan, pretekst.

Nie żebym się znał na literaturze, ale czy to nie jest tak, że gdzieś od połowy dwudziestego wieku nie tworzy się już fabuł, tylko fabuły są pretekstami? Fabuły to mają książki o smokach, mają wydarzenia, mają jasne punkty zwrotne. Biorę Feista i mam książkę o bieganiu przez lochy, rozkminianiu bogów-dzieci, obronie królestw i ratowaniu światów.

Biorę Palahniuka ("Fight club" spoko, choć czytany przypadkiem i długo po filmie, inaczej bym nie wiedział; "Udław się" już mniej, jeszcze mnie nie rajcuje niesmak) i każdy jest w jakiś sposób zwyrodnialcem, a rzeczy się, za przeproszeniem, wysrywają z kosmosu. Przeczytałem Żulczyka (pewnie też się należy notka tematyczna) i największe wrażenie robi na mnie sztuka Wiktora, wychowani w latach dziewięćdziesiątych, festiwale są dla pryszczatych nastolatków (ja tam nigdy nie jeździłem), ale samochody z gum Turbo i tak rządzą. Ckliwa historyjka miłosna to chyba też wspomnienie pewnego czasu?

Oczywiście wiem, że jest tego wszystkiego tak wiele i tak jest to niepojęte, że wypisuję farmazony dla czystej frajdy. Zajrzałem na - a jakże! - Wikipedię, cieszę się, że wydumałem sobie te słowa przed przeczytaniem. Arbitralne decyzje twórcy, to chyba z tym mam problem.

wtorek, 9 lutego 2010

Wschód słońca to zachód pytań

Kojarzy mi się to melancholijnie, więc pasuje do refleksji o smokach. Cała fajność smoków polega na tym, że trochę są półbogami. Te smoki bajkowe nie robiły takiego wrażenia, i tak wiadomo, że czarno biały rycerz na czarno białym koniu takiego zaciuka, więc czego się bać. Już bardziej bałem się przebierańców ze "Scooby Doo", dzisiaj go nie znoszę, a wtedy miałem jednego świecącego potwora w głowie, który czasem zaglądał do mnie w nocy przez okno. Lubiłem Scrabby'ego, jego nie znoszę jeszcze bardziej niż wujka.

Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.

Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.

Nie, to wcale nie musi być takie jasne.

W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.

Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.

Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.

Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.

Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.

Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.

Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.

Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).

Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.

Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.

Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.

Dzięki!