Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2012

ba dum tss tss tss tss tss tss tss tss tss tss

1. Reakcja! (żeby nie za daleko)*

Nie mam pojęcia, dlaczego Kosmos Kosmos nazywa się właśnie tak, to może być cytat z czegokolwiek, a może być po prostu, a może jeszcze zostanie kiedyś cytatem. Na razie wtajemniczono mnie, że jest hipsterski, ale również wyjaśniono, że podczas mojej bytności hipsterów w okolicy nie było, więc pewnie powinienem sądzić po wystroju - kolorowych żarówkach i kosmicznych mackach. Specjalnie pytałem, czy w tym roku w ogóle jeszcze się o hipsterstwie mówi, dla mnie to nie są rzeczy oczywiste, ale podobno się mówi, więc ja też.

Do tego kosmosu^2 przyjechało 19 wiosen, zrobili spotkanie Kosmopolitanii, czyli że nie tylko koncert, ale też jakiś panel dyskusyjny, tak to wygląda w opisie zawsze, że będą dyskutowane dzieła i idee, jako stały niebywalec wydarzeń kulturalnych miałem o tym przesadne wyobrażenie, sprowadziło się do wywiadu z PDW, przy którym nie było słychać pytań. I wtedy znów przerwa, kiepski czas, bo poszedłem sam, jak zwykle na czas, czyli jak zwykle za wcześnie, czyli czułem się kiepsko, ale o tym dalej, przewińmy do wyjścia Street City Nomads, piszą, że acid electro i prosty punk, pewnie im się to zmieniło od początków działalności, na koncercie jednak przeważało pulsownie i tss, tss, mniej było kawałków jak Pojebane społeczeństwo, a więcej jak ten o lesie. Bardzo często mam tak, że zespoły bardziej podobają mi się koncertowo niż studyjnie, to też jest taki przypadek. W każdym razie wokale wypadają fajniej w niezbyt ciemnej (bo im światła nie zgasili przez pół koncertu) piwnicy.

Wiosny wyszły na scenę późno, o jedenastej dopiero (a ja muszę ściągnąć jedenaście z linka), więc stałem tam już w bardzo rozziewanym stanie. W ogóle byłem w kiepskim stanie, na szczęście tego wieczora nie męczył mnie katar, ale zmęczyła mnie praca, jak zwykle muszę napisać, że sam siebie zmęczyłem, ale cóż - coś tak w robocie (koncertowo!) zjebałem, w pracy, czyli to pewnie znaczy, że grono zainteresowanych osób jest szerokie, do tego pewnie zorientują się wcześniej, niż ja sam - tak było. W poniedziałek dopiero zapadną jakieś wyroki. Może przesadzam, z jednej strony honest mistake, a z drugiej będę rozmawiał z szefem, przy którym nie zdystansuję się językiem obcym. No i chodzi o to, że idąc na koncert czułem się obco, czekając na koncert czułem się jeszcze gorzej, w trakcie koncertu, który w tle miał planetę z pierścieniami, poczułem się odwrotnie niż z Tobą, Tobą, i Tobą, mogli sobie ludzie szaleć, mogła mi jedna (nie) taka (jak bym chciał) nachalnie wchodzić w kadr (co i tak jest ubzdurane), ale ja już byłem w trybie nie dotykaj mnie, i tak nie da się. Jesteśmy kosmosami i dzielą nas kosmosy. Inne rzeczy ubzdurane. Zero kontaktu. Kiedy później rozmawialiśmy o tekstach, nie potrafiłem tego powtórzyć, choć niby miałem jakieś refreny znać - nareszcie sam do końca.

I to się nie zmieniło od poprzedniego razu, przy premierze Pożegnania ze światem Marcin mówił, że żegnają się również z dotychczasową twórczością, ale nawet jeśli Tryp i 11 brzmią inaczej, albo Wiosny mniej delikatnie szarpią strunę, to wciąż chodzi o wejście w czarne, oślizgłe miejsce, napisałbym cuchnące, ale mam katar, więc do mnie samego to mniej przemawia i nie jest to konkurs epitetów, i o wyjście z niego trochę innym, naprzeciw cudzym kosmosom. I starać się mniej szorstko.

2. Przed koncertem uratował mnie telefon

Dziennik pokładowy, 17.02.2012, 20:31 - 21:40.
- O godzinę za wcześnie kosmos kosmos.
- Dobre są te fantazyjne kształty na ścianach - jakaś namiastka zajęcia.
- Wcale nie siedzi mi się tu łatwiej, kiedy schodzi się coraz więcej ludzi.
- No to super. Po pierwsze primo - skończył mi się sok. Po drugie primo - obok się jakaś para usadawia.
- Posiedzisz - nauczysz się mieć Angry Birds na telefonie. Albo chodzić na koncerty o godzinę później.
- Ciężko na piersi - panika.
- Zaczynam słyszeć jakieś bębny, to pewnie jeszcze chwilę, bo resztę nagłaśniali kiedy przyszedłem.
- Uchachana ekipa z łodzi - Widzew! Jebać Legię!
- Tłumione w ustach ziewnięcia.
- Nie wszystkie stłumione.
- Po wywiadzie z PDW. Kibel. Umiarkowanie czysty. Można by przeczekać?
- Typ niesie trzy browary, chwila refleksji, czy mnie nie zawadzi, ale jednak to fachowiec.
- Długa przerwa. Albo ja stoję w zbyt eksponowanym miejscu, dostaje sumę wszystkich minut. Chyba właśnie wszedł k.

3. Po koncercie nie poszliśmy do Planu C

A zanim gdziekolwiek poszliśmy, postaliśmy trochę na zimnie i miałem okazję wytłumaczyć, dlaczego po takim koncercie czuję się lepiej niż przed, czyli mniej więcej to, co napisałem na początku. Miałem okazję uścisnąć Marcinowi dłoń, kiedy zbierali się do samochodów, zaraz mieli jechać do Łodzi. Oswoiłem się z towarzystwem, znalazłem jakieś styczne orbity do rozmowy, anarchiści snuli plany, w Planie B zapytali mnie, co sądzę o miejscu, to znów kwestia hipsterstwa, bo anarchiści hipsterscy nie są, może trochę przesadzają, bo kiedy powiedziałem mu, że ma fajną koszulkę, taką z wiosnami, to się ucieszył i mówił, że ma bandamę na szyi, żeby druga koszulka spod spodu nie wystawała, choć okej, na co dzień też ją nosi. Odpowiedziałem, że ciężko mi się wypowiadać o miejscu, w którym spędziłem raptem dziesięć minut, fakt, pierwsze wrażenie było fatalne, ale wcale nie przez mniej anarchistycznych ludzi ubranych ładniej niż ja, tylko przez ten sufit nad schodami, który sprawiał wrażenie atakujące nawet kogoś mojego nieokazałego wzrostu.

Porozmawiałem z filmoznawczynią, nie wiadomo skąd wziął mi się w tej rozmowie Hesse (bo na pewno nie padło tam dosłownie tylko dla obłąkanych, co innego mi się skojarzyło), do tego obiecałem obejrzeć reżyserską wersję Blade Runnera, i uciekłem po trzeciej dopiero, głównie przez wzgląd na sobotnią misję, chyba też mogę napisać, że kosmiczną, bo wpuszczałem dzieciaki do CNK.

Dla równowagi od tej całej kultury całe sobotnie popołudnie spędziłem oglądając hollywoodzkich X-Menów, cztery filmy, tylko Wolverine'a nie udało się nigdzie dorwać.

*Na wypadek cytowania.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poprasówka, prawie jak stanowisko

Staram się z dystansu patrzeć na aktualne zawirowania wokół ACTA, przecież żadna ze stron nie uznałaby mnie niewinnym, bo już w życiu sporo się naściągałem, ale oprócz tego coś tam też kupiłem, na ogół pewnie nabijając kabzę jakiemuś korpo potworowi czy czemuś takiemu. Czytam wypowiedzi, Żakowski stara się odrabiać punkty u internautów (dobrze kojarzę, że gdzieś tam stracił? ja zapomniałem, ale internet na pewno pamięta), WO jedzie Żakowskiego, a dalej to już zupełnie bez nazwisk, w sumie dobrze, bo w internecie przecież się to dzieje, ja nawet (nielegalnie!) nie mam teraz nazwiska na fejsie, choć gdzieś tam ma je zapisane na pewno. I dopiero wczoraj pomyślałem, coś chyba niewesołego to jest, co trudno będzie z poniższych notatek (nie zobaczycie ich) złożyć w logiczną całość, tym bardziej, że, jak to w internecie, wciąż dochodzą nowe wątki, chociażby dziś tematycznym manifestem dzieli się Czerski, uwzględniony w planie i bez tego, a teraz muszę przez niego zapobiegawczo powiedzieć, że wydawało mi się, że kolejne generacje nic istniały tylko na papierze już wczoraj. W końcu miałem się tym pochwalić.

Planowe notki blogowe, tfu, to chyba te najgorsze.

Zacznijmy od fejsa, na którym dla odmiany od kolejnych demotywatorów i kwejków, prawdziwą furorę robił ostatnio pudelek. Też ważna strona, kiedy prawie cztery i pół roku temu zaczynaliśmy pracę, była w zespole osoba odpowiedzialna za pudelkową prasówkę, oraz osoba, która przechwytywała wszystkie informacje o Kim z rodziny, do pewnego momentu, prawniczej. Ów pudel również zajął stanowisko, wyszło mu to lepiej niż choćby Palikotowi, wiecie, że ja normalnie z pudelka nie wrzucam, ale teraz wrzucę, a kiedy teksty z pudla namiętnie zaczyna przeklejać intelektualna przyszłość narodu, po równo studenci kulturoznawstwa, języków i politechnik, to sygnał jest jasny - coś się dzieje. Kij w mrowisko włożył w tekście Z Pudelkiem na barykady Paweł Wroński, pudel nie pozostał dłużny, a dalej to już spirala nienawiści - kto ma z kim powiązania, kto zarabia na plikach, wasza spółka straci, blablablabla. Nie doczekałem się niestety kolejnego komentarza pudla, a szkoda, to chyba Varga domagał się w jakimś niedawnym felietonie polemik, tu miałem istne Celebrity Deathmach.

Również na fejsie toczyła się krótka dyskusja o komentarzach pod serwisami GW, tam akurat chodziło o oskarowe nominacje i powszechny antysemityzm, zamiast wypowiedzi o filmie, ale mnie wydawało się, że to ogólna przypadłość serwisów portalowych. Po komentarze na poziomie chodzi się na strony i fora tematyczne, te na onecie czy pod serwisami agory odpala się dla beki (a może jest taka strona na fejsie?). Tym bardziej zaskoczyły mnie komentarze pod wspomnianą wyżej wojną - z których większość jest po prostu uczciwym komentarzem, bez wycieczek osobistych, ludzie tłumaczą, przyklaskują pudlowi, bo przecież tak właśnie jest - większość pieniędzy na kulturę nie ma. Oczywiście pojawiają się też hasła ogólnie pozostające w cieniu złodziejstwa - patenty, tańsze zamienniki i leki, albo niejawne ustalenia - ale przecież nie o tym pisał pudel i nie o to toczy się spór. Spór toczy się o to, co od dekady powtarzają różni ludzie, ale do tej pory dyskusje się rozładowywały. Nie pamiętam tej o Generacji Nic Wandachowicza, chyba zaczynałem wtedy liceum, brak zainteresowania światem, nie wiedziałem, że coś się dzieje. Żulczyk wspominał o pokoleniu 1200 brutto (patrzyłem na wskaźniki inflacji, dziś to powinno być 1400), kiedy już liceum kończyłem, też to przegapiłem, czyli bardzo słusznie z dziennikarskich zapędów nic nie wyszło.

Ostatnio zapamiętałem hiszpańskie indignados, czytałem o umowach śmieciowych, chwilowo mnie to nie dotyczy, ale boję się. To nie jest oczywiste, jak bardzo się boję, trzeba zajrzeć we wspominane ostatnio tabelki w excelu, które przypominają, że nie chcemy się wpierdolić w kredyt na całe życie. Kosztem kultury przede wszystkim pewnie. Od lat nie słucham Głaza, że powinienem się trochę bardziej i trochę częściej bawić. Zgodziłem się być zakładnikiem tych tabelek - w końcu mam ten fart, może nie aż taki, jak Smoczy i Bazyl z mieszkaniami, ale jednak jest szansa, że nie zawsze tak będę, może ledwie przez pół życia.

Jeśli cokolwiek może mi się w tych sprawach podobać, to daty, znowu luty i znowu spada na głowę nierozumiem.

O tych pokoleniach, które Czerski usiłował liczyć - ja byłem wtedy na Jana Pawła II, kiedy palili tysiące zniczy, Wielki Elektronik nas wyciągnął. Ale nikt z nas nie szukał pojednań, nikt nie mówił o pojednaniach, może nie wiedzieliśmy, że są jakieś pojednania, w końcu ja się nie interesowałem światem, nikt z nas na to nie wpadł. Wręcz najwięcej dowiedziałem się o nich właśnie z książki Czerskiego, ale to już było rok później. Zanotowałem wczoraj - media same to wymyślały. Chciały widzieć coś, czego nie było. A teraz znów widać, może nawet bardziej, skoro skacze spora część Europy. Fantastyczny tłum, mógłbym być częścią takiego tłumu. Kiedy Cytat z Cyganem mówią o meczach, to bardzo ważna jest oprawa. Wspólna sprawa. Wiesz, że lubię Róże Europy, nawet znalazłem się kiedyś w niezręcznej sytuacji z PDW, to chyba jedyna sytuacja z PDW, proponował wódkę w temacie, przecież ja nie piję, trochę boję się, że może mnie pamiętać. Właśnie u nich to czułem, właśnie to mi się podobało, że tam wszędzie jesteśmy my, mamy dla was kamienie, jesteśmy rock'n'rollowcami, jestem pewien, że Ty i Ty, i Ty.

Tylko wiecie, boję się. To w ogóle nie jest głębokie, mam to pod samą skórą. Może dlatego trzymam dystans. Nie wierzę Wam. Nie ufam. Podobają mi się te teksty o tworzeniu nowego, no bo tak jest, internet wywrócił świat, dlaczego godzić się na okopywanie biznesowych modeli. Pewnie dzisiaj kupię płytę Gettokosmos, pewnie nawet za trochę więcej niż wołane prosto do artystów pięć złotych. Ale nie mogę odpędzić tej myśli, że wyszliśmy na ulice, czego nie zrobiła Generacja Nic, ani inne pokolenia, o których nie przeczytałem, wcale nie za wolność naszą i waszą. Mam wrażenie, że wyszliśmy, bo zabierają nam igrzyska. To jedno, co pokolenie tysiąc dwieście brutto miało poza chlebem - megaupload i seriale, wszystkie te fantastyczne, naprawdę fantastyczne amerykańskie seriale, przy których zapomina się, jak trudno się realizować, jak trudno wierzyć w marzenia, kiedy tysiąc dwieście brutto i mieszkania budowane wcale nie tańsze - po prostu coraz mniejsze. O wiele bardziej podoba mi się manifest Czerskiego, ale jednak mam wrażenie, że wyszliśmy na ulice głównie dlatego, że w konsekwencji mogą nas odpiąć od Matrixa. Nie lubię tego.

Tak, nie mogę się zdecydować, czy wyszliście, czy wyszliśmy.

piątek, 17 września 2010

Nie dość mądry na niebo

Mały spoiler na początek - wpis nie bez powodu opatrzony jest etykietą egzaltacja. Nie żeby była taka kapela, może też jest. Ja po prostu, lojalnie - ostrzegam. Może da się przestawić etykiety ponad wpis i nawet być w ten sposób jakoś oryginalnym, oraz oszczędzić sobie ostrzegania na przyszłość?

W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.

Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.

Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.

Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.

Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.

Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.

On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.

W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.

- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.

Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.

Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.

Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.

Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.

Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.

niedziela, 5 września 2010

Zwoje Lotu Ikara

Morrowind, jak to jest bez sensu, jeszcze głupiej, niż ponowne przechodzenie Final Fantasy VII. Cisnę w niego od 2005, czyli to i tak było późno po premierze, wkręcił mi go znajomy w sytuacji zagrożenia życia. Jechaliśmy windą do Bazyla, na szóste piętro, podróż się dłużyła, aż w końcu winda się zacięła. To typ windy, która ma takie sunące drzwi w kabinie, a nie otwierane do zewnątrz w klatce schodowej, więc niewiele widać. Trochę pokrzyczeliśmy, ktoś przyszedł, poprosiliśmy o wezwanie pomocy i odwiedzenie numeru bazylego, żeby się nami za bardzo nie przejmował. Usiedliśmy, dowcipkowaliśmy sobie o spadaniu, albo wychodzeniu na zewnątrz i dopiero spadaniu, że same nogi spadają, w każdym filmie tak. No i o Morrowindzie, z którego do tej pory nie wyrosłem, podczas gdy mistrz mój i nauczyciel, zwany podówczas Mrocznym Krzysiem wyrósł i teraz dodatkowo wyrasta na architekta.

Kiedy pojawił się wytatuowany pan od serwisu, okazało się, że jesteśmy zacięci pomiędzy dziewiątym i dziesiątym. Patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy mieli ochotę zwrócić ochoczo opowiadane żarty, uściskiem prawicy dziękowaliśmy za ratunek, wyglądał na nieprzyzwyczajonego do tego. I teraz sobie wkręcam, że ta trauma mnie do gry przywiązała, więc mogę wbijać poziomy aż do odkrycia całej mapy, czego pewnie i tak nie zrobię kolejnymi piętnastoma bliźniaczymi postaciami, które coraz mniej są odgrywaniem jakiejkolwiek roli.

To był wstęp przesiewowy, żeby przygotować na jeszcze gorsze rzeczy, tzn. rzeczy gorsze nawet, niż nieoglądanie Pulp Fiction. No co, takim zawsze towarzyski, że obejrzałem dopiero w 2008. A jak się śmiali ze mnie! Cytat i inni (którzy zdaje się są teraz jeszcze bardziej do przodu), a wtedy mogli bezkarnie robić Łe, nie oglądał "Pulp Fiction" oraz takich to mi nie żal.

Swoją drogą - weź tu wypracuj jakiś model, jakiś schemat dla cytatów i tytułów, zacząłem je pisać kursywą, bo ładnie to wyglądało w książce (prawdopodobnie nie bez znaczenia jest również fakt, że wyszukiwarki mogą bardziej na te frazy zwracać uwagę - mam jakieś wejścia odnośnie książki o Juliuszu, znaczy, tfu, Julianie Seratowiczu), ale nie spodziewałem się sytuacji, że tytuł będzie w cytacie. Jakie to jest ładne, skoro to właśnie Cytat mnie najbardziej z tego powodu wyśmiewał. Dwa lata później udaje mu się nieświadomie rozbić moją gardę na blogu. Mistrz. Oczywiście wcale nie musiałem tam wstawiać cudzysłowu, uniknąłbym zagonienia się w akademickie rozważania.

Chodzi o to, jak bardzo ładny był wczorajszy dzień. Wyszedłem na rower, chciałem chwycić jak najwięcej tego słońca. Wyszedłem zupełnie luźno, żeby kupić coś na mieście, w przedpokoju zawracałem po kłódkę. Pierwsza przecznica, może Bazyl by pojechał ze mną, nie pojechał - ma sprawy. Czwarty kilometr, osiedle Smoczego, ale on na wyjeździe, a do tego jak go znam, to jeszcze nie zmienił dętki z tyłu. Spod Grota dzwonię do Głaza, on tam trochę dalej z drugiej strony mieszka, pewnie by się ogarnął. Mówi, że by się ogarnął, gdyby tylko był w Warszawie. Nawet nie dzwoniłem do Cytata, mówił o egzaminach i nauce do nich, ja ostatni będę w tym temacie wodził na pokuszenie. W Trafficu nie mieli tej płyty, a w każdym razie nie mieli nikogo przy stoliku informacyjnym. Zaletą Traffica jest stojak na rowery już za drzwiami i fakt, że pan strażnik uważnie przyglada się wszystkim, którzy przy rowerach majstrują. W drugim sklepie dopiero udało mi się kupić i nawet rower na mnie czekał, choć mam wrażenie, że ktoś majstrował przy zapięciu. Mam wrażenie, że taki typek w adipaski, z daszkiem i fajkiem, który stał całkiem blisko, kiedy rower zapinałem, ale już nigdzie go nie było widać, kiedy odpinałem. Bo ja po tych ludzi dzwoniłem po drodze bardzo interesownie, żeby pod przykrywką sobotniej przejażdżki znaleźć kogoś, kto roweru upilnuje. Cieszę się oczywiście bardzo, że nie zniknął, ale jednocześnie łapię taką paranoję, żeby zostawiać rower w garażu pod pracą i jeździć po centrum komunikacją. Albo zamawiać wszystko z internetu, nie tak na ostatnią chwilę. Byłyby piękne, planowe zakupy, żadnych dodatkowych książek Marqueza - spełnione założenia budżetowe.

Dojechałem do domu i już jesteśmy w domu, to znaczy na miejscu, to znaczy przy tej najstraszniejszej, najładniejszej rzeczy, która przecież przebija nieznajomość Pulp Fiction. Jest to nieznajomość Sigur Rós.

Dobrze widzisz, aż wytłuściłem. Wpadłem na pomysł, żeby tak sobie zaznaczać również nazwy zespołów, jakoś wyróżniać, a w każdym razie wtedy, kiedy jest jasno mowa o jakimś zespole. Bo nie zawsze jest jasno, Herbacianej objawiłem kiedyś pierwszą zasadę współczesnego blogowania - jeżeli nie rozumiesz, o co chodzi, prawdopodobnie jest o tym piosenka. Do tego muszę zacząć opisywać chmurką odnośniki, bo odnośnik jest najmniej trwałym elementem internetu, a z chmurki wiadomo, do czego prowadził. Ale to tyle ze spraw technicznych, wróćmy do Islandczyków, którym wytłuszczenie należy się przecież niezależnie od wszystkiego.

O Sigur Rós przeczytałem na forum, a więc też z pięc lat temu, wszystko robiłem pięć lat temu, kiedy moderatorzy mniej dokręcali śrubę i każde forum, niezależnie od dziedziny, szybko wypruwało się z tematu i stawało się miejscem od wszystkiego. Dorwałem się do ich strony internetowej i łzawiłem przy Starálfur. Fajne. Wrzuciłem na odtwarzacz nawet, kiedy już miałem odtwarzacz i kilka miesięcy później dobrała się do niego Uszata, dzięki czemu dowiedziałem się, że to jedyna wartościowa rzecz w nim, a nie jakieś bzdety, jak na pewno również tam obecne Róże Europy i Smashing Pumpkins.

Wróciłem z roweru i przerzucałem katalogi muzyczne, żeby może grało coś innego, niż namiętnie eksploatowane ostatnio Kobiety. Taki poszukiwacz mi się załączył, żeby przegrzebać rozkradzione pliki - od kiedy pracuję mniej kradnę, trochę (troszeczkę, pamiętaj o założeniach budżetowych) kupuję, ale jeszcze ukradzionych nie skasowałem. No i tak trafiłem, że grają od wczoraj. Nic się z tego nie rozumie, bo język ichni, tytuły trzeba kopiować z internetu, żeby się kreseczki zgadzały. Czytałem kilka lat temu właśnie o Starálfur, o elfie i chłopcu, tak kojarzę, bajka. Dzisiaj wskoczyło Viðrar vel til loftárása, nie mam pojęcia, jak to na głos przeczytać, i nie miałem pojęcia, skąd brzmi tak znajomo. Może w jakimś filmie było, albo co? Kombinuję, pytam brata, czy nie kojarzy skądś, wtem olśnienie - a może było wśród tych kawałków, które mieli na stronie wtedy, dawno temu? Znalazłem stronę, już tu wcześniej zalinkowałem, wygląda prawie tak samo, jak wyglądała wtedy i piosenki też te same udostępnione.

O zespole rozmawiałem z jedną dziewczyną przez internet, oczywiście też ich uwielbiała, a dziewczyna, z którą rozmawiałem trochę mniej, ustawiała z nimi opisy. Czyli wszystko na swoim miejscu. W tym komiksie pojawiało się kilka zespołów, do których docierałem później, największą miałem frajdę z dostrzeżonego na plakacie Mogwai. Pisałem już, że udało mi się nie przegapić ich koncertu na Offie, dwa lata temu, za to nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce w Warszawie występują Sigur Rós. Szkoda, bo na tyle są mocni, że piszę sobie tutaj, zamiast grać w Morro.

Jeszcze wszystko przede mną.

piątek, 9 kwietnia 2010

Gdzieś pomiędzy co będzie dalej i co mam powiedzieć, a może i dziesięć lat później

Jest to bardzo nieokreślone miejsce. Może to być miejsce na połowie czasu, wieczne zielone drzewo życia i wcale nie chodzi tu o marihuanę, która liczy się tylko, ale nic o niej nie wiem. Wiesz, że są różne marihuany, a przez chwilę znałem kiedyś jedną Maryśkę. Rit de passage, chwaliłem się już kiedyś, że pamiętam coś z pierwszych studiów? W książkach potrafią to, autorzy, słabo rozumieć i w tych o smokach serwują rosnące w ułamku sekundy w duszach nieprzebrane pokłady magicznych mocy. Toż to nawet Toriyama, kiedy Goku usiłował zdobyć świętą wodę, wytłumaczył mu po trzech dniach, że sama woda nie ma nic do rzeczy. Bardziej dni.

Weź sobie dwie piosenki i zacznij nimi żonglować jak trzema piłeczkami. To jest właśnie takie uczucie jak ze snu, kiedy rzeczy niewykonalne w innych miejscach, dzieją się bardzo naturalnie i bardzo prawdziwie.

Przeczytałem, że fake book oznacza jakby śpiewnik z nutami, chwytami. Pewnie w czasach internetu nie ma ich za wiele. Jest jakiś facebook, który, mam często wrażenie, powinien nazywać się właśnie tak. Już nawet nie wiadomo, czy wysłać gdzieś mejla, czy jest jakaś różnica między tymi skrzynkami, albo czy ktokolwiek ma ochotę być zaskoczonym mejlem. Jakiego ktokolwiek ma mejla. Tak naprawdę udały mi się w życiu jedno albo dwa zaskoczenia. I dostałem jeden wyraźny sygnał, że na czytanie moich mejli nie ma czasu. No dobra, toniebędępisałdocięsioooorb. Nie lubię tego.

Mam swoje trzy dni na zmartwychwstanie, reinkarnację, dopełnienie cyklu, cokolwiek. Pewnie tak naprawdę nie mam, ale mam swoją mitologię w głowie i pewne rzeczy po prostu mają znaczenie. Za pięć lat mogą mieć inne, albo nie mieć wcale, ale na razie, cokolwiek mi nie powtarzać - mają. Są takie chwile, że nawet najrozsądniejsi ludzie potrafią powiedzieć jedynie - Nie myśl o tym. Nie przejmuj się tym.
Pewnie kiedyś się komuś udało. Tymczasem mnie skończył się piąty zeszyt. Wiem już, że zeszyty trzeba starannie wybierać, bo jeden się obraził z okładką, kiedy połowa kartek czekała jeszcze na zapisanie. Może dziś jakiś znajdę. Szczęśliwie dla portfela czytam jeszcze drugiego Murakamiego, to niby ostatnia z kupionych, ale mam też jedną pożyczoną książkę w planie. Czyli ominę dziś wszystkie księgarnie. Swoją drogą - jak na Murakamiego ma zaskakująco zwarty tekst i małe marginesy.

Nie umiem zaczepiać ludzi na ulicy. Czasem sam jestem zaczepiany przez widma przeszłości, idę sobie pod Galerią Centrum i widzę gościa, który się szczerzy, obaj mówimy sobie cześć. Zaczyna opowiadać coś o turniejach karcianych, a ja nie mam pojęcia, skąd się znamy, szczególnie, że nigdy się karciankami nie interesowałem. Przypominam sobie kilka dni później, że typ był w równoległej klasie. Za to sam, no, nie mam pojęcia, czy widzę kogoś znajomego, czy nie. I nie ryzykuję sprawdzenia, teraz już nawet nie ryzykuję kontrolnej wiadomości na fejsie, bo kiedyś dostałem na pytanie hej, byłaś tam i tam odpowiedź nie. Więc jeśli byłeś wczoraj na ścieżce przy skrzyżowaniu Batorego z Niepodległości i ruszyłeś dalej w stronę Stodoły, to nie przybiliśmy piątki.

Mam swoje trzy dni, które nie do końca wiadomo, jak dokładnie liczyć, od kiedy do kiedy, które dokładnie dni, jeśli wziąć pod uwagę lata przestępne. Podobno mniej więcej tyle zostało, mniej niż siedemdziesiąt dwie godziny. Mam w jednym miejscu pozbawiony metafory pomysł na walkę z duchami, które najsilniejsze są o północy. To fajne, że wszystkiemu nadaliśmy w dobowym cyklu najsilniejsze momenty. Pomysł polegał na wysłaniu do akcji zastępu pogromców, którzy pominęli podstawowy krok wszystkich zorganizowanych akcji. Nie zsynchronizowali zegarków. Do tego im mniej spójnie ich zegarki wskazują godzinę, tym lepiej, a najfajniej, jeśli ktoś nałożył jeden z zapomnianą zmianą czasu na letni. I wtedy cała siła potwora rozmyje się w niepewnym czasie.

Już dziś zacznie się taka sobota, w którą nie mam zamiaru wywracać się na lewo. Nie wiem, może posłucham sobie młodszego Corgana.

środa, 31 marca 2010

Ostatnio sprawdziłem, że pavement to jakiś chodnik czy deptak, kiedyś sprawdzę, jak to brzmi

Słuchaj, wiemy przecież, że straszny ze mnie maruda. Tak ogólnie, więc pewnie nie do końca wierzysz w tę słabość przy porannym wstawaniu z łóżka. Może ja sam ją sobie jakoś mitologizuję, jest w ogóle takie słowo? I ciężko mi teraz, po latach, odczarować. Dzisiejszego poranka też nie odczarowałem, choć przyznam szczerze - było znośnie. Od kilku dni staram się czytać rano w autobusie i metrze, do czego nie mogłem się zmobilizować przez większą część ciemnej zimy. Mam dzięki temu za sobą Aurelianów (choć skończyłem wczoraj w domu, no ale autobus pomógł) i mogę starać się zrozumieć ten jakby oksymoron - realizm magiczny.

Ile pamiętasz mądrych słów z języka polskiego? Oksymoron pojawił się w moim podręczniku gdzieś przy okazji Młodej Polski, nie wiem, może chodziło o poezję Tetmajera? Korab-Brzozowskiego, Kasprowicza? Tam była chyba strona o Tatrach również, więc może ten ostatni. Ilu pamiętasz poetów okresu Młodej Polski? Czy w ogóle pamiętasz coś ze szkoły i czy nie masz wrażenia, że może jednak powinieneś, albo że po prostu byłoby fajnie? Wiedzieć na pewno, kiedy pisze się byłoby, a kiedy było by. Ilu w ogóle znasz poetów, tylko nie liczą się śpiewający, albo posiadający w internecie blogi. No dobra, nie musisz się interesować poezją. Niczego nie musisz, nawet nie musisz sam umieć ocenić, czy coś na miano poezji zasługuje.

Znasz to o prześlizgiwaniu się po powierzchni zjawisk?

Słuchaj, teraz będzie jeszcze bardziej nudno, przestanę kombinować o wynoszeniu czegokolwiek ze szkół, niech to sobie robi dajmy na to Masłowska, choć być może za dużo ma na to już lat. Teraz wrócę do dnia dzisiejszego, ale przewinę dzień roboczy, kiedy wołano mnie do okna, bo przechodziła moja aktualna, nieosiągalna Pani Wiosna z jakiegoś bardziej biznesowego piętra. Mogę się krótko zastanowić nad słusznością myślenia o komunikacyjnym czytelnictwie, takiego, jakie prezentuje aktualnie poznawany bohater Murakamiego (oni i tak wszyscy tacy sami, powieści i dżezmeni), to jest - czy ma rację w dzieleniu książek na książki prawdziwe i czytadła do tłoku w metrze. No bo ja przecież dałem radę Marquezowi i w metrze, wcale nie czuję, żebym na tym stracił, zresztą w domu najczęściej chyba czytam leżąc na brzuchu, głowa wystaje znad łóżka tylko i książka na podłodze. A ferajna Murakamiego pewnie czyta w jakichś wygodnych fotelach, jakoś na pewno walczą, żeby w tych japońskich klitkach wygospodarować dedykowane miejsce na fotel i lampę przy nim. Przewinę nawet powrót, bo znowu jechałem z Rozdroża, jak to może wyglądać, jak zwykle, siadam na krawężniku, cieszę się, że ścieżka nie idzie od razu przy nim, więc nikt mnie nie rozjeżdża. Najbardziej i tak lubię jeździć stamtąd o jakiejś godzinie wieczornej, kiedy świecą zawsze ulubione pomarańcze. Zjadłem ostatnio pomarańczę, myślę, że to była pierwsza w życiu. Da się przeżyć tyle lat bez pomarańczy? Chyba się da, ja jestem konsekwentny w bzdurach, kiedyś w dzieciństwie uznałem, że z pomarańczy tylko sok i tej też bym pewnie nie zjadł, gdybym tylko nie zapomniał o śniadaniu.

Przewinę do takiej właśnie godziny wieczornej, o której w innych częściach miasta świecą już pomarańcze. Niestety, u mnie na osiedlu ktoś zdecydował się na te drugie, w kowbojskiej czapce. Tak mi się wydaje, dawno na nie nie patrzyłem. I tak, jasne, wiem, że gdybym pomarańcze znał z osiedla, to w krytycznym momencie pisania esemesa (a fe!) w ogóle bym o nich nie pomyślał. To też było dwa lata temu, ale pewnie będzie z tego pizza, więc jakiś zysk jest.

Trochę czytam te książki w komunikacji, żeby zapomnieć o braku hartu ducha na rower. Do pracy znaczy się, gdybym tylko miał rower po pracy, to bym bez problemu jechał. Ale spróbuj przekonać mnie do czegokolwiek ambitnego przez pierwszą godzinę po przebudzeniu. Nie da się. I nie wiem, dlaczego dwa lata temu mogło to mieć więcej sensu, kiedy sam siebie przekonywałem. Ale dzisiaj, kiedy wróciłem do domu, po tym jak uciekłem od jakiegoś jasnowłosego obiektu, który nie wiem, co czytał na miejscu obok, dzisiaj poszedłem na rower. Odczarowuję w tym roku bzdurę długich wypadów, odczarowuję pomysł, że dziesięć minut przygotowań do wyjścia powinno owocować przynajmniej godziną podróży, skąd to się w ogóle wzięło? Pół godziny też jest okej, przecież wiesz, że wcale nie trzeba dnia rozciągać do czterdziestu ośmiu godzin, że wystarczy bardziej być w drodze i czas będzie szeroki nawet w pięciu godzinach po pracy, czterech od wejścia do domu, trzech jeśli odciąć kuchnię i prysznic, dwóch pomijając gapienie się w sufit, wchodzenie na pocztę, fejsa, wiadomości, zupę i nieaktualizowane blogi.

Okej, trochę ściemniam, nie mam jeszcze ani formy, ani nie przeczyściłem, nie nasmarowałem i nie zająłem się rowerem jak należy po zimie. Więc trochę jest jakby nieprzygotowany do większych wypadów.

Pojechałem ścieżką przy Strumykowej, złą stroną ronda, za pętlą przepuszczałem autobus, który za chwilę dogoniłem na przystanku, kiedy drugi mijał go powoli z naprzeciwka, na wąskiej drodze. Skręciłem w lewo, a za chwilę w prawo, do wału, przez lasek, który kiedyś wydawał się dzikimi ostępami i można było w okolicy spotkać sarny, a teraz ma po dwóch stronach płoty i nawet wał jest bardziej cywilizowany, bo położyli na nim chodnik. Jadę chodnikiem na południe, dziękuję spacerowiczom za przepuszczenie, oraz zastanawiam się, skąd właściwie płynie ten prom. Kiedy chodnik się kończy, mijam już tylko biegaczy, spacerowiczom się nie uśmiecha, zrobili się jacyś wygodni. Kiedy chodnik się kończy, to nagle słyszę zewsząd śpiew ptaków. Po lewej, zaraz pod wałem mam ten sam płot, po prawej takie same drzewa, ale w głowie realizm magiczny, który na chodniku był nie do końca jeszcze uświadomiony, bardziej przed chodnikiem, na nowej ścieżce przez swobodnie dostępny już ostęp. Mam z tego frajdę, bo wiem przecież, że najdalej po tygodniu przestanę na nie zwracać uwagę, chyba że o poranku, o piątej, jadąc rowerem przez Choszczówkę, ale to się już nie może zdarzać, tak samo jak codzienne, wielogodzinne wypady gdziekolwiek.

Myślałeś kiedyś, że to bezcelowe napinanie niczym się właściwie nie różni od bezcelowego przerzucania kanałów na kanapie, z ręką za poluzowanym paskiem? Tyle, że się spocisz, ale amerykańscy naukowcy donoszą, że więcej niż pół godziny wysiłku dziennie szkodzi!

Jeszcze większą frajdę mam po zjeździe z wału, bo zamiast ptaków słyszę "Gangsta Paradise" przemieszane z chyba jakąś Lady Gagą. Myślę, że to zabawne, nie wiedzieć, czy to na pewno Lady Gaga, ale wiedzieć, jak takowa mniej więcej wygląda, za to nie mieć pojęcia, jak może teraz wyglądać dajmy na to Piotr Klatt (to chyba lepiej nawet, teraz), albo jak kiedykolwiek wyglądał Joe Strummer, albo Ian Curtis, albo - olaboga! - Bob Marley. Jeśli kiedykolwiek przegrałeś od kumpla katalog "Wujek Bob", możesz być pewien, że kiedyś będzie Ci śpiewał przez cały weekend, nawet jeśli by to miało być (no proszę!) dwa lata później. Dobra, ale skąd taki muzyczny koktajl? Właśnie wyjechałeś na objazdowe wesołe miasteczko, ma wszystkie atrakcje, które pamiętasz z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy rozkładało się w dzikim polu na Gocławiu (teraz stoi tam blok oczywiście). Może to nawet to samo, wtedy wszystkie atrakcje były trzy razy większe, ale przecież miałeś dwa razy niższą perspektywę. I każda atrakcja ma swój podkład dźwiękowy. Wtedy na czasie była "Lambada", ale nie wiem, czy grali ją w miasteczkach.

wtorek, 9 lutego 2010

Wschód słońca to zachód pytań

Kojarzy mi się to melancholijnie, więc pasuje do refleksji o smokach. Cała fajność smoków polega na tym, że trochę są półbogami. Te smoki bajkowe nie robiły takiego wrażenia, i tak wiadomo, że czarno biały rycerz na czarno białym koniu takiego zaciuka, więc czego się bać. Już bardziej bałem się przebierańców ze "Scooby Doo", dzisiaj go nie znoszę, a wtedy miałem jednego świecącego potwora w głowie, który czasem zaglądał do mnie w nocy przez okno. Lubiłem Scrabby'ego, jego nie znoszę jeszcze bardziej niż wujka.

Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.

Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.

Nie, to wcale nie musi być takie jasne.

W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.

Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.

Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.

Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.

Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.

Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.

Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.

Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).

Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.

Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.

Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.

Dzięki!

środa, 3 lutego 2010

List o Bogu, do Boga i do Ciebie też

Spotkałem wczoraj Boga. W autobusie. Raczej niespodziewane to było spotkanie.

Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.

Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.

Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.

Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.

Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.

Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.

Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.

Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.

Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!

Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Ty też jesteś Bogiem,
Tylko wyobraź to sobie!