Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

środa, 6 sierpnia 2025

A śniło mi się że przesoliłem pomidory

Rozmawiałem ostatnio z lekarzem, że wróciły do mnie emocje. Te wzruszenia na ulicy, łzy napływające do oczu, przełykanie smarków. Może trochę za mocno, no ale to w gruncie rzeczy lepiej niż żeby ich nie było. Czytam "Drogę Królów" i też lekko chlipię jak się coś dzieje, choć akurat książki to są dla mnie wyciskaczami łez często i bez leków - "Hyperion", "Pozwól rzece płynąć", albo powroty do Feista, kiedy Pug dostaje nazwisko od umierającego Borrica, to mnie niszczy zawsze.

Mówię mu też, że te emocje to często nadpisują działanie leków, jeśli są jakieś gorsze, bo wprawdzie sypiam na tabletkach prawie jak zdrowy człowiek, nie wybudzając się w nocy, ale np. kiedy w domu była współlokatorka-żmija (sukces, wyprowadzona, choć zgodnie z przewidywaniami odmówiła zapłaty czynszu za ostatni miesiąc, taka to słowna i wiarygodna osoba), to wciąż się zdarzały problemy z usypianiem.

No a wczoraj się jednak posypało, jakaś emocja rozczarowania może to jest.

Obudziłem się po staremu, z półtorej godziny od kiedy usnąłem i przewalałem bez sensu ze dwie godziny z boku na bok, aż nie zaczęło widnieć. Wstałem, zrobiłem tosty, obżarłem się, dopiero dało się znów usnąć. Trzeba było zjeść od razu, ale przecież obżarłem się też przed snem. Są te nadzieja i złudzenie zawsze, że to tylko na chwilę i nie poczytasz, nie pograsz, nie zjesz, męczysz się.

Skąd to?

Skakanka nie chce dać się zaprosić na kawę, nie przychodzi. Wolałbym myśleć, że to przypadek, ale ponieważ nie umiem myśleć że nie wszystko na świecie kręci się wokół mnie, to myślę, że może ona myśli, że ją wtedy spławiłem jakoś. Przerażone zwierzątka też syczą i straszą, wydaje mi się, że nie syczałem, ale może jednak?

No i może to jednak powinna być Tank Girl. To są takie rzeczy zupełnie bez znaczenia, ale są to też rzeczy, które uwielbiam, jak mi się łączą w głowie, kosmiczne nitki zszywające nagle rzeczywistość w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zamawiam sobie koszulkę "Tank Girl", fajne rysunki to są, był taki komiks kiedyś. Skąd ja to wiem, to nie wiem, może to jest jedna z tych rzeczy które zobaczyłem w dzieciństwie u kuzynów w Krakowie, byli supercool, mieli Transformersy, Lobo, Dreamcasta, albo może nawet nie u nich, tylko w klubie-domu-kultury gdzie nas kiedyś zabrali, gdzie grali w jakieś planszówki czy warhammery.

To bez sensu, ale co ja mogę innego niż wyeksponować nadruk na fotce podsumowującej zajęcia? Może ona nie obserwuje instruktorki na fejsie. Czy jest na fejsbuku grupa spotted-zdrofit/zumba?

No i grzebię sobie w internetach w sprawie "Tank Girl" i za chwilę okazuje się, że autor jest również projektantem Gorillaz, a ja dopiero co obczajałem koszulkę "Demon Days" w sklepie, zazdrościłem takiej typowi który wszedł kiedyś do szkoły tańca na recepcję, pytać o możliwość wystawienia galerii przed godzinami zajęć. To jest podejście dobre do życia, sięgać i sprawdzać. A komiksiarz od Gorillaz to Jamie Hewlett. No i nagle się Skakanka kojarzy z ulubionymi rzeczami, choć nie poszliśmy na kawę.

Chciałbym przeżyć tę sytuację zaproszenia i mieć jasność, czy się będzie czym przejmować (udawajmy przez chwilę, że nie przejmuję się już teraz), czy rozglądać się za kimś innym na kawę. Boję się w szkole tańca, bo tam jestem szczęśliwy i nie chciałbym żeby to jebło jak sen (nie dramatyzuj, to jedna noc dopiero), ale w sumie w tych momentach jak nie uciekam od myśli, że cały świat kręci się wokół mnie, to widzę tam te dziewczyny które w rozmowie wspominają o "samotnych wieczorach" albo pytają czy "chodzę czasem do knajp przy Ząbkowskiej".

A może one też już mają klarowną sytuację, czasem się ludzie mijają po prostu, c'nie?

No albo trzeba olać plotki ptasiego teamu i po prostu zapytać, czy ktoś ją tam zna jednak i ma jakieś namiary.

Wczoraj instruktorki mnie zagadały, dlaczego głównie na Gdański chodzę. Bo w sumie najmocniej lubię atmosferę, a do tego w Koneserze niezbyt mi pasują godziny ostatnio. Nie mówię, że jeszcze chciałem stąd kogoś zaprosić na kawę, może powinienem? Gdyby to była sama instruktorka Danse Macabre, to może jeszcze, ale nie przy Damie Pchełek, ech.

Dama Pchełek pisała do mnie na insta później, choć przestała mi kiedyś odpisywać na fejsie, a za chwilę laski plotkowały że ja komuś jakieś przykrości robiłem, bo sobie próbuję rozliczyć kroczki w ósemce. Przeszedł mi już wkurw i rozczarowanie, mam tę relację zresetowaną i wolę trzymać dystans. Zgrabnie ktoś o niej powiedział, że sama "żongluje dystansem". Ta kawa to może mogła się wydarzyć z rok temu, albo jeszcze pod koniec zeszłego, teraz już nie ma szans.

Ale różową koszulkę zumbową to niech mi załatwi! Wiedząca mówiła, że mi do twarzy w różu.

Co ja mam z tymi t-shirtami ostatnio, nie mam kasy na takie pierdoły przecież. Mam w tym tygodniu trzy CV do przygotowania pod jakieś oferty pracy które wpadły w oko. Do it!

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

sobota, 21 sierpnia 2010

Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej

Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.

Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008
Mars Volta, Rzeszut poleca
Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.

Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008
Diagnoza mp3
Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
19/05/2008
mikegowinband.republika.pl
Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
31/07/2008
Laska nekedy boli
Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
16/09/2008
Koszula m
Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
01/05/2009
Chotomów złota - aleja legionów
Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
18/10/2009
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
30/10/2009
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.

Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
24/11/2009
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
02/02/2010
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?

czwartek, 20 maja 2010

Najpiękniejsze zebranie świata, jest nas coraz mniej, czyli pewnie mówimy coraz więcej

Proszę, proszę, on jednak tu jest. Cztery godziny snu, cudowne miejsce siedzące w autobusie i gorzki wstyd przy wysiadaniu na Marymoncie, bo dwa metry ode mnie kobieta z czterolatką stały. Co to znaczy, że nie widziałeś, patrz uważniej, to sam siebie nie będziesz z porannej puszki Pandory wyzywał. Druga kawa w tym tygodniu, to pewnie piąta w tym roku, coś z biorytmem, gwiazdami i horoskopami. Pamiętam, że w czasie nastoletnim rodzice nam ją proponowali (kawę, nie ezoterykę), czy to była zasada krztuszącego papierosa, czy jednak próba budowy wspólnego rytuału, żeby posiedzieć razem, tego nie wiem. A może sami się z siostrą prosiliśmy. W każdym razie nie przetrwało to zbyt długo i dopiero praca mnie do tego jakby przymusiła. Tfu, co to za podejście, nic nie muszę, mam po prostu głęboką, wewnętrzną potrzebę nieusypiania na zebraniu. Więc pewnie jestem lekko naspidowany i stąd pisanie.

Że w nocy zapomniałem o braku obiektów to zrozumiałem, pamięta się o obiektach, jeśli są. Za to jak mogłem zupełnie zapomnieć o rozwaleniu Weaponów? Tak, zupełnie niepoważna sprawa, utrata życiowego celu, została pustka - świetna kwestia do przemyślenia na zebraniu raportującym tydzień. Dopiero teraz dociera do mnie, że tradycją czwartkowych wpisów wpasowuję się w atmosferę pomieszczenia - po prostu raportuje trochę inne rzeczy.

Weapony to takie legendarne monstra, którymi wcale nie trzeba zawracać sobie głowy. Wręcz przez większość czasu wypada ich unikać, bo co to za frajda być przez takiego kolosa rozdeptanym, bohaterstwo cierpi. Ja dobrałem się do FFVII długo po premierze, kiedy kolejna generacja konsol na dobre przejęła rynek. Pewnie nawet miałem juz za sobą FFX. Ale miałem też w pamięci Squareware, taką tematyczna kartkę z pierwszych numerów Neo (jeszcze bez Plus), że nie wypada zostawiać tych wszystkich FF-owych ludków na pastwę monstrów. Przykitrałem więc swoich herosów, za trzecim razem nieźle rozumie się mechanikę gry. I ów Emerald wytrzymał na placu boju około dziesięciu minut, a Ruby trochę dłużej tylko ze względu na długaśną animację KOR'a (takiś mocny? to rozbij ich bez KOR'a, bez limitów i bez 4x cut). Po nagrody też się nie zgłosiłem, co mi z nich teraz, a w telewizji kończył się Epizod III, powszechne zakończenie, walka, walka, żeby nie napisać depresja jest nie do opanowania. Zostało wypowiedzieć się na temat ejdżtiemelfajf, nadgryzionego jabłka (nie mylić z japkiem) i flesza.

Jeszcze tylko napiszę coś miłego o kumplu - Geniuszu - robię to z ciężkim sercem, bo bardzo długo przemawia, ale tak ładnie prosił i w ogóle zainteresował się tym potokiem w notatniku, że nie będę jakoś ściemniał (np. o pasiastej koszulce, że niby ładna, albo że ładnie wygląda), tylko uczciwie stwierdzę, że samo zainteresowanie jest sympatyczne. Elo!

Niech to się wreszcie skończy, kofeina z mózgu schodzi.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Dziesięć kilometrów i trzy kanapki później

Wiem, że żaden szpan takie dziesięć kilometrów. Oraz że żaden szpan wywalić korki, a już tym bardziej się tym zdenerwować, tak za pierwszym, jak za drugim razem. Ale zważywszy, że sam sobie jestem widownią - mogę być z roweru dumny. Z wyjścia na rower, z ogarnięcia idealnej trasy na takie sytuacje, na robienie z nich sytuacji nieprzykrych. Z roweru, no, może bym się tak nauczył tymi śrubkami kręcić od przerzutek, albo ogólnie serwisować jakoś rower, to też będzie duma. Kiedy w przerwie idziemy z kumplem przez Pole Mokotowskie, to po ominięciu dziewięciu na dziesięciu rowerzystów dopowiada za mnie - Nasmaruj łańcuch! Kiedy ja sam nie świecę przykładem, nawet jeśli łańcuch nasmarowany, to cała reszta nie, a przecież i tak do pracy nie pojadę, jeśli nie będę pracował na dwunastą czy co. Jeśli, jeśli, mimo wszystko trzeba się uśmiechnąć do Bazyla, on taki jakby ogarnięty, ma opinię urodzonego z siodełkiem przyrośniętym, może nie zostaną nam śrubki, jak kiedy lata świetlne wstecz rozkręciliśmy rower z Wujkiem. To były wakacje, wakacje są na tyle ekstra, że wymykają się datowaniu.

Jeszcze trzeba zostawiać telefon, całe życie nie miałem telefonu i było mi bardzo dobrze, bardzo spokojnie. Oczywiście bywało, że czekałem w jakąś sobotę o ósmej na placu Indian i nie szło mi przekazać, że odwołane, ale przecież byłem świadom ryzyka i w ogóle, rzadko się takie sytuacje zdarzały. Teraz ciężko zrezygnować z telefonu chociażby ze względu na hasła bankowe, a do tego i tak mam z roboty jeden. Tego na rower nie wziąłem, wziąłem swój, choć np. portfela nie wziąłem, kluczy też nie, brat miał być. Kręcę, kręcę, pod kościołem wibra - kumpel upewnia się, czy dostałem jakąś informację o dziesięcioprocentowych pewnych lokatach. Dzwonił już wcześniej, kiedy byłem w Factory i wtedy zaczynał od ja wiem, że ciebie to nie interesuje, ale czysty pewny zysk. No co ja poradzę, że tak jest, że oszczędności na zwykłych lokatach bez fajerwerków, że satysfakcjonuje mnie oprocentowanie na poziomie inflacji. Co to ma znaczyć, że kasa ma na siebie zarabiać, kiedy ja tutaj uczę się na siebie jeszcze.

Kręcę dalej (on pewnie jeszcze dzisiaj zadzwoni, w ogóle nie czuje klimatu wieczoru, odkrywanie nieznanych dzielnic, kosmiczne podróże, fajoski, jakby rozedrgany księżyc, ciemne wkurwy i oczyszczające kręcenie, nie zapominajmy o ładnej kobiecie po drodze!), już zdążyłem zawrócić, w ogóle świetny odcinek bodaj Kępą Tarchomińską i Przyrzeczem (tam są czołgi!) i znowu wibra. Że co, że jak, jeszcze nie minęła godzina, ale tym razem to siostra. No cześć siostra, co tam, a bo chciałam zapytać, czy brat tam jest. Nie wiem, siostra, jestem na rowerze, ale mówił, że siedzi w domu. Nie wiem, to może gra w coś, że nie odbiera, a ja będę za piętnaście, dwadzieścia minut.

To następnym razem i w ogóle, nie idę dzisiaj spać za szybko, po co to, może tak o pierwszej, poranek i tak będzie świra. Rozważam przeproszenie się z kawą.