Trzeba było soboty, żebym przyjechał na rowerze do pracy - od razu wiedziałem, że dokładnie o to chodzi, za to nie wiem, dlaczego nie wiem tego zanim przyjeżdżam. Dobra, wstałem później niż w tygodniu trochę, to istotna różnica. Pogoda utrzymuje się jesienna, dziś zmieniłem koc na ciepłą kołdrę, bo wczoraj obudziłem się zmarznięty lekko. Ciężej się spod niej wstaje. Jestem zadowolony, że udało mi się wykorzystać ostatnią być może szansę, żeby od razu, bez okresu adaptacji, czuć się w pracy dobrze. Jasne, zawsze można rowerem, wszystko można, tylko moja kondycja psychiczna pozostawia o poranku wiele do życzenia i wciąż nie wiem, jak mogę to zmienić.
Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).
Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.
Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.
Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.
Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.
Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.
Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
czwartek, 26 sierpnia 2010
Na temat słowa ekwilibrystyka rysunkowa
Zgubiłem swoje nie do końca rowerowe rękawiczki, po tamtej ulewie wrzucałem je chyba do wanny, musiały się gdzieś w łazience walać i teraz nie wiem. Drugi raz już jeździłem bez nich, myślę, że to nie jest powód, przez który bardzo szybko wróciłem do domu, po kilkunastu kilometrach raptem. Nie był nim też siąpiący deszczyk, chciałoby się napisać, że jesiennie, ale bądźmy poważni - jeszcze niemal miesiąc lata przed nami! Może lepiej, żeby ta pogoda spoważniała, zaduch taki, choć na zewnątrz i tak jest milion razy lepiej niż w biurze.
Szukając rękawiczek trafiłem na niebiesko umazaną kartkę i rozczuliłem się nad studiami siostry. Kartka stanowi dowód jedynego eksperymentu o którym wiem na pewno, że na mnie przeprowadziła, bo uczciwie się przyznała co robi i o co chodzi. O reszcie nie wiem, ale przecież każdy, kto ma w programie różne psychologie, pedagogiki i filozofie w pewnym momencie musi je na kimś wypróbować. W tym jednak wypadku przygotowywała się do zajęć z kreatywnego myślenia i żeby może mniej się tam stresować wymyśliła sobie zrobić ze mnie królika doświadczalnego. Mówi do mnie weź kartkę, weź ołówek, no dobra, może być długopis (co ja, student architektury, żeby ołówkiem koniecznie rysować?) i musisz mi teraz narysować symbol erudycji. Jeszcze nie miałem wtedy przyswojonego cytatowego Nigga, what? więc raczej starałem się, żeby nagła pustka w głowie nie odmalowała się za bardzo na mojej twarzy, zresztą zostałem przecież mile połechtany - siostra ufa, że znam znaczenie takich słów.
Żeby nie było za łatwo, najpierw sobie to zapisałem. To pewnie mogło zepsuć całe ćwiczenie, przecież symbol jest znakiem, grafiką, a ja tu z literami zaczynam. Tak pomyślałem, więc szybko zmusiłem się do zmiany toku rozumowania - narysowałem taki prawie kwadrat. Prawie kwadrat w moim wykonaniu bardziej przypomina kwadrat niż konkurencyjne prawie koło przypomina koło, chodziło mi o coś prostego. Następnie pomyślałem słowo geometria, to zacząłem rysować więcej kwadratów, przekątnych, siecznych i innych takich w okolicach pierwszego, walcząc jednocześnie z łopoczącą się po głowie sową w akademickiej czapce i okularach. Sowa to na ogół symbol mądrości, oczytania, jest to jakoś pokrewne z erudycją, ale jednak to drugie wydawało mi się pojęciem szlachetniejszym, wymagającym prostoty, estetyki. Najwidoczniej rozumiem je mniej nawet niż erudycję - przesadziłem z paćkaniem kresek.
Pomysłem na ponowne uproszczenie rysunku było zakolorowanie losowych części. Może wyjdzie z tego jakieś fajne logo, co z tego, że symbol na ogół jest czymś konkretnym, tą sową na przykład, lisem czy wężem, po prostu popłynąłem z tematem. Jednocześnie szkoda mi było pierwszych kresek, przerysowałem je i nawet miałem do tego filozofię specjalną, że to będzie naprawdę szlachetny symbol, bo ostatecznie na pewno będzie czymś prostym i fajnym, ale do tej prostoty prowadziła kręta ścieżka, znaczy się symbol będzie szlachetniejszy i prawdziwszy.
Tak to wyglądało, ale kreski psuły wrażenie, więc ponownie trzeba było przerysować. Po przerysowaniu nawet zaczęło mi się podobać, no, jest nieźle, może jeszcze nie jest to dizajn apple, ale na pewno jestem na dobrej drodze. Postanowiłem poszukać w takim kształcie idei odbicia czegoś rzeczywistego.
Pierwsze rozwiązanie zupełnie odcięło mnie od innych ewentualności, bo to była jedna z najpiękniejszych rzeczy pod słońcem.
Jak daleko padło jabłko od jabłoni, jak daleko od mądrej sowy, jak daleko od wybranego na początku prawie kwadratu, porzucone prawie koło, para ich okazała się trafniejszym rozwiązaniem. Tylko jakoś nie miałem pewności co do spodziewanej szlachetności, to zdaje się niezbyt poprawne politycznie w jakikolwiek sposób koncentrować uwagę na częściach ciała wybrakowanych z kobiety, więc jak takie coś pokazać siostrze? Można spróbować dorysować kobietę, zresztą na co komu cała ta erudycja, na co komu cokolwiek, jeśli nie dla zdobywania kobiet? Podjąłem się wyzwania narysowania jakiejś fajnej laski, talia osy, zwiewna sukienka, obcasy, to znaczy pewnie, że znowu popłynąłem i do tego z miernym efektem.
Cała operacja trwała już dobrych kilkanaście minut, przeraziłem się, że słabo wypadnę, jak tu wyjść z twarzą z tej sytuacji? Erudycja, erudycja, hmm, geometria i mądrość, filozofie, coś po środku wszystkiego, coś co czerpie ze wszystkiego, myśl szlachetna, ładna myśl... Hmm, kiepska ta kobieta, jakieś dziwne przeszczepy zamiast obcasów... Tacy filozofowie pewnie byli niezłymi erudytami kiedyś, w prześcieradłach i sandałach. Tak, może być sandał. Ale tego już zupełnie nie umiałem narysować, prób narysowania sandału wstydzę się bardziej niż powyższej śliczności.
Dla wszystkich, którzy przebrnęli przez powyższe - wyjaśnienie. Obiecałem się wypsztykać z tematów, słowa dotrzymałem, ale przecież nikt tego nie zobaczy, jeśli nie napiszę większej bzdury niż do tej pory. Tak się huśtam przez ostatnie dni, że nie ma sensu nic innego pisać, chyba że w pamiętniku, który na chwilę odwiedziłem ze dwa dni temu, pierwszy raz od dwóch miesięcy. To i tak nic dziwnego w wakacje, od zawsze mam tam dziurawy pamiętnik. Nałożyły się na to przetasowania komputerowe, mój komputer już nie będzie tylko mój, nasz stary komputer pojechał do rodziców, bo zepsuł się ich komputer, trzeba było zainstalować skaner i drukarkę. Stąd we wpisie straszą rysunki.
Oczywiście za inspirację dziękuję siostrze - elo!
Szukając rękawiczek trafiłem na niebiesko umazaną kartkę i rozczuliłem się nad studiami siostry. Kartka stanowi dowód jedynego eksperymentu o którym wiem na pewno, że na mnie przeprowadziła, bo uczciwie się przyznała co robi i o co chodzi. O reszcie nie wiem, ale przecież każdy, kto ma w programie różne psychologie, pedagogiki i filozofie w pewnym momencie musi je na kimś wypróbować. W tym jednak wypadku przygotowywała się do zajęć z kreatywnego myślenia i żeby może mniej się tam stresować wymyśliła sobie zrobić ze mnie królika doświadczalnego. Mówi do mnie weź kartkę, weź ołówek, no dobra, może być długopis (co ja, student architektury, żeby ołówkiem koniecznie rysować?) i musisz mi teraz narysować symbol erudycji. Jeszcze nie miałem wtedy przyswojonego cytatowego Nigga, what? więc raczej starałem się, żeby nagła pustka w głowie nie odmalowała się za bardzo na mojej twarzy, zresztą zostałem przecież mile połechtany - siostra ufa, że znam znaczenie takich słów.
Żeby nie było za łatwo, najpierw sobie to zapisałem. To pewnie mogło zepsuć całe ćwiczenie, przecież symbol jest znakiem, grafiką, a ja tu z literami zaczynam. Tak pomyślałem, więc szybko zmusiłem się do zmiany toku rozumowania - narysowałem taki prawie kwadrat. Prawie kwadrat w moim wykonaniu bardziej przypomina kwadrat niż konkurencyjne prawie koło przypomina koło, chodziło mi o coś prostego. Następnie pomyślałem słowo geometria, to zacząłem rysować więcej kwadratów, przekątnych, siecznych i innych takich w okolicach pierwszego, walcząc jednocześnie z łopoczącą się po głowie sową w akademickiej czapce i okularach. Sowa to na ogół symbol mądrości, oczytania, jest to jakoś pokrewne z erudycją, ale jednak to drugie wydawało mi się pojęciem szlachetniejszym, wymagającym prostoty, estetyki. Najwidoczniej rozumiem je mniej nawet niż erudycję - przesadziłem z paćkaniem kresek.
Pomysłem na ponowne uproszczenie rysunku było zakolorowanie losowych części. Może wyjdzie z tego jakieś fajne logo, co z tego, że symbol na ogół jest czymś konkretnym, tą sową na przykład, lisem czy wężem, po prostu popłynąłem z tematem. Jednocześnie szkoda mi było pierwszych kresek, przerysowałem je i nawet miałem do tego filozofię specjalną, że to będzie naprawdę szlachetny symbol, bo ostatecznie na pewno będzie czymś prostym i fajnym, ale do tej prostoty prowadziła kręta ścieżka, znaczy się symbol będzie szlachetniejszy i prawdziwszy.
Tak to wyglądało, ale kreski psuły wrażenie, więc ponownie trzeba było przerysować. Po przerysowaniu nawet zaczęło mi się podobać, no, jest nieźle, może jeszcze nie jest to dizajn apple, ale na pewno jestem na dobrej drodze. Postanowiłem poszukać w takim kształcie idei odbicia czegoś rzeczywistego.
Pierwsze rozwiązanie zupełnie odcięło mnie od innych ewentualności, bo to była jedna z najpiękniejszych rzeczy pod słońcem.
Jak daleko padło jabłko od jabłoni, jak daleko od mądrej sowy, jak daleko od wybranego na początku prawie kwadratu, porzucone prawie koło, para ich okazała się trafniejszym rozwiązaniem. Tylko jakoś nie miałem pewności co do spodziewanej szlachetności, to zdaje się niezbyt poprawne politycznie w jakikolwiek sposób koncentrować uwagę na częściach ciała wybrakowanych z kobiety, więc jak takie coś pokazać siostrze? Można spróbować dorysować kobietę, zresztą na co komu cała ta erudycja, na co komu cokolwiek, jeśli nie dla zdobywania kobiet? Podjąłem się wyzwania narysowania jakiejś fajnej laski, talia osy, zwiewna sukienka, obcasy, to znaczy pewnie, że znowu popłynąłem i do tego z miernym efektem.
Cała operacja trwała już dobrych kilkanaście minut, przeraziłem się, że słabo wypadnę, jak tu wyjść z twarzą z tej sytuacji? Erudycja, erudycja, hmm, geometria i mądrość, filozofie, coś po środku wszystkiego, coś co czerpie ze wszystkiego, myśl szlachetna, ładna myśl... Hmm, kiepska ta kobieta, jakieś dziwne przeszczepy zamiast obcasów... Tacy filozofowie pewnie byli niezłymi erudytami kiedyś, w prześcieradłach i sandałach. Tak, może być sandał. Ale tego już zupełnie nie umiałem narysować, prób narysowania sandału wstydzę się bardziej niż powyższej śliczności.
Dla wszystkich, którzy przebrnęli przez powyższe - wyjaśnienie. Obiecałem się wypsztykać z tematów, słowa dotrzymałem, ale przecież nikt tego nie zobaczy, jeśli nie napiszę większej bzdury niż do tej pory. Tak się huśtam przez ostatnie dni, że nie ma sensu nic innego pisać, chyba że w pamiętniku, który na chwilę odwiedziłem ze dwa dni temu, pierwszy raz od dwóch miesięcy. To i tak nic dziwnego w wakacje, od zawsze mam tam dziurawy pamiętnik. Nałożyły się na to przetasowania komputerowe, mój komputer już nie będzie tylko mój, nasz stary komputer pojechał do rodziców, bo zepsuł się ich komputer, trzeba było zainstalować skaner i drukarkę. Stąd we wpisie straszą rysunki.
Oczywiście za inspirację dziękuję siostrze - elo!
wtorek, 24 sierpnia 2010
Power Rangers na krańcu świata
Wspomniałem historię o Cyganach kradnących rowery, po czym obejrzałem Snatch i Mickey mówił tak samo szybko i niezrozumiale. W ogóle się w gangsterskim filmie Cyganów nie spodziewałem, skoro się jednak pojawili - wiedziałem, że z zadymy wyjdą zwycięsko i oczywiście psa zjadającego diament też przewidziałem. Nie chełpię się - Strzelba Czechowa, film oglądany jak kreskówka, niemalże jak zwariowane odcinki Toma i Jerry'ego, ze skomplikowanymi mechanizmami prowadzonej wojny, albo jak The Incredible Macihne. Jedno zdarzenie uruchamiające ciąg przeplatających się wątków, kto się do czego nadaje, kto nie ma jaj, żeby za chwilę jednak mieć, to chyba największy bajer współczesnych opowieści - tych bajeranckich naturalnie. Pisałem już kiedyś, że wychowałem się na Power Rangers i to fajerwerki najbardziej do mnie przemawiają? No właśnie. Pewnie dlatego zupełnie nie rozumiem opinii wyrażonej kiedyś przez koleżankę o sławetnym Requiem dla snu - przeintelektualizowane. Pasowałby tu kolejny cytat z Cytata - Nigga, please... - gdybym nie wiedział, że dziewczyna jest dalece mądrzejsza i inteligentniejsza ode mnie.
Wciąż czytam Rowerem i pieszo przez czarny ląd, idzie mi średnio sprawnie, choć oczywiście o wiele sprawniej niż Ulisses. Pustynia, dżungla, pragnienie i deszcz, afrykańskie kobiety ze zmyślnymi fryzurami, krowi mocz do wszystkiego. Brak wszystkiego, wizyty w miastach, malaria i cudowne ocalenia. Książką zachwycił się Kapuściński, może dla odmiany poczuł się spadkobiercą misji Nowaka, a nie czyimś mentorem. Mnie podobały się myśli wspólne ze wspomnieniami Exupéry'ego (czy to nie błąd, dzielić nazwisko de Saint-Exupéry?) z pustyni, która pozostawia w człowieku pewne puste, tęskne miejsce. Nasz cyklista i francuski lotnik patrzą na świat ze skrajnie różnych perspektyw, ale obaj wymykają się na pustyni śmierci. Oczywiście nie znam chronologii powstawania pism Francuza - być może pisał o swoim pobycie na wielkiej górze gdzieś w pustkowiu świata i pewności, że jest pierwszym człowiekiem, który kiedykolwiek ogląda te kamienie, bo raczej wcześniej nie mieli jak się na nią dostać, zanim doświadczał pragnienia i miraży. Nowak na pewno kontynuuje wędrówkę pomimo świadomości niebezpieczeństwa, bo skąd niby miał wiedzieć, że ktoś zaopiekuje się nim w malarycznej gorączce. Sam pisze o tym tak:
Dzisiejsze podróżowanie wygląda zupełnie inaczej, odwrotnie niemalże. Niezależnie od środka transportu jesteśmy satelitami podpięci do wszechsieci, czy to przez gps, czy do internetu. Widziałem nawet prototypy telefonów-zegarków, wypisz wymaluj Power Rangers. Przekazywane wrażenia są bardziej zwarte i mają więcej fajerwerków. Chiny Christopha Rehage'a są twarzowe, a świat wszędobylskiego Matta roztańczony. Ale na pewno nie zmieniło się jedno - obaj musieli pokazać faka światu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Przygoda Nowaka na wykończeniu, mam w planie kupić książkę Strachoty, tym bardziej, że dzisiaj przeczytałem takie zdanie: Bohaterem powieści (...) jest Julian Seratowicz, 31-latek pracujący jako tester oprogramowania komputerowego. Noż, lektura obowiązkowa!
Wciąż czytam Rowerem i pieszo przez czarny ląd, idzie mi średnio sprawnie, choć oczywiście o wiele sprawniej niż Ulisses. Pustynia, dżungla, pragnienie i deszcz, afrykańskie kobiety ze zmyślnymi fryzurami, krowi mocz do wszystkiego. Brak wszystkiego, wizyty w miastach, malaria i cudowne ocalenia. Książką zachwycił się Kapuściński, może dla odmiany poczuł się spadkobiercą misji Nowaka, a nie czyimś mentorem. Mnie podobały się myśli wspólne ze wspomnieniami Exupéry'ego (czy to nie błąd, dzielić nazwisko de Saint-Exupéry?) z pustyni, która pozostawia w człowieku pewne puste, tęskne miejsce. Nasz cyklista i francuski lotnik patrzą na świat ze skrajnie różnych perspektyw, ale obaj wymykają się na pustyni śmierci. Oczywiście nie znam chronologii powstawania pism Francuza - być może pisał o swoim pobycie na wielkiej górze gdzieś w pustkowiu świata i pewności, że jest pierwszym człowiekiem, który kiedykolwiek ogląda te kamienie, bo raczej wcześniej nie mieli jak się na nią dostać, zanim doświadczał pragnienia i miraży. Nowak na pewno kontynuuje wędrówkę pomimo świadomości niebezpieczeństwa, bo skąd niby miał wiedzieć, że ktoś zaopiekuje się nim w malarycznej gorączce. Sam pisze o tym tak:
A że wokół czai się śmierć, że pośród traw pełzają kobry, że ryk lwa zdaje się rozkołysał drzewa, to straszne wcale. Można przyzwyczaić się do tego szybciej, niż do bezrobocia, patrzenia na codzienną nędzę rodziny, na piec, który w mroźny poranek zimowy nie promieniuje ciepłem i nie ogrzewa dzieci, bo pieniędzy brak na opał...Można odnieść wrażenie, że to nie tylko ucieczka do samotności, ale raczej ucieczka przed cywilizacją. Przecież miał żonę, miał córkę, relację z podróży publikowano w kilku tytułach, ciekawe, czy wystarczało z tego na opał w Polsce. A pieniądze musi mieć i na miejscu, przy przejściach granicznych, cło i wizy, najtańszy możliwy nocleg w miastach, uzupełnianie zapasów. Naprawdę trzeba mieć duszę podróżnika, żeby wybrać nędzę i malarię w świecie afrykańskich nierobów. To też jest ciekawy wątek, jakże różny od filozoficznych wywodów Exupéry'ego. Murzyn jest zupełnie od białego człowieka inny, myśli tylko o dzisiaj, nie pracuje na zapas. Nie myśli na zapas, jest faktycznie innym gatunkiem człowieka, co wcale nie znaczy, że gorszym - Nowak potępia wyzysk kolonizatorów. Komentarze murzyńskich zachowań też się powtarzają, a ja dzisiaj mam pomysł, dlaczego trochę mnie ta lektura nuży. Podróż Nowaka trwała pięć lat, ja męczę książkę w autobusie prawie dzień w dzień od miesiąca i mam przez to wrażenie, że te afrykańskie pustynie są dosyć tłoczne. Ale jego reportaż ukazywał się w prasie może raz na dwa miesiące - pustka czy pustota, samotność była pomiędzy listami.
Dzisiejsze podróżowanie wygląda zupełnie inaczej, odwrotnie niemalże. Niezależnie od środka transportu jesteśmy satelitami podpięci do wszechsieci, czy to przez gps, czy do internetu. Widziałem nawet prototypy telefonów-zegarków, wypisz wymaluj Power Rangers. Przekazywane wrażenia są bardziej zwarte i mają więcej fajerwerków. Chiny Christopha Rehage'a są twarzowe, a świat wszędobylskiego Matta roztańczony. Ale na pewno nie zmieniło się jedno - obaj musieli pokazać faka światu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Przygoda Nowaka na wykończeniu, mam w planie kupić książkę Strachoty, tym bardziej, że dzisiaj przeczytałem takie zdanie: Bohaterem powieści (...) jest Julian Seratowicz, 31-latek pracujący jako tester oprogramowania komputerowego. Noż, lektura obowiązkowa!
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Not a good day to die
Nie tylko mnie się udziela jesienny nastrój, skoro na drugi dzień po wpisie znajduję na fejsbuku taki skecz. Zrobiłem lubię to, a co! Albo jestem za młody, albo znowu za mało byłem ciekawy świata, żeby być widzem tych programów, tu jest Za chwilę dalszy ciąg programu, ale ja akurat najbardziej kojarzę MdM - bardziej niż Szansę na sukces, kiedy czytam sobie o Mannie w internecie i kiwam głową, no tak, fakt, jego to. Niedawno czytałem wywiad, poruszano również sprawę tuszy, że to niby miało być trudne, przebijać się w telewizji. Lekko mnie to skołowało, kiedy byłem dzieckiem raczej nie myślałem w takich kategoriach, wręcz teraz uderzyło mnie to - aha, no tak, on jest wielki. Ale dlaczego miałoby mnie to ciekawić? Może jeszcze nie odczułem na własnej skórze, że w XXI wieku pięknym trzeba być.
Jest tam również Krzysztof Materna, on jest również, jednak bardziej kojarzę, zwracam uwagę na Manna, więc pewnie sporo ściemniam z niezwracaniem uwagi.
Oddałem telefon, obiecałem wypisać jeszcze jakieś rzeczy z notatek, a tu klops. Niewiele tajemniczych nazwisk, jest Szostakowski, tego nigdzie nie mogę znaleźć, dlaczego kogoś takiego mógłbym szukać, to tajemnica. Ale już Tyrmand i Hłasko, banał, nawet mam Dziennik do przeczytania, wciąż wychodzę z założenia, że będzie czytany rocznicowo, datami, jeśli tylko Cygan sobie o nim nie przypomni. Marcuse - filozof i socjolog, musiał być gdzieś na początku Mieć czy być, kiedy jeszcze nie spodziewałem się, że nazwisk będzie milion, czyli daruję sobie sprawdzanie ich.
Wygląda na to, że na nic się te notatki nie zdały. Czekaj, wróć, przecież bloga zrobiłeś. Ale kwestie do sprawdzania, do zapamiętania, one rzadko były w użyciu. Dajmy na to zestawienie filmów - Once i Control, oba są razem, nawet wiem, że może tu wystąpić spory kontrast, wiem cokolwiek o nich, ale wcale mi nie jest spieszno do wypożyczalni, znajomych, internetu. Powinienem jeszcze dodać do listy dyskutowane kiedyś 500 dni miłości, krótka lista, czyli filmami interesuję się jeszcze mniej niż czymkolwiek innym. W weekend spędziłem trochę czasu z bratem, to był naprawdę dobry weekend, piątkowy wieczór na rowerach z ekipą jeszcze od gimnazjum, spacer po mieście w poszukiwaniu lodów włoskich, wbrew pozorom całkiem udany grill, niedziela nieroba. Może obejrzałbym te filmy od Głaza, ale tak, oczywiście się nie dało - dopiero dzisiaj przyszedł zasilacz do laptopa, ale bardziej prawdopodobne jest oglądanie Starship Troopers razem z bratem - też dostał lubię to. Jest to film mistrzowsko kiczowaty i z części na część coraz tańszy, przy trzeciej najwyraźniej mieli większy budżet na piosenkę niż całą resztę. Dla mnie w tym kiczu jest trochę pacyfistycznego przesłania, obrzydliwości wojny, cały patos do dupy. Ale nie znam się na dramatach wojennych, może przemawiają jeszcze wyraźniej.
Jest również notatka, którą zupełnie bez sensu przegapiłem poprzednio, przez co brakuje dokładnej daty. Znaczy - ona jest bez problemu do odzyskania, to notatka z kwietniowego wieczoru, kiedy nie widziała mnie Niedodzwanialna, ale właściwie po co to komu. Treść jej De samange przetradeo de rowere, a nie opowiedziałem dlatego, że w żadnym stopniu nie jestem w stanie powtórzyć uroczej historii kumpla z pracy, któremu z takimi słowami Cyganie dwukrotnie ukradli rower, kiedy jeszcze niezbyt ogarniał kwestie kradzieży, zakupów i pożyczania, w młodzieńczych latach w Półtusku. Jakie to ma mistrzowskie brzmienie - De samange przetradeo de rowere. Może chodzi o jakieś zasady, kodeks postępowania - opowiadanie cudzej historii byłoby nie fair. Zastanowiło mnie to, bo w sobotę była na imprezie jedna dziewczyna, która też się przed czymś hipotetycznie świetnym powstrzymywała.
Siedzieliśmy we czwórkę z dala od komarów, przyniosłem telefon z muzyką, mam tam zawsze neutralne Greatest Hits Michaela Jacksona, można odpalić gdziekolwiek i nikogo nie zaboli. Tutaj trafiłem na podatny grunt, od razu było widać, ale dopiero później gospodyni powiedziała mi jak bardzo. Dziewczyna po prostu rwała się do tańca, ale jednocześnie trzymała się na kanapie, przebierała nogami. Nie zatańczyła, zastanawialiśmy się, w której piosence mógł być moonwalk, bo przecież nie mamy szans po prostu pamiętać Billie Jean, nie było nas tu w 1983. Inna sprawa, że bardzo wybrakowane te moje grejtest hitsy. Wkrótce zmieniłem towarzystwo i okazało się, że ona tańczy(ła?) u Józka, jakiego Józka, No, Józefowicza. Więc to dlatego nie chciała tańczyć, stąd właśnie stwierdzenie nie tańczę przy obcych - żeby nie wyjść na szpanera, albo żeby im głupio nie było? Zastanawiam się, czy naprawdę tacy jesteśmy, żeby musieć w trosce o wzajemne dobre samopoczucie powstrzymywać się od tańca. Zawsze za duże o kimś wyobrażenie, o sobie, o nich, nie ma jak obejść tej przeszkody, nawet jeśli z telefonu śpiewa Michael, król popu, ale i bóg tancerzy chyba.
Ostatnia notatka to Prodigy Spitfire i tutaj należy się cytat z Cytata - Nigga, what?
Jest tam również Krzysztof Materna, on jest również, jednak bardziej kojarzę, zwracam uwagę na Manna, więc pewnie sporo ściemniam z niezwracaniem uwagi.
Oddałem telefon, obiecałem wypisać jeszcze jakieś rzeczy z notatek, a tu klops. Niewiele tajemniczych nazwisk, jest Szostakowski, tego nigdzie nie mogę znaleźć, dlaczego kogoś takiego mógłbym szukać, to tajemnica. Ale już Tyrmand i Hłasko, banał, nawet mam Dziennik do przeczytania, wciąż wychodzę z założenia, że będzie czytany rocznicowo, datami, jeśli tylko Cygan sobie o nim nie przypomni. Marcuse - filozof i socjolog, musiał być gdzieś na początku Mieć czy być, kiedy jeszcze nie spodziewałem się, że nazwisk będzie milion, czyli daruję sobie sprawdzanie ich.
Wygląda na to, że na nic się te notatki nie zdały. Czekaj, wróć, przecież bloga zrobiłeś. Ale kwestie do sprawdzania, do zapamiętania, one rzadko były w użyciu. Dajmy na to zestawienie filmów - Once i Control, oba są razem, nawet wiem, że może tu wystąpić spory kontrast, wiem cokolwiek o nich, ale wcale mi nie jest spieszno do wypożyczalni, znajomych, internetu. Powinienem jeszcze dodać do listy dyskutowane kiedyś 500 dni miłości, krótka lista, czyli filmami interesuję się jeszcze mniej niż czymkolwiek innym. W weekend spędziłem trochę czasu z bratem, to był naprawdę dobry weekend, piątkowy wieczór na rowerach z ekipą jeszcze od gimnazjum, spacer po mieście w poszukiwaniu lodów włoskich, wbrew pozorom całkiem udany grill, niedziela nieroba. Może obejrzałbym te filmy od Głaza, ale tak, oczywiście się nie dało - dopiero dzisiaj przyszedł zasilacz do laptopa, ale bardziej prawdopodobne jest oglądanie Starship Troopers razem z bratem - też dostał lubię to. Jest to film mistrzowsko kiczowaty i z części na część coraz tańszy, przy trzeciej najwyraźniej mieli większy budżet na piosenkę niż całą resztę. Dla mnie w tym kiczu jest trochę pacyfistycznego przesłania, obrzydliwości wojny, cały patos do dupy. Ale nie znam się na dramatach wojennych, może przemawiają jeszcze wyraźniej.
Jest również notatka, którą zupełnie bez sensu przegapiłem poprzednio, przez co brakuje dokładnej daty. Znaczy - ona jest bez problemu do odzyskania, to notatka z kwietniowego wieczoru, kiedy nie widziała mnie Niedodzwanialna, ale właściwie po co to komu. Treść jej De samange przetradeo de rowere, a nie opowiedziałem dlatego, że w żadnym stopniu nie jestem w stanie powtórzyć uroczej historii kumpla z pracy, któremu z takimi słowami Cyganie dwukrotnie ukradli rower, kiedy jeszcze niezbyt ogarniał kwestie kradzieży, zakupów i pożyczania, w młodzieńczych latach w Półtusku. Jakie to ma mistrzowskie brzmienie - De samange przetradeo de rowere. Może chodzi o jakieś zasady, kodeks postępowania - opowiadanie cudzej historii byłoby nie fair. Zastanowiło mnie to, bo w sobotę była na imprezie jedna dziewczyna, która też się przed czymś hipotetycznie świetnym powstrzymywała.
Siedzieliśmy we czwórkę z dala od komarów, przyniosłem telefon z muzyką, mam tam zawsze neutralne Greatest Hits Michaela Jacksona, można odpalić gdziekolwiek i nikogo nie zaboli. Tutaj trafiłem na podatny grunt, od razu było widać, ale dopiero później gospodyni powiedziała mi jak bardzo. Dziewczyna po prostu rwała się do tańca, ale jednocześnie trzymała się na kanapie, przebierała nogami. Nie zatańczyła, zastanawialiśmy się, w której piosence mógł być moonwalk, bo przecież nie mamy szans po prostu pamiętać Billie Jean, nie było nas tu w 1983. Inna sprawa, że bardzo wybrakowane te moje grejtest hitsy. Wkrótce zmieniłem towarzystwo i okazało się, że ona tańczy(ła?) u Józka, jakiego Józka, No, Józefowicza. Więc to dlatego nie chciała tańczyć, stąd właśnie stwierdzenie nie tańczę przy obcych - żeby nie wyjść na szpanera, albo żeby im głupio nie było? Zastanawiam się, czy naprawdę tacy jesteśmy, żeby musieć w trosce o wzajemne dobre samopoczucie powstrzymywać się od tańca. Zawsze za duże o kimś wyobrażenie, o sobie, o nich, nie ma jak obejść tej przeszkody, nawet jeśli z telefonu śpiewa Michael, król popu, ale i bóg tancerzy chyba.
Ostatnia notatka to Prodigy Spitfire i tutaj należy się cytat z Cytata - Nigga, what?
niedziela, 22 sierpnia 2010
Blog się jesieni, czy pamiętasz, jak pachną dziewczęta zielenią?
Jejku jej, jak ten internet poszedł do przodu. Niby zdawałem sobie z tego sprawę, widziałem już takie rzeczy, kliknij i zmieniają się tła i kolory, ale jednak blogger musi mieć to od niedawna. Więc oto jest, przepraszam za teksturę tła, nie było układu kolorów, który nadawałby się do użycia bez obrazu tła, a ta jest jakby rozmazana, jakby ktoś przesadził z kompresją i chyba najmniej inwazyjna z dostępnych. Podobno mamy ostatni naprawdę ciepły tydzień tego roku, więc co mi szkodzi przygotować się kolorami na buro pomarańczową jesień. Mówiliśmy wczoraj o kolorach, podobno pomarańczowy jest zakłamany, niebieski ufny, a mnie się to zupełnie nie zgadza, bo przecież od razu wiem, że pomarańczowy jest po prostu - ciekawy. Przez historie z internetu, przez historie z ludźmi, przez światło pomarańczy.
Zaproszono nas wszystkich na grilla. Żelazna ekipa, wydaje mi się, że poprzednio na grillu byliśmy (znaczy ja uczestniczyłem, bo oni mogli po drodze) tam pięć lat temu, to znaczy u progu dojrzałości. Pierwszy raz to siedemnastego czerwca, później na urodzinach - Wielki Elektronik atakował dziewczynę, która od roku jest już jego żoną, czekam, kiedy będę mógł poczytać bliźniętom jakieś bajki, a ona nam wszystkim załatwiła zaproszenie do koleżanki. Więcej tam było tych koleżanek, dziewczęta rok młodsze, my walczyliśmy o studia, czyli o piękną przyszłość, dziś już wiadomo, kto ma skończyć, a kto z tym skończył, ale wtedy każdy jeden robił wrażenie, szaleństwo, próba trzech związków pomiędzy dwiema grupami. Oczywiście dziś już wiadomo, kto ze sobą skończył. Wtedy siedzieliśmy ekipą na trzepaku, musiało być jakieś małpowanie, pewnie byliśmy sprawniejsi, silniejsi, pewnie bardziej nam zależało, żeby zwracać na siebie uwagę. Zawody, kto dłużej będzie skakał, bluzy i kurtki dla zmarzniętych dziewczyn, gwiazdy nad nami.
Kiedy wczoraj staliśmy na tym samym trzepaku z Wielkim Elektronikiem, gwiazdy były takie same. Umiejscawialiśmy przeszłości w czasie, mnie z tym łatwiej przez pamiętniki i przez tego siedemnastego czerwca, jedną z dat ironicznej świata geometrii, antysymetrii. Poznanie tak zwanej MPD, ale w dwa lata później ostatnia, nazwijmy ją poważną, rozmowa z nią i raczej bojowe, złe rozstanie po niej. Trochę mi dojechała i trochę byłem przejęty do momentu, jak mi wyszła data rokroczna. W każdym razie - legalnie stoimy na trzepaku, bez żadnego małpowania, po prostu, bo padło hasło trzepak, do którego wszyscy obecni musieli się obowiązkowo zastosować, kiedy podchodzi żona jego i zaczyna nas ochrzaniać, że on pijany, a ja głupi, że mu tak pozwalam, że za chwilę na pewno on poleci, z czego również i ja będę miał problem, ponieważ wina będzie nasza wspólna. Oto rzeczywistość, oto dorosłość, dojrzałość - ona chce nam odebrać nawet wspomnienie marzeń.
Wiem, mają dzieci dwoje, wiem, on żywiciel rodziny. Do trzepaka jedynie z trzepaczką.
To przecież w ogóle nie jest posrane, przynajmniej na tle pozostałych par szalonego zetknięcia. To ja tu jestem, ja. Słabo się z tym czuję, nawet pomimo ogarnięcia powtarzalności dat. Patrzeć na nią nie mogę, mam poczucie fałszu, irytuje mnie każde wypowiedziane słowo, irytuje mnie ton, słyszalna w głosie rezerwa, nonszalancja. Byłem tam głębiej i wiem, że jest inaczej trochę, na maskę patrzeć nie umiem spokojnie. Do tego nie umiem się zachować tak, jakby to na mnie nie robiło wrażenia, staram się nie przebywać w tej samej przestrzeni, nie patrzeć, nie widzieć. Pewnie powinienem napisać, że jestem fałszywy, irytujący i nonszalancki.
Stykamy się może raz w roku, pewnie dlatego nie chce mi się nic z tym robić, nic kombinować, niezbyt często sobie uświadamiam, że skreśliłem człowieka. Ale na pewno w ostatnich tygodniach wielokrotnie powtarzałem komuś bliskiemu, że skreślanie jest złe, brzydkie i trochę śmierdzi, a do tego każdy nowy człowiek jest szansą.
Długo zbieramy się do wyjścia, Bazyl z Herbacianą i przypadkiem MPD. Ona ma całkiem blisko, jedna stacja, przyjechała rowerem. No ja też, nikt by się mnie inaczej nie spodziewał przecież. I ona mówi, że ciemno, że trochę strach, że chłopaki dodatkowo straszą, że by się przydał ktoś do odprowadzenia jednak, raźniej i bezpieczniej. Co dla mnie, rzecz jasna, jest perspektywą mrożącą krew w żyłach, sumą wszystkich nocnych strachów. Nie mówię, że przecież spoko, że nic się na tej drodze nie dzieje, takiej drodze, którą nocami kilka razy w tygodniu pokonywałem w każdej porze roku i największym niebezpieczeństwem, na jakie trafiłem, był policyjny patrol, który wymyślił sobie spisać mnie za sikanie w miejscu publicznym, a przecież przeszedłem kilkadziesiąt metrów przez pole na skraj lasu. Policja to niebieski, budzi ufność. Znajduję jeszcze bezpieczniejsze rozwiązanie - Słuchaj, on też przyjechał rowerem, może Cię odwiezie. Odwiózł, czyli zamiast rozwiązać, znowu odroczyłem sprawę.
Zaproszono nas wszystkich na grilla. Żelazna ekipa, wydaje mi się, że poprzednio na grillu byliśmy (znaczy ja uczestniczyłem, bo oni mogli po drodze) tam pięć lat temu, to znaczy u progu dojrzałości. Pierwszy raz to siedemnastego czerwca, później na urodzinach - Wielki Elektronik atakował dziewczynę, która od roku jest już jego żoną, czekam, kiedy będę mógł poczytać bliźniętom jakieś bajki, a ona nam wszystkim załatwiła zaproszenie do koleżanki. Więcej tam było tych koleżanek, dziewczęta rok młodsze, my walczyliśmy o studia, czyli o piękną przyszłość, dziś już wiadomo, kto ma skończyć, a kto z tym skończył, ale wtedy każdy jeden robił wrażenie, szaleństwo, próba trzech związków pomiędzy dwiema grupami. Oczywiście dziś już wiadomo, kto ze sobą skończył. Wtedy siedzieliśmy ekipą na trzepaku, musiało być jakieś małpowanie, pewnie byliśmy sprawniejsi, silniejsi, pewnie bardziej nam zależało, żeby zwracać na siebie uwagę. Zawody, kto dłużej będzie skakał, bluzy i kurtki dla zmarzniętych dziewczyn, gwiazdy nad nami.
Kiedy wczoraj staliśmy na tym samym trzepaku z Wielkim Elektronikiem, gwiazdy były takie same. Umiejscawialiśmy przeszłości w czasie, mnie z tym łatwiej przez pamiętniki i przez tego siedemnastego czerwca, jedną z dat ironicznej świata geometrii, antysymetrii. Poznanie tak zwanej MPD, ale w dwa lata później ostatnia, nazwijmy ją poważną, rozmowa z nią i raczej bojowe, złe rozstanie po niej. Trochę mi dojechała i trochę byłem przejęty do momentu, jak mi wyszła data rokroczna. W każdym razie - legalnie stoimy na trzepaku, bez żadnego małpowania, po prostu, bo padło hasło trzepak, do którego wszyscy obecni musieli się obowiązkowo zastosować, kiedy podchodzi żona jego i zaczyna nas ochrzaniać, że on pijany, a ja głupi, że mu tak pozwalam, że za chwilę na pewno on poleci, z czego również i ja będę miał problem, ponieważ wina będzie nasza wspólna. Oto rzeczywistość, oto dorosłość, dojrzałość - ona chce nam odebrać nawet wspomnienie marzeń.
Wiem, mają dzieci dwoje, wiem, on żywiciel rodziny. Do trzepaka jedynie z trzepaczką.
To przecież w ogóle nie jest posrane, przynajmniej na tle pozostałych par szalonego zetknięcia. To ja tu jestem, ja. Słabo się z tym czuję, nawet pomimo ogarnięcia powtarzalności dat. Patrzeć na nią nie mogę, mam poczucie fałszu, irytuje mnie każde wypowiedziane słowo, irytuje mnie ton, słyszalna w głosie rezerwa, nonszalancja. Byłem tam głębiej i wiem, że jest inaczej trochę, na maskę patrzeć nie umiem spokojnie. Do tego nie umiem się zachować tak, jakby to na mnie nie robiło wrażenia, staram się nie przebywać w tej samej przestrzeni, nie patrzeć, nie widzieć. Pewnie powinienem napisać, że jestem fałszywy, irytujący i nonszalancki.
Stykamy się może raz w roku, pewnie dlatego nie chce mi się nic z tym robić, nic kombinować, niezbyt często sobie uświadamiam, że skreśliłem człowieka. Ale na pewno w ostatnich tygodniach wielokrotnie powtarzałem komuś bliskiemu, że skreślanie jest złe, brzydkie i trochę śmierdzi, a do tego każdy nowy człowiek jest szansą.
Długo zbieramy się do wyjścia, Bazyl z Herbacianą i przypadkiem MPD. Ona ma całkiem blisko, jedna stacja, przyjechała rowerem. No ja też, nikt by się mnie inaczej nie spodziewał przecież. I ona mówi, że ciemno, że trochę strach, że chłopaki dodatkowo straszą, że by się przydał ktoś do odprowadzenia jednak, raźniej i bezpieczniej. Co dla mnie, rzecz jasna, jest perspektywą mrożącą krew w żyłach, sumą wszystkich nocnych strachów. Nie mówię, że przecież spoko, że nic się na tej drodze nie dzieje, takiej drodze, którą nocami kilka razy w tygodniu pokonywałem w każdej porze roku i największym niebezpieczeństwem, na jakie trafiłem, był policyjny patrol, który wymyślił sobie spisać mnie za sikanie w miejscu publicznym, a przecież przeszedłem kilkadziesiąt metrów przez pole na skraj lasu. Policja to niebieski, budzi ufność. Znajduję jeszcze bezpieczniejsze rozwiązanie - Słuchaj, on też przyjechał rowerem, może Cię odwiezie. Odwiózł, czyli zamiast rozwiązać, znowu odroczyłem sprawę.
sobota, 21 sierpnia 2010
Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej
Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.
Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?
Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.
Mars Volta, Rzeszut poleca
Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
Diagnoza mp3
19/05/2008Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
mikegowinband.republika.pl
31/07/2008Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
Laska nekedy boli
16/09/2008Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
Koszula m
01/05/2009Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
Chotomów złota - aleja legionów
18/10/2009Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
30/10/2009Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.
Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
24/11/2009Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
02/02/2010Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?
czwartek, 19 sierpnia 2010
Make Adjustments, Go Get It Energized!
I żeby następnym razem śniła mi się może jakaś kobieta, którą przynajmniej znam - nie odpukałem, wykrakałem, że hej. Największa, najfajniejsza nieprzygoda we śnie sensacyjnym. Sny trzeba opisywać, żeby były zapamiętywane, czasem robię to w telefonie, kiedy jadę autobusem, a później rozwijam tu czy tam. A jeśli nie rozwinę, to zostają wśród notatek takie:
Jakie fajoskie rzeczy się musiały dziać, ale zrozumiała jest już tylko ta szczeniacka chęć bycia zauważonym, jak z serialu dla nastolatków. Dobrze myślę o tym śnie, ciekawe, jak będę myślał o dzisiejszym, który mogę zapisać dokładniej.
Jakie brzydkie otwieranie ognia do kogoś, przeskok do otwierania ognia dla kogoś. No!
No tak, przy śniadaniu pojawił się temat FFVII, więc może koloryzuję. A może się przydał, żeby zapisać.
04/03/2009
M, podróż, plecaki z ogniwami, most nad przepaścią, winda z trzema osobami, więcej, problemy z odjazdem, dwie osoby urywają się na pierwszym piętrze, nie zauważam M, udaję, zmieniłem się, ona ma zauważyć, Smoczy, park, festyn, zielone koszulki ja, S i M, ziomalskie powitanie, maraton, drużyna, krzyczę do S patrząc na koszulki i nie na M. Festyn, występy, koncerty, wydurniamy się z S głośno, teraz zdaje się, że M mnie dostrzega na chwilę, woda, rusztowanie, podwieszany pociąg, przedstawienie zderzenie, ja się tego boję, fala jak z filmu uderzeniowa. Kebab keczup portfel Cytat.
Jakie fajoskie rzeczy się musiały dziać, ale zrozumiała jest już tylko ta szczeniacka chęć bycia zauważonym, jak z serialu dla nastolatków. Dobrze myślę o tym śnie, ciekawe, jak będę myślał o dzisiejszym, który mogę zapisać dokładniej.
Ona nie jest jakąś zwykłą dziennikarką. Wiesz, pęknięte rury i zakorkowane miasto. Ciężko ją znaleźć, bo raczej nie potrafi usiedzieć w miejscu i najbardziej interesuje się tą całą wojną. Więc tam szukam, chodzę pomiędzy niskimi białymi budynkami i pytam. Mówią, że jest trochę inna, dziwna. Że siedzi w samym środku tego wszystkiego.
Widzę trochę świata z góry, to bardziej mapa niż świat, są góry, jest wojna, szlaki i przełęcze. Tam widzę, gdzie ona jest, gdzie jest jej dom.
Wyruszam z oddziałem, to bardziej najemnicy niż żołnierze, nie trzymamy konkretnego szyku, idziemy przez pustynię. Dostaję broń, długi karabin, bo przecież każda para rąk się przyda. Już za chwilę skaczę w przepaść, a oni za mną, każdy zwisa na krawędzi, na jednej ręce. Przed nami przestrzeń, pod nami nie wiadomo, bo wszyscy patrzą w górę, w błękit nieba, tam są różne maszyny, samoloty, wylatują znad krawędzi. I otwieramy do nich ogień, ja strzelam pierwszy.
Jakie brzydkie otwieranie ognia do kogoś, przeskok do otwierania ognia dla kogoś. No!
Znajduję ten dom, a drzwi otwierają się dla mnie. Dom jest na półwyspie, to znowu widok na mapę, półwysep oddzielony od kontynentu górami, jak z gry, jak z mapy, w takie miejsca dostaje się daleko, głęboko w grze, to na ogół dosyć skomplikowane.
No tak, przy śniadaniu pojawił się temat FFVII, więc może koloryzuję. A może się przydał, żeby zapisać.
Więc ona otwiera i chyba nie mówi. Ma psa, jest noc, ale ten pies jest spokojny. Ja jestem zmęczony, w ogóle jestem tam, bo najwyraźniej nie ma innego miejsca. Nie mam gdzie iść. Ona wskazuje dla mnie łóżko, to nie jest jej łóżko, ale nie tak daleko. Jestem trochę spokojniejszy. Nie tak, że zupełnie, ale spokojniejszy niż przed chwilą na progu.
To w końcu całkiem blisko. No i ona patrzy.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Tylko po co tak daleko jechać
Tak często nocuję ostatnio w domu, że zapominam z szuflady w pracy zabrać kluczy. Fajnie, że się zorientowałem przed autobusem jeszcze. W ogóle jestem roztrzepany, niby podlewam kwiatki, ale np. tylko z jednej strony pokoju, choć z drugiej szafa cała zastawiona. Podlewanie kwiatków zawsze jest dla mnie bardzo stresujące, jest ich w domu kilkadziesiąt i zawsze któremuś muszę przedobrzyć, się ulewa z niego wtedy. A jak mi głupio było, kiedy znajomemu kiedyś podlewałem i też tak. Lepiej właściwie żeby się przelewało, niż żebym zapominał, choć i tak spodziewam się jakiegoś mordu w oczach siostry, kiedy te swoje kwiatki zobaczy, na moje oko słabo z nimi.
Wróciłem i znalazłem bardzo stare rzeczy do posłuchania, z czasów, kiedy siedziałem w japońskich kreskówkach i właściwie całkiem nieźle się na tym znałem. To już dziesięć lat, może sam siebie nie doceniałem, tej ciekawości świata, której teraz jeszcze mniej. A wtedy było tak, że internet na impulsy, a w gazetach płyty z programami i stronami. Więc zupełnie przypadkiem nauczyłem się wtedy robić strony internetowe, bo uruchomiłem program Pajączek, po którym spodziewałem się bycia inkarnacją Xonixa. Nauczyłem się tyle, że w szkołach zaliczałem informatykę, ale nie nauczyłem się nic z tego programowania, przecież serwery z php to były już wtedy, mógłbym być w zupełnie innym miejscu w życiu niż jestem. No nic to, sporo frajdy z tego miałem, pisało się o bajkach wszystko, co przyszło do głowy, na pęczki takich stron było, księgi gości i liczniki odwiedzin, fuzje i mejl od gościa, który wydawał się bogiem światka, no miał stronę najlepszą, że będzie duży projekt i może bym chciał pisać. Nic to, że projektu nie było, skończyłem na szczycie, ruszyłem się na jakieś konwenty, poznałem Pogromcę Dinozaurów, skakałem na DDR, trzeba to wyciągnąć z szafy kiedyś też.
A ponieważ żaden ze mnie panczur, Patyczak mnie na dłuższą metę męczy, to odnalazłem soundtrack ze Stand Alone Complex (którego nigdy nie widziałem, tylko podstawowego GITSa) i wróciłem do Fish Silent Cruise, które w ogóle nie jest piosenkowe, tylko jak na soundtrack przystało filmowe i wciąż podoba mi się tak samo, jeśli odpowiednio podkręcić głośność. Na emonastoletnie okazje, a nie mogłem odpalić V34, bo brat ostatnio nadużywał tego środka. Chociaż on akurat coś czytał o Leary'u i tędy do tripa trafił.
I jestem zupełnie szczęśliwym, wolnym człowiekiem, bo w domu niby jest internet, ale jednak nie działa monitor i przecież w ogóle, poza kwiatkami, nie ma powodu, żeby tam siedzieć. Jeszcze przy FSC działał, pyk i nie działa, może techniczny brat go po powrocie reanimuje, za to ja może wrócę do pamiętnika dzięki temu. O wiele bardziej wypadałoby wrócić do pamiętnika niż do Morrowinda. Smoczego kolej teraz.
Wracałem od niego w niedzielę, w tej porze pomiędzy popołudniem a wieczorem. Przeczekałem jedne opady, drugie, takie lekkie to było i orzeźwiające, jeszcze trochę kropiło, ale również przejaśniało się, więc droga iście bajkowa. Tu nad trawami mgły, tam kałuże, w ogóle wiele kropelek w powietrzu, więc świat rozświetlony. Krowa przechodzi przez jezdnię, mierzy mnie czujnym spojrzeniem, nie gonią mnie żadne psy. Na drodze przez las pełno gałęzi, jakieś ułamane drzewo nad drogą, to może zabić, jakby spadło na mnie. Ostatni zryw słodkiego deszczu i spokój, dobra, zmokłem, ale wyschnę do powrotu przecież w tym cieple.
Tja. Przy wyjściu wspomniałem Smoczemu, że pewnie wezmę w tej trasie prysznic wielokrotny. Więc zryw deszczu był ostatni z tej chmury, ale przecież nie z podróży.
Po zjeździe w stronę Józefowa (to już drugi Józefów na trasie) zaczęło wiać i przygnało na niebo wiele ciemności i czarności. Przejechałem przez rondo, odbiłem na południe, licząc, że inaczej będzie wiało, ale jednak wiało w każdą stronę. Zaczęły się krople, duże i zimne, przynajmniej na tle poprzednich. Ja kręcę, bo przecież tutaj nie ma się gdzie schować, nawet przystanki nie mają wiat. Ledwie widzę, to już ulewa, miesza się z potem i szczypie w oczy. Jadę z jednym okiem otwartym, przeciskam się przez gęstą zawieruchę. Tak myślę, że poprzednio tak mnie na rowerze zlało też w sierpniu, cztery lata temu, tylko z drugiej strony kanału wtedy, od Gocławia jechałem. Już miałem sobie gratulować teorii o powtarzalności świata, kiedy krople zaczęły bardziej jakby boleć. Jakby gradem sypało. Jak to gradem, cztery lata temu nie sypało gradem, to teraz może? Może, bardzo może, tak bardzo, że niemal poziomo te pociski leciały. To całkiem dobrze, bo kiedy skryłem się za jakąś skrzynką przy drodze, przejmowałem się tylko deszczem. A i to nawet nie za bardzo, sytuacja do suchej nitki, wyczekanie, aż niebu skończy się grad i dalej przez las, potokami ścieżek, półmetrowej głębokości jeziorka, istny surwiwal. Mógłbym się wykrzyczeć, gdybym tylko chciał, obmycie, niebo spadło nam na głowy, mnie przynajmniej, katharsis.
Wróciłem taki zadowolony, jak może powinienem był wrócić w ubiegły poniedziałek, odkryłem strajk monitora, nawet nie mam jak obejrzeć tego filmu od Głaza, Przekręt, to może czas na zakupy znajdę.
Wróciłem i znalazłem bardzo stare rzeczy do posłuchania, z czasów, kiedy siedziałem w japońskich kreskówkach i właściwie całkiem nieźle się na tym znałem. To już dziesięć lat, może sam siebie nie doceniałem, tej ciekawości świata, której teraz jeszcze mniej. A wtedy było tak, że internet na impulsy, a w gazetach płyty z programami i stronami. Więc zupełnie przypadkiem nauczyłem się wtedy robić strony internetowe, bo uruchomiłem program Pajączek, po którym spodziewałem się bycia inkarnacją Xonixa. Nauczyłem się tyle, że w szkołach zaliczałem informatykę, ale nie nauczyłem się nic z tego programowania, przecież serwery z php to były już wtedy, mógłbym być w zupełnie innym miejscu w życiu niż jestem. No nic to, sporo frajdy z tego miałem, pisało się o bajkach wszystko, co przyszło do głowy, na pęczki takich stron było, księgi gości i liczniki odwiedzin, fuzje i mejl od gościa, który wydawał się bogiem światka, no miał stronę najlepszą, że będzie duży projekt i może bym chciał pisać. Nic to, że projektu nie było, skończyłem na szczycie, ruszyłem się na jakieś konwenty, poznałem Pogromcę Dinozaurów, skakałem na DDR, trzeba to wyciągnąć z szafy kiedyś też.
A ponieważ żaden ze mnie panczur, Patyczak mnie na dłuższą metę męczy, to odnalazłem soundtrack ze Stand Alone Complex (którego nigdy nie widziałem, tylko podstawowego GITSa) i wróciłem do Fish Silent Cruise, które w ogóle nie jest piosenkowe, tylko jak na soundtrack przystało filmowe i wciąż podoba mi się tak samo, jeśli odpowiednio podkręcić głośność. Na emonastoletnie okazje, a nie mogłem odpalić V34, bo brat ostatnio nadużywał tego środka. Chociaż on akurat coś czytał o Leary'u i tędy do tripa trafił.
I jestem zupełnie szczęśliwym, wolnym człowiekiem, bo w domu niby jest internet, ale jednak nie działa monitor i przecież w ogóle, poza kwiatkami, nie ma powodu, żeby tam siedzieć. Jeszcze przy FSC działał, pyk i nie działa, może techniczny brat go po powrocie reanimuje, za to ja może wrócę do pamiętnika dzięki temu. O wiele bardziej wypadałoby wrócić do pamiętnika niż do Morrowinda. Smoczego kolej teraz.
Wracałem od niego w niedzielę, w tej porze pomiędzy popołudniem a wieczorem. Przeczekałem jedne opady, drugie, takie lekkie to było i orzeźwiające, jeszcze trochę kropiło, ale również przejaśniało się, więc droga iście bajkowa. Tu nad trawami mgły, tam kałuże, w ogóle wiele kropelek w powietrzu, więc świat rozświetlony. Krowa przechodzi przez jezdnię, mierzy mnie czujnym spojrzeniem, nie gonią mnie żadne psy. Na drodze przez las pełno gałęzi, jakieś ułamane drzewo nad drogą, to może zabić, jakby spadło na mnie. Ostatni zryw słodkiego deszczu i spokój, dobra, zmokłem, ale wyschnę do powrotu przecież w tym cieple.
Tja. Przy wyjściu wspomniałem Smoczemu, że pewnie wezmę w tej trasie prysznic wielokrotny. Więc zryw deszczu był ostatni z tej chmury, ale przecież nie z podróży.
Po zjeździe w stronę Józefowa (to już drugi Józefów na trasie) zaczęło wiać i przygnało na niebo wiele ciemności i czarności. Przejechałem przez rondo, odbiłem na południe, licząc, że inaczej będzie wiało, ale jednak wiało w każdą stronę. Zaczęły się krople, duże i zimne, przynajmniej na tle poprzednich. Ja kręcę, bo przecież tutaj nie ma się gdzie schować, nawet przystanki nie mają wiat. Ledwie widzę, to już ulewa, miesza się z potem i szczypie w oczy. Jadę z jednym okiem otwartym, przeciskam się przez gęstą zawieruchę. Tak myślę, że poprzednio tak mnie na rowerze zlało też w sierpniu, cztery lata temu, tylko z drugiej strony kanału wtedy, od Gocławia jechałem. Już miałem sobie gratulować teorii o powtarzalności świata, kiedy krople zaczęły bardziej jakby boleć. Jakby gradem sypało. Jak to gradem, cztery lata temu nie sypało gradem, to teraz może? Może, bardzo może, tak bardzo, że niemal poziomo te pociski leciały. To całkiem dobrze, bo kiedy skryłem się za jakąś skrzynką przy drodze, przejmowałem się tylko deszczem. A i to nawet nie za bardzo, sytuacja do suchej nitki, wyczekanie, aż niebu skończy się grad i dalej przez las, potokami ścieżek, półmetrowej głębokości jeziorka, istny surwiwal. Mógłbym się wykrzyczeć, gdybym tylko chciał, obmycie, niebo spadło nam na głowy, mnie przynajmniej, katharsis.
Wróciłem taki zadowolony, jak może powinienem był wrócić w ubiegły poniedziałek, odkryłem strajk monitora, nawet nie mam jak obejrzeć tego filmu od Głaza, Przekręt, to może czas na zakupy znajdę.
czwartek, 12 sierpnia 2010
Nie z tej, nie z tamtej, weź wybierz sobie stronę
Wyspałem się w poniedziałek i spakowałem tak nieudolnie, że zapomniałem zasilacza do laptopa. Jestem więc w połowie wolnym człowiekiem, nie mam gier, ale na starym komputerze i oczywiście w pracy został internet.
Na dworcu niespodziewanie znajomy, on nie był na Offie, on tam po prostu mieszka. Lokalny patriota, zna miejsca i historie, o stacji radiowej napadniętej przez Niemców, o kopalniach z łódkami ponad setkę metrów pod ziemią, o Giszowcu, obecnym całkiem niedawno w mediach, o kolejce linowej nad parkiem i jedynym rollercoasterze w Polsce. Przy okazji opowiada też, dlaczego nie zmieścił się do pociągu o piętnastej - bo z tego Offa tylu ludzi wracało, że tłoczyli się jak olej.
Biedne ich zmęczone plecy. Hej, czyli ja całkiem nieźle wymyśliłem późniejszy powrót, wprawdzie ponad godzina jazdy więcej, ale wagony praktycznie puste.
I nie jadę, nie jedziemy do domów, bo telefony służą do skrzykiwania imprez, a ja mam ochotę dobrze spożytkować ostatni wieczór, noc urlopu. W efekcie wracam do siebie we wtorek po pracy, po nieprzespanej nocy i rzucam się na trzynaście godzin na wyrko, ledwie wstaję na środę, zaś stan mojej psychiki dobrze oddają słowa piosenki Patyczaka. Jaki kontrast, przegapiłem go na Offie, straszny tłok i nic nie widać. Koniec z Flaming Lips i mówiłem Zmywakowi, że fajnie będzie takim ładnym wrócić we wtorek do pracy. The most beautiful face, ups, nie wyszło.
The most beautiful face wieczoru poniedziałkowego była wedle wszelkich telenowelowych prawideł zewsząd adorowana. Jak ćmy do światła, w ucieczce z samotnej wyspy, jak Dedal z Ikarem, ktoś się musiał zjarać, zjarany Ikarus, ktoś musiał stracić skrzydła. A jakie te kobiety są zmyślne, jakie chytre, jak książkowy szpieg, agent, obierzyświat - wpasowana w kąt, wszystko widzi, obserwuje. Oni stroszą piórka, jacy my, ni to chłopcy, ni mężczyźni, jesteśmy ślepi i naiwni. Jacy dumni, aż do najebki. I znów smutny balkon - Mój Boże! - to może lepiej, żeby w kółko opowiadali te same dowcipy, może niech odpalają te same filmy z jutubki, albo w ogóle wejdą na demotywatory. Bezpieczny ubaw gwarantowany, wszyscy się zrozumieją i weselić będą, nawet najebka zupełnie wesoła. A tak - spojrzenie kobiety, która ostatecznie waży jest jakby lekko rozczulone. Ona jeszcze nie wie, jakiego piwa nawarzy.
Bo teraz, kiedy Bro Code okazuje się niedostatecznie jasny, albo nawet nieobecny - noł fjuczer, Panowie, noł fjuczer.
Na dworcu niespodziewanie znajomy, on nie był na Offie, on tam po prostu mieszka. Lokalny patriota, zna miejsca i historie, o stacji radiowej napadniętej przez Niemców, o kopalniach z łódkami ponad setkę metrów pod ziemią, o Giszowcu, obecnym całkiem niedawno w mediach, o kolejce linowej nad parkiem i jedynym rollercoasterze w Polsce. Przy okazji opowiada też, dlaczego nie zmieścił się do pociągu o piętnastej - bo z tego Offa tylu ludzi wracało, że tłoczyli się jak olej.
Biedne ich zmęczone plecy. Hej, czyli ja całkiem nieźle wymyśliłem późniejszy powrót, wprawdzie ponad godzina jazdy więcej, ale wagony praktycznie puste.
I nie jadę, nie jedziemy do domów, bo telefony służą do skrzykiwania imprez, a ja mam ochotę dobrze spożytkować ostatni wieczór, noc urlopu. W efekcie wracam do siebie we wtorek po pracy, po nieprzespanej nocy i rzucam się na trzynaście godzin na wyrko, ledwie wstaję na środę, zaś stan mojej psychiki dobrze oddają słowa piosenki Patyczaka. Jaki kontrast, przegapiłem go na Offie, straszny tłok i nic nie widać. Koniec z Flaming Lips i mówiłem Zmywakowi, że fajnie będzie takim ładnym wrócić we wtorek do pracy. The most beautiful face, ups, nie wyszło.
The most beautiful face wieczoru poniedziałkowego była wedle wszelkich telenowelowych prawideł zewsząd adorowana. Jak ćmy do światła, w ucieczce z samotnej wyspy, jak Dedal z Ikarem, ktoś się musiał zjarać, zjarany Ikarus, ktoś musiał stracić skrzydła. A jakie te kobiety są zmyślne, jakie chytre, jak książkowy szpieg, agent, obierzyświat - wpasowana w kąt, wszystko widzi, obserwuje. Oni stroszą piórka, jacy my, ni to chłopcy, ni mężczyźni, jesteśmy ślepi i naiwni. Jacy dumni, aż do najebki. I znów smutny balkon - Mój Boże! - to może lepiej, żeby w kółko opowiadali te same dowcipy, może niech odpalają te same filmy z jutubki, albo w ogóle wejdą na demotywatory. Bezpieczny ubaw gwarantowany, wszyscy się zrozumieją i weselić będą, nawet najebka zupełnie wesoła. A tak - spojrzenie kobiety, która ostatecznie waży jest jakby lekko rozczulone. Ona jeszcze nie wie, jakiego piwa nawarzy.
Bo teraz, kiedy Bro Code okazuje się niedostatecznie jasny, albo nawet nieobecny - noł fjuczer, Panowie, noł fjuczer.
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
C'mon, Yoshimi, c'mon, defeat these pink robots!
Jakże myliłem się w sprawie Natalii! Jasne, zmieniła sukienkę, żadna szanująca się kobieta nie ubierze tego samego ciuchu dwa dni z rzędu, ale zmieniła jedną sukienkę na drugą. Może to jakieś budowanie wizerunku i promowanie płyty Retrosexual Happy Pills, taka stara sukienka retro. Słaba. Jedyna słaba część występu, od którego zaczęliśmy ostatni dzień, bo dalej to już miód, maliny, jeżyny i mech. Happy Pills są na scenie bardzo luźni, bardzo zgrani i uśmiechnięci w taki nienachalny sposób. Natalia sporo żywsza niż z własnym zespołem, pewnie dlatego, że nie trzyma żadnej gitary, więc spaceruje sobie, wije się i strzela miny. Ja właściwie nie jestem pewien, czy to są jakieś przemyślane, udawane miny, ona chyba ma taki trzeźwy, sprawiający wrażenie przedrzeźniającego sposób bycia. I dogadywanie sobie, badanie publiczności, czy ktoś słyszał wcześniejsze płyty, aha, to są trzydziestolatkowie wśród publiki, jaka demaskacja, jak oni teraz mają zapoznawać festiwalowe dziewczęta? Ekstra pozytyw, z uśmiechem z namiotu, połykam happy pill.
Trzeci dzień festiwalu to jest ten, kiedy nogi mam realnie zmęczone i momenty kryzysu też są. Ile można tego nowego słuchać, nawet jeśli staram się tutaj wrażenia uporządkować, musi być męczące. W efekcie zamiast biegać od występu do występu, założyłem sobie odwiedzić konkretne zespoły, w międzyczasie odpoczywając na trawce, czy w knajpie. I nie ja jeden tak, tego dnia więcej czasu spędziłem na wysłuchiwaniu opowieści, np. Zmywak miał sporo do opowiedzenia o Lesławie, nie mam pojęcia dlaczego lecą takie wrzuty na Lao Che, ale może nie będę ich wcale słuchał. Wrzuty nie leciały na The Tallest Man On Earth, takiego ślicznego, pięknego chłopca z Ameryki, ładne macie tutaj drzewa, zaśpiewam piosenkę z dedykacją dla nich, dziewczęta mdleją, słysząc ten głos, jakby mu jakaś gula stanęła w gardle. Za słodki był na wrzuty, ewakuacja, za chwilę O.S.T.R. - nauczyciel. Nie znam twórczości, to zdaje się wytworzony w XXI wieku gatunek pomiędzy reggae i rapem, czyli siła miłości i pierdolmy rząd. Ale nie można powiedzieć, żeby typ był niewiarygodny, daje radę i nawet pasują opowieści o dwuletnim synu, albo że zajebisty artysta może być chujowym człowiekiem, no ma rację.
Gdzieś w tych okolicach na chwilę do rzeczywistości przywrócił mnie Smoczy, dzwonił z pytaniem o odpalanie Morrowinda, ale będzie marudzenia, kiedy już tam wrócę i jeszcze mi będzie udowadniał pewnie, że ma tryliard razy lepszy build postaci niż ja kiedykolwiek. Na szczęście nie da się takimi postaciami bezpośrednio ścierać.
Casiokids, chłopaki jak z przedszkola, co z tego, że brody mają. Chyba bardziej cukierkowi niż Paula i Karol, chyba jeszcze bardziej naiwni i sielscy, ale to nie znaczy, że ekologiczni, jak najwyższy człowiek świata, po prostu, zwyczajnie fajni. Skaczą po scenie, wymieniają się instrumentami, największa frajdę mają z wystukiwania rytmów pałeczkami i rzucania nimi. Hawajskie melodie wplecione w skoczne rytmy i ananasowa grzechotka. Na koniec bardzo sympatyczne zagranie z nagraniem wrzasku publiki i wpleceniu go w podsumowujący występ kawałek, jakby do tego czasu kogoś nie przekonali.
The Raveonettes to był punkt, który mnie w ogóle zmobilizował do przyjazdu, czyli ten zespół, który kojarzyłem, lubiłem i mogłem nie jechać zupełnie w ciemno. Szalenie podoba mi się ich brzmienie, jak przez tubę, albo ze studni. Dlatego wydaje mi się, że niepoważnym ze strony zespołu było granie aż trzech ballad, gdzie tylko ta jedna gitara plumka, to nie o to chodzi. No bo reszta to fajna, publika szaleje, ja mam dosyć tych dzieci w tęczowych outfitach, wymyślili sobie pogo, byście się sprawdzili z jakimiś panczurami, to może by wam przeszło pogowanie, kiedy nie trzeba. Jakaś dziewczyna przykuca, nie wiadomo, czy jej słabo, czy wiąże buta, niby się odsunęła, ale i tak trzeba bronić przed napierającymi szaleńcami, raz, drugi, trzeci, już mam pytać, czy może ją wyprowadzić, pomóc, jeśli się gorzej poczuła, a ta wstaje i dalej w pogo! A przecież swojego życia, a w każdym razie nosa i okularów też trzeba bronić, przez co połowy koncertu nie słychać. Było się pchać pod scenę.
Koniec Offa. Znaczy nie koniec, finisher z Flaming Lips, ale co ja tu będę wypisywał, co wszyscy zainteresowani i tak wiedzą. Zespół wychodzi z ponętnej kosmicznej matki, Wayne Coyne rodzi się w pęczniejącej kuli i robi w niej najazd na publiczność, za chwilę dostajemy pół setki balonów, każdy chce dotknąć, wszystkie ręce w górę. Armatki z konfetti, człowiek ufok i grzybkogłowy, pomarańczowe chłopaki i dziewczęta na scenie, ciekawe skąd ich rekrutują. Bardziej to wygląda jak karnawałowa zabawa niż koncert, wszystko się mieni, błyszczy i dymi, a ludzie zapominają, że tutaj właściwie gra się piosenki i śpiewa i że zespół całkiem fajnie łupie nawet kiedy wodzirej Wayne jest odwrócony do publiki plecami. I dlatego pewnie co chwila powtarza c'mon Poland, przez co jestem rozdarty pomiędzy niezrozumieniem dla współuczestników, którzy w moim sektorze jakby słabo się wczuwali, a niezrozumieniem dla Coyne'a, który widząc niezdecydowany, zakłopotany opór widzów, mógł robić swoje bez tego ponaglania. Rewelacyjny koncert.
Trzeci dzień festiwalu to jest ten, kiedy nogi mam realnie zmęczone i momenty kryzysu też są. Ile można tego nowego słuchać, nawet jeśli staram się tutaj wrażenia uporządkować, musi być męczące. W efekcie zamiast biegać od występu do występu, założyłem sobie odwiedzić konkretne zespoły, w międzyczasie odpoczywając na trawce, czy w knajpie. I nie ja jeden tak, tego dnia więcej czasu spędziłem na wysłuchiwaniu opowieści, np. Zmywak miał sporo do opowiedzenia o Lesławie, nie mam pojęcia dlaczego lecą takie wrzuty na Lao Che, ale może nie będę ich wcale słuchał. Wrzuty nie leciały na The Tallest Man On Earth, takiego ślicznego, pięknego chłopca z Ameryki, ładne macie tutaj drzewa, zaśpiewam piosenkę z dedykacją dla nich, dziewczęta mdleją, słysząc ten głos, jakby mu jakaś gula stanęła w gardle. Za słodki był na wrzuty, ewakuacja, za chwilę O.S.T.R. - nauczyciel. Nie znam twórczości, to zdaje się wytworzony w XXI wieku gatunek pomiędzy reggae i rapem, czyli siła miłości i pierdolmy rząd. Ale nie można powiedzieć, żeby typ był niewiarygodny, daje radę i nawet pasują opowieści o dwuletnim synu, albo że zajebisty artysta może być chujowym człowiekiem, no ma rację.
Gdzieś w tych okolicach na chwilę do rzeczywistości przywrócił mnie Smoczy, dzwonił z pytaniem o odpalanie Morrowinda, ale będzie marudzenia, kiedy już tam wrócę i jeszcze mi będzie udowadniał pewnie, że ma tryliard razy lepszy build postaci niż ja kiedykolwiek. Na szczęście nie da się takimi postaciami bezpośrednio ścierać.
Casiokids, chłopaki jak z przedszkola, co z tego, że brody mają. Chyba bardziej cukierkowi niż Paula i Karol, chyba jeszcze bardziej naiwni i sielscy, ale to nie znaczy, że ekologiczni, jak najwyższy człowiek świata, po prostu, zwyczajnie fajni. Skaczą po scenie, wymieniają się instrumentami, największa frajdę mają z wystukiwania rytmów pałeczkami i rzucania nimi. Hawajskie melodie wplecione w skoczne rytmy i ananasowa grzechotka. Na koniec bardzo sympatyczne zagranie z nagraniem wrzasku publiki i wpleceniu go w podsumowujący występ kawałek, jakby do tego czasu kogoś nie przekonali.
The Raveonettes to był punkt, który mnie w ogóle zmobilizował do przyjazdu, czyli ten zespół, który kojarzyłem, lubiłem i mogłem nie jechać zupełnie w ciemno. Szalenie podoba mi się ich brzmienie, jak przez tubę, albo ze studni. Dlatego wydaje mi się, że niepoważnym ze strony zespołu było granie aż trzech ballad, gdzie tylko ta jedna gitara plumka, to nie o to chodzi. No bo reszta to fajna, publika szaleje, ja mam dosyć tych dzieci w tęczowych outfitach, wymyślili sobie pogo, byście się sprawdzili z jakimiś panczurami, to może by wam przeszło pogowanie, kiedy nie trzeba. Jakaś dziewczyna przykuca, nie wiadomo, czy jej słabo, czy wiąże buta, niby się odsunęła, ale i tak trzeba bronić przed napierającymi szaleńcami, raz, drugi, trzeci, już mam pytać, czy może ją wyprowadzić, pomóc, jeśli się gorzej poczuła, a ta wstaje i dalej w pogo! A przecież swojego życia, a w każdym razie nosa i okularów też trzeba bronić, przez co połowy koncertu nie słychać. Było się pchać pod scenę.
Koniec Offa. Znaczy nie koniec, finisher z Flaming Lips, ale co ja tu będę wypisywał, co wszyscy zainteresowani i tak wiedzą. Zespół wychodzi z ponętnej kosmicznej matki, Wayne Coyne rodzi się w pęczniejącej kuli i robi w niej najazd na publiczność, za chwilę dostajemy pół setki balonów, każdy chce dotknąć, wszystkie ręce w górę. Armatki z konfetti, człowiek ufok i grzybkogłowy, pomarańczowe chłopaki i dziewczęta na scenie, ciekawe skąd ich rekrutują. Bardziej to wygląda jak karnawałowa zabawa niż koncert, wszystko się mieni, błyszczy i dymi, a ludzie zapominają, że tutaj właściwie gra się piosenki i śpiewa i że zespół całkiem fajnie łupie nawet kiedy wodzirej Wayne jest odwrócony do publiki plecami. I dlatego pewnie co chwila powtarza c'mon Poland, przez co jestem rozdarty pomiędzy niezrozumieniem dla współuczestników, którzy w moim sektorze jakby słabo się wczuwali, a niezrozumieniem dla Coyne'a, który widząc niezdecydowany, zakłopotany opór widzów, mógł robić swoje bez tego ponaglania. Rewelacyjny koncert.
niedziela, 8 sierpnia 2010
Everything Is Always
Drugi dzień festiwalu bardzo długi, od czternastej, barbarzyńsko wczesna pora na koncerty. Wycieczka krajoznawcza przez Katowice, ta stara część z obdartymi kamienicami jest nawet ładna, pofalowana, wąskie uliczki, drzewa, słońce. Jasne, obdarte kamienice prezentują się fajnie, kiedy jest obok jakaś zieleń i słońce, jesień i zima to już porażka, wystarczy wspomnieć Łódź, w której przez rok mieszkałem.
Dotarłem na Paulę i Karola, czyli na sam początek, całkiem mieli dużą publiczność. Najbardziej podobały mi się cymbałki, sam cukier w piosenkach, jakby się jeszcze człowiek nie obudził, jakby jeszcze nie przeszedł przez całe miasto. W pewnym oddaleniu od sceny fazująca szara boginka, po prostu łał, naprawdę wkręcona, nie tylko tam wdzięcznie podskakiwała, ale widać było, że każde słowo piosenki ma na wargach. Strasznie to było fajne i wcale mnie to nie dziwi, że można się wkręcić w tak cukierkowe granie (jak dziwiło Zmywaka, który swoją drogą mimo wszystko koncert The Horrors uważa za drugi najlepszy pierwszego dnia).
Później poszliśmy na Natalię Fiedorczuk, która gdzieś tam działa w różnych projektach, co bardziej obeznani wiedzieliby bez stron internetowych, że dzisiaj będzie występować z Happy Pills, ale wczoraj pod szyldem Nathalie and The Loners. Strasznie była nerwowa na tej scenie, uśmiechnęła się ze trzy razy i zawsze zwrócona do zespołu a nie do publiki, ale szło jej zgrabnie i ładnie, może być. Ptaku w pracy zachęcał kiedyś, teraz jestem bardziej zachęcony.
Byle dzisiaj zmieniła sukienkę - określoną przez jednego z współuczestników jako niedopuszczalną. Ale kobiety to chyba i tak się przebierają często, nie powinno być tego problemu.
Pustki, wiadomo, Basia jak zawsze ma chore gardło, ale jak zawsze grają fajnie. Ja tam poszedłem z myślą "jakby wszystko miało być słabe, to oni ratują dzień", przez co podobno straciłem świetną zabawę na FM Belfast. No trudno. Dalej Mitch and Mitch robią wrażenie przebywania na rejsowym statku gdzieś na oceanie, chyba więcej nie muszę ich słuchać, pozycja leżąca w trakcie koncertu wskazana i taka była. Bez rewelacji dla mnie.
Apteka i Menda, to ryczeli współtowarzysze, ja w tamtych czasach mogłem znać Captain Jacka, zresztą z piosenek o narkotykach i kosmosie też bym nic nie rozumiał. Dobre to, Kodym z gitarą, wygląda jakby wyszedł z jakiejś Białołęki dopiero i tak też na wszystko patrzy, mierzy wrogim spojrzeniem basistę. Czy to znaczy, że mogliby dać z siebie więcej, skoro i tak już mi się podobało?
Najfajniejsze zaskoczenie - Archie Bronson Outfit. Jutubki w ogóle mnie nie przekonywały, kiedy wychodzili na scenę, to miałem w głowie wtf, ZZ Top na kwasie, bo tam dwóch takich brodaczy z powycinanymi fryzurami, a wszyscy w kolorowych workach. Ale zaczęli grać bez zbędnych powitań, cześć i jedziemy ścianą dźwięku, że nie słychać myśli. Melodyjna ściana dźwięku, to pewna nowość, przez cały koncert powstrzymywali deszcz, kropił bez przekonania. I naprawdę rozruszali publiczność, ludzie dygali bardziej niż później na Lali Punie.
Przerwa przy pobliskim grillu, z oddali Tunng brzmi całkiem zachęcająco, wpadamy akurat kiedy łapią drugi oddech, wyglądają na scenie pociesznie, gitarzysta pokracznie podskakuje, tańczą wokół siebie z dziewczyną, zmienia gitarę z akustyka na elektryczną i wio, wreszcie jest ten człon elektro z elektrofolku. Chętnie sprawdzę więcej, bo mam wrażenie, że bardziej mogą mi się spodobać numery, które słyszałem z daleka.
A Hawk And A Hacksaw, podobno mieli być Cyganie ze Szwecji, w ogóle nie byli blondynami, na dodatek internet wspomina coś o Ameryce. Wyszedłem na Pepsi, owszem, żywiołowe to i ładne i publika klaszcze bez specjalnego zachęcania, no chyba, że pada ze sceny słowo wódka, ale dla mnie niekonieczne. To nie jest muzyka, którą bym w wolnej chwili odpalał do posłuchania w domu. Później Mew, które odwrotnie niż Archie, na jutubkach brzmiało całkiem zachęcająco, ale na koncercie zrobiło się za głośne i niemelodyjne w ogóle, wokal kojarzył mi się z jakimś piskliwym A-ha, a granie już z niczym konkretnym, ściana dźwięku na jedno kopyto, prawie patatajki. Podobnie za głośne było Radio Dept., poszedłem do namiotu głównie dlatego, że mi po nogach wiało chłodem i nie wiedziałem, gdzie uciekać, tak łupali. Ale to i tak miał być taki przerywnik, już tylko czekaliśmy na Lali Punę, skuleni pod wierzbą, zmarznięci, wytrwali.
I Lali Puna była ekstra. Te wszystkie plumkania, chroboty i szelesty, jakbym siedział w wielkim mechanizmie. Wyszedłem z założenia, że pobujam się, żeby się rozgrzać, ale bujałem się i po rozgrzaniu, naprawdę opłacało się dotrwać.
Dotarłem na Paulę i Karola, czyli na sam początek, całkiem mieli dużą publiczność. Najbardziej podobały mi się cymbałki, sam cukier w piosenkach, jakby się jeszcze człowiek nie obudził, jakby jeszcze nie przeszedł przez całe miasto. W pewnym oddaleniu od sceny fazująca szara boginka, po prostu łał, naprawdę wkręcona, nie tylko tam wdzięcznie podskakiwała, ale widać było, że każde słowo piosenki ma na wargach. Strasznie to było fajne i wcale mnie to nie dziwi, że można się wkręcić w tak cukierkowe granie (jak dziwiło Zmywaka, który swoją drogą mimo wszystko koncert The Horrors uważa za drugi najlepszy pierwszego dnia).
Później poszliśmy na Natalię Fiedorczuk, która gdzieś tam działa w różnych projektach, co bardziej obeznani wiedzieliby bez stron internetowych, że dzisiaj będzie występować z Happy Pills, ale wczoraj pod szyldem Nathalie and The Loners. Strasznie była nerwowa na tej scenie, uśmiechnęła się ze trzy razy i zawsze zwrócona do zespołu a nie do publiki, ale szło jej zgrabnie i ładnie, może być. Ptaku w pracy zachęcał kiedyś, teraz jestem bardziej zachęcony.
Byle dzisiaj zmieniła sukienkę - określoną przez jednego z współuczestników jako niedopuszczalną. Ale kobiety to chyba i tak się przebierają często, nie powinno być tego problemu.
Pustki, wiadomo, Basia jak zawsze ma chore gardło, ale jak zawsze grają fajnie. Ja tam poszedłem z myślą "jakby wszystko miało być słabe, to oni ratują dzień", przez co podobno straciłem świetną zabawę na FM Belfast. No trudno. Dalej Mitch and Mitch robią wrażenie przebywania na rejsowym statku gdzieś na oceanie, chyba więcej nie muszę ich słuchać, pozycja leżąca w trakcie koncertu wskazana i taka była. Bez rewelacji dla mnie.
Apteka i Menda, to ryczeli współtowarzysze, ja w tamtych czasach mogłem znać Captain Jacka, zresztą z piosenek o narkotykach i kosmosie też bym nic nie rozumiał. Dobre to, Kodym z gitarą, wygląda jakby wyszedł z jakiejś Białołęki dopiero i tak też na wszystko patrzy, mierzy wrogim spojrzeniem basistę. Czy to znaczy, że mogliby dać z siebie więcej, skoro i tak już mi się podobało?
Najfajniejsze zaskoczenie - Archie Bronson Outfit. Jutubki w ogóle mnie nie przekonywały, kiedy wychodzili na scenę, to miałem w głowie wtf, ZZ Top na kwasie, bo tam dwóch takich brodaczy z powycinanymi fryzurami, a wszyscy w kolorowych workach. Ale zaczęli grać bez zbędnych powitań, cześć i jedziemy ścianą dźwięku, że nie słychać myśli. Melodyjna ściana dźwięku, to pewna nowość, przez cały koncert powstrzymywali deszcz, kropił bez przekonania. I naprawdę rozruszali publiczność, ludzie dygali bardziej niż później na Lali Punie.
Przerwa przy pobliskim grillu, z oddali Tunng brzmi całkiem zachęcająco, wpadamy akurat kiedy łapią drugi oddech, wyglądają na scenie pociesznie, gitarzysta pokracznie podskakuje, tańczą wokół siebie z dziewczyną, zmienia gitarę z akustyka na elektryczną i wio, wreszcie jest ten człon elektro z elektrofolku. Chętnie sprawdzę więcej, bo mam wrażenie, że bardziej mogą mi się spodobać numery, które słyszałem z daleka.
A Hawk And A Hacksaw, podobno mieli być Cyganie ze Szwecji, w ogóle nie byli blondynami, na dodatek internet wspomina coś o Ameryce. Wyszedłem na Pepsi, owszem, żywiołowe to i ładne i publika klaszcze bez specjalnego zachęcania, no chyba, że pada ze sceny słowo wódka, ale dla mnie niekonieczne. To nie jest muzyka, którą bym w wolnej chwili odpalał do posłuchania w domu. Później Mew, które odwrotnie niż Archie, na jutubkach brzmiało całkiem zachęcająco, ale na koncercie zrobiło się za głośne i niemelodyjne w ogóle, wokal kojarzył mi się z jakimś piskliwym A-ha, a granie już z niczym konkretnym, ściana dźwięku na jedno kopyto, prawie patatajki. Podobnie za głośne było Radio Dept., poszedłem do namiotu głównie dlatego, że mi po nogach wiało chłodem i nie wiedziałem, gdzie uciekać, tak łupali. Ale to i tak miał być taki przerywnik, już tylko czekaliśmy na Lali Punę, skuleni pod wierzbą, zmarznięci, wytrwali.
I Lali Puna była ekstra. Te wszystkie plumkania, chroboty i szelesty, jakbym siedział w wielkim mechanizmie. Wyszedłem z założenia, że pobujam się, żeby się rozgrzać, ale bujałem się i po rozgrzaniu, naprawdę opłacało się dotrwać.
sobota, 7 sierpnia 2010
Don't think it's all over, don't think it is the end
Mark E. Smith usiłował mnie przekonywać, ale pewnie zapomniał, że to ledwie jedna trzecia festiwalu. The Fall grają fajnie pomimo wokalisty-multiinstrumentalisty, nawalonego jak ten tam niemiecki samolot, albo może udającego trochę, kto go tam wie. Bełkot niezrozumiały dla mnie, może za słaby mój angielski, a może on niekoniecznie śpiewa swoje piosenki, tylko co mu tam ślina na język przyniesie. Wywraca mikrofony, zapobiegawczo ustawionych ma kilka, przestawia wszystko po całej scenie, zwiększa intensywność dźwięku co bardziej upierdliwych instrumentów, świszcząca elektronika, gdzieś z publiki leci pocisk, w ogóle nie zauważa, pewnie dlatego, że niezbyt celny. Najfajniej wygląda wsparcie techniczne, które stara się poprawiać po nim rozstawienie szpargałów, odplątuje kable i wygląda jak z kabaretu, jakby robili to wszystko za jego plecami. To końcówka mojego dnia dzisiejszego, ale zaczęło się od Kim Nowak.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
piątek, 6 sierpnia 2010
Cukierek na lato, to znaczy trzy dni urlopu - start!
Musiałem kupić bilet na Offa, to oczywiście nie bilet tylko karnet, ciekawe jaka jest różnica. Akurat urwała się chmura, akurat nie miałem żadnej kurtki ani bluzy, Cygan mówi przy wyjściu, żebym teraz szedł jak zawsze do pracy. Do pracy zawsze idę tak, że pomiędzy metrem a budynkiem ktoś mnie mija, dogania, czyli idę tak jakby ociągając się, choć z mojej perspektywy to jest po prostu bez pośpiechu. Słuchaj, mówię mu, lecę po wejściówkę na fajną imprezę, zależy mi, to chyba mogę się pospieszyć i tylko przy okazji mniej zmoknę.
Tak lało, że pojęcie mniejszego zmoknięcia i tak nie funkcjonowało.
Wracałem i dzwonił znajomy, proszę, proszę, wszyscy chcą teraz na rower, chyba u niego nie padało. Ekstra mówię, tylko tutaj mokro w tej Wawce, a ja bym się spakował, przed wyjazdem ogarnął. Ale kiedy dojechałem do swojego przystanku wyszło na to, że mieliśmy skraj urwania, więc oddzwaniam, jednak bierz rower, damy radę, spakować się mogę rano jakoś. Wziął i zaczęło lać, kiedy już przyjechał do punktu zbornego u Smoczego, siedzieliśmy tam jeszcze godzinę, a później jeździliśmy asfaltem i chodnikami, bo błoto jest fe. Słuchaj, mówię mu, tutaj też mamy jakieś ścieżki rowerowe. Albo pokazuję te działa i amfibie, kiedyś był jakiś czołg, albo mówię, tutaj zapoznawaliśmy ze Smoczym pierwsze kobiety kiedyś, coś cicho, może już nie funkcjonuje.
Wróciłem do siebie jakby późno i znów się nie spieszyłem do pakowania. Co to, wcale nie taka wielka logistyka, byle znaleźć zaginione koszulki, tu oświecił mnie brat, że wyschnięte rzeczy lądują w szafie o kiedyś innym zastosowaniu i w istocie, sporą część puli stanowią moje zaginione rzeczy. To wstałem w środę, w dniu wyjazdu trochę wcześniej i przemęczyłem się z żelazkiem, znalazłem buty, do których trzeba będzie dokupić sznurówki, pomyślałem o bluzie na ewentualne chłody, pełna gotowość bojowa w dwadzieścia minut - poza tymi sznurówkami oczywiście.
Praca się dłużyła, ale często mi powtarzali, że jestem taki miły, żebym częściej może wyjeżdżał. Niech się taki dzień nawet dłuży, w którym chwalą za dobre maniery, a co! Pompowanie ego. Jaki ja muszę być na co dzień nieznośny.
I nawet w pociągu pozytywy, niepewność co do wagonu, bo jak to, druga klasa i sześć miejsc w przedziale, a to nie było kiedyś po osiem? Taka Pani, która ze mną też niepewna, wiec pytam obsługi, tak to jest druga klasa. Poprzednio jechałem dwa lata temu, w ogóle, przez półtora roku nie ruszałem się z miasta i z jakim skokiem cywilizacyjnym się spotykam. Udaje mi się kupić Lampę i przerabiam część o wycieczce do Moskwy, bardzo fajna relacja i wywiad, mam w przedziale matkę z kilkuletnim dzieckiem, dziewczynka skacze po siedzeniach, piszczy i tak dalej, ale wbrew obiegowej opinii o cudzych dzieciach w podróży - nie przeszkadza mi to. Może dlatego, że nie miała do towarzystwa braciszka, przecież nieszczęścia chodzą dopiero parami.
Swoją drogą, bardzo śmiałe te dzieci teraz. Niewiele pamiętam z kolejowych podróży kiedy miałem trzy-cztery lata, ale na pewno taki śmiały nie byłem, siostra też nie. W ogóle od obcych trzymaliśmy się z daleka, bez ufności, choć bardzo zaufaliśmy jednego razu torbie cukierków, którymi częstowały zakonnice. Ale takiego śmigania to na pewno nie było.
Przez opóźnienie o mało nie wysiadłem w Sosnowcu, na szczęście od tego mam język, żeby dopytać, czy to na pewno to, skoro wygląd stacji nie odpowiada wspomnieniom. Później skojarzyłem, że jeszcze do Katowic bez opóźnienia nie dojechałem chyba - mogliby naprawić rozkład. Spod dworca odbiera mnie Pogromca Dinozaurów, od razu ma dobrą i złą wiadomość, na szczęście wyszło na dobre.
Tak lało, że pojęcie mniejszego zmoknięcia i tak nie funkcjonowało.
Wracałem i dzwonił znajomy, proszę, proszę, wszyscy chcą teraz na rower, chyba u niego nie padało. Ekstra mówię, tylko tutaj mokro w tej Wawce, a ja bym się spakował, przed wyjazdem ogarnął. Ale kiedy dojechałem do swojego przystanku wyszło na to, że mieliśmy skraj urwania, więc oddzwaniam, jednak bierz rower, damy radę, spakować się mogę rano jakoś. Wziął i zaczęło lać, kiedy już przyjechał do punktu zbornego u Smoczego, siedzieliśmy tam jeszcze godzinę, a później jeździliśmy asfaltem i chodnikami, bo błoto jest fe. Słuchaj, mówię mu, tutaj też mamy jakieś ścieżki rowerowe. Albo pokazuję te działa i amfibie, kiedyś był jakiś czołg, albo mówię, tutaj zapoznawaliśmy ze Smoczym pierwsze kobiety kiedyś, coś cicho, może już nie funkcjonuje.
Wróciłem do siebie jakby późno i znów się nie spieszyłem do pakowania. Co to, wcale nie taka wielka logistyka, byle znaleźć zaginione koszulki, tu oświecił mnie brat, że wyschnięte rzeczy lądują w szafie o kiedyś innym zastosowaniu i w istocie, sporą część puli stanowią moje zaginione rzeczy. To wstałem w środę, w dniu wyjazdu trochę wcześniej i przemęczyłem się z żelazkiem, znalazłem buty, do których trzeba będzie dokupić sznurówki, pomyślałem o bluzie na ewentualne chłody, pełna gotowość bojowa w dwadzieścia minut - poza tymi sznurówkami oczywiście.
Praca się dłużyła, ale często mi powtarzali, że jestem taki miły, żebym częściej może wyjeżdżał. Niech się taki dzień nawet dłuży, w którym chwalą za dobre maniery, a co! Pompowanie ego. Jaki ja muszę być na co dzień nieznośny.
I nawet w pociągu pozytywy, niepewność co do wagonu, bo jak to, druga klasa i sześć miejsc w przedziale, a to nie było kiedyś po osiem? Taka Pani, która ze mną też niepewna, wiec pytam obsługi, tak to jest druga klasa. Poprzednio jechałem dwa lata temu, w ogóle, przez półtora roku nie ruszałem się z miasta i z jakim skokiem cywilizacyjnym się spotykam. Udaje mi się kupić Lampę i przerabiam część o wycieczce do Moskwy, bardzo fajna relacja i wywiad, mam w przedziale matkę z kilkuletnim dzieckiem, dziewczynka skacze po siedzeniach, piszczy i tak dalej, ale wbrew obiegowej opinii o cudzych dzieciach w podróży - nie przeszkadza mi to. Może dlatego, że nie miała do towarzystwa braciszka, przecież nieszczęścia chodzą dopiero parami.
Swoją drogą, bardzo śmiałe te dzieci teraz. Niewiele pamiętam z kolejowych podróży kiedy miałem trzy-cztery lata, ale na pewno taki śmiały nie byłem, siostra też nie. W ogóle od obcych trzymaliśmy się z daleka, bez ufności, choć bardzo zaufaliśmy jednego razu torbie cukierków, którymi częstowały zakonnice. Ale takiego śmigania to na pewno nie było.
Przez opóźnienie o mało nie wysiadłem w Sosnowcu, na szczęście od tego mam język, żeby dopytać, czy to na pewno to, skoro wygląd stacji nie odpowiada wspomnieniom. Później skojarzyłem, że jeszcze do Katowic bez opóźnienia nie dojechałem chyba - mogliby naprawić rozkład. Spod dworca odbiera mnie Pogromca Dinozaurów, od razu ma dobrą i złą wiadomość, na szczęście wyszło na dobre.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Klamra życia i śmierci, cokolwiek by to miało znaczyć, chyba emogotikmhroczny wpis
Co to ma znaczyć, że przeznaczenia nie ma, jeśli zbiegają się w moim życiu okoliczności dokładnie tak, tłumacz tu sobie, że kowalem własnego losu i Ty też jesteś Bogiem.
Spędziłem najbezpieczniejszy weekend tego roku, zlało mnie, kiedy rowerowałem do Smoczego, w sumie zebrało się nas pięciu, ewentualne kobiety jedynie dzwoniły i oczywiście żadna z nich do mnie, czyli mogliśmy mieć po te czternaście lat. Jeśli cokolwiek poważniejszego zostało powiedziane, to dopiero w godzinach nocnych, bo słuchaj, muszę się napić, żeby o tym. No skoro tak muszą to okej, ale przecież musiał być ten weekend oczyszczający. Kiedy siedzi nas pięciu dwudziestokilkulatków w jednym pokoju nad tą samą grą, biegamy między wieżami, ostrzeliwujemy się, myśleliśmy, że grając ekipą na komputer rozk... no, w każdym razie tanio skóry w kosmosie nie sprzedamy. Punktacja do dwudziestu flag, poziom trudności nastawiony lekko powyżej połowy, to chyba powinno być okej. A jednak przegrywamy osiem do zera, Ci mniej niedzielni gracze nie mogą uwierzyć, więc kiedy jedna krowa nareszcie biegnie z flagą w stronę naszej bazy - doping ma lepszy niż reprezentacja w najlepszych (?) czasach. A kiedy ostatecznie wygrywamy dwadzieścia do dziewięciu, piątkom i poklepywaniu się po ramionach nie ma końca. Do tego ze cztery kilo frytek, ze trzy kilo kurczaka i keczup - najmniej zdrowy weekend tego roku, powrót już właściwie w poniedziałek. Ekstra.
Ledwie wstaję, ledwie znajduję jakieś spodnie, ledwie wychodzę z domu w stronę bankomatu (bilet trzeba uzupełnić) i drogę przebiega mi czarny kot. To myślę, jak nie należy, że będzie fatalny dzień, po czym się poprawiam, że do kotów nic nie mam, że głupio tak od rana myśleć i że fajnie błysnął żółtozielonymi ślepiami.
Kupuję jakieś kanapki i drożdżówki, przypominam się o konieczności przywrócenia utraconego w piątek zasilania, prawie zderzam się z szefem, boli mnie głowa, aż nadchodzi ten najważniejszy moment - dowcip dnia. Dni robocze mają wiele dowcipów, ale tylko niektóre przechodzą do historii. Ten powinien, choć budowę miał prostą jak konstrukcja cepa (ile osób wie, jak wyglada cep?) - nagryzmolić markerem coś na monitorze i wyłączyć go, żeby ofiara po powrocie się zdziwiła. Więc wróciłem, jakaś dziwna puszka stała na biurku, włączyłem i widzę napisy.
Redrum, REDRUM, redrum.
Okej, nie wiem co to znaczy, nie mogę niestety docenić, bo niewiele oglądałem filmów, czy czytałem powieści. Więc niby dowcip zupełnie nieudany, tylko skołowanie. Ale! Psotnik objawia się szczerze ubawiony i wyjaśnia tę puszkę - bo widzisz, chwyciłem pierwsze co było pod ręką i wychodzi na to, że niezmywalny.
Ta puszka to do czyszczenia tablic, oczywiście bezskuteczna. Ostatecznie udało się środkiem na oparzenia, po intensywnym szorowaniu. To też pomysłowe, żeby szukać czegokolwiek, próbować, ja bym tam wytrzymał do jutra, jakąś benzynę by się przyniosło. Telefonem zdałem z tego wszystkiego relację Głazowi, bo ma urlop, miałem pomysł, żeby chłopaka nie stresować i wysłałem z prywatnego na prywatny - niech ten przebrzydły firmowy nie dzwoni. Naprawdę byłem z pomysłu dumny. Wyszedłem z pracy i nawet mniej głowa bolała, nawet poczytałem w autobusie, na koniec mnie uśpiło, jakby momentalnie zszedł cukier, więc prawie spadłem z siedzenia, ale przynajmniej obudziłem się na swój przystanek.
Na parkingu przed blokiem leży zdeformowany czarny kot, wyraźnie przejechany przez startujący z miejsca wóz, z martwymi żółtozielonymi ślepiami. Patrzę na niego niewesoło, za dwadzieścia metrów słyszę krzyk, chyba dziecko z wózka, tam obok kota. Naprawdę powinien być jakiś dreszcz przy tym uczuciu. W domu wyciągam z kieszeni telefon swój i mniej swój, firmowy, który, jak się okazuje, zapomniałem zablokować i wysłałem Głazowi dwie serie losowych znaków na ten przebrzydły firmowy numer.
Spędziłem najbezpieczniejszy weekend tego roku, zlało mnie, kiedy rowerowałem do Smoczego, w sumie zebrało się nas pięciu, ewentualne kobiety jedynie dzwoniły i oczywiście żadna z nich do mnie, czyli mogliśmy mieć po te czternaście lat. Jeśli cokolwiek poważniejszego zostało powiedziane, to dopiero w godzinach nocnych, bo słuchaj, muszę się napić, żeby o tym. No skoro tak muszą to okej, ale przecież musiał być ten weekend oczyszczający. Kiedy siedzi nas pięciu dwudziestokilkulatków w jednym pokoju nad tą samą grą, biegamy między wieżami, ostrzeliwujemy się, myśleliśmy, że grając ekipą na komputer rozk... no, w każdym razie tanio skóry w kosmosie nie sprzedamy. Punktacja do dwudziestu flag, poziom trudności nastawiony lekko powyżej połowy, to chyba powinno być okej. A jednak przegrywamy osiem do zera, Ci mniej niedzielni gracze nie mogą uwierzyć, więc kiedy jedna krowa nareszcie biegnie z flagą w stronę naszej bazy - doping ma lepszy niż reprezentacja w najlepszych (?) czasach. A kiedy ostatecznie wygrywamy dwadzieścia do dziewięciu, piątkom i poklepywaniu się po ramionach nie ma końca. Do tego ze cztery kilo frytek, ze trzy kilo kurczaka i keczup - najmniej zdrowy weekend tego roku, powrót już właściwie w poniedziałek. Ekstra.
Ledwie wstaję, ledwie znajduję jakieś spodnie, ledwie wychodzę z domu w stronę bankomatu (bilet trzeba uzupełnić) i drogę przebiega mi czarny kot. To myślę, jak nie należy, że będzie fatalny dzień, po czym się poprawiam, że do kotów nic nie mam, że głupio tak od rana myśleć i że fajnie błysnął żółtozielonymi ślepiami.
Kupuję jakieś kanapki i drożdżówki, przypominam się o konieczności przywrócenia utraconego w piątek zasilania, prawie zderzam się z szefem, boli mnie głowa, aż nadchodzi ten najważniejszy moment - dowcip dnia. Dni robocze mają wiele dowcipów, ale tylko niektóre przechodzą do historii. Ten powinien, choć budowę miał prostą jak konstrukcja cepa (ile osób wie, jak wyglada cep?) - nagryzmolić markerem coś na monitorze i wyłączyć go, żeby ofiara po powrocie się zdziwiła. Więc wróciłem, jakaś dziwna puszka stała na biurku, włączyłem i widzę napisy.
Redrum, REDRUM, redrum.
Okej, nie wiem co to znaczy, nie mogę niestety docenić, bo niewiele oglądałem filmów, czy czytałem powieści. Więc niby dowcip zupełnie nieudany, tylko skołowanie. Ale! Psotnik objawia się szczerze ubawiony i wyjaśnia tę puszkę - bo widzisz, chwyciłem pierwsze co było pod ręką i wychodzi na to, że niezmywalny.
Ta puszka to do czyszczenia tablic, oczywiście bezskuteczna. Ostatecznie udało się środkiem na oparzenia, po intensywnym szorowaniu. To też pomysłowe, żeby szukać czegokolwiek, próbować, ja bym tam wytrzymał do jutra, jakąś benzynę by się przyniosło. Telefonem zdałem z tego wszystkiego relację Głazowi, bo ma urlop, miałem pomysł, żeby chłopaka nie stresować i wysłałem z prywatnego na prywatny - niech ten przebrzydły firmowy nie dzwoni. Naprawdę byłem z pomysłu dumny. Wyszedłem z pracy i nawet mniej głowa bolała, nawet poczytałem w autobusie, na koniec mnie uśpiło, jakby momentalnie zszedł cukier, więc prawie spadłem z siedzenia, ale przynajmniej obudziłem się na swój przystanek.
Na parkingu przed blokiem leży zdeformowany czarny kot, wyraźnie przejechany przez startujący z miejsca wóz, z martwymi żółtozielonymi ślepiami. Patrzę na niego niewesoło, za dwadzieścia metrów słyszę krzyk, chyba dziecko z wózka, tam obok kota. Naprawdę powinien być jakiś dreszcz przy tym uczuciu. W domu wyciągam z kieszeni telefon swój i mniej swój, firmowy, który, jak się okazuje, zapomniałem zablokować i wysłałem Głazowi dwie serie losowych znaków na ten przebrzydły firmowy numer.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






