Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

czwartek, 2 września 2010

Jakieś piosenki też, ale już nie Gloria Estefan

Jak to składać teraz, trzy nudne dni, że chciałoby się wszystko na raz. W poniedziałek na pewno jeszcze aż tak nie padało, bardzo ładnie zorganizowany dzień, zakupy, bułki na kanapki do pracy przez cały tydzień, gotowanie i na rower. Zapomniałem kupić salami, przez co moje rachunki żywieniowe zamknąłem w sierpniu o grosz poniżej napoczęcia kolejnej setki. Na rower, świat już oddycha, lekko mży, czyli wreszcie odpoczywa od natrętnych ludzi, którzy przez ostatnie dwa miesiące tłoczyli się na nadwiślańskich ścieżkach, których teraz nie muszę mijać swoim słabo skrętnym rowerem. On jest może słabo skrętny, ale sny podpowiadają, że da się z nim wyskoczyć z balkonu, więc jest bardziej niż spoko.

We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?

Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.

Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.

Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.

Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.

Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.

Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.

To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.

Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.

Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!

Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.

sobota, 24 kwietnia 2010

W czwartek był doroczny dzień szalonego okularnika, tylko ja w nim uczestniczę raz na dwa

Można się z kimś nie spotkać, bo zapomniał soczewek. Można dzwonić z trzech metrów i zrezygnować z dzwonienia, kiedy ona na ciebie patrzy, nobożkurwa, jak to nie widzi i można za godzinę uwierzyć w soczewki. Bo jeśli mógłbym wybrać, czy wierzyć, czy nie wierzyć, to wybrałbym, żeby nie, ale nie mogę wybrać, nie. Jeśli cokolwiek ma mieć sens, to soczewek nie było i już. I później, w środę, wybrałbym, żeby nie wierzyć w odwołujące spóźnienie, ale nie, wystarczy się podkurwić i dalej dawać szanse, pomimo wrażenia, że się jest takim wiosennym kwiatkiem, światowo symetryczną, geometryczną osobliwością, spotykaną od kwietnia do czerwca. Tylko dlaczego oczekiwania rosną wtedy?

Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.

Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.

W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.

Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.

W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.

Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.

Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.

Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.

Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?

czwartek, 25 marca 2010

Piosenka zawodzących wielorybów

Jest taki zawodzący efekt dźwiękowy, może gitarowy, pewnie te elektryczne mogą robić tego typu przestery, który tak właśnie mi się kojarzy - z zawodzącym wielorybem. Na pewno wiesz o co chodzi, takie wzuuum, taka rzewność, powtórzcie coś takiego trzy razy w piosence i robi się melancholia i nieskończony smutek. Choć Corgan raczej nie sięgał po tego typu środki, a w ogóle widzieliście tylną okładkę "Lapmy"? Wypisz wymaluj. W każdym razie jest to pewnie najbanalniejszy ze sposobów, żeby wywoływać we mnie taki stan.

Nie czytałem zbyt wiele w ostatnich tygodniach, ten Exupéry to trochę już zaszła sprawa. Taki jestem, że lubię robić rzeczy na sposób totalny, za jednym razem. Słabo idzie mi rozsmakowywanie się, powolne podskubywanie. Dlatego pewnie nie oglądam seriali, a do podróży komunikacją staram się wybierać krótsze formy, bo jak książka, to najlepiej na dwa, trzy dni, do połknięcia w całości. Nie rozumiem też, jak można jeden film oglądać przez trzy wieczory. Noż - albo oglądać, albo nie. Stąd zwlekałem z czytaniem Marqueza w autobusie i metrze, to nie są listy z podróży, ani felietony z Madrytu, po co zostawiać w połowie rozdziału? Zupełnie niepotrzebnie, albo wręcz przeciwnie, to musiało być dzisiaj, kiedy byłem odpowiednio niewyspany, na tyle, żeby usłyszeć w metrze wieloryby.

Jestem po jednej trzeciej "Stu lat samotności", to jest moment śmierci króla. Książka jest bardzo sprytna, różni ludzie znikają i pojawiają się w najodpowiedniejszych momentach, potrafią być jak diabły, demony, jak Mefistofeles. I w momencie śmierci króla jest to wszystko zrobione, magia i atmosfera, pojawienie się mglistej postaci, której bez przedstawienia bym nie rozpoznał, która przychodzi do króla. Widzę, że ostatnia strona rozdziału, pół strony pustej poniżej i też jestem odpowiednio, sprytnie zrobiony, drzewem i odejściem, a do tego kwestią bliskości stacji, na której wysiadam - koniec czytania na dziś. Fajnie, że zmieściłem się z rozdziałem w podróży, może da radę czytać książki. I wtedy, w ostatnim akapicie, dostaję zupełnie niespodziewany zastrzyk światła, kiedy za oknem spada deszcz maleńkich żółtych kwiatów.

Byliśmy w grudniu na koncercie Myslovitz, brat, siostra i jej jedna koleżanka (to chyba nieodpowiedzialne pisać w przypadku kobiet, że przyjaciółka, nigdy nie wiadomo). Kiedy zaczęli dźwiękiem robić deszcz maleńkich żółtych kwiatów, tłumaczyłem jej, że to jest siostry ulubione i dlatego robi jej i ojej, i je! Zresztą ja też lubię i poznaję, niewiele rzeczy poznaję po pierwszych nutach przecież, może to po prostu charakterystyczne. Siostra jeszcze bardziej lubi "Myszy i ludzi", ale to chyba mniej koncertowe. Ciekawe, czy ma pojęcie, że obie ulubione kompozycje wzięły się z książek.

Na mnie takie niespodziewane odkrycie podziałało lepiej nawet niż zawodzące wieloryby. Może połowa, albo większość piosenek Myslovitz wzięła się z książek i jeszcze o tym nie wiem. Jestem prawie pewien, że gdybym najpierw czytał Marqueza, a później usłyszał piosenkę, w ogóle przegapiłbym nawiązanie. To znaczy - wychodząc z założenia, że kwiaty się przez pozostałe dwie trzecie książki nie pojawiają. Chyba nie powinny. Za tym jednym razem aż się zaświeciłem przy nich, to jest ciepło. Bo lubię takie nawiązania, lubię nagle wiedzieć, to jest to puszczenie oka, albo uśmiech świata.

I czwartkowe zebranie w pracy też łatwiej po tym przeżyć.

sobota, 6 marca 2010

Punkty mana, to brzmi źle, tak się czepnę

Skoro czytam książkę o porwaniu piętnastolatki, to głupio nie wspomnieć minut przed i po empiku. Przed wyszedłem z pracy, szesnasta trzydzieści, ładnie, efektownie, najwcześniej jak się da, staram się utrzymywać ten stan rzeczy - pierwsze dwa miesiące wychodziłem godzinę później. Wychodzi ze mną Motor, ja coś przebąkuję o Rozdrożu, ale przecież czytałem o jednym pasie dostępnym na Modlińskiej, czyli wcale nie mam ochoty od razu napinać na Białołękę. - To jedź ze mną do centrum. - A dobra, masz rację, podjadę, może empik.

Schodzimy na peron, akurat wjeżdża pociąg, tłumy, kobiety z wózkami, machamy ręką, siadamy, czekamy. Mówię, że właściwie szedłbym z buta do tego centrum, pyta dlaczego nie, mówię, że przecież zaprosił do wspólnej podróży, on mówi - Chodźmy z buta. Poszliśmy więc, na ślepo, bo wspomniany wcześniej śnieg zacinał. Opowiedział o tym, jak może wyglądać bycie piłkarzem na Cyprze, znaczy, tam nie ma śniegu. I rozstaliśmy się pod skrzyżowaniem z Alejami, ja po książki, mówię, że się z pięć razy po drodze zakocham. On po buty, mówi, że bez przesady, on by się zakochał gdzieś pod Złotymi dopiero.

Po zakupach idę do Złotych, znaczy idę na autobus z Centralnego, a do Złotych do toalety. Naprawdę. Z naprzeciwka idzie Motor, halo, cześć, uśmiech szelmy i już wiemy, że pierwsza godzina pracy w poniedziałek będzie obfitowała w pytania o moje stosunki z galeriankami.

wtorek, 23 lutego 2010

Myślisz, że oszukałeś system, jeżdżąc rowerem do pracy?

Dzień zaczął się bardzo ładnie, podobnie jak jeden dzień w Łodzi kiedyś, pewnie w roku zero sześć - wysiadłem z samochodu w centrum i zamiast iść na angielski, kupiłem jakieś drożdżówki, chyba odwiedziłem Buchmanna, szukałem wtedy "Wilka stepowego". Dzisiaj bez zakupów, ale też ekstra.

Niezbyt podoba mi się słowo zbiorkom, raczej rozróżniam autobusy i tramwaje, w autobusie oczywiście tłok z rana, nawet za bardzo nie było widać słońca. Z autobusu do metra też tłok, na stacji dwa pociągi przepuściłem, żeby wsiąść. Muszę poćwiczyć jakieś myślenie perspektywiczne, bo przecież nawet jeśli ja wsiadłem do luźnego metra, to na kolejnych stacjach był taki sam tłok co na Marymoncie, szybko musiałem zrezygnować z czytania (a właśnie się rozbijali na pustyni). Żeby to przynajmniej było tak komfortowe jak wczoraj, kiedy czytanie uniemożliwiły mi obiekty, jeden przymilnie poprawiający rude włosy obiekt, to tylko człowiek, głupio było jej się wysmarkać, za to kiedy wysiadałem i mówiłem - Przepraszam! - to się odezwała, że będzie ciężko. Znasz tę próbę? Taką nieudolnie zarzuconą kotwiczkę, poptoka, po ptakach, wyszedłem, za pół godziny dopiero myślisz - była.

Dziś nikt nie miał jak smarkać, ani poprawiać włosów, kiedy zrezygnowałem z czytania, to trzymałem tę książkę jak jakąś Biblię w skrzyżowanych na piersi rekach - inaczej nie szło się ruszyć. Mnie to pasuje, znaczy nie pasuje, to mnie zabija, ten tłok, jeszcze jeden, dwa takie dni i znowu będą poranki świra, nie ma u Koterskiego przesady.

Na razie jeszcze nie jest aż tak źle, na razie jeszcze uśmiecham się pod nosem, kiedy na Świętokrzyskiej kilkukrotnie drzwi otwierają się i zamykają, aż słyszymy od motorniczego, że proszę opuścić pociąg i jedzie sobie bez nas. Ani myślę czekać na kolejny, na co tu czekać, jeszcze więcej tłoku. Wychodzę na słońce, nawet nie patrzę na przystanki - na ciemną, zbitą z wyplutych z warszawskich trzewi ludzi masę. Dzwonię po prostu, że planuję spóźnienie, że idę z buta te dwie stacje.

I od razu wiem, że to słońce mnie wołało, że wyłuskało mnie, że upomniało się o mnie i teraz jak matka głaszcze mnie po policzkach. Idę Marszałkowską, widzę wieże Zbawiciela przed sobą. Nie patrzę na brud odkryty topniejącym śniegiem, raczej cieszę się nareszcie szerokimi chodnikami. Nie bez powodu mówi się szerokiej drogi przecież, szerokie drogi są ekstra. Widzę typa w szerokich za krótkich spodniach i myślę, że może chodzi do szkoły dla klaunów. Widzę, że Koszykowa jest ładna przy Placu Konstytucji - po lewej widać szklany dom, jakiś koślawy lekko, pewnie miał być nowoczesny, a po prawej kamienicę z wieżyczkami jak z pałacu. Ja sam to mam dosyć mały móżdżek, ale byłem kiedyś w Berlinie i zwracano tam naszą uwagę na taki właśnie kościół z wieżą starą i nową. Więc zwracam uwagę na takie rzeczy od wtedy, dużo później pisałem wypracowanie o tradycji i nowoczesności we fragmentach Schulza, sam już byłem po szkole, ale dzięki temu przeczytałem "Sklepy cynamonowe" całe. Czuję się tak bardzo w środku świata.

Na przejściu dla pieszych typ mówi do słuchawki - Wiosna! - nie słyszę nic więcej, bo idzie w stronę przeciwną, ale myślę sobie:
Tak, chcę teraz wiosny!

czwartek, 4 lutego 2010

Pomarańczowa 8:05 - jednak powroty i dojazdy (w tej kolejności)

To bardzo nie na miejscu - odbierać metro jako toczącego miasto robaka - ale ciężej stworzyć jakąś organiczną metaforę, która przywoływałaby pozytywne myśli. Wielka bakteria w miejskiej tkance (kultury baterii są nie tylko w jogurtach), ale przecież mało kto wie, jak wyglądają bakterie. Ja nie wiem. Czasem zastanawiam się, co było pierwsze - wielkie robaki, czy wielkie metro, pewnie metro w różnych innych miastach, ludzie ginęli pod kołami, a Frank Herbert wymyślił czerwia pustyni. Ile osób skojarzyło sobie Midgar Zoloma z czerwiem? Ja Diunę czytałem dopiero w tym roku.

Oczywiscie na pewno wielkie robaki były dużo wcześniej, Uroburos, to akurat wąż, chodzi o kształt, nie?

Zwykła kolej się nie liczy, zwykła kolej to dziki zachód i przestrzenie, metro jest w środku, więc podziemny robak. Ale tak na sto?

Wiadomo, że codziennie jeżdżę metrem w dwie strony. Zawsze staram się wsiąść na końcu, bo to wygodniej do pracy, albo wygodniej wsiąść na końcu po pracy. Nie ja jeden tak robię - często widzę tych samych ludzi. Ale kosmos, no, to widzę nieczęsto. Mogę za to wytłumaczyć jak.

Końcowy wagon wcale nie jest koniecznym warunkiem, ważne, żeby jakikolwiek i żeby w miarę pusty - ludzie mogą siedzieć, kilka osób może stać, ale ważna jest przestrzeń. Należy podeprzeć sobą ścianę i nie należy patrzeć w podłogę. To może być ta trudniejsza część, trzeba znaleźć jakiś punkt zaczepienia dla wzroku na wprost. I kiedy to już jest, a pociąg rusza, wtedy rozpraszamy wzrok. Rozpraszanie wzroku polega na tym, że przestajemy patrzeć na punkt zaczepienia, ale jednak nie patrzymy w podłogę. Nie patrzymy też na obiekty (brzydkie słowo), jeśli by ktoś pytał - tu może być skucha, więc polecam małą analizę składu osobowego przed próbą odlotu w kosmos. Żeby wszystko się udało, rozproszenie wzroku nie może zostać rozproszone obiektem.

Widzisz to? Czujesz? Pociąg jedzie, a ja nie widzę nic konkretnego, widzę wiele więcej niż jest, bo nie jesteśmy już w tunelu, pędzimy przez przestrzeń kosmiczną i żadne nad czy podświetlne tunele z filmów sci-fi nie mają do tego startu. Co to w ogóle za frajda tunel kosmiczny, że skróty i szybciej, przecież nie można na skróty.

To było raz, ale przecież nie wypada prezentować sprawy jednowymiarowo.

Trafił mi się niepokojąco jasno oświetlony pierwszy wagon (tym razem do pracy). Podobno nie są to najfajniejsze z wagonów, zgrzać się można, pewnie tam skąd pochodzą mają sroższe zimy. Światło jest sterylne, robi wrażenie przychodni lekarskiej - wymyśliłem sobie, że to światło zabiera cienie. A cień to jest trzeci wymiar ("każdy ma swój kawałek cienia"), bez cienia zostają dwa. Stojąc w tym samym miejscu, z którego dzień wcześniej widziałem przestrzeń - widzę bizantyjską ikonę, ludzie tacy płascy, kolorowi, wyraźne osiem zero pięć na drugim krańcu wagonu.

Mamy linię północ-południe, ale z zachodem ma wspólną przestrzeń, ze wschodem ikony. No.

środa, 3 lutego 2010

List o Bogu, do Boga i do Ciebie też

Spotkałem wczoraj Boga. W autobusie. Raczej niespodziewane to było spotkanie.

Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.

Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.

Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.

Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.

Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.

Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.

Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.

Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.

Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!

Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Ty też jesteś Bogiem,
Tylko wyobraź to sobie!