niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

środa, 6 sierpnia 2025

A śniło mi się że przesoliłem pomidory

Rozmawiałem ostatnio z lekarzem, że wróciły do mnie emocje. Te wzruszenia na ulicy, łzy napływające do oczu, przełykanie smarków. Może trochę za mocno, no ale to w gruncie rzeczy lepiej niż żeby ich nie było. Czytam "Drogę Królów" i też lekko chlipię jak się coś dzieje, choć akurat książki to są dla mnie wyciskaczami łez często i bez leków - "Hyperion", "Pozwól rzece płynąć", albo powroty do Feista, kiedy Pug dostaje nazwisko od umierającego Borrica, to mnie niszczy zawsze.

Mówię mu też, że te emocje to często nadpisują działanie leków, jeśli są jakieś gorsze, bo wprawdzie sypiam na tabletkach prawie jak zdrowy człowiek, nie wybudzając się w nocy, ale np. kiedy w domu była współlokatorka-żmija (sukces, wyprowadzona, choć zgodnie z przewidywaniami odmówiła zapłaty czynszu za ostatni miesiąc, taka to słowna i wiarygodna osoba), to wciąż się zdarzały problemy z usypianiem.

No a wczoraj się jednak posypało, jakaś emocja rozczarowania może to jest.

Obudziłem się po staremu, z półtorej godziny od kiedy usnąłem i przewalałem bez sensu ze dwie godziny z boku na bok, aż nie zaczęło widnieć. Wstałem, zrobiłem tosty, obżarłem się, dopiero dało się znów usnąć. Trzeba było zjeść od razu, ale przecież obżarłem się też przed snem. Są te nadzieja i złudzenie zawsze, że to tylko na chwilę i nie poczytasz, nie pograsz, nie zjesz, męczysz się.

Skąd to?

Skakanka nie chce dać się zaprosić na kawę, nie przychodzi. Wolałbym myśleć, że to przypadek, ale ponieważ nie umiem myśleć że nie wszystko na świecie kręci się wokół mnie, to myślę, że może ona myśli, że ją wtedy spławiłem jakoś. Przerażone zwierzątka też syczą i straszą, wydaje mi się, że nie syczałem, ale może jednak?

No i może to jednak powinna być Tank Girl. To są takie rzeczy zupełnie bez znaczenia, ale są to też rzeczy, które uwielbiam, jak mi się łączą w głowie, kosmiczne nitki zszywające nagle rzeczywistość w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zamawiam sobie koszulkę "Tank Girl", fajne rysunki to są, był taki komiks kiedyś. Skąd ja to wiem, to nie wiem, może to jest jedna z tych rzeczy które zobaczyłem w dzieciństwie u kuzynów w Krakowie, byli supercool, mieli Transformersy, Lobo, Dreamcasta, albo może nawet nie u nich, tylko w klubie-domu-kultury gdzie nas kiedyś zabrali, gdzie grali w jakieś planszówki czy warhammery.

To bez sensu, ale co ja mogę innego niż wyeksponować nadruk na fotce podsumowującej zajęcia? Może ona nie obserwuje instruktorki na fejsie. Czy jest na fejsbuku grupa spotted-zdrofit/zumba?

No i grzebię sobie w internetach w sprawie "Tank Girl" i za chwilę okazuje się, że autor jest również projektantem Gorillaz, a ja dopiero co obczajałem koszulkę "Demon Days" w sklepie, zazdrościłem takiej typowi który wszedł kiedyś do szkoły tańca na recepcję, pytać o możliwość wystawienia galerii przed godzinami zajęć. To jest podejście dobre do życia, sięgać i sprawdzać. A komiksiarz od Gorillaz to Jamie Hewlett. No i nagle się Skakanka kojarzy z ulubionymi rzeczami, choć nie poszliśmy na kawę.

Chciałbym przeżyć tę sytuację zaproszenia i mieć jasność, czy się będzie czym przejmować (udawajmy przez chwilę, że nie przejmuję się już teraz), czy rozglądać się za kimś innym na kawę. Boję się w szkole tańca, bo tam jestem szczęśliwy i nie chciałbym żeby to jebło jak sen (nie dramatyzuj, to jedna noc dopiero), ale w sumie w tych momentach jak nie uciekam od myśli, że cały świat kręci się wokół mnie, to widzę tam te dziewczyny które w rozmowie wspominają o "samotnych wieczorach" albo pytają czy "chodzę czasem do knajp przy Ząbkowskiej".

A może one też już mają klarowną sytuację, czasem się ludzie mijają po prostu, c'nie?

No albo trzeba olać plotki ptasiego teamu i po prostu zapytać, czy ktoś ją tam zna jednak i ma jakieś namiary.

Wczoraj instruktorki mnie zagadały, dlaczego głównie na Gdański chodzę. Bo w sumie najmocniej lubię atmosferę, a do tego w Koneserze niezbyt mi pasują godziny ostatnio. Nie mówię, że jeszcze chciałem stąd kogoś zaprosić na kawę, może powinienem? Gdyby to była sama instruktorka Danse Macabre, to może jeszcze, ale nie przy Damie Pchełek, ech.

Dama Pchełek pisała do mnie na insta później, choć przestała mi kiedyś odpisywać na fejsie, a za chwilę laski plotkowały że ja komuś jakieś przykrości robiłem, bo sobie próbuję rozliczyć kroczki w ósemce. Przeszedł mi już wkurw i rozczarowanie, mam tę relację zresetowaną i wolę trzymać dystans. Zgrabnie ktoś o niej powiedział, że sama "żongluje dystansem". Ta kawa to może mogła się wydarzyć z rok temu, albo jeszcze pod koniec zeszłego, teraz już nie ma szans.

Ale różową koszulkę zumbową to niech mi załatwi! Wiedząca mówiła, że mi do twarzy w różu.

Co ja mam z tymi t-shirtami ostatnio, nie mam kasy na takie pierdoły przecież. Mam w tym tygodniu trzy CV do przygotowania pod jakieś oferty pracy które wpadły w oko. Do it!

sobota, 2 sierpnia 2025

Skakanka

W zeszły czwartek na Gdańskim umarłem zanim wystartowały zajęcia, kiedy przypadkowo wepchnąłem się na miejsce Śpiewającej Kapitana, przeprosiłem ją za to zresztą, ale mówi: nie przeszkadza mi. No i wylądowałem tym sposobem zaraz za najładniejszą spódniczką zajęć, nieumyślnie to zrobiłem przecież, tak jakoś wyszło.

Ja się kiedyś z Różyczką śmiałem, że warto czasem mieć miejsce gdzieś z tyłu, można się pogapić trochę na nogi spódniczek. Wiadomo, że to są treningowe takie, z lajkrami pod spodem, no ale wyobraźnia robi swoje.

No i te żarty to w gruncie rzeczy nie wybrzmiewają w życiu. Ja staram się zawsze tak ustawić, żeby się dziewczyny nie czuły skrępowane, że im pod tę spódniczkę zaglądam. Tu i tak łatwiej niż w zatłoczone dni na jodze, gdzie można wylądować nieumyślnie centymetry od czyjegoś krocza.

Stoję sobie i czekam, i za chwilę umieram, bo spódniczka się odwraca do mnie z takim uśmiechem, jakby tam stał ktoś znajomy i lubiany na moim miejscu. To nie są rzeczy jakich się spodziewam na zumbie. No i ja nie wiem jak ma na imię ta dziewczyna (już wyłapałem!), czasem bywa, z raz coś do niej kiedyś powiedziałem może, kiedy się okazało, że pod lustrami jest skrytka na ręcznik czy wodę, dawno już, tyle.

Ożyłem za chwilę jednak, bo nie włączyła się w z trudem klejoną rozmowę z innym kolegą, a też oczywiście miałem w głowie zbyt wielkie WTF, żeby ją samemu włączyć.


We wtorek na Gdańskim zgadałem się ze Stanią, żeby mi zajęła miejsce obok siebie, bo ja puszczam tam zawsze dziewczęta przodem z chłopakami jak wchodzimy na salę. No i co się okazuje, znów stoję za spódniczką, nawet nie muszę nic kombinować, próbować się przepchnąć, zbliżyć, samo się dzieje. Tym razem nie miała spódniczki, uff, nie trzeba było udawać słupa soli z wzrokiem zastygłym jedynie w punkcie na lustrze.

Zresztą to jest taka kobieta, że obsadzając ją w latach 90. w rom-comie o szarej myszce, która przechodzi ultra glow up, nie daliby rady jej schować urody, więc na dobrą sprawę spódniczka czy nie, niewielka różnica.

Siedzi biedna przed zajęciami, jak ja często w sumie siedziałem, kiedy nikt nie rozmawiał z grupy. Brzydko tak myśleć, ale myślę, że w sumie jest za ładna, żeby łatwo znaleźć przyjaciółki w tym hermetycznym dość towarzystwie, od którego sam się tak odbijałem, że już przestało mi zależeć.

Mam ochotę ją zagadać, ale nie zagaduję, nie chcę w tych salach żadnych dram i dalszych plotek, a daję głowę, ten uśmiech z czwartku, przypadkowy, nic nie znaczący, to od razu wysłał Damę Pchełek w objęcia przyjaciółki - Pani Bez Spodni - chciałbym nie myśleć, że wszystko kręci się wokół mnie, ale Dama Pchełek wciąż się kręci, choć z pół roku temu wypraszała z towarzystwa.

Zajęcia się kończą. Widzę że spódniczka idzie nie do szatni, a gdzieś głębiej w siłownię. Przechodzę obok, czasem zostaję na drążek, robiliśmy tak czasem z Pięknym Gregiem. Tak sobie tłumaczę, że ten drążek się zdarza czasem, więc wcale nie wyszedłem za dziewczyną zbyt ładną żeby o niej myśleć.

 

We wtorek na Gdańskim umarłem za dwie serie podciągnięć, kiedy się rozciągała z drugiej strony półek i ja naprawdę ani przez sekundę się nie gapiłem, tylko czytałem książkę z tabletu między seriami. Podeszła do mnie i zapytała czy wiem gdzie są skakanki. I że te zajęcia wspólne fajne, taki wycisk, a taka energia, że jeszcze się potrzebuje dalej wyżyć i że jest czołgiem, nie do zatrzymania. To całkiem urocze, kiedy kobieta mówi, że jest jak czołg.

Kobieto Czołg, niedoczekanie Twoje, jesteś w tym pamiętniczku Skakanką.

Niedoczekanie moje, jestem kretynem i nie zaprosiłem jej od razu na kawę.


W środę wracałem z zajęć z Wiedzącą Czego Chcącą, pytam jak ten kretyn, co to znaczy że najładniejsza dziewczyna z zajęć się mnie pyta o skakankę na siłowni po zajęciach. Wiedząca nie mówi mi że jestem kretynem, choć nie mówi też, że to oznacza jakieś zainteresowanie - po prostu mówi, że zaproś na tę kawę, najwyżej powie nie.

Och, Wiedząca, nie znasz się, jest tyle opcji, moje pierwsze zaproszenie dziewczyny gdziekolwiek to było straszliwie zimne "idź sobie". No i, Wiedząca, nie wiesz że ja tu próbuję zacząć szukać jakiejś bliskości po roku od rozstania i po półtora roku bez dotyku, bo przecież nie dotykaliśmy się już długo zanim. Jestem bardziej niedopieszczony niż niedopieszczona była była wtedy na początku. I nic mnie nie przeraża bardziej niż kawa (żeby nie mówić od razu randka) w momencie kiedy zdaję się sam sobie serią czerwonych flag - z brakiem pracy na pierwszym miejscu.


No ale masz rację, Wiedząca. Ani nigdy nie ma dobrego momentu, ani nigdy nie jest się gotowym. Sięgasz, sprawdzasz, nie wyjdzie, trudno, robisz dalej swoje. Nie byłoby mnie dawno na tych salach, gdybym nie robił swojego.


W czwartek w tym tygodniu na Gdańskim umarłem, bo nie przyszła. W piątek w tym tygodniu umarłem, bo nie przyszła też na Promenadę, mówiła wtedy że czasem bywa, specjalnie dojechałem, pytać o tę kawę, choć planowałem przecież dłuższe przerwy weekendowe z okazji wyjazdu, kolanka by się ucieszyły. Oczywiście dość determinacji żeby dojechać na zajęcia poza zwykłym planem to jeszcze nie znaczy, że bym zaprosił, może przynajmniej zagadał, ale tak samego siebie próbuję uspokoić i przekuć to przerażenie w ekscytację, że przecież działam aktywnie i to już jest dużo jak na mnie.


No i pewnie chodzi też o to, żeby się nie młotkować, że się nie spróbowało, to pewnie i tak nieźle, że nie obudziłem się z tym pomysłem za pół roku. Jeśli jest zainteresowana, to ułatwiła mi zaproszenie na tyle na ile tylko się da - pamiętajmy że dziewczęta wciąż nie zapraszają nas na kawę pierwsze. Jeśli nie jest, to powie że nie jest, raczej nie da rady brutalniej niż laska z liceum. EZ, c'nie?


Następna śmierć we wtorek.


*

Salty jest nawet bardziej salty niż Dama Pchełek, że zagadała mnie koleżanka z zumby. Co się dzieje. Te memy, że dziewczęta lecą na broken mężczyzn zamiast wartościowych to jednak prawda, muszę wysyłać jakieś nowe feromony w tych życiowych stresach. Zaopiekuj się mną, bleh. Nie chciałbym, żeby ktoś mi powiedział, że szukam mamy a nie partnerki za jakiś czas.

Rób swoje, idź naprzód, nie zasiedź się na jakimś bezrobociu, spróbuj dowiedzieć się co napędza ten czołg, tańcz, tańcz, tańcz.