Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2012

Echo cyklu zebraniowego - mój bohater Puyol

Najlepsza rzecz, jaką spotyka się na firmowych zebraniach, to ptasie mleczko. Wcześniej bywała całkiem niezła czekolada, ale nie mogłem o tym napisać, bo zebrania odbywały się nowym trybem i autentycznie nie miałem czasu na notatki. Naprawdę - ciężko mieć czas na notatki, jeśli zebranie rozpoczynam ja i wychodzę, kiedy skończę mówić. Dziś stary tryb powrócił, tryb w którym się siedzi tam przez dwie godziny, ale na szczęście częstotliwość będzie miał miesięczną, za tydzień znów ledwie chwila. Przyjmijmy, że blog korzysta na tych dłuższych zebraniach, kiedy muszę jakoś odpędzać nudę.

We wtorek odwiedzałem Smorkę i Katastrofę, już jakiś czas mieszkają razem, tak, to znak czasu, choć bardziej do myślenia dał mi ostatnio telefon od ciotki, która zapraszała na rodzinną osiemnastkę kuzyna. Jak to? Kiedy się ostatnio widzieliśmy, wprawdzie odstawał już mocno od ziemi, ale jednak wciąż był z niego dzieciak. Niespodzianka. To oczywiście przez pracę, w której może i wiele się dzieje, ale narzuca życiu bardzo jednostajny rytm. Cztery i pół roku, dni urlopowych w sam raz na podróż dookoła świata, taką staromodną. Albo wezmę duży procent do września, albo zaczną się przedawniać, nie chcemy tego przecież, no i świat można okrążyć teraz sporo szybciej niż kiedyś. A S&K chcą iść ze mną na polsko-ukraiński koncert czternastego, więc może dotrę. No ale.

Ja mam problem nawet z bliskimi podróżami, nie dotarłem w piątek na MKL, bolała mnie głowa, jakaś kumulacja na koniec spokojnego pod tym względem tygodnia, nie pomogła czekolada od Protestanki, nie pomogło półtorej godziny drzemki. Na jesieni dentysta zalecał pozbycie się ósemek, oczywiście chirurgiczne zabiegi w jamie ustnej to nie jest mój ulubiony sposób spędzania czasu, więc zwlekam, pomimo nerwowych nacisków i takich tam. Pamiętam polonistę z ostatniej klasy liceum, profesor Dudziak, ogromna rezerwa do wszystkiego, ale któregoś dnia wszedł do sali i na wstępie warknął, żeby struny nawet szarpać nie próbować, bo ósemki.

Sam warczę przede wszystkim w pracy, wiadomo, wspominałem, że mam życie-pracę, na szczęście powarkiwanie, często okraszone mało wyrafinowanymi wulgaryzmami, powiązane jest ze spotkaniami z przerw obiadowych. Te spotkania też już są niemal obowiązkowe, tak ze trzy miesiące temu warczałem na pewno trochę mniej, wtedy graliśmy w Mortal Kombat, jugglowałem za trzydzieści procent obrażeń, nie było źle. Niestety, krwawy turniej poszedł w odstawkę, kiedy w biurze pojawiła się FIFA12, a sporty drużynowe to nigdy nie była moja para kaloszy, ja z tych ostatnich wybieranych do drużyny. Więc pomimo nauczenia się triku z obrotem wokół własnej osi na piłce w biegu (a to znaczy, że kiwam się w grze wielokrotnie lepiej niż w rzeczywistości), który nawet ze trzy razy skutecznie zastosowałem, przegrywam sromotnie, jeśli nie jestem w drużynie z Motorem. Tym niemniej z niepokojem spoglądam teraz na zegar, zebranie jest na kursie kolizyjnym z meczem. Nawet z trzema.

Na pewno częściej wygrywałbym, gdyby dać mi jedenastkę złożoną z samych Puyoli, ten chłopak ratuje mi każdą sytuację, która w ogóle jest do wyratowania, raz nawet strzelił bramkę. Sam nie rozumiem tych taktyk, krycia, obrony, zabranie komukolwiek piłki jest ponad moje siły, więc zostawiam te zadania drużynie. Atak jest łatwiejszy (co nie znaczy, że łatwy), trzeba podawać tam, gdzie po drodze nie stoi żaden Brazylijczyk. Swoją drogą - przeklęty Pato. Cytat nimi gra, bo mają najwięcej gwiazdek, on się umie kiwać, a ja wciąż nie wyciągnąłem żadnych wniosków z tego, że nigdy nie zrobił triku z obrotem na piłce.

***

Raczej słabo się zgrywam z Cytatem, ostatni mecz 1:5 bodaj. Przeklęci Cygan z Motorem.

wtorek, 7 lutego 2012

jesionowe paranoje moje

Okłamałem Was ostatnio, bo Skyrim (a.k.a. The Elder Scrolls V Skyrim, w Neo Plus mieli kiedyś taką zasadę, że im dłuższy tytuł, tym gra kiepściejsza) oficjalnie wyszło jedenastego, ale wiadomo, że u nas jedenasty to święto, więc dystrybucja cichaczem podsyłała na dzień wcześniej. Moje szczęście, że specjalnie na tę okazję kupiłem PlayStation 3, bo nie musiałem czekać do oficjalnego systemowego pozwolenia, jak na PC, tylko od razu po pracy mogłem grać - dziesiątego czyli. W pracy, przecież nie mam w domu telewizora. Tak, spędziłem tamten weekend w biurze, tak, nie tylko tamten. Nie poszedłem na koncert Kobiet, będę pamiętał tę datę, koncertu na którym nie byłem, przeciwnie do tego sprzed spłonięcia filozoficznej, który przekonał mnie do sprawy. Myślę, że gdybym urodził się Chińczykiem, miałbym szansę umrzeć w gamingowej kafejce - byłbym tym jednym z trzech na pewnie już blisko półtora miliarda, o którym napiszą w mediach.

Może ktoś jeszcze pamięta Młota, on to czasem czyta, to pozdrowię i pochwalę go, że mniej więcej na dwa tygodnie przed premierą wkręcił się w temat, dzięki czemu udręka oczekiwania była nieco lżejszą i miałem z kim dyskutować dobór perków, które do internetu przepisywali zachodni bywalcy tematycznych wystaw. Specjalnie zamówiliśmy w tym samym sklepie, żeby razem odebrać, godziny mijały, to wcale nie było jeszcze pewne, że będzie, a co jeśli nie, jeśli wszyscy już będą grać, a nam przyślą w poniedziałek? Na dwie godziny przed zamknięciem punktu odbioru, po kilku telefonach, zostawiałem Młota, kierując się do innego sklepu, straciłem wiarę i choć jednocześnie serce mi się darło, bo mieli tylko jedną kopię, to silniejszą była ta myśl, która często pojawia się w dyskusji o umowie kontrpodróbkowej: nie mogę czekać trzech dni, kiedy wszyscy już będą grali! Tak działamy w globalnym świecie, ja akurat w przypadku tej serii. Ale skończyło się happy endem, bo kiedy wysiadałem już do drugiego sklepu, przyszedł sms o możliwości odbioru, od razu dzwonił Młot, to jednak spotykamy się na miejscu.

Wsiadłem w metro powrotne i nawet zapomniałem o miłości, naprawdę, albo nie, ale jednak uparłem się zapomnieć, bo tak naprzeciw po prawej siedziała taka właśnie, jakich cały świat ma może kilka tysięcy, skoro w jednej Warszawie trafiłem trzy, a jedna nawet znów się ostatnio przyśniła, znów nic nie mówiła, chyba robiła imprezę, na której byli sami faceci, starałem się zgrywać rozluźnionego, kursowałem od niej do równie niemego towarzystwa, a ostatecznie jakaś zupełnie inna, nagła, kazała mi zaglądać w swój dekolt. Ta we śnie o już nie samych facetach i królowej, nie ta z metra, nic Wam o niej nie powiem, pewnie miała jakieś jesienne kozaki na niezbyt wysokim obcasie i blu jeansy, w szczegóły fizis uparłem się przecież nie wgłębiać. Słuchaj, to zabrzmi głupio, ale kocham cię od pierwszego wejrzenia, spoko jeśli ty mnie nie, bo ja bede grau w gre przez kilka miesięcy teraz, możesz się do mnie przyzwyczaić przez ten czas, oczywiście jeśli zgodzisz się spędzać ze mną weekendy w pracy, inaczej może być ciężko. Ale mamy fajny telewizor, piszesz się?
Jak fajosko wygląda kawał tekstu kursywą, może by się pisała, choć pewnie nie pozwoliłaby podróżować z Lidką. A przeglądarki różnie renderują tekst, może tylko u mnie tak. Tymczasem - niemalże leciałem do tego Sferisa, od Wierzbna do Sferisa na Dobrej jest kawałek, pewnie powinienem był wysiąść na Racławickiej, pewnie nie mogłem, skoro uciekałem przed powyższym scenariuszem. Ale i tak czekałem na Młota, bo jednak byłem pod sklepem pierwszy.

Więc największym rozczarowaniem nie jest ta z tych onych, które wyłączają mózgi, ani nie aż takim rozczarowaniem jest gra, ani nawet przegapiony koncert Kobiet nie jest rozczarowaniem, choć z siwobrodej (hahaha, kto łapie dowcip?) perspektywy czasu wiem, że jeśli już, to trzeba ją było przekonywać do siebie Radiowozami. Największym rozczarowaniem w sprawie Skyrima jestem ja sam, który zobowiązałem się wesprzeć redakcję tematycznego serwisu, ale po dwóch czy trzech pierwszych tekstach przestałem się wyrabiać w życiu z czymkolwiek i to mniej przez wzgląd na granie w grę, bardziej przez sześćdziesiąt nadgodzin w styczniu, trochę mniej w grudniu, ale z workshopami pracowymi i w ogóle. I uwalam kolejne terminy, choć zdawać by się mogło, że jak coś jest pasją, to się opracuje bez względu na wszystko. Ups. My bad, dałem ciała, ciągle jeszcze staram się pozbierać, mam nadzieję wyrobić się zanim przyjdzie jakiś mejl typu dzięki za taką pomoc, wypierdalaj z wesołej gromadki, sam bym na pewno miał ochotę takiego wysłać.

To ma być pisanie terapeutyczne, że jak się przyznajesz do problemu, to problem przepada, a w każdym razie łatwiej sobie z nim poradzić. Zadziałało świetnie z tymi nadgodzinami, kiedy na początku stycznia wszystkim wokół chwaliłem się chujowym wykresem zeszłorocznych wpływów, że moja życiowa refleksja sprowadza się do tabelek w excelu. Które skrupulatnie wypełniam od kilku lat i jeśli ktoś życzy sobie prześledzić zmiany cen pasztetu podlaskiego, służę pomocą, choć pewnie nie odnotowałem kiedy dokładnie z półek zniknęły większe puszki. Sam sobie wbijałem szpilę, żeby się zająć czymś oprócz pracy i trochę zadziałało, przez Katastrofę zamówiłem płytę ewy braun, przeczytałem dorwanego lata temu pdfa o myszach i ludziach Steinbecka, no i jest szansa, że znów będę częściej strzykał jadem w internecie.

W końcu nic się nie zmieniło, oczywiście to jest temat na jakąś współczesną powieść (bo w niewspółczesnych się zmieniało), wciąż nie wstaję do pracy, przy czym świat mam po swojej stronie, gdybym dziś wstał, to na roście Mota Groweckiego i tak się ktoś rozkraczył, stałbym w korku jak stałem, ale pewnie bez książki, którą do autobusu zaoferował brat - Człowiek z wysokiego zamku - a on wrócił do domu, kiedy mnie tam powinno dawno nie być. Wstęp o Dicku, wszędobylski LEM-komórka-KGB, w pracy widzą, mówią dobre, mówią Blade Runner i empatia, opieka nad elektrycznymi owcami, która świadczy, co znów łączy, zbiega się z Prytem i jest anegdotką po raz kolejny potwierdzającą słuszność podjętych działań, klik w mózgu. On pokazał dzisiaj kadr i napisał, że nie zdał testu, ja filmu nie widziałem, ale wiedziałem od razu, co to za maszyna, czyli że mamy wszyscy mózgu zwoje zmutowane nie tylko internetem, bez internetu też.

sobota, 21 stycznia 2012

!UR gonna be alone again, roboczo niewidziane filmy

Doczekałem się, dziesiątego listopada wyszło Skyrim, od tej daty rozgrzeszam się za niebycie, może trochę przed, albo w ogóle się rozgrzeszam, bo to żaden grzech nie być, żaden grzech również walić w świat skojarzeniami i dygresjami, więc choć pomyślałem, że może to bez sensu, to jednak znów wrzucę kursywą Czy Erich Fromm wiedział jak żyć i nie będę szukał w internecie, czy na pewno tak. W ogóle nic ostatnio nie słuchałem, Myslo też nie, jakieś jutubki, nawet robiłem listę odtwarzania Ewa Braun, ale zmienili tam layout i nie chciało mi się szukać, gdzie to teraz. Zepsuły mi się słuchawki i nie kupiłem nowych, zepsuł mi się niby to niezniszczalny iRiver T10, myślę, że wcale się nie zepsuł, tylko ten włącznik coś się na mnie obraził, już wcześniej dawał znaki, trzeba było dociskać pod kątem lekko. Chętnie bym uciekł w internet szukać remedium, bo przecież jak to, znowu się wdrażać w pisanie, na pewno się nie uda.

Wdrażać się, na takie przedstawienie sprawy brak mi słów.

Mam wprawdzie drugie słuchawki, ale one mają trzy metry kabla i są otwarte, ten kabel jest pozawijany wokół okołobiurkowych struktur w pracy, która o wiele bardziej jest ostatnio dla mnie domem niż miejsce zameldowania, więc gdzieżby tam je wynosić. I szkoda ich, wielkie i wygodne, nawet dubstep daje radę, choć charakterystyka, o której więcej kiedyś czytałem, niż sam jestem w stanie ocenić, nie jest w ogóle basowa. W pracy buczało ostatnio Twin Prix, z dotarciem do którego mam historię, cieszę się na tę myśl, bo to jest łącznik między pół roku temu i dziś. Srsly, to ważne, naprawdę się cieszę, mam ciepło w coraz wątlejszej, korporacyjnej klatce piersiowej (guess what: znów piszę z(za) biur(k)a), cieszę się, bo mogę się przyznać, że rozważałem zamknięcie interesu i przeniesienie się pod jakiś adres w stylu pantonieja-dot-blogspot-dot-kom (Kto z was zna takiego?). I nie chodzi o Was, o Ciebie, Ciebie, Ciebie, kimkolwiek jesteś (dzień okularnika, dzień okularnika), tylko o mnie, bo miałem wrażenie, że się nie udałem.

O, blogger się zmienił od mojej ostatniej bytności, kiedyś nie musiałem wstawiać znaczników do akapitów. Tak, po każdym wpisanym wciskam Podgląd i podważam, rozważam. Muszę kupić marchewkę, może jutro w drodze do zameldowania.

Łącznik to znów historia o internecie, pewnie w tym czasie ładniejszą byłaby o jakiejś pipie, ale nie, chodzi o fejsa, wiecie, gdzie całe dnie spędzają ludzie i wysyłają zaproszenia do znajomości i nawet już przestałem się nad tym zastanawiać, kto z nich mnie interesuje, bo po usuwaniu znów zapraszali, powiadamiali. Nie spodziewałem się tam Marcina Pryta, to oczywiście znaczy, że wcale nie jestem internetowym wyjadaczem, bo w internecie po pierwsze nie należy się spodziewać, a już na pewno nie należy być zaskakiwanym czymkolwiek na fejsie ani podchodzić do niego nazbyt poważnie, co niby wiem, ale jednak wciąż boli mnie klikanie w przyciski interfejsu typu "Odrzuć" zaproszenie, przecież nie chcę nikogo odrzucać, mam inne plany zwyczajnie. Czyli kiedy do znajomości zaprasza mnie Marcin Pryt, to w pierwszej chwili mam wrażenie, że chodzi konkretnie o mnie, że wie o mnie, choć skąd niby, a nie o przynależność do grup 19 Wiosen i lubienie Trypa. Przetrawiłem tę nobilitację i w sugerowanych wydarzeniach doszły mi muzyczne Marcina, właśnie stąd mam Twin Prix. Dzięki, Marcin, nieźle izoluje od korpoświata wokół.

A skoro pozwalamy już sobie na dygresje, to przez chwilę jednak czułem się ostatnio dinozaurem. Kiedy zobaczyłem oburzonego Julesa, zastanawiałem się, kto wyciągnął z sieciowego lamusa goatse. A to po prostu urocza piosenka, którą w czasach (nomen omen ktoś nawet do mnie powiedział ostatnio) usuwania znajomości większość świetnie czuje.

Wyszedłem wczoraj z pracy, to już jest cenne, że wyszedłem, bo przestało to być w moim przypadku oczywiste, Katastrofa zapraszał na kręgle, wykręciłem się z poprzedzającego je filmu 3D, może to źle, katastrofa by była jeszcze wspanialsza. Kręgielnia w Galerii Mokotów to w ogóle nie jest moje miejsce, jest skrajnie nie moje, no i zawsze zostaje jeden kręgiel, jakże to tak. Przez większość wieczoru czułem się źle, obudziłem się pod koniec, bo zwęszyłem wyjście, szedłem wreszcie zadowolony, przez pasy po białych pasach. Mówię Katastrofie (nomen omen napisałem już dzisiaj), że słyszę Greka Zorbę - Ale gdzie, gra gdzieś? Nie, po prostu słyszę. Ostatnio słyszałem go na weselu Herbacianej i Bazyla, nasze pokolenie nie zna kroków. Nie oglądałem, nie czytałem. Może nadrobię, dziś nadrobiłem młodego rudego Sinatrę, co wzięło się z dyskutowania zjawiska filmów noir z Protestanką, w wyniku czego zgłosiłem się do Głaza po tytuły. Czy to nie jest piękne, powiedzieć Bogart, Sokół maltański, a dostać Rzymskie wakacje i Śniadanie, o którym dzień wcześniej gdzie indziej pisałem: nie oglądałem*? Przecież Głaz ma Audrey na ścianie.

Dzięki za uwagę, wszyscy poszukujący dat okularników, dzięki Asterix, może to nie będzie ostatni raz, kiedy ktoś odkopuje archiwa, może będzie jeszcze więcej archiwów, tyle przede mną katastrof. Keep calm and fus ro dah, uprzedzam, pewnie będę coś pisał też o grach. Tylko nadrobię zaległości w pisaniu o grach, bo inaczej nie wypada opowiadać.

*Ale trochę wiedziałem o co chodzi, bo przecież bawiłem się w robienie plakatów. Więcej ich było, Daimos też! Nie pochwaliłem się tam, to przynajmniej tu się przypomnę, wszystko aktualne poza datą - trzeciego lutego!

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

poniedziałek, 21 marca 2011

To nie jest StarCraft

Kupę czasu spędziłem ostatnio w pracy, mam takie biuro, że siedzi się w nim całkiem dobrze niezależnie od czasu pracy, ale tej ostatniej też było sporo. W tamten ciepły weekend udało się odkurzyć rower, to nawet zanim był ciepły, bo już w piątek pojechałem na nim do Smoczego, który walczył ze smarowaniem laptopa i oczywiście zostały mu śrubki. Jak skończył to pokazywał mi filmy ze StarCraft2, połowę filmików pewnie, jarał się tym zupełnie tak, jak jarano się dziesięć lat temu, kiedy intra i outra od Square czy Namco oglądano z wypiekami i poświęcano im w recenzjach akapity. Teraz jakoś nikt nie zwraca na to uwagi, technologia tak poszła do przodu, że pewnie często nie ma sensu bawić się w renderowanie, bo gry ładne. No ale StarCraft to strategia, pewnie ładna, ale fabuły nie buduje się oddziałami komandosów chyba - stąd te filmy, o których ani słowa nie powiedział Młot czy Cytat kilka miesięcy temu w pracy, od razu tylko o rozgrywkach sieciowych, platynowych ligach i sztuczkach z wysyłaniem niby komunikatów błędów. Smoczy też już się jara perspektywą zabawy w sieci (muszę sobie przeciągnąć kabel, bo po WiFi nie ma sensu) ale jako pierwszy powiedział mi, że to ma jakąś fabułę. Trochę jak Starship Troopers, nie mogło go nie wciągnąć.

Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.

Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.

No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!

Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.

Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.

Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Ale to nie wszystko. "Świt Odysei" ma jeszcze drugie znaczenie. - W taki sposób tytułuje się gry komputerowe - mówi prof. Sztachelska. Faktycznie, można znaleźć i japońską grę o tytule "Lunatic Dawn Odyssey", "The Lost Odyssey" czy "The Sunstone Odyssey" - nawiązującą swoją nazwą również do słońca.
- To sprytna nazwa: odsyła do faktów kultury, które zna każdy, a jednocześnie odsyła do gry komputerowej. Rodzi wyobrażenie, że operacja wojsk to gra, zabawa w wojnę, w której chodzi o atrakcyjną wyprawę, najeżoną przygodami, zakończoną prawdopodobnie zwycięstwem - wyjaśnia Sztachelska.
Czy ktoś już wytłumaczył Pani Profesor, że to nie jest StarCraft?

poniedziałek, 22 listopada 2010

I'm in love with my sadness

Przez ostatni tydzień wyrobiłem normę za pół roku oglądania filmów. Jakoś nie mogę się przekonać do literek, do tego gdzieś w środku czuję potrzebę pogrania w coś, a to gwarantuje miesiąc bez społecznych interakcji. Na razie jeszcze się opieram, ale dzisiaj obejrzałem Scott Pilgrim vs. the World, gdzie z pokonanych złych ludzi wypadają monety, a walki wyglądają bardziej jak ze Street Fightera niż wyglądały w jego filmowej adaptacji z Van Dammem. Więc balansuję na granicy nieodparcia.

Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.

Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.

Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.

poniedziałek, 25 października 2010

Wiosna w sercu na ogół

Tydzień już minął od chwili, w której Młotek wysłał mi adres internetowego radia, twierdząc, że w sam raz na jesienne wieczory. Rzekłem mu, że ja to jednak mam w sercu wiosnę i szybko wróciłem do Broken Social Scene, bo stoner, okazuje się, również musi mieć wiele podgatunków i najprawdopodobniej akurat wymyślili puszczać jakiś z przedrostkiem country.

O jedynej kanadyjskiej ekipie, o której sam wiem skąd jest, pisał niedawno Jacek, a o innej, o której nie wiedziałem, też pisano w tej okolicy. Też brzmi bardzo ładnie, gdybym bardziej był ciekawy świata, to na pewno kilka razy wspominali ją w Questionable Content, ale ja nie wszystko tam sprawdzałem. Na Kanadzie to się nie znam, o Kanadzie wiem cokolwiek tylko dlatego, że w How I Met Your Mother czasem cisną za pochodzenie Robin, a do tego ktoś wspomniał niedawno, że był w tv taki serial o ich policjancie, w czerwonym kubraku i kowbojskim kapeluszu. On chyba w wejściówce szedł ruchliwą ulicą, albo może jechał na koniu i prawdopodobnie nie działo się to w Kanadzie.

Bardziej mogę się wypowiedzieć o poruszanych w obu tekstach kwestiach oczekiwań. To znaczy one uruchomiły jakieś myślenie i dzięki temu będę próbował sprawdzić, jak funkcjonują trackbacki do blogów (update: Blogger obecnie nie obsługuje funkcji Trackback.). Takie to są kwestie, jakby się komuś nie chciało przebijać przez źródła:
Jay-Z na „Blueprint III” zasugerował: „Niggas want my old shit? Buy my old album…” (Chcecie tego, co było kiedyś? Kupcie starszą płytę…). [...] Trzeba pogodzić się z rzeczywistością. Czas mija, przedmieścia się zmieniają.
(o Arcade Fire)

Czytając krajowe recenzje tej płyty (fachowców zaczytanych, jak sądzę, w pitchforku), odnoszę wrażenie, że młodzież niezupełnie dostała to, czego się spodziewała. W dodatku wina leży po stronie zespołu — jak mógł nie spełnić oczekiwań!
(o Broken Social Scene)
Ja jestem bardzo do tyłu w tym wszystkim, bo ani nie czytam recenzji na Pitchforku, ani nie czytam ich na Screenagers, ani na Porycs, specjalnie muszę szukać tych stron przez google, żeby nie przekręcić nazw. Nawet względem siebie samego jestem zapóźniony, bo myślenie uruchomiło dopiero zestawienie obu recenzji - hmm, ciekawe, czy to jakiś cykl o oczekiwaniach teraz będzie. Ciekawi mnie to, bo ja nie rozumiem pojęcia oczekiwania. Mogę chyba najogólniej oczekiwać, że mi się spodoba, albo mi się nie spodoba, pozostawi jakiś ślad, ale żeby konkretów? Żeby piosenki były w jednej stylistyce, albo żeby były na puzonach, jakbym miał tak określone oczekiwania w stosunku do muzyki, to pewnie sam bym ją robił.

Wspomnianych fachowców i młodzież odbieram jako ludzi, którzy bardziej uczestniczą w muzycznym światku, chociażby przez czytanie wspomnianych serwisów. Ja kiedyś na przykład uczestniczyłem w światku konsolowych gier. Grałem może w kilkanaście, ale każde Neo Plus połykałem w całości, po tych kilkunastu tytułach wiedziałem, z którymi autorami się zgadzam, a z którymi mniej i pewnie byłem w stanie wypowiedzieć się o większości ukazujących się rzeczy. Później zdeptano mi konsolę i uczestniczyłem coraz mniej, teraz już właściwie zostało mi czytanie o głośniejszych rzeczach. Coraz trudniej się to czyta, bo nikt już nie porównuje nowych gier do tych z przełomu wieków, tylko do tych z ubiegłego roku. Nic mi to nie mówi, podobnie jak często nic nie mówią mi przywoływane w recenzjach płyt zespoły i utwory. Nie mam jeszcze pewnej opinii na ten temat - czasem jest w recenzji tak dużo porównań, że dla kogoś ogarniętego stworzą w miarę spójny obraz, a nawet jeśli skojarzy tylko jedną rzecz, to będzie miał jakiekolwiek odniesienie. Gorzej jeśli nie skojarzy nic, przeczyta wyliczankę. Stąd w poznawaniu świata kultury najbardziej polegam nie na fachowych źródłach, tylko zaufanych ludziach, blogach, albo wrzucanych na fejsa linkach. Fachowość z wiekiem często zaczyna pożerać własny ogon. Czyli chodzi mi o to, że fajnie jest, jeśli w recenzji zachowuje się równowagę pomiędzy fachowością i przeżyciem.

Za to nie czytałem jeszcze ani jednej recenzji, której autor uwzględniłby XXI model zapoznawania się z muzyką. Jasne, niewiele ich czytam - może dlatego. Wyobrażam sobie, że przed internetem ludzie wymieniali się płytami, chodzili do sklepów, robili mix tape'y. To musiało być naprawdę super, bo wymieniali o wiele mniej rzeczy, niż wymienia się teraz, więcej mogli temu poświęcić uwagi. Na pierwszym roku studiów nie miałem nawet komputera, a rolę odtwarzacza muzyki pełniło pierwsze PlayStation. Wcale nie jestem przekonany, czy jarałbym się tak Różami Europy, gdybym wygodniej mógł wtedy przeskakiwać utwory. Teraz chyba nikt poza fachowcami nie wypowiada się na temat płyt. Główny nurt, w muzyce popularnej, w muzyce metalowej, w stonerze, indie, to jest przerzucanie gigabajtów dyskografii przez torrenty. Ja szalenie lubię BSS, ale nie umiem powiedzieć, który kawałek jest z jakiej płyty. Dorwałem się do trzech na raz i nie przeszło mi przez myśl, żeby słuchać po jednej. Oczywiście nie wiem, jak ktokolwiek miałby to w recenzjach uwzględniać, że my maluczcy kupujemy w roku kilka do kilkunastu płyt, a resztę bezczelnie jumamy. Ja w tym roku kupiłem na razie jedną i to nie dla siebie. Jakoś rozgrzeszam się koncertami, z których nie wszystkie są darmowe, w końcu trzeba czasem patrzeć w lustro.

W listopadzie mają grać w okolicy Kobiety. Nie spodziewam się wprawdzie takich bodźców, ale i tak będzie fajnie.

sobota, 9 października 2010

Nirvana at last

Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.

Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.

Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?

W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.

Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.

Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.

Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"
Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.

wtorek, 28 września 2010

Woody Allen spotyka Todda Howarda

W sobotę miała być podróż do Podróży do źródeł czasu pozostawionej przypadkiem w pracy, ale jednak wciąż był katar i pewnie nie będę miał jaj, żeby iść jeszcze w tym roku na rower. Odpoczywałem więc, tak najlepiej, bezmyślnie, to znaczy przy Morrowindzie. Blog na tym cierpi, bo z książek zawsze można sobie coś zapamiętać, zaznaczyć do wynotowania i udawać łamanie głowy. Dajmy na to: w każdym czasie ludzie lubią pisać, że wyznaczona nam została era, albo że żyjemy w wieku czegoś, dajmy na to zen. Oto jesteśmy, piszę ja, choć nie czas jeszcze na podsumowania. Podsumowania będą być może w książkach do języka ojczystego, albo o kulturze jakichś, albo może ktoś tam jednak stwierdzi, że naprawdę już nie ma co podsumowywać po XX wieku. Alejo Carpentier, podobno prekursor realizmu magicznego, już na samym początku kombinuje tak:
Wyznaczona nam została era Człowieka-Pszczoły, lub Człowieka-Zera, kiedy dusz nie sprzedaje się diabłu, lecz Księgowemu albo Dozorcy Galerników.
Ledwie to zacząłem, ale już są fajne sceny, kiedy stary i kaszlący mentor, konserwator instrumentów ściska bohatera, odnośnie jego młodości - fajny kontrast, ta starość i młodość, ideały w jednym. Bo bohater jest nijaki, niby wyzwolony, ale bez sensu, ma pracę, żeby nie myśleć - Rozumiejąc daremność buntu.

Udało mi się iść do kina, Katastrofa odpadł, trudno. Annie Hall, strasznie dużo ludzi. Allen robi prawie wszystkie filmy takie same, widziałem kilka nowszych, ten jest z 1977, czyli nawet nie było mnie w planach. Myślałem, że dla odmiany będzie to film nie o starym i brzydkim Allenie, tylko może o po prostu brzydkim, ale on już w średnim wieku, łysiejący. Jak zawsze podziwiam obytą widownię, bo wszyscy śmiali się ze wspomnianego kilka razy Mansona, znaczy kiedy go wspominano, a ja musiałem sprawdzić, że to był w tamtym czasie w Ameryce głośny przestępca i nawet chcieli na jego procesie Beatlesów.

Tego wieczoru Woody Allen spotkał się z Toddem Howardem. Ten drugi jest może trochę mniej znany, bo robi gry, miał spory wkład w robienie Morrowinda, oraz później Obliviona, czyli głównie na nim wiesza się za niego psy. No ale sam sobie w kolano strzelił - jak to tak można, żeby na tle tajemniczego, koszmarno pokracznego i bardzo swojego Morro, z legendarnymi skrzekaczami i wielkimi netechami, zrobić kolejną część w myśl zasady fantasy to rycerz w lśniącej zbroi i na koniu.

Zdarzyło się to tak, że kiedy czekałem na Rozdrożu (po drodze wiadomo, pomarańcze i miasto nocą, co lubię), podszedł taki żulik do mnie, a ja go odpędziłem, bo rozmawiałem z Cytatem przez telefon i raczej o ważnych rzeczach. On usiadł na przystanku, a ja naiwnie później zagadnąłem, czy mogę pomóc, bo wpadło mi do głowy, że może to jednak niekoniecznie żulik, żeby nie oceniać po okładce (tak tylko z kobietami), on mógł chcieć zapytać, czy w tej późnej przecież godzinie nie uciekł mu autobus. No ale on od razu z historią, że może poratuję złotówką, bo ledwie go z Kolskiej wypuścili i nie ma jak wrócić. Jakbym ja wiedział, czy Kolska jest w okolicy Rozdroża (nie jest!), no ale niech ma, dwa nawet złote, wsiadł do tego samego autobusu, jeszcze wyżebrał pół złocisza i naprawdę wyglądał, jakby miał ten bilet kupić, bo stanął przy kierowcy. Gdzie tam, po prostu wysiadł na kolejnym przystanku. Chytre!

Przez chwilę czułem się wyrolowany, ja bardzo rzadko udzielam datków na ulicy, raz kiedyś kupiłem bułkę i parówki typowi, to się czuję na całe życie rozgrzeszony, do tego na jakieś instytucje dla biednych to chyba już płacę w podatkach. Szkliste miał oczy, miał rozkrwawioną wargę, taki zabiedzony, no tu mnie miał - o Cyganach mówili, że niezły biznes mają z biednej stylizacji, ale o takich swojakach już mniej. Ale od razu przypomniałem sobie ten śmieszny film, który skończył się pół godziny wcześniej. Ojciec Alvy'ego, to jest Stary Singers (kto to w ogóle są Starzy Singers i czy Moretti to ten ucieszony typ z Miczów?), tak komentował fakt bycia okradanym:
To Murzynka z Harlemu, kogo ma okradać, jak nie nas?
No właśnie. Tutaj wchodzi Todd Howard i mogę się rozwodzić nad czymś, o czym cokolwiek wiem. Kiedy zaczyna się Morrowinda, pierwszą napotykaną postacią jest dla większości Fargoth. Z jakiegoś powodu uważa się go za największe zło, ludzie kręcą na youtube specjalne filmy z mordowaniem go, bo w jakiś sposób irytujący z niego kurdupel. W ogóle leśne elfy cieszą się w środowisku znikomym poważaniem - niezależnie od możliwości utworzenia najbardziej morderczego pierwszolevelowego builda postaci: znak zodiaku z premią do szybkości, zwinność w ulubionych współczynnikach, celność, skradanie się i przywołanie w głównych umiejętnościach, zaklęty długi łuk i można wystrzelać wszystko, zanim zdąży podejść, a jeszcze lepiej z premią do obrażeń ze skradania się. FTW! To może być mój pomysł na rozbicie cytadel rodu Dagoth pierwszolevelową postacią.

Nie wiem, czy to zamierzone, ale w dodatku pojawia się postać żebraka Gaenora, również leśnego elfa i takiego ciapy trochę. Prosi o jakiś datek, raz, drugi, coraz to większy, do niewyobrażalnych kwot, w końcu się obraża i zwymyśla rzekomo niezbyt pomocnego bohatera. Kilka dni później nie jest już ciapowaty, wyskakuje na bohatera ubrany w jeden z najlepszych pancerzy, ma umiejętności najlepszych wojowników i jest prawdopodobnie najcięższą do pokonania postacią w całej grze - bo właściwie nie idzie w niego trafić. Mądrzy ludzie podejrzeli jego statystyki, ma siedem razy więcej szczęścia niż dla gracza to legalnie osiągalne. Tak jakby na złość.

No więc mam nadzieję, że moje skromne datki nie są wróżbą jakiegoś napadu.

Z innej beczki - Pustki mają nowy singiel, który trochę mniej brzmi jak oni, jest taki bardziej lofi i indie, ale i tak fajny. Ja się wprawdzie na płyn Lugola nie załapałem (nie wspominał o nim chyba w swojej książce o mutantach Strachota, więc szukałem na wiki), ale Wigry 3 i BMX'y rozumiem. Fiu fiu.

wtorek, 7 września 2010

Wszystko jest nieczytelne, lecz jasne

Jeden dzień odwyku od Morrowinda, jeden dzień walki o niby to prawdziwsze iluzje i jakieś uczestnictwo w cudzych, jedna zaledwie noc i na świat wyłazi z Morrowinda mgła. Idę na przystanek autobusowy, patrzę na nią, szukam, o co chodzi, z czym mi się kojarzy, niechby chociaż z jakimś filmem, gdzie by miała taka mgła inne znaczenie, niż ograniczenia techniczne, technologiczne komputerów z roku 2002, na których nie bardzo można sobie było pozwolić na dalekie krajobrazy. Nie i już.

Krótkoterminowy ze mnie prorok, wywróżyłem sobie potrzebę jednej książki więcej, ale nie dwóch, ani trzech najlepiej. Naprawdę wydawało mi się, że Marquez będzie trochę przynajmniej dłuższy od Strachoty, ale też wystarczył na dwa dni przejazdów. Za chwilę przetrząsnę półki siostry, chyba pudła lepiej, z książkami, bo inaczej najbardziej pasowałby jutro dzień urlopu na żądanie. Zapisałbym się do biblioteki może. Bo po co w ogóle jechać do pracy, jeśli nie mam nic do czytania w komunikacji miejskiej? Że co? Że niby można patrzeć na świat, choćby i zakorkowany? Mgła jest!

Tym bardziej należy mieć książkę, że koleżanka, nazwijmy ją Protestanką, przywiozła z urlopu w Turcji upominki, takie wzorzyste pasy tkaniny, które są do książek zakładkami. A w każdym razie w tym charakterze je poleciła.

Na fałszywych papierach w Chile to nie jest książka fabularna. Okładka podpowiada, że reportaż. Wydaje mi się, że reportaż to jest coś bardziej osobistego, naocznego, a tutaj Marquez przerabia wspomnienia Littína na swoje ładne zdania - ale niech im będzie. Czytam i myślę, że może to niezły moment, żeby sprawdzić jakieś wiersze Pabla Nerudy, dawno nie czytałem wiersza. Bardziej nawet myślę, że brak mi zupełnie podstaw do czytania, w naszych szkołach nie dociera się z programem do najnowszej historii Polski, więc historię krajów latynoamerykańskich muszą znać tylko zapaleńcy w koszulkach z Che. Carlos Eire pewnie by tego nie pochwalił. Więc pewne rzeczy ciężko mi było zrozumieć - nigdy nie kojarzyłbym wojskowego reżimu z dążeniami do prywatyzacji, z kolei będący ewidentnym komunistą Allende zdaje się mitycznym bohaterem. Ktoś widać przewidział sprawę, bo książka ma pobieżnie wyjaśniające takie kwestie posłowie.

Najbardziej podobało mi się to przyznawanie się Littína do bycia człowiekiem - absolutnie wolałem pociąg ze względu na paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem. W pociągach są wzmożone kontrole reżimu, jedzie dłużej, niż samolot leci, Miguel jest przecież z misją, przed wyjazdem przeszedł kurs dla szpiegów amatorów. Ale jednak pociąg. Wraca do Chile jako zupełnie kto inny, wywrócony na lewo i tylko w głębi walizki wiezie Podróż do źródeł czasu, książkę, która ratuje go w samolocie. To musi być naprawdę kiepska książka, jeżeli nie ma jej w sklepach, a na Allegro chodzi po dziesięć złotych. Na pewno kogoś przekonam, żeby dla mnie zamówił, bo to mój ulubiony sposób na odnajdywanie książek.

Był dziś moment kontratakującego lata, słońce po deszczu, taki soczysty świat, wszechświat przewidział, że kończę drugą książkę o prześladowaniach, żadnych więcej tajnych agentów od popromiennych mutantów, żadnych więcej karabinierów, więc tej kobietki z czterolatkiem też nie było na przystanku. Będę żył.

niedziela, 5 września 2010

Zwoje Lotu Ikara

Morrowind, jak to jest bez sensu, jeszcze głupiej, niż ponowne przechodzenie Final Fantasy VII. Cisnę w niego od 2005, czyli to i tak było późno po premierze, wkręcił mi go znajomy w sytuacji zagrożenia życia. Jechaliśmy windą do Bazyla, na szóste piętro, podróż się dłużyła, aż w końcu winda się zacięła. To typ windy, która ma takie sunące drzwi w kabinie, a nie otwierane do zewnątrz w klatce schodowej, więc niewiele widać. Trochę pokrzyczeliśmy, ktoś przyszedł, poprosiliśmy o wezwanie pomocy i odwiedzenie numeru bazylego, żeby się nami za bardzo nie przejmował. Usiedliśmy, dowcipkowaliśmy sobie o spadaniu, albo wychodzeniu na zewnątrz i dopiero spadaniu, że same nogi spadają, w każdym filmie tak. No i o Morrowindzie, z którego do tej pory nie wyrosłem, podczas gdy mistrz mój i nauczyciel, zwany podówczas Mrocznym Krzysiem wyrósł i teraz dodatkowo wyrasta na architekta.

Kiedy pojawił się wytatuowany pan od serwisu, okazało się, że jesteśmy zacięci pomiędzy dziewiątym i dziesiątym. Patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy mieli ochotę zwrócić ochoczo opowiadane żarty, uściskiem prawicy dziękowaliśmy za ratunek, wyglądał na nieprzyzwyczajonego do tego. I teraz sobie wkręcam, że ta trauma mnie do gry przywiązała, więc mogę wbijać poziomy aż do odkrycia całej mapy, czego pewnie i tak nie zrobię kolejnymi piętnastoma bliźniaczymi postaciami, które coraz mniej są odgrywaniem jakiejkolwiek roli.

To był wstęp przesiewowy, żeby przygotować na jeszcze gorsze rzeczy, tzn. rzeczy gorsze nawet, niż nieoglądanie Pulp Fiction. No co, takim zawsze towarzyski, że obejrzałem dopiero w 2008. A jak się śmiali ze mnie! Cytat i inni (którzy zdaje się są teraz jeszcze bardziej do przodu), a wtedy mogli bezkarnie robić Łe, nie oglądał "Pulp Fiction" oraz takich to mi nie żal.

Swoją drogą - weź tu wypracuj jakiś model, jakiś schemat dla cytatów i tytułów, zacząłem je pisać kursywą, bo ładnie to wyglądało w książce (prawdopodobnie nie bez znaczenia jest również fakt, że wyszukiwarki mogą bardziej na te frazy zwracać uwagę - mam jakieś wejścia odnośnie książki o Juliuszu, znaczy, tfu, Julianie Seratowiczu), ale nie spodziewałem się sytuacji, że tytuł będzie w cytacie. Jakie to jest ładne, skoro to właśnie Cytat mnie najbardziej z tego powodu wyśmiewał. Dwa lata później udaje mu się nieświadomie rozbić moją gardę na blogu. Mistrz. Oczywiście wcale nie musiałem tam wstawiać cudzysłowu, uniknąłbym zagonienia się w akademickie rozważania.

Chodzi o to, jak bardzo ładny był wczorajszy dzień. Wyszedłem na rower, chciałem chwycić jak najwięcej tego słońca. Wyszedłem zupełnie luźno, żeby kupić coś na mieście, w przedpokoju zawracałem po kłódkę. Pierwsza przecznica, może Bazyl by pojechał ze mną, nie pojechał - ma sprawy. Czwarty kilometr, osiedle Smoczego, ale on na wyjeździe, a do tego jak go znam, to jeszcze nie zmienił dętki z tyłu. Spod Grota dzwonię do Głaza, on tam trochę dalej z drugiej strony mieszka, pewnie by się ogarnął. Mówi, że by się ogarnął, gdyby tylko był w Warszawie. Nawet nie dzwoniłem do Cytata, mówił o egzaminach i nauce do nich, ja ostatni będę w tym temacie wodził na pokuszenie. W Trafficu nie mieli tej płyty, a w każdym razie nie mieli nikogo przy stoliku informacyjnym. Zaletą Traffica jest stojak na rowery już za drzwiami i fakt, że pan strażnik uważnie przyglada się wszystkim, którzy przy rowerach majstrują. W drugim sklepie dopiero udało mi się kupić i nawet rower na mnie czekał, choć mam wrażenie, że ktoś majstrował przy zapięciu. Mam wrażenie, że taki typek w adipaski, z daszkiem i fajkiem, który stał całkiem blisko, kiedy rower zapinałem, ale już nigdzie go nie było widać, kiedy odpinałem. Bo ja po tych ludzi dzwoniłem po drodze bardzo interesownie, żeby pod przykrywką sobotniej przejażdżki znaleźć kogoś, kto roweru upilnuje. Cieszę się oczywiście bardzo, że nie zniknął, ale jednocześnie łapię taką paranoję, żeby zostawiać rower w garażu pod pracą i jeździć po centrum komunikacją. Albo zamawiać wszystko z internetu, nie tak na ostatnią chwilę. Byłyby piękne, planowe zakupy, żadnych dodatkowych książek Marqueza - spełnione założenia budżetowe.

Dojechałem do domu i już jesteśmy w domu, to znaczy na miejscu, to znaczy przy tej najstraszniejszej, najładniejszej rzeczy, która przecież przebija nieznajomość Pulp Fiction. Jest to nieznajomość Sigur Rós.

Dobrze widzisz, aż wytłuściłem. Wpadłem na pomysł, żeby tak sobie zaznaczać również nazwy zespołów, jakoś wyróżniać, a w każdym razie wtedy, kiedy jest jasno mowa o jakimś zespole. Bo nie zawsze jest jasno, Herbacianej objawiłem kiedyś pierwszą zasadę współczesnego blogowania - jeżeli nie rozumiesz, o co chodzi, prawdopodobnie jest o tym piosenka. Do tego muszę zacząć opisywać chmurką odnośniki, bo odnośnik jest najmniej trwałym elementem internetu, a z chmurki wiadomo, do czego prowadził. Ale to tyle ze spraw technicznych, wróćmy do Islandczyków, którym wytłuszczenie należy się przecież niezależnie od wszystkiego.

O Sigur Rós przeczytałem na forum, a więc też z pięc lat temu, wszystko robiłem pięć lat temu, kiedy moderatorzy mniej dokręcali śrubę i każde forum, niezależnie od dziedziny, szybko wypruwało się z tematu i stawało się miejscem od wszystkiego. Dorwałem się do ich strony internetowej i łzawiłem przy Starálfur. Fajne. Wrzuciłem na odtwarzacz nawet, kiedy już miałem odtwarzacz i kilka miesięcy później dobrała się do niego Uszata, dzięki czemu dowiedziałem się, że to jedyna wartościowa rzecz w nim, a nie jakieś bzdety, jak na pewno również tam obecne Róże Europy i Smashing Pumpkins.

Wróciłem z roweru i przerzucałem katalogi muzyczne, żeby może grało coś innego, niż namiętnie eksploatowane ostatnio Kobiety. Taki poszukiwacz mi się załączył, żeby przegrzebać rozkradzione pliki - od kiedy pracuję mniej kradnę, trochę (troszeczkę, pamiętaj o założeniach budżetowych) kupuję, ale jeszcze ukradzionych nie skasowałem. No i tak trafiłem, że grają od wczoraj. Nic się z tego nie rozumie, bo język ichni, tytuły trzeba kopiować z internetu, żeby się kreseczki zgadzały. Czytałem kilka lat temu właśnie o Starálfur, o elfie i chłopcu, tak kojarzę, bajka. Dzisiaj wskoczyło Viðrar vel til loftárása, nie mam pojęcia, jak to na głos przeczytać, i nie miałem pojęcia, skąd brzmi tak znajomo. Może w jakimś filmie było, albo co? Kombinuję, pytam brata, czy nie kojarzy skądś, wtem olśnienie - a może było wśród tych kawałków, które mieli na stronie wtedy, dawno temu? Znalazłem stronę, już tu wcześniej zalinkowałem, wygląda prawie tak samo, jak wyglądała wtedy i piosenki też te same udostępnione.

O zespole rozmawiałem z jedną dziewczyną przez internet, oczywiście też ich uwielbiała, a dziewczyna, z którą rozmawiałem trochę mniej, ustawiała z nimi opisy. Czyli wszystko na swoim miejscu. W tym komiksie pojawiało się kilka zespołów, do których docierałem później, największą miałem frajdę z dostrzeżonego na plakacie Mogwai. Pisałem już, że udało mi się nie przegapić ich koncertu na Offie, dwa lata temu, za to nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce w Warszawie występują Sigur Rós. Szkoda, bo na tyle są mocni, że piszę sobie tutaj, zamiast grać w Morro.

Jeszcze wszystko przede mną.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

We like the sol

Trzeba było soboty, żebym przyjechał na rowerze do pracy - od razu wiedziałem, że dokładnie o to chodzi, za to nie wiem, dlaczego nie wiem tego zanim przyjeżdżam. Dobra, wstałem później niż w tygodniu trochę, to istotna różnica. Pogoda utrzymuje się jesienna, dziś zmieniłem koc na ciepłą kołdrę, bo wczoraj obudziłem się zmarznięty lekko. Ciężej się spod niej wstaje. Jestem zadowolony, że udało mi się wykorzystać ostatnią być może szansę, żeby od razu, bez okresu adaptacji, czuć się w pracy dobrze. Jasne, zawsze można rowerem, wszystko można, tylko moja kondycja psychiczna pozostawia o poranku wiele do życzenia i wciąż nie wiem, jak mogę to zmienić.

Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).

Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.

Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.

Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.

Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.

Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.

Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Klamra życia i śmierci, cokolwiek by to miało znaczyć, chyba emogotikmhroczny wpis

Co to ma znaczyć, że przeznaczenia nie ma, jeśli zbiegają się w moim życiu okoliczności dokładnie tak, tłumacz tu sobie, że kowalem własnego losu i Ty też jesteś Bogiem.

Spędziłem najbezpieczniejszy weekend tego roku, zlało mnie, kiedy rowerowałem do Smoczego, w sumie zebrało się nas pięciu, ewentualne kobiety jedynie dzwoniły i oczywiście żadna z nich do mnie, czyli mogliśmy mieć po te czternaście lat. Jeśli cokolwiek poważniejszego zostało powiedziane, to dopiero w godzinach nocnych, bo słuchaj, muszę się napić, żeby o tym. No skoro tak muszą to okej, ale przecież musiał być ten weekend oczyszczający. Kiedy siedzi nas pięciu dwudziestokilkulatków w jednym pokoju nad tą samą grą, biegamy między wieżami, ostrzeliwujemy się, myśleliśmy, że grając ekipą na komputer rozk... no, w każdym razie tanio skóry w kosmosie nie sprzedamy. Punktacja do dwudziestu flag, poziom trudności nastawiony lekko powyżej połowy, to chyba powinno być okej. A jednak przegrywamy osiem do zera, Ci mniej niedzielni gracze nie mogą uwierzyć, więc kiedy jedna krowa nareszcie biegnie z flagą w stronę naszej bazy - doping ma lepszy niż reprezentacja w najlepszych (?) czasach. A kiedy ostatecznie wygrywamy dwadzieścia do dziewięciu, piątkom i poklepywaniu się po ramionach nie ma końca. Do tego ze cztery kilo frytek, ze trzy kilo kurczaka i keczup - najmniej zdrowy weekend tego roku, powrót już właściwie w poniedziałek. Ekstra.

Ledwie wstaję, ledwie znajduję jakieś spodnie, ledwie wychodzę z domu w stronę bankomatu (bilet trzeba uzupełnić) i drogę przebiega mi czarny kot. To myślę, jak nie należy, że będzie fatalny dzień, po czym się poprawiam, że do kotów nic nie mam, że głupio tak od rana myśleć i że fajnie błysnął żółtozielonymi ślepiami.

Kupuję jakieś kanapki i drożdżówki, przypominam się o konieczności przywrócenia utraconego w piątek zasilania, prawie zderzam się z szefem, boli mnie głowa, aż nadchodzi ten najważniejszy moment - dowcip dnia. Dni robocze mają wiele dowcipów, ale tylko niektóre przechodzą do historii. Ten powinien, choć budowę miał prostą jak konstrukcja cepa (ile osób wie, jak wyglada cep?) - nagryzmolić markerem coś na monitorze i wyłączyć go, żeby ofiara po powrocie się zdziwiła. Więc wróciłem, jakaś dziwna puszka stała na biurku, włączyłem i widzę napisy.

Redrum, REDRUM, redrum.

Okej, nie wiem co to znaczy, nie mogę niestety docenić, bo niewiele oglądałem filmów, czy czytałem powieści. Więc niby dowcip zupełnie nieudany, tylko skołowanie. Ale! Psotnik objawia się szczerze ubawiony i wyjaśnia tę puszkę - bo widzisz, chwyciłem pierwsze co było pod ręką i wychodzi na to, że niezmywalny.

Ta puszka to do czyszczenia tablic, oczywiście bezskuteczna. Ostatecznie udało się środkiem na oparzenia, po intensywnym szorowaniu. To też pomysłowe, żeby szukać czegokolwiek, próbować, ja bym tam wytrzymał do jutra, jakąś benzynę by się przyniosło. Telefonem zdałem z tego wszystkiego relację Głazowi, bo ma urlop, miałem pomysł, żeby chłopaka nie stresować i wysłałem z prywatnego na prywatny - niech ten przebrzydły firmowy nie dzwoni. Naprawdę byłem z pomysłu dumny. Wyszedłem z pracy i nawet mniej głowa bolała, nawet poczytałem w autobusie, na koniec mnie uśpiło, jakby momentalnie zszedł cukier, więc prawie spadłem z siedzenia, ale przynajmniej obudziłem się na swój przystanek.

Na parkingu przed blokiem leży zdeformowany czarny kot, wyraźnie przejechany przez startujący z miejsca wóz, z martwymi żółtozielonymi ślepiami. Patrzę na niego niewesoło, za dwadzieścia metrów słyszę krzyk, chyba dziecko z wózka, tam obok kota. Naprawdę powinien być jakiś dreszcz przy tym uczuciu. W domu wyciągam z kieszeni telefon swój i mniej swój, firmowy, który, jak się okazuje, zapomniałem zablokować i wysłałem Głazowi dwie serie losowych znaków na ten przebrzydły firmowy numer.

czwartek, 8 lipca 2010

Powiastki zaległe

Padam na pysk jak pies Pluto, napisałem wczoraj do Katowic. Takie zdanie, którego pochodzenia nie znam, oczywiście kojarzę psa Pluto, ale kiedy dokładnie padał na pysk to już nie. Niedodzwanialna w smsie tak mi kiedyś, a teraz miałem dobry moment do użycia, no bo co, jak zmęczony i śpiący po intensywnym dniu, to chyba się nadaje.

Mam wrażenie, jakbym od miesiąca nie napisał zdania, a jeszcze dłużej nie trzymał w ręku długopisu.

Jakimś sposobem na kilka dni wyrwałem się z wirtualnego świata, w tym tygodniu, bo jeszcze w weekend biegałem po Twierdzy Smutku i Solstheim, zresztą na wyspie wciąż sporo mam do zwiedzenia. Coś się jednak przesunęło w świecie, może to to wrażenie, że od soboty do niedzieli zmieściły się trzy dni, już dawno nie widziałem, jak noc przechodzi w dzień, przesypiam to na ogół. Gadanie na balkonie, przy piwie i innych trunkach, ja niestety Johnny Walkera od Jacka Danielsa nie odróżniam, ale któryś z nich chyba. Głównie na balkonie, bo wewnątrz zebrało się kilku rpgowców i miałem wrażenie, że większość tych opinii znam z forów dyskusyjnych, do tego o Morrowindzie tylko na początku, a ja poza Elder Scrolls świata nie znam, żadne Diablo, Baldur's Gate, czy - heretyk! - Fallout pierwszy i drugi. No ale, ale, właśnie dla takich ludzi był balkon, gdzie podczas spożywania trunków toczy się rozmowy o związkach.

Mój Boże! I Twój i jakikolwiek inny, na Teutatesa i Ozyrysa-Japisa, cały Asteriksowy panteon hipnotyczny, nie mogłem być śpiący.

Oglądałem kiedyś taki film Closer, nawet coś o nim ze Smoczym mówiliśmy, który to, mając mnie za niepoprawnego romantyka, głośno radował się zimnem i cynizmem i ich przewagą nad rozmemłanymi chłopcami. No jasne, rozmemłani chłopcy w pewnym momencie przestają przystawać do rzeczywistości, teraz już dokładnie nie kojarzę, ale może tam Natalkę czy Julkę wygrał lepszy człowiek po prostu. Pamiętam różnicę pomiędzy facetami, ale już np. kobietki mniej kojarzę. W każdym razie skojarzyłem to tej sobotniej nocy, kiedy na balkonie z kobietą spełnioną, czyli taką, co to w miarę świeżo znalazła miłość życia, ścierał się cyniczny bohater (ale nie ja, nie Smoczy, to zresztą w ogóle nie jest ważne, kto, nikt najlepiej, bo to jest refleksja ogólna). On mówił tak - A kojarzycie ten serial, ja jestem wielkim fanem, How I Met Your Mother, tam jest taka postać Barney, którego mam za skondensowaną do jednego człowieka esencję XXI wieku, tak to teraz działa, seks, seks, przygodny seks. No to patrzymy na siebie ze Smoczym, bo oczywiście znamy legen - wait for it - dary Barney'a Stinsona, np. z Cytatem z roboty też byśmy tak spojrzeli i jeszcze dodali słowo awesome! Wszak Barney musi budzić podziw każdego młodzieńca, który znajduje się na tym życiowym etapie jebaka wannabe.

To oczywiście jest taka rozmowa, w której słabo uczestniczę, to prawdopodobnie jest jeden z mocniejszych powodów mojego niepicia, sam właściwie nie wiem, co by ze mnie wylazło, po której stronie bym się opowiadał, czy właśnie tak bym skończył, tego się obawiam. Żeby tylko nie wypowiadać się natchnionym głosem o miłości, albo braku miłości, to już lepiej o ogólnej kondycji świata, albo najlepiej o grach rpg (role playing games, to niby nie jest o miłości?).

Bohaterka spełniona objawiała różnorakie prawdy, np. jeśli zależy Ci na kobiecie, to zostań jej przyjacielem, przyuważ na imprezie jak płacze i hop, Twoja, pocieszycielu, tutaj nawet można zmieniać kolejność. Albo mówi o koleżance dwudziestoletniej, która ma osiemdziesięcioletniego mężczyznę i kochają się, upite głosy od razu mówią hajs, jak ich podpuściła, bo on mieszka u niej i hajsu nie ma. Raczy bohatera cynicznego tymi historiami, aż ten nie wytrzymuje i się rozkleja i nagle wątek jednej kobiety, którą czasem wspominał nabiera pierwszorzędnego znaczenia - bo to już rok, jak ona.

No i podsumowanie jest takie, że potwornie paraliżujące poczucie krzywdy nosimy w sobie. Żeby pękło, something must break, nanoszą się czasoprzestrzenie.

Wracałem chyba pierwszym metrem i wpadłem na pomysł, że żeby nie mieć poczucia krzywdy z powodu przespanych wyborów, wstąpię do komisji od razu z rana, właśnie otworzyli. Od kiedy mam prawo głosu zbierałem się pół godziny przed zamknięciem, a tu proszę, jak obywatelsko zakończony dzień drugi weekendu, wrócić, przespać się i niespodziewany dzień trzeci w postaci niedzieli poświęcić na doskonałe tracenie czasu. Inna sprawa, że kolejne dni też mi tak potrafią schodzić, siedzę w pracy i do głowy wpadają słowa, nie od razu wiem skąd, że ciepłe powietrze unosi mnie wysoko.

Od pisania boli mnie dłoń, to chyba naprawdę zapomniałem, jak się trzyma długopis. Powrót do tradycji wpisów zebraniowych, fajnie, że nie boli mnie nic po rowerze, a była taka trzytygodniowa chyba przerwa, różnie się tłumaczyłem, głównie przesadną temperaturą. Wróciłem nań wczoraj i w poniedziałek, jest w okolicy sporo równego, słabo uczęszczanego asfaltu, są jakieś lasy, ulice leśne, ćwierkanie, ogarnianie ścieżek pomiędzy asfaltami.

czwartek, 20 maja 2010

Najpiękniejsze zebranie świata, jest nas coraz mniej, czyli pewnie mówimy coraz więcej

Proszę, proszę, on jednak tu jest. Cztery godziny snu, cudowne miejsce siedzące w autobusie i gorzki wstyd przy wysiadaniu na Marymoncie, bo dwa metry ode mnie kobieta z czterolatką stały. Co to znaczy, że nie widziałeś, patrz uważniej, to sam siebie nie będziesz z porannej puszki Pandory wyzywał. Druga kawa w tym tygodniu, to pewnie piąta w tym roku, coś z biorytmem, gwiazdami i horoskopami. Pamiętam, że w czasie nastoletnim rodzice nam ją proponowali (kawę, nie ezoterykę), czy to była zasada krztuszącego papierosa, czy jednak próba budowy wspólnego rytuału, żeby posiedzieć razem, tego nie wiem. A może sami się z siostrą prosiliśmy. W każdym razie nie przetrwało to zbyt długo i dopiero praca mnie do tego jakby przymusiła. Tfu, co to za podejście, nic nie muszę, mam po prostu głęboką, wewnętrzną potrzebę nieusypiania na zebraniu. Więc pewnie jestem lekko naspidowany i stąd pisanie.

Że w nocy zapomniałem o braku obiektów to zrozumiałem, pamięta się o obiektach, jeśli są. Za to jak mogłem zupełnie zapomnieć o rozwaleniu Weaponów? Tak, zupełnie niepoważna sprawa, utrata życiowego celu, została pustka - świetna kwestia do przemyślenia na zebraniu raportującym tydzień. Dopiero teraz dociera do mnie, że tradycją czwartkowych wpisów wpasowuję się w atmosferę pomieszczenia - po prostu raportuje trochę inne rzeczy.

Weapony to takie legendarne monstra, którymi wcale nie trzeba zawracać sobie głowy. Wręcz przez większość czasu wypada ich unikać, bo co to za frajda być przez takiego kolosa rozdeptanym, bohaterstwo cierpi. Ja dobrałem się do FFVII długo po premierze, kiedy kolejna generacja konsol na dobre przejęła rynek. Pewnie nawet miałem juz za sobą FFX. Ale miałem też w pamięci Squareware, taką tematyczna kartkę z pierwszych numerów Neo (jeszcze bez Plus), że nie wypada zostawiać tych wszystkich FF-owych ludków na pastwę monstrów. Przykitrałem więc swoich herosów, za trzecim razem nieźle rozumie się mechanikę gry. I ów Emerald wytrzymał na placu boju około dziesięciu minut, a Ruby trochę dłużej tylko ze względu na długaśną animację KOR'a (takiś mocny? to rozbij ich bez KOR'a, bez limitów i bez 4x cut). Po nagrody też się nie zgłosiłem, co mi z nich teraz, a w telewizji kończył się Epizod III, powszechne zakończenie, walka, walka, żeby nie napisać depresja jest nie do opanowania. Zostało wypowiedzieć się na temat ejdżtiemelfajf, nadgryzionego jabłka (nie mylić z japkiem) i flesza.

Jeszcze tylko napiszę coś miłego o kumplu - Geniuszu - robię to z ciężkim sercem, bo bardzo długo przemawia, ale tak ładnie prosił i w ogóle zainteresował się tym potokiem w notatniku, że nie będę jakoś ściemniał (np. o pasiastej koszulce, że niby ładna, albo że ładnie wygląda), tylko uczciwie stwierdzę, że samo zainteresowanie jest sympatyczne. Elo!

Niech to się wreszcie skończy, kofeina z mózgu schodzi.

sobota, 6 marca 2010

Punkty mana, to brzmi źle, tak się czepnę

Skoro czytam książkę o porwaniu piętnastolatki, to głupio nie wspomnieć minut przed i po empiku. Przed wyszedłem z pracy, szesnasta trzydzieści, ładnie, efektownie, najwcześniej jak się da, staram się utrzymywać ten stan rzeczy - pierwsze dwa miesiące wychodziłem godzinę później. Wychodzi ze mną Motor, ja coś przebąkuję o Rozdrożu, ale przecież czytałem o jednym pasie dostępnym na Modlińskiej, czyli wcale nie mam ochoty od razu napinać na Białołękę. - To jedź ze mną do centrum. - A dobra, masz rację, podjadę, może empik.

Schodzimy na peron, akurat wjeżdża pociąg, tłumy, kobiety z wózkami, machamy ręką, siadamy, czekamy. Mówię, że właściwie szedłbym z buta do tego centrum, pyta dlaczego nie, mówię, że przecież zaprosił do wspólnej podróży, on mówi - Chodźmy z buta. Poszliśmy więc, na ślepo, bo wspomniany wcześniej śnieg zacinał. Opowiedział o tym, jak może wyglądać bycie piłkarzem na Cyprze, znaczy, tam nie ma śniegu. I rozstaliśmy się pod skrzyżowaniem z Alejami, ja po książki, mówię, że się z pięć razy po drodze zakocham. On po buty, mówi, że bez przesady, on by się zakochał gdzieś pod Złotymi dopiero.

Po zakupach idę do Złotych, znaczy idę na autobus z Centralnego, a do Złotych do toalety. Naprawdę. Z naprzeciwka idzie Motor, halo, cześć, uśmiech szelmy i już wiemy, że pierwsza godzina pracy w poniedziałek będzie obfitowała w pytania o moje stosunki z galeriankami.

piątek, 5 marca 2010

Albo nie wiedziałem, że "Acid Food" ma tekst, albo chodziło mi o inny kawałek

Odpalam Mogwai, bo chcę mieć coś w słuchawkach, a CSU nie jest jak Mogwai, pewnie to to. Ktoś szeroko tłumaczył, skąd wziął się post rock, oraz że najbardziej rozpowszechniony pogląd cisza-hałas stanowi ułamek, wtedy do mnie dotarło, że faktycznie, słowo post może sobie znaczyć zerwanie ze schematem zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo, refren, czy coś takiego, przy czym wcale nie oznacza wpadania w bojaźń diabła (jaką ja miałem wtedy frajdę, że zaczęli od long way from home i skończyli ostatnią z jedynej ogarniętej płyty). Okej, robienie nowych rzeczy ze starych, to coś jak Sonic Youth i używanie pałeczek od perkusji na gitarowych strunach? Mieli coś takiego.

Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.

Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?

Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.

Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.

Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.

Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).

Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.

Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.

Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.

Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.

Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.

Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.

Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.

Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.

Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.

Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.

I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.

Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".

Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.

Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.

wtorek, 9 lutego 2010

Wschód słońca to zachód pytań

Kojarzy mi się to melancholijnie, więc pasuje do refleksji o smokach. Cała fajność smoków polega na tym, że trochę są półbogami. Te smoki bajkowe nie robiły takiego wrażenia, i tak wiadomo, że czarno biały rycerz na czarno białym koniu takiego zaciuka, więc czego się bać. Już bardziej bałem się przebierańców ze "Scooby Doo", dzisiaj go nie znoszę, a wtedy miałem jednego świecącego potwora w głowie, który czasem zaglądał do mnie w nocy przez okno. Lubiłem Scrabby'ego, jego nie znoszę jeszcze bardziej niż wujka.

Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.

Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.

Nie, to wcale nie musi być takie jasne.

W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.

Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.

Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.

Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.

Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.

Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.

Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.

Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).

Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.

Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.

Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.

Dzięki!