poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Żegnam dni jesienne

Nie wiem dziś, kiedy zakiełkowała mi w głowie ta myśl, że daję sobie czas do końca marca, żeby wyjść z tej sytuacji, ale na pewno wcześniej niż Mimbla powtarzała mi, żeby Salty kulturalnie eksmitować. Nie chciałem się do tego przed nikim przyznać, nawet przed samym sobą. Ten termin był we mnie. Rozważam czasem takie rzeczy, czy naprawdę od razu po tym koszu byłem pogodzony z losem, czy jednak miałem złudzenia. Może to jak z seksualnością, mówi się dziś, że to jest skala. Pewnie nie w pełni byłem pogodzony, ale jednak mocniej to było przesunięte w kierunku, że nic już z tego nie będzie. Jedynie można spróbować przeżywać codzienność z tą nową wiedzą, że "nichuja". Tu na blogu pilnowałem się przecież, żeby jej zachowania nie interpretować jako sygnałów, że zmieniła zdanie.

W tym najmocniej się pomyliłem, że w codzienności obok niej uda mi się wyjść z tych emocji. Jest zbyt ciepła, zbyt urocza, zbyt kochana i napiszę tę drobną złośliwość głośno, bo mogę, ma charakter o wiele bardziej pociągający, niż mają grawitację te jej absurdalne cycki. Nabrały jeszcze większej mocy po koszu i jeszcze większego znaczenia po pożegnaniu. Funnily enough, wcześniej nie znaczyły nic, żartowaliśmy z Herbacianą, że wytwarzają grawitację.

No ale tak. Jest zbyt cudowna i zbyt sexy, żeby przestać ją kochać, mieszkając w tym samym lokalu.

Wiem od Herbacianej, jak zareagowała na mój list. It wasn't pretty, ale bawi mnie to jednak, że z materiału który w jakichś dziewięćdziesięciu procentach jest odą do jej ciepła, troski, uroku, życzliwości, humoru, wyciągnęła tyle, że przez rok wspólnego mieszkania i łażenia obok siebie w piżamach, zdążyłem zauważyć, że ma cycki. Może nie do końca przemyślałem, że napisać dorosłej kobiecie, że jest cudowna a na domiar złego fajna z niej dupa to takie ryzyko. Noted! Wbrew pozorom ten list ma też jakieś żarty, nie wzięła się w nim znikąd liczba papieska, tylko dlatego, że ona ma kubek z papajem. Najważniejsza wiedza, jaką mam dzisiaj, to że pomimo, że to też był jej żart i pomimo tego, że go często podejmowała, nie lubiła żartu o "dziurach w mózgu".

Tylko nigdy mi o tym nie powiedziała.

Dla mnie to był ciepły żart o dystansie i czułości do samego siebie. Dla niej, coś czego później żałowała, jak tego żartu o "sugarmommy". A ogólnie jesteśmy historią narastających drobnych uchybień w komunikacji, które skończyły się zaproszeniem na randkę tak poważnym z jednej strony i niechcianym z drugiej, że trzeba się było pożegnać. Piję tu też do siebie, nie musiałem czekać tyle czasu, żeby ją zapytać czy by poszła, zamiast zapraszać po tym jak zakochanie się rozrosło, no i mogłem o tym że dłonie są dla mnie intymne  powiedzieć wcześniej.

Przede wszystkim, kiedy przy pytaniu o Skakankę rzuciła to hasło o traumach, mogłem zamiast być zły, zapytać, czy chce ze mną o tym porozmawiać. To nie było fair, ale mogłem zachować się lepiej.

Sam mogłem mieć to złudzenie, że potrafi być szczera w komunikacji ze mną po tym, jak powiedziała kiedyś "nie mogę być zła o rzeczy, których ci nie powiedziałam". Wtedy pomyślałem pierwszy raz wprost, że widziałbym tak łebską kobietę jako życiową partnerkę. Nawet powiedziałem jej, że facet który zostanie jej mężem, będzie bardzo szczęśliwy. No ale okazuje się, że to jednak było jedynie złudzenie, bo w nieco trudniejszych sprawach nie potrafiła podjąć rozmowy - ani w sprawie żartu, który jej nie siedział, ani w sprawie tego, czy zaprosiłem ją na randkę czy nie. Jednocześnie spędzała ze mną dużo czasu, więc myślę że sam mogłem trwać w tych złudzeniach, że wszystko jest w porządku.

A ostatecznie (pamiętne ostatnie słowa, ostatecznie to będzie, jak wejdę do mieszkania w czerwcu i będzie puste), ta xywka, że Salty znów pasuje - jest zła o mój list. Więc odbijam piłeczkę, ostatnie trzy miesiące to ja byłem słony, ostatnio znów ona. No i jest zła o rzeczy o których mi nie powiedziała, więc sól w pełni uzasadniona!

Kiedy oglądaliśmy "Supernatural" rzucała czasem komentarze o tym, jak bohaterowie uczą się przeżywać emocje, bo przecież mężczyźni na ogół nie mają takiego skilla. Pamięć o tym była kluczowa dla decyzji, że zostawiłem dla niej takie a nie inne pożegnanie. A toczyłem w tym temacie walkę do ostatnich chwil przed wyjściem z torbami z lokalu, czy to nie będzie za dużo emocji, czy to jest jej do czegokolwiek potrzebne. Ostatecznie pomyślałem, że przecież jest mądrą, dorosłą kobietą z którą łączyła mnie jakaś, chyba, delikatna przyjaźń, troska, uważność i będzie w stanie udźwignąć, że mężczyźni z realnego świata też jakoś przeżywają emocje. Nie trzeba do tego być dreamy bohaterem koreańskiej dramy ani Winchesterem starszym o którym mówiła "jest dziś za stary ale i tak bym go przeleciała".

(BTW, jeśli po trzech miesiącach tańca po dość godzin żeby kolana mnie nienawidziły jestem teraz tak martwy w środku, że przestałem wychodzić na zajęcia, to znaczy że minęła mi faza suicidal Deana?) 

No a Herbaciana powiedziała jasno, prosząc mnie wcześniej, żebym usiadł przy stole, że padło takie zdanie, że "lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie zostawił żadnego listu". I że "brzmi jak Harlequin" (don't you say, powinno brzmieć jak przepis kuchenny czy instrukcja serwisu pralki?). I że cycki. Nie musiałem siadać, uśmiałem się.

Jeśli jest przede wszystkim zła, to znaczy że jest bezpieczna.

Uważam że to piękna, literacka, warta anegdoty czy filozoficznej powiastki reakcja. Najlepszy scenariusz jaki mogło napisać życie. Pytanie "co to za gówno" w odpowiedzi na trzy miesiące werteryzowania, kontrast jak na dobrym improv.

Myślę że przez cały czas traktowałem Salty jak dorosłą kobietę, starałem się na każdym kroku potraktować to jako sytuację między dwojgiem dorosłych. Zaprosiłem ją na randkę. Nie byle jaką randkę, może nie w tej formie, ale świeżo mówiła, że chce zobaczyć "Sen nocy letniej". Przyjąłem odmowę bez dramatyzowania, kosztowała mnie raptem jedną tabletkę ketonalu na noc. Sprawdziłem, czy ta relacja jest do utrzymania. Kiedy okazało się że nie, zapewniłem czas przejściowy z dala od siebie, samemu wyprowadzając się, zanim ona nie znajdzie innego mieszkania. A Salty? Zrzucała odpowiedzialność za relacje ze mną na Herbacianą: to Herbaciana miała za nią podjąć decyzję, czy została zaproszona na randkę, to do Herbacianej dzwoniła, kiedy mnie nie dosłyszała, to od Herbacianej wiedziałem, że jakiś żart ją irytował. A na finiszu wyśmiała ten list, w którym najczęściej powtarzającym się chyba słowem jest po prostu "przepraszam". Ta różnica wieku nie jest problemem, bo ja jestem za stary, to ona czasem zachowuje się jak dziecko.

Ja jej piszę, że nauczyła mnie czym jest dom, ona oburza się, że zauważyłem, że ma biust. It is soooooo perfect. Pewnie za dużo się na tym skupiam, ale może po miesiącach płaczu potrzebuję tego złudzenia typu "I won the brakup", co? Nie zabierajcie mi tego!

(Nic nie wygrałeś, ona po prostu nie daje latjącego faka.)

Czy to pomaga? Na chwilę. Ogólnie trwam w żałobie. Prawie nic nie ma smaku, zmuszam się do oddechu. Rozumiem w jakiś sposób jej perspektywę, bo wiem o niej jakieś rzeczy, których wcześniej jedynie się domyślałem. Nie napiszę tu o nich.

Jestem też jednak o wiele spokojniejszy, bo długo miałem w sobie jakieś poczucie, że zakochując się, zrobiłem jej jakąś krzywdę. Przestrzeliłem w tych domysłach. To nie umniejsza jej traumom, ale jednocześnie uświadamia, które słowa w jej komunikacji były ostro na wyrost. Nie zrobiłem jej krzywdy. Ani ona mnie, żeby nie było wątpliwości.

Jestem smutny, trochę też jestem rozczarowany, oprócz tego że rozbawiony. Żałoba przychodzi i odchodzi falami, w lepsze dni czasem przeszklą mi się na chwilę oczy, w gorsze potrafię płakać przez godzinę i myśleć o tych wszystkich małych gestach, które już się nie wydarzą. Nie będę jej chował soczewek z półki w łazience, żeby ich nie zachlapać, nie podstawię jej stołka na kubek z przy serialu, nie kupię dodatkowego rożka z jabłkiem na wszelki wypadek, gdyby miała trudniejszy poranek. Ona nie przygotuje dzbanka z herbatą, nie poczęstuje nadmiarem zupy, nie opowie na jaki koncert kupuje ciuchy ani nie będzie scrollować internetów w przerwach od ogarniania koreańskiej potrawy, kiedy wejdę do... już nie domu, bo bez niej to nie dom. Wrócę do mieszkania i minie jakiś czas, zanim jakoś znów poczuję się jak w domu.

Ale nie będę też już musiał przed nikim ukrywać łez, jak w te ostatnie noce marca, zanim zapukałem i powiedziałem ostatnie "bajo", kiedy chowałem się z płaczem na balkonie, żeby jej nie obudzić. Kiedy wystawiasz pod koniec marca stołek na balkon, zawijasz się na nim w koc i bezgłośnie wyjesz, i chlipiesz, i trzęsiesz się z emocji, a obok stoi obojętny, zimny, metalowy żuraw, nie zauważyłeś go wcześniej, a wszędzie wokół śpiewają obojętne ptaszory ciepłe i żywe, tak jakby złośliwie i wiosennie, jak w tych żartach, że śpiew ptaków oznacza głównie "ready to fuck", to uświadamiasz sobie, że jesteś sam i będziesz sam, i umrzesz sam, i nie ma w życiu żadnej innej prawdy oprócz samotności, i co to znaczy, że dziadek wytrzymał w świecie bez babci ledwie tydzień, jeździliśmy na pogrzeby oddalone od siebie o kilka dni, bo układasz w głowie te proste, brzydkie słowa do kobiety którą kochasz - potrzebuję żebyś od czerwca znalazła inne mieszkanie.

I wbijasz sobie gwoździkami do mózgu, że niezależnie od tego, ile jeszcze tam później będzie przeżywania emocji, jakkolwiek ona zareaguje, będzie bez znaczenia, bo godzisz się, wiesz, rozumiesz, decydujesz, że już nie potrafisz inaczej. Na dotychczasowej trasie masz przed sobą już jedynie pola z zazdrością. Są nie do przeskoczenia, jedynie możesz przestać grać w tę grę. It's for her safety and your sanity.

Zasługujemy na więcej, oboje.

Powiedziałem bratu, że mam sobie za złe, że nie umiałem z tego wyjść na zdrowy rozsądek, że przyjęcie "nichuja" do głowy nie jest równoznaczne z przyjęciem go do serca, mimo świadomości, że to może wymagać procesu. Za długo się to ciągnie. Odpowiedział, że to co robię, to jest właśnie działanie ze zdrowym rozsądkiem. Kiedyś też tak to zobaczę. I może że tam na balkonie nie miałem racji odnośnie samotności też?

Salty nawet Herbacianej opowiadała w te ostatnie dni, że jestem strasznie chory, bo mam okropny katar. Och, dziewczyno, mam złe wieści, te smarki miłosne miały Twoje imię. Ale pracuję nad tym, żeby może do czerwca przestać płakać.

Te łzy zaczynają być trochę jak niechciany żart, c'nie?

sobota, 4 kwietnia 2026

End. Sewerslvt.

Przepraszam.

Zasługujesz na więcej. To było best I could do tego ostatniego dnia marca. Chciałbym móc być facetem, który daje Ci wszystko na co zasługujesz, ale wiem że w Twoich oczach nigdy nie będę facetem od którego przyjęłabyś cokolwiek więcej niż kubek z głupawym nadrukiem. Wciąż pracuję nad tym, żeby to zaakceptować, bo pewne sprawy nieźle rozumie głowa, a w ogóle nie rozumie ich serce.

Przepraszam że Cię okłamałem. Samego siebie też, no ale nigdy nie wiesz naprawdę dopóki nie sprawdzisz i się nie przetestujesz. Sprawdziłem na dwa razy, czy pójdziesz ze mną na randkę. Tego pierwszego dnia byłem przekonany, że udajesz że nie rozumiesz zaproszenia, żeby mnie delikatnie spławić. Więc kolejny wieczór był festiwalem konfuzji.

Przepraszam, że ten list to będą czasem nawiązania do jakichś skrawków rozmów i sytuacji o których może już dawno zapomniałaś. Na pewno kilka razy powtórzyłem, że nie staję do walki w sprawach, o których wiem że mogę je przegrać. To nieprawda. Zaprosiłem na randkę kobietę, która nie tylko wzięła to za żart, ale wręcz na drugi dzień przyszła do mnie z pączkami, bo chyba nie mam przyjaciół. Czy facet może przegrać bardziej? Długo łudziłem się, że uda mi się zapanować nad emocjami, jakie budzi we mnie ta kobieta. Przecież bez najmniejszej wątpliwości powiedziała mi, że nic między nami nie będzie.

Przede wszystkim okłamałem Cię, że to zaproszenie na randkę to było tylko takie nieszczególnie zobowiązujące sprawdzanie zainteresowania. Nie było.

Przez kilka miesięcy uważnie i ostrożnie podchodziłem do granic, jakie czułem, że wyraźnie kreślisz w naszych kontaktach. Tak interpretowałem to powtórzone dwa tysiące sto trzydzieści siedem razy przy serialu “związki z dużą różnicą wieku to pedofilia” - jako coś do czego nie dopowiadasz głośno “więc trzymaj ręce przy sobie, nie pomyśl sobie za dużo”.

Kiedy usłyszałem to dostatecznie wiele razy, postanowiłem, że pewnie będziesz się czuła bezpiecznie, jeśli w ogóle nie będę Cię dotykał. Nieźle mi się udawało, myślę, choć na pewno byłbym szczęśliwszy, gdybym mógł odpowiadać zaczepnie, kiedy z okrzykiem “walcz ze mną!” wystawiasz przed siebie piąstki. Uwielbiam tę dziewczynę. Jestem przy niej szczęśliwy.

A później któregoś jesiennego dnia wyjechałaś. Zostałem w mieszkaniu sam i nagle dotarło do mnie, że tęsknię za Tobą jak Winchester młodszy za krwią demonicy.

Uwielbiam czas przy Tobie. Lubię Cię, podziwiam Cię, inspiruje mnie Twoja pogoda ducha i dystans do złośliwości życia. Powtarzasz czasem, że “niektóre rzeczy trzeba po prostu przetrwać”. Dawałem więc przez jakiś czas radę przetrwać, że za Tobą tęsknię. Za żartami o dziurach w mózgu. Za tym że czasem masz siłę się ze mną kłócić o bzdury a czasem po prostu mówisz “not today” i to też jest spoko. Za wspólnymi posiłkami i wzajemnym motywowaniem do pilnowania białka w jadłospisie. Za tym jak na każdym kroku tańczysz i śpiewasz, to cudowne. I za tym jak wyzywasz kota od głupoli.

Żartuję sobie czasem, że mam serce głupsze od tego kota, ale na serio to jednak myślę, że serce które czuje, to jednak jest całkiem mądre serce. Nawet jeśli wszystko kończy się tak niezręcznie.

Chciałbym móc leżeć z Tobą na podłodze, kiedy wracasz zmęczona po pracy. Chciałbym przynosić Ci kawę do łóżka. I płatki z bananem, byle nie przejrzałym.

Nie mogłaś tego wiedzieć, ale ja bardzo biorę do siebie, jak mi ktoś mówi “mógłbyś mi robić kawę”. To mogło być ważniejsze niż kiedy zaczęłaś mnie dotykać przy kocie po dłoniach. Chciałbym móc robić dla Ciebie kawę i chciałbym żebyś mnie dotykała. Nawet już za pierwszym razem myślałem, czy tak nie powiedzieć:

“Salty, czy Ty byś ze mną poszła na randkę? Nie? To pliz nie dotykaj mnie po dłoniach, bo it’s confusing as hell.”

Ale nie powiedziałem, bo chciałbym. Silly me.

Chciałbym mieć zgodę żeby Cię utulić i gładzić po włosach, kiedy mówisz że męczyłaś się w nocy, spałaś ze trzy godziny tylko i masz głupi mózg. Nie masz. Chciałbym mieć prawo przytrzymać Twoje ręce, kiedy spadasz ze stołka i pomagam Ci wstać z podłogi. Zostać dla Ciebie przystojnym kocurem i nauczyć się robić takie rzeczy, jakie się podobają.

Przepraszam za tę ucieczkę. Niestety, to była w pełni, z gorącą krwią, zaplanowana ucieczka.

Ja zimą nie robiłem się coraz bardziej chory. Ja od stycznia nie umiałem przestać płakać, a z czasem płakałem coraz więcej, zamiast coraz mniej. Na początku umiałem trzymać fason, kiedy byłaś w domu. Trochę wyjeżdżałem, trochę wyjeżdżałaś. I okazało się, że i tę walkę przegrywam. To nie serce mam głupsze od kota, to jednak głowa ze złudzeniami, że to możliwe - wycofać się z takich uczuć. Kiedy widziałem Cię ostatni raz, to też od razu za tymi niedomkniętymi drzwiami wyłem i jak pijak nie mogłem trafić w dziurkę od klucza przy zamykaniu mieszkania. Nawet się ucieszyłem, że jedyne pytanie jakie padło, to “od czerwca?”, bo na mocniej dociekliwe mógłbym nie umieć odpowiedzieć bez łez. Wybacz tę tanią melodramatyczność, ale prosząc Cię o wyprowadzkę, czułem jakbym sobie sam wycinał serce.

Ogólnie nie mam problemu z płaczem przy ludziach. A tym bardziej przy kobiecie, którą kocham. Ale też czuję, że kobieta która mnie odrzuciła nie powinna oglądać moich łez w swoim temacie.

Zażartowałem kiedyś, że ten kocyk-poduszkę daję jedynie ludziom, których nienawidzę, bo trzeba go później zwinąć. Powiedziałaś wtedy “teraz wiem co o mnie myślisz”. Pomyślałem, że gdzieś po drodze jednak przeleciało Ci przez dziury w mózgu, jak mówię, że jesteś mądra, albo supercute, albo że jestem z Ciebie dumny, albo że uważam że osoba którą zaprosisz do wspólnego życia będzie bardzo szczęśliwa.

Chciałbym być tak szczęśliwym mężczyzną, jak przy Tobie. Wymyślać jakieś wspólne szczęście, co robimy, jak do niego docieramy, z pracą, szkoleniami, wakacjami, prozą życia, ale również sprayowaniem choinki. To się nie wydarzy, dopóki nie przestanę za Tobą tęsknić. A tęsknię od jesieni i mimo jasno wyrażonego braku wzajemności tęsknię też całą zimę, próbując w tym wspólnym mieszkaniu znaleźć dystans, w jakim przestanę.

Ale kiedy przestaję na Ciebie patrzeć, okazuje się że wciąż Cię słyszę, a kiedy przestaję Cię słyszeć, pukasz do drzwi z pytaniem o kawę i później przychodzisz z troską i niepokojem, bo prawie mnie złapałaś na płaczu. A następnego dnia przynosisz rurkę z kremem. Jesteś przecudowna. Jesteś kochana. Skoro nie mogę być Twoim facetem, chciałbym przynajmniej być Twoim kotem.

Kiedy wspierałaś kuzynkę po jakimś dramatycznym rozstaniu, to rzuciłaś coś takiego, że “to tylko facet”. Ja tak nie potrafię. Salty to w mojej głowie kształty odrysowanych jak na miejscu zbrodni kawałków podłogi, na których leżałaś w kuchni i przedpokoju, słodki zapach smakowej herbaty lovare (czasem coś czuję! ale czy to naprawdę była herbata?), bałagan absurdalnie sexy poczochranych włosów z nałożoną odżywką, smak holenderskich wafli i klejących kluch z koreańskich potraw, niebezpieczny błysk w oczach, kiedy wyrzucasz mnie z pokoju, wibracje ciasno opiętego jeansami tyłka, kiedy walasz mi się po łóżku w zabawie z kotem, wspomnienie jakiejś niezręcznej erekcji, zanim jeszcze zacząłem tęsknić, przegrywana czasem walka z grawitacją biustu, który na poważnie zainteresował mnie dopiero, kiedy pokochałem dziury w mózgu - uwierz, że mają jeszcze większą siłę przyciągania (może są czarne?), więzisz tam pełno światła.

Dziękuję za te wieczory, jak z wpisu z pamiętnika. Były dla mnie warte każdej późniejszej łzy. Przepraszam za to smarkanie między łzami, domyślam się, że na maxa słabo się przy tym zasypia.

Myliłem się, myśląc, że poradzę sobie, mieszkając wspólnie.

Przepraszam.

TL;DR: zmieniasz mieszkanie żeby nie żyć pod jednym dachem z zazdrosnym dupkiem.

Baaajo.