W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.
Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.
Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.
Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.
Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?
Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.
- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.
To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.
- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!
Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.
Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.
Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 lutego 2011
czwartek, 20 maja 2010
We only come out at night
Trochę mam tego dosyć, to jest wybitnie bezproduktywnych godzin nocnych, które wynikają z jakiegoś zgaszonego światła. Spać, spać, tak trzeba, wiesz, przecież nie pracujesz już od siódmej trzydzieści, zaczynasz całą godzinę później i ten buspas na Modlińskiej też prawie działa, no to posiedź dłużej. I tak siostra pisze pracę jakąś, a widziałem nawet przymiarki do magisterskiej - coś o chrześcijaństwie, Bogu, JP2, tylko nie wiem, w odniesieniu do czego. Dobry Boże! Chciałem się odnieść do tej nocy, kolejnej takiej, że nie śpię, z pytaniem o to właśnie, dlaczego ja nie śpię? Wiem dlaczego ja do magisterskiej się nie przymierzam żadnej, to ciekawe nawet, mógłbym teraz bronić coś o dzieciach, albo za rok coś o Amarillu, albo trochę na mniejszą skalę o chmurach w internecie.
Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.
O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.
Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.
Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.
Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.
Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.
Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.
Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.
O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.
Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.
Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.
Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.
Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.
Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.
piątek, 9 kwietnia 2010
Gdzieś pomiędzy co będzie dalej i co mam powiedzieć, a może i dziesięć lat później
Jest to bardzo nieokreślone miejsce. Może to być miejsce na połowie czasu, wieczne zielone drzewo życia i wcale nie chodzi tu o marihuanę, która liczy się tylko, ale nic o niej nie wiem. Wiesz, że są różne marihuany, a przez chwilę znałem kiedyś jedną Maryśkę. Rit de passage, chwaliłem się już kiedyś, że pamiętam coś z pierwszych studiów? W książkach potrafią to, autorzy, słabo rozumieć i w tych o smokach serwują rosnące w ułamku sekundy w duszach nieprzebrane pokłady magicznych mocy. Toż to nawet Toriyama, kiedy Goku usiłował zdobyć świętą wodę, wytłumaczył mu po trzech dniach, że sama woda nie ma nic do rzeczy. Bardziej dni.
Weź sobie dwie piosenki i zacznij nimi żonglować jak trzema piłeczkami. To jest właśnie takie uczucie jak ze snu, kiedy rzeczy niewykonalne w innych miejscach, dzieją się bardzo naturalnie i bardzo prawdziwie.
Przeczytałem, że fake book oznacza jakby śpiewnik z nutami, chwytami. Pewnie w czasach internetu nie ma ich za wiele. Jest jakiś facebook, który, mam często wrażenie, powinien nazywać się właśnie tak. Już nawet nie wiadomo, czy wysłać gdzieś mejla, czy jest jakaś różnica między tymi skrzynkami, albo czy ktokolwiek ma ochotę być zaskoczonym mejlem. Jakiego ktokolwiek ma mejla. Tak naprawdę udały mi się w życiu jedno albo dwa zaskoczenia. I dostałem jeden wyraźny sygnał, że na czytanie moich mejli nie ma czasu. No dobra, toniebędępisałdocięsioooorb. Nie lubię tego.
Mam swoje trzy dni na zmartwychwstanie, reinkarnację, dopełnienie cyklu, cokolwiek. Pewnie tak naprawdę nie mam, ale mam swoją mitologię w głowie i pewne rzeczy po prostu mają znaczenie. Za pięć lat mogą mieć inne, albo nie mieć wcale, ale na razie, cokolwiek mi nie powtarzać - mają. Są takie chwile, że nawet najrozsądniejsi ludzie potrafią powiedzieć jedynie - Nie myśl o tym. Nie przejmuj się tym.
Pewnie kiedyś się komuś udało. Tymczasem mnie skończył się piąty zeszyt. Wiem już, że zeszyty trzeba starannie wybierać, bo jeden się obraził z okładką, kiedy połowa kartek czekała jeszcze na zapisanie. Może dziś jakiś znajdę. Szczęśliwie dla portfela czytam jeszcze drugiego Murakamiego, to niby ostatnia z kupionych, ale mam też jedną pożyczoną książkę w planie. Czyli ominę dziś wszystkie księgarnie. Swoją drogą - jak na Murakamiego ma zaskakująco zwarty tekst i małe marginesy.
Nie umiem zaczepiać ludzi na ulicy. Czasem sam jestem zaczepiany przez widma przeszłości, idę sobie pod Galerią Centrum i widzę gościa, który się szczerzy, obaj mówimy sobie cześć. Zaczyna opowiadać coś o turniejach karcianych, a ja nie mam pojęcia, skąd się znamy, szczególnie, że nigdy się karciankami nie interesowałem. Przypominam sobie kilka dni później, że typ był w równoległej klasie. Za to sam, no, nie mam pojęcia, czy widzę kogoś znajomego, czy nie. I nie ryzykuję sprawdzenia, teraz już nawet nie ryzykuję kontrolnej wiadomości na fejsie, bo kiedyś dostałem na pytanie hej, byłaś tam i tam odpowiedź nie. Więc jeśli byłeś wczoraj na ścieżce przy skrzyżowaniu Batorego z Niepodległości i ruszyłeś dalej w stronę Stodoły, to nie przybiliśmy piątki.
Mam swoje trzy dni, które nie do końca wiadomo, jak dokładnie liczyć, od kiedy do kiedy, które dokładnie dni, jeśli wziąć pod uwagę lata przestępne. Podobno mniej więcej tyle zostało, mniej niż siedemdziesiąt dwie godziny. Mam w jednym miejscu pozbawiony metafory pomysł na walkę z duchami, które najsilniejsze są o północy. To fajne, że wszystkiemu nadaliśmy w dobowym cyklu najsilniejsze momenty. Pomysł polegał na wysłaniu do akcji zastępu pogromców, którzy pominęli podstawowy krok wszystkich zorganizowanych akcji. Nie zsynchronizowali zegarków. Do tego im mniej spójnie ich zegarki wskazują godzinę, tym lepiej, a najfajniej, jeśli ktoś nałożył jeden z zapomnianą zmianą czasu na letni. I wtedy cała siła potwora rozmyje się w niepewnym czasie.
Już dziś zacznie się taka sobota, w którą nie mam zamiaru wywracać się na lewo. Nie wiem, może posłucham sobie młodszego Corgana.
Weź sobie dwie piosenki i zacznij nimi żonglować jak trzema piłeczkami. To jest właśnie takie uczucie jak ze snu, kiedy rzeczy niewykonalne w innych miejscach, dzieją się bardzo naturalnie i bardzo prawdziwie.
Przeczytałem, że fake book oznacza jakby śpiewnik z nutami, chwytami. Pewnie w czasach internetu nie ma ich za wiele. Jest jakiś facebook, który, mam często wrażenie, powinien nazywać się właśnie tak. Już nawet nie wiadomo, czy wysłać gdzieś mejla, czy jest jakaś różnica między tymi skrzynkami, albo czy ktokolwiek ma ochotę być zaskoczonym mejlem. Jakiego ktokolwiek ma mejla. Tak naprawdę udały mi się w życiu jedno albo dwa zaskoczenia. I dostałem jeden wyraźny sygnał, że na czytanie moich mejli nie ma czasu. No dobra, toniebędępisałdocięsioooorb. Nie lubię tego.
Mam swoje trzy dni na zmartwychwstanie, reinkarnację, dopełnienie cyklu, cokolwiek. Pewnie tak naprawdę nie mam, ale mam swoją mitologię w głowie i pewne rzeczy po prostu mają znaczenie. Za pięć lat mogą mieć inne, albo nie mieć wcale, ale na razie, cokolwiek mi nie powtarzać - mają. Są takie chwile, że nawet najrozsądniejsi ludzie potrafią powiedzieć jedynie - Nie myśl o tym. Nie przejmuj się tym.
Pewnie kiedyś się komuś udało. Tymczasem mnie skończył się piąty zeszyt. Wiem już, że zeszyty trzeba starannie wybierać, bo jeden się obraził z okładką, kiedy połowa kartek czekała jeszcze na zapisanie. Może dziś jakiś znajdę. Szczęśliwie dla portfela czytam jeszcze drugiego Murakamiego, to niby ostatnia z kupionych, ale mam też jedną pożyczoną książkę w planie. Czyli ominę dziś wszystkie księgarnie. Swoją drogą - jak na Murakamiego ma zaskakująco zwarty tekst i małe marginesy.
Nie umiem zaczepiać ludzi na ulicy. Czasem sam jestem zaczepiany przez widma przeszłości, idę sobie pod Galerią Centrum i widzę gościa, który się szczerzy, obaj mówimy sobie cześć. Zaczyna opowiadać coś o turniejach karcianych, a ja nie mam pojęcia, skąd się znamy, szczególnie, że nigdy się karciankami nie interesowałem. Przypominam sobie kilka dni później, że typ był w równoległej klasie. Za to sam, no, nie mam pojęcia, czy widzę kogoś znajomego, czy nie. I nie ryzykuję sprawdzenia, teraz już nawet nie ryzykuję kontrolnej wiadomości na fejsie, bo kiedyś dostałem na pytanie hej, byłaś tam i tam odpowiedź nie. Więc jeśli byłeś wczoraj na ścieżce przy skrzyżowaniu Batorego z Niepodległości i ruszyłeś dalej w stronę Stodoły, to nie przybiliśmy piątki.
Mam swoje trzy dni, które nie do końca wiadomo, jak dokładnie liczyć, od kiedy do kiedy, które dokładnie dni, jeśli wziąć pod uwagę lata przestępne. Podobno mniej więcej tyle zostało, mniej niż siedemdziesiąt dwie godziny. Mam w jednym miejscu pozbawiony metafory pomysł na walkę z duchami, które najsilniejsze są o północy. To fajne, że wszystkiemu nadaliśmy w dobowym cyklu najsilniejsze momenty. Pomysł polegał na wysłaniu do akcji zastępu pogromców, którzy pominęli podstawowy krok wszystkich zorganizowanych akcji. Nie zsynchronizowali zegarków. Do tego im mniej spójnie ich zegarki wskazują godzinę, tym lepiej, a najfajniej, jeśli ktoś nałożył jeden z zapomnianą zmianą czasu na letni. I wtedy cała siła potwora rozmyje się w niepewnym czasie.
Już dziś zacznie się taka sobota, w którą nie mam zamiaru wywracać się na lewo. Nie wiem, może posłucham sobie młodszego Corgana.
czwartek, 18 marca 2010
Sto książek, których nie czytałem
Trafiłem przez blipa na takie zestawienie - większość ludzi czytała przynajmniej sześć ze stu wypisanych książek. Podoba mi się, gdyby tworzyć jakąś mitologię, numerologię internetu, to liczba sześć jest jedną z ważniejszych - trzeba maksymalnie sześciu podań ręki, żeby skontaktować się z dowolną osobą na świecie, wszystkie portale społecznościowe się z tego wywodzą. A pewnie mamy w sieci inne ważne szóstki - czy to znaczy, że internet jest diabłem?
Ludzie komentują, chwalą się, ile z listy przeczytali, obwieszczają np. czterdzieści sześć, ja ze swoimi dwudziestoma bym nie miał startu. Ale wcale nie muszę mieć, mam frajdę z odnajdywania sprytnej reguły w doborze książek do listy. Jest wystarczająco sprytna, żeby sprowokować kilka minut rozmowy w zespole, to się ceni.
Kolega dostał kiedyś książkę w stylu "Sto najlepszych filmów w historii", już dawno zapomnieliśmy o pomyśle obejrzenia ich wszystkich. Może taka lista zupełnie z kosmosu odnośnie książek będzie bardziej motywująca, książki czyta się samodzielnie, a internet jest całkiem niezłym źródłem tytułów dla człowieka, który już się nie uczy. Ale do rzeczy - jak działa ta lista?
Po pierwsze - żyjemy w tak bogatym świecie, atakuje nas tak wiele informacji, że ludzie, którzy w ogóle nie interesują się czytaniem, w ogóle do niej nie dotrą. A jeśli dotrą, to są tam trzy przenikające się kategorie książek, które po prostu muszą objąć każdego, kto umie czytać.
Największą, ale też w gruncie rzeczy najmniej mocną jest klasyka. Książki, o których mówi się, że nie wypada nie znać, arcydzieła literatury światowej. Odnoszę wprawdzie wrażenie, że głupio o czymkolwiek w XXI wieku mówić, że nie wypada nie znać (BBC w sumie marudzi, że czytano zaledwie sześć), wiem ile jest wszystkiego, ale jednak kupuję Marqueza. Do tego większość książek wywodzi się z kultury anglosaskiej, a kto ma być głównym odbiorcą BBC? Jasne, że potwierdzą. Ale to i tak najsłabsza kategoria.
Drugą są książki popularne, książki marki, zjawiska na równi biznesowe co kulturowe. Tutaj wpasowuje się i "Kod Leonarda Da Vinci" i "Cień wiatru". "Władca Pierścieni", "Opowieści z Narnii", teraz już nawet "Alicja w Krainie Czarów" - maszynki do zarabiania pieniędzy. Filmy, kolorowe wznowienia, nie musisz interesować się literaturą, żeby zetknąć się z reklamami w metrze, nadziewać na nie na najbardziej eksponowanych półkach w empiku. A dzieciaki chcą mieć takie piórniki i zeszyty, część pewnie i książkę przeczyta.
Tu mamy płynne przejście do trzeciej i najmocniejszej kategorii - książek dla dzieci, albo czytanych w dzieciństwie. Wspomniane już "Alicja" i "Narnia" (która jest bezczelnie na liście rozbita na dwie pozycje - całość i pierwszy tom), a kto nie dostał na Pierwszą Komunię obok wypasionego Wigry 3 wypasionego wydania Biblii? Same pozycje z czasów, kiedy nie w pełni świadomie wybieramy, co czytać, wystarczą na obsadzenie kilku miejsc z minimalnej szóstki. Wprawdzie jakoś przegapiłem "Anię z Zielonego Wzgórza", ale "Kubusia Puchatka" chyba się nie da w dzieciństwie ominąć. Nie ma na liście Muminków, też ominąłem, obiecałem sobie jednak kiedyś przeczytać - wygląda ekstra.
Więc właściwie żadna sensacja, czy licytacja, przekrzykiwanie się. Mogę sobie przypomnieć, że są rzeczy, o których słyszałem, rozważałem, ale nie było okazji. "Wielki Gatsby" pojawił się w którejś z książek Murakamiego, "Myszy i ludzie" u Myslovitz (a u siostry widziałem "Mieć czy być" Fromma), to wystarcza, tak sobie zbieram książki do czytania. Świat jest słowem, jest wielkim hipertekstem, niebieskie internetowe odnośniki ładnie wpisały się w schemat kontrolowanego chaosu w naszych głowach. Przy spotkaniach, na imprezach, każdy wspomina, że bał się Buki, bo to nas na pewno łączy, jest wspólne, rozumiemy się. Później lektury obowiązkowe przestają być obowiązkowe, z kumplem kłócimy się w liceum o Wertera, bo trafia w okres uczuciowych niestabilności, zakochań, ale innych rzeczy mamy wspólnych coraz mniej. Nowych uczymy się z losowych miejsc - czytam na czyimś blogu o "Wilku stepowym", kupuję i na okładce widzę "Ulissesa", to jedyny powód dla licznych prób przebrnięcia przez niego.
Ludzie komentują, chwalą się, ile z listy przeczytali, obwieszczają np. czterdzieści sześć, ja ze swoimi dwudziestoma bym nie miał startu. Ale wcale nie muszę mieć, mam frajdę z odnajdywania sprytnej reguły w doborze książek do listy. Jest wystarczająco sprytna, żeby sprowokować kilka minut rozmowy w zespole, to się ceni.
Kolega dostał kiedyś książkę w stylu "Sto najlepszych filmów w historii", już dawno zapomnieliśmy o pomyśle obejrzenia ich wszystkich. Może taka lista zupełnie z kosmosu odnośnie książek będzie bardziej motywująca, książki czyta się samodzielnie, a internet jest całkiem niezłym źródłem tytułów dla człowieka, który już się nie uczy. Ale do rzeczy - jak działa ta lista?
Po pierwsze - żyjemy w tak bogatym świecie, atakuje nas tak wiele informacji, że ludzie, którzy w ogóle nie interesują się czytaniem, w ogóle do niej nie dotrą. A jeśli dotrą, to są tam trzy przenikające się kategorie książek, które po prostu muszą objąć każdego, kto umie czytać.
Największą, ale też w gruncie rzeczy najmniej mocną jest klasyka. Książki, o których mówi się, że nie wypada nie znać, arcydzieła literatury światowej. Odnoszę wprawdzie wrażenie, że głupio o czymkolwiek w XXI wieku mówić, że nie wypada nie znać (BBC w sumie marudzi, że czytano zaledwie sześć), wiem ile jest wszystkiego, ale jednak kupuję Marqueza. Do tego większość książek wywodzi się z kultury anglosaskiej, a kto ma być głównym odbiorcą BBC? Jasne, że potwierdzą. Ale to i tak najsłabsza kategoria.
Drugą są książki popularne, książki marki, zjawiska na równi biznesowe co kulturowe. Tutaj wpasowuje się i "Kod Leonarda Da Vinci" i "Cień wiatru". "Władca Pierścieni", "Opowieści z Narnii", teraz już nawet "Alicja w Krainie Czarów" - maszynki do zarabiania pieniędzy. Filmy, kolorowe wznowienia, nie musisz interesować się literaturą, żeby zetknąć się z reklamami w metrze, nadziewać na nie na najbardziej eksponowanych półkach w empiku. A dzieciaki chcą mieć takie piórniki i zeszyty, część pewnie i książkę przeczyta.
Tu mamy płynne przejście do trzeciej i najmocniejszej kategorii - książek dla dzieci, albo czytanych w dzieciństwie. Wspomniane już "Alicja" i "Narnia" (która jest bezczelnie na liście rozbita na dwie pozycje - całość i pierwszy tom), a kto nie dostał na Pierwszą Komunię obok wypasionego Wigry 3 wypasionego wydania Biblii? Same pozycje z czasów, kiedy nie w pełni świadomie wybieramy, co czytać, wystarczą na obsadzenie kilku miejsc z minimalnej szóstki. Wprawdzie jakoś przegapiłem "Anię z Zielonego Wzgórza", ale "Kubusia Puchatka" chyba się nie da w dzieciństwie ominąć. Nie ma na liście Muminków, też ominąłem, obiecałem sobie jednak kiedyś przeczytać - wygląda ekstra.
Więc właściwie żadna sensacja, czy licytacja, przekrzykiwanie się. Mogę sobie przypomnieć, że są rzeczy, o których słyszałem, rozważałem, ale nie było okazji. "Wielki Gatsby" pojawił się w którejś z książek Murakamiego, "Myszy i ludzie" u Myslovitz (a u siostry widziałem "Mieć czy być" Fromma), to wystarcza, tak sobie zbieram książki do czytania. Świat jest słowem, jest wielkim hipertekstem, niebieskie internetowe odnośniki ładnie wpisały się w schemat kontrolowanego chaosu w naszych głowach. Przy spotkaniach, na imprezach, każdy wspomina, że bał się Buki, bo to nas na pewno łączy, jest wspólne, rozumiemy się. Później lektury obowiązkowe przestają być obowiązkowe, z kumplem kłócimy się w liceum o Wertera, bo trafia w okres uczuciowych niestabilności, zakochań, ale innych rzeczy mamy wspólnych coraz mniej. Nowych uczymy się z losowych miejsc - czytam na czyimś blogu o "Wilku stepowym", kupuję i na okładce widzę "Ulissesa", to jedyny powód dla licznych prób przebrnięcia przez niego.
wtorek, 9 lutego 2010
Wschód słońca to zachód pytań
Kojarzy mi się to melancholijnie, więc pasuje do refleksji o smokach. Cała fajność smoków polega na tym, że trochę są półbogami. Te smoki bajkowe nie robiły takiego wrażenia, i tak wiadomo, że czarno biały rycerz na czarno białym koniu takiego zaciuka, więc czego się bać. Już bardziej bałem się przebierańców ze "Scooby Doo", dzisiaj go nie znoszę, a wtedy miałem jednego świecącego potwora w głowie, który czasem zaglądał do mnie w nocy przez okno. Lubiłem Scrabby'ego, jego nie znoszę jeszcze bardziej niż wujka.
Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.
Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.
Nie, to wcale nie musi być takie jasne.
W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.
Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.
Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.
Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.
Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.
Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.
Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.
Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).
Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.
Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.
Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.
Dzięki!
Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.
Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.
Nie, to wcale nie musi być takie jasne.
W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.
Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.
Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.
Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.
Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.
Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.
Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.
Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).
Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.
Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.
Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.
Dzięki!
środa, 3 lutego 2010
List o Bogu, do Boga i do Ciebie też
Spotkałem wczoraj Boga. W autobusie. Raczej niespodziewane to było spotkanie.
Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.
Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.
Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.
Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.
Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.
Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.
Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.
Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.
Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!
Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.
Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.
Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.
Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.
Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.
Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.
Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.
Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.
Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!
Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Ty też jesteś Bogiem,
Tylko wyobraź to sobie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)