Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apokalipsa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2012

jesionowe paranoje moje

Okłamałem Was ostatnio, bo Skyrim (a.k.a. The Elder Scrolls V Skyrim, w Neo Plus mieli kiedyś taką zasadę, że im dłuższy tytuł, tym gra kiepściejsza) oficjalnie wyszło jedenastego, ale wiadomo, że u nas jedenasty to święto, więc dystrybucja cichaczem podsyłała na dzień wcześniej. Moje szczęście, że specjalnie na tę okazję kupiłem PlayStation 3, bo nie musiałem czekać do oficjalnego systemowego pozwolenia, jak na PC, tylko od razu po pracy mogłem grać - dziesiątego czyli. W pracy, przecież nie mam w domu telewizora. Tak, spędziłem tamten weekend w biurze, tak, nie tylko tamten. Nie poszedłem na koncert Kobiet, będę pamiętał tę datę, koncertu na którym nie byłem, przeciwnie do tego sprzed spłonięcia filozoficznej, który przekonał mnie do sprawy. Myślę, że gdybym urodził się Chińczykiem, miałbym szansę umrzeć w gamingowej kafejce - byłbym tym jednym z trzech na pewnie już blisko półtora miliarda, o którym napiszą w mediach.

Może ktoś jeszcze pamięta Młota, on to czasem czyta, to pozdrowię i pochwalę go, że mniej więcej na dwa tygodnie przed premierą wkręcił się w temat, dzięki czemu udręka oczekiwania była nieco lżejszą i miałem z kim dyskutować dobór perków, które do internetu przepisywali zachodni bywalcy tematycznych wystaw. Specjalnie zamówiliśmy w tym samym sklepie, żeby razem odebrać, godziny mijały, to wcale nie było jeszcze pewne, że będzie, a co jeśli nie, jeśli wszyscy już będą grać, a nam przyślą w poniedziałek? Na dwie godziny przed zamknięciem punktu odbioru, po kilku telefonach, zostawiałem Młota, kierując się do innego sklepu, straciłem wiarę i choć jednocześnie serce mi się darło, bo mieli tylko jedną kopię, to silniejszą była ta myśl, która często pojawia się w dyskusji o umowie kontrpodróbkowej: nie mogę czekać trzech dni, kiedy wszyscy już będą grali! Tak działamy w globalnym świecie, ja akurat w przypadku tej serii. Ale skończyło się happy endem, bo kiedy wysiadałem już do drugiego sklepu, przyszedł sms o możliwości odbioru, od razu dzwonił Młot, to jednak spotykamy się na miejscu.

Wsiadłem w metro powrotne i nawet zapomniałem o miłości, naprawdę, albo nie, ale jednak uparłem się zapomnieć, bo tak naprzeciw po prawej siedziała taka właśnie, jakich cały świat ma może kilka tysięcy, skoro w jednej Warszawie trafiłem trzy, a jedna nawet znów się ostatnio przyśniła, znów nic nie mówiła, chyba robiła imprezę, na której byli sami faceci, starałem się zgrywać rozluźnionego, kursowałem od niej do równie niemego towarzystwa, a ostatecznie jakaś zupełnie inna, nagła, kazała mi zaglądać w swój dekolt. Ta we śnie o już nie samych facetach i królowej, nie ta z metra, nic Wam o niej nie powiem, pewnie miała jakieś jesienne kozaki na niezbyt wysokim obcasie i blu jeansy, w szczegóły fizis uparłem się przecież nie wgłębiać. Słuchaj, to zabrzmi głupio, ale kocham cię od pierwszego wejrzenia, spoko jeśli ty mnie nie, bo ja bede grau w gre przez kilka miesięcy teraz, możesz się do mnie przyzwyczaić przez ten czas, oczywiście jeśli zgodzisz się spędzać ze mną weekendy w pracy, inaczej może być ciężko. Ale mamy fajny telewizor, piszesz się?
Jak fajosko wygląda kawał tekstu kursywą, może by się pisała, choć pewnie nie pozwoliłaby podróżować z Lidką. A przeglądarki różnie renderują tekst, może tylko u mnie tak. Tymczasem - niemalże leciałem do tego Sferisa, od Wierzbna do Sferisa na Dobrej jest kawałek, pewnie powinienem był wysiąść na Racławickiej, pewnie nie mogłem, skoro uciekałem przed powyższym scenariuszem. Ale i tak czekałem na Młota, bo jednak byłem pod sklepem pierwszy.

Więc największym rozczarowaniem nie jest ta z tych onych, które wyłączają mózgi, ani nie aż takim rozczarowaniem jest gra, ani nawet przegapiony koncert Kobiet nie jest rozczarowaniem, choć z siwobrodej (hahaha, kto łapie dowcip?) perspektywy czasu wiem, że jeśli już, to trzeba ją było przekonywać do siebie Radiowozami. Największym rozczarowaniem w sprawie Skyrima jestem ja sam, który zobowiązałem się wesprzeć redakcję tematycznego serwisu, ale po dwóch czy trzech pierwszych tekstach przestałem się wyrabiać w życiu z czymkolwiek i to mniej przez wzgląd na granie w grę, bardziej przez sześćdziesiąt nadgodzin w styczniu, trochę mniej w grudniu, ale z workshopami pracowymi i w ogóle. I uwalam kolejne terminy, choć zdawać by się mogło, że jak coś jest pasją, to się opracuje bez względu na wszystko. Ups. My bad, dałem ciała, ciągle jeszcze staram się pozbierać, mam nadzieję wyrobić się zanim przyjdzie jakiś mejl typu dzięki za taką pomoc, wypierdalaj z wesołej gromadki, sam bym na pewno miał ochotę takiego wysłać.

To ma być pisanie terapeutyczne, że jak się przyznajesz do problemu, to problem przepada, a w każdym razie łatwiej sobie z nim poradzić. Zadziałało świetnie z tymi nadgodzinami, kiedy na początku stycznia wszystkim wokół chwaliłem się chujowym wykresem zeszłorocznych wpływów, że moja życiowa refleksja sprowadza się do tabelek w excelu. Które skrupulatnie wypełniam od kilku lat i jeśli ktoś życzy sobie prześledzić zmiany cen pasztetu podlaskiego, służę pomocą, choć pewnie nie odnotowałem kiedy dokładnie z półek zniknęły większe puszki. Sam sobie wbijałem szpilę, żeby się zająć czymś oprócz pracy i trochę zadziałało, przez Katastrofę zamówiłem płytę ewy braun, przeczytałem dorwanego lata temu pdfa o myszach i ludziach Steinbecka, no i jest szansa, że znów będę częściej strzykał jadem w internecie.

W końcu nic się nie zmieniło, oczywiście to jest temat na jakąś współczesną powieść (bo w niewspółczesnych się zmieniało), wciąż nie wstaję do pracy, przy czym świat mam po swojej stronie, gdybym dziś wstał, to na roście Mota Groweckiego i tak się ktoś rozkraczył, stałbym w korku jak stałem, ale pewnie bez książki, którą do autobusu zaoferował brat - Człowiek z wysokiego zamku - a on wrócił do domu, kiedy mnie tam powinno dawno nie być. Wstęp o Dicku, wszędobylski LEM-komórka-KGB, w pracy widzą, mówią dobre, mówią Blade Runner i empatia, opieka nad elektrycznymi owcami, która świadczy, co znów łączy, zbiega się z Prytem i jest anegdotką po raz kolejny potwierdzającą słuszność podjętych działań, klik w mózgu. On pokazał dzisiaj kadr i napisał, że nie zdał testu, ja filmu nie widziałem, ale wiedziałem od razu, co to za maszyna, czyli że mamy wszyscy mózgu zwoje zmutowane nie tylko internetem, bez internetu też.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

gybe

Jak tu teraz tak, nie dopowiedzieć, czy napisać wszystko i czekać kamieni? W ubiegłym tygodniu odezwał się do mnie kolega, że oferta nie do odrzucenia, jadę z nim na Godspeed You! Black Emperor, należy sobie jedynie opłacić przejazd. Fajosko. No tylko że dwa tygodnie temu też odezwał się do mnie kolega i pisał, że oferta, że ma do sprzedania bilet na Godspeed You! Black Emperor. Bardzo mi się zrobiło miło, bo poprzednio widzieliśmy się dwa i pół roku temu w Mysłowicach, mamy kontakt przez fejsa bardzo sporadyczny, a on pamięta i zaprasza, czuje, wie, że to ma sens w moim przypadku i jestem wpisany na listę gdzieś w okolicy czołówki, skoro wszedłem na miejsce życiowej wybranki. Ale wymówiłem się inaczej zaplanowanym budżetem. No i teraz tak - obaj Ci koledzy to oczywiście ten sam człowiek, tylko rozłożony w czasie. Niech będzie, że Małpolud, bo jeszcze nie ma durnej ksywki tutaj. I pojechałem, zupełnie jak nie ja, bo z dnia na dzień, bez planu, bez noclegów, bez sprawdzania opcji powrotnych, niech się dzieje, co chce.

Na Wschodnim wiało, nawet nie miałem biletu, tylko czekałem na wszystko gotowe - bo on mieszka blisko, to kupił. Jakby za piękne to, jak to tak, że nic nie muszę. A jednak. Nie mieliśmy problemów z rozpoznawaniem się, bo nie dość, że przez te lata nie zaczęliśmy na posuniętych w latach wyglądać, to jeszcze peron pusty. Cześć i jazda, pogadać o sprawach okołopracowych, kto się z pierwszego składu ostał, pogadać o kredytach, pogadać o tym, co się robi w życiu, on akurat robi trochę muzyki. Jest w nim taki fajny spokój i pewność. Pytałem co z zespołem, który zostawił we Wrocławiu. Nie zależy mu, bawi się swoimi rzeczami, kontakt mają, coś do filmów czasem, może będzie więcej. Wtedy godzili prace, życie i próby do późnej nocy, nawet ja rozumiem, że nie da się tak w nieskończoność. A na depresyjnych jazgotach i plumkaniu ciężko zarobić, żeby można było się na samo to przerzucić.

Trochę takie jest GY!BE - od razu kojarzę sobie The car is on fire and there is no driver at wheel, że smutno, że jęcząco, że apokalipsa. Jakie niedopatrzenie, ów przegapiony koncert Sigur Ros w Warszawie, miałbym trzy bieguny post rocka zaliczone, mógłbym umrzeć odpowiednio smutny i rozczulony zarazem. No ale nie. Oczywiście te bieguny sam sobie rozstawiłem, trzeci to Mogwai, a jeśli coś było wcześniej, a na pewno coś było, bo z pustego w próżne to nie, to wybaczcie, ale nie znam.

Pociąg kosmiczny, monitory z informacjami jak w samolotach - prędkość, czas, stacje. Smoczy mówił, że takie są w Niemczech. Ze mnie oczywiście żaden podróżnik, więc się dziwiłem. Głośno, słychać rozmowy z drugiego końca wagonu, a do tego mniej wygodne niż w starych składach siedzenia, plecy bolą. Ale hej, ciepło przecież! W ogóle mnie ostatnio plecy trochę bolą, trzeba zacząć się ruszać, zasiedziałem się w biurze. Udało nam się nie przespać odpowiedniej stacji, udało nam się iść od razu w dobrą stronę, nawet udało nam się nie przejść za daleko, bo Eskulap był jeszcze zamknięty, to znaczy gromadził przed wejściem tłum, który wyglądał zupełnie tak, jakby był gromadzącym się przed koncertem tłumem. Gdybyśmy się czegokolwiek spodziewali, to pewnie nie przerobionej na koncertową sali gimnastycznej, ale ponieważ się nie spodziewaliśmy, to wcale nas to nie dziwiło. Tylko w kolejce zimno, ale przynajmniej wokół ciekawe rozmowy, muzyczni guru epatujący zajebistością przed kolegami. Już nie słucham Comy i takich tam. Tylko The Fall. Mark E. Smith jest Bogiem! Słuchaj, z tego się nie wyrasta. Ze wszystkiego można wyrosnąć, ale nie z post punka. Do końca życia już będę słuchał. Tak ze dwadzieścia lat miał. A dalej - tu nawet znam temat, bo o ile na The Fall załapałem się jedynie z okazji Offa i pamiętam z niego Boga bez jego muzyki, to już Archive sam trochę słuchałem, a teraz już wiem, że - tylko pierwsza płyta, bo mieli rapera wypożyczonego. Nie sposób nie zgodzić się z taką argumentacją!

Jako wsparcie wystąpił ambientowy artysta, który zdecydowanie nie porwał tłumu. Wydawał jakieś mało rytmiczne dźwięki, z których część powinna być zabroniona, po czym powiedział Thanks i tyleśmy go na widzieli. I na scenę zaczęły wchodzić gwiazdy. Co ciekawe - chwile, kiedy rozkładali się na scenie to jedyne, kiedy można się im było przyjrzeć. Bo później, pomimo, że robią strasznie dużo hałasu, właściwie jakby ich nie było. Małpolud mówił, że potrafią mieć w składzie po kilkanaście osób, widać to jakaś skłonność Kanadyjczyków, bo to samo jest z BSS przecież. Można, zamiast na nich, spokojnie patrzeć na przekładane taśmy, wizualizacje - literki, schematy, pociągi, płonące miasta. Najfajniejszy pociąg - kiedy jedzie przez tunel i w miarę jak oddala się od krańca, światło, dla mnie, zaczyna wyglądać jak głowa węża.

No dobra, a co z tą muzyką?

Bardzo dużo plam dźwięku, na początku, wstępnie bardzo rozległe te plamy. Później dodane rytmy dopiero. I wszystko we mnie się buntuje, kto w ogóle wymyślił tą salę, nie powinno się takich rzeczy słuchać w sali. Nie chodzi o to, że muzyka jest depresyjna, nie aż tak. To jest muzyka mam-ochotę-być-sam. Zilustrowałbym to Exupérym, który jako pilot wylądował kiedyś na bezludnej skale w środku Afryki i był tam sam jeden pod gwiazdami. Taką chęć to we mnie budzi.

Wracaliśmy na dworzec, uświadomiłem towarzysza, że za każdym razem, jak słychać było nowy dźwięk, on wyciągał wyżej głowę, szukając, co i na czym kombinują. A jeżdżą smyczkami po gitarach, choć mają w składzie dziewczynę ze skrzypcami. Kiedy wróciło światło, zadowolony oglądał składanie sprzętu - Strasznie dużo mają efektów. Na pewno sami się w nich gubią. Opowiadał też, że typ, od którego kupował bilety, chwalił się, że pierwszym nabywcą był Artur Rojek. No to może chce ich na Offa zaprosić w tym roku. Jego akurat nie widziałem, ale znajome twarze mignęły mi, kiedy już umierałem na dworcu. Proszę o wyrozumiałość, to była pierwsza w nocy i ból w głowie. Widzę typów, przechodzą w tę i we wtę, mają plakat pod pachą - fajne musiały być te plakaty, bo prawie każdy na dworcu miał. Krzyczę zaczepnie - Chłopaki do Mińska?
- No, tak, też?
- Prawie, do Warszawy. - Tu się zacinam, patrzę, widzę, że znam, ale nie wiem. Idą dalej, dopowiadam, że wiem o co chodzi, znam teren - Muzyka Końca Lata?
- Prawie...
Zeszli po schodach, a ja już nie chciałem krzyczeć, że dotarło, bo to był basista Maków. Może się za bardzo nie obraził. A jak ich kiedyś spotkam jeszcze, to może zapytam o wyrocznię w sprawie odmiany nazwy.

środa, 5 stycznia 2011

Goń się, Hessczu!

Widząc moją minę, Mozart zaczął się głośno śmiać. Ze śmiechu fiknął w powietrzu koziołka i nogami wywijał trele. Krzyczał przy tym do mnie: - Hej, hej, młodzieńcze, nie pław się w męce, język cię swędzi czy w płucach rzęzi? A może myślisz o czytelnikach, molach książkowych i złych krytykach? O swych drukarzach, ścierwach, kacerzach, przeklętych szczwaczach i podżegaczach? Psiakrew, do czarta, rzecz śmiechu warta, śmiech do rozpuku ulży ci w brzuchu... O ty, serce w poniewierce, druk, czernidło to mamidło, czujesz wieczny żal do świata, gdzie człek człekiem wciąż pomiata, na pociechę dam ci świecę, zapal sobie, tak na hecę.
Wilk stepowy, Herman Hesse

Będzie smutek, pot i łzy. A co!

W tamtą środę, kiedy cudownie ozdrowiałem, znalazłem też zapomnianą w grudniu muzykę do uszu. Bez sensu takie zapominanie, skoro razem z Cytatem specjalnie kupowaliśmy pchełki pod zimowe czapki, zima naprawdę dokazywała, a do tego ja swoich jeszcze nie zgubiłem. Pierwszym utworem, który wskoczył, było dyniowe Tonight Tonight, co wydało mi się wcale dobrym omenem, bo bardzo je lubię i bardzo wiąże się z ładnymi historiami z ostatnich lat. Nie wiem, kto wymyślił popularne pojęcie soundtracku do życia, ale ten utwór by się pewnie mógł na moim znaleźć.

Na pilny projekt zareagowałem w tym tygodniu ze stoickim spokojem. Bardziej już martwiłem się, jak zareaguje grupa, której odbiera się szeroko swego czasu dyskutowany dzień wolny (a zdaje się nawet, że ów Lewiatan iście po diabelsku co i rusz zmienia zdanie, ustawa raz się podoba, a raz nie), ale znów - wyrażono gotowość. Plus pięć godzin w poniedziałek, plus cztery godziny we wtorek, na dziś też jest plan, do soboty właściwie, a może i do wtorku. Proza życia. No ale moje życie, poza soundtrackami i szablonowymi nadgodzinami, ma jeszcze leitmotiv braku snu. Więc jeśli po dwóch dobach, na które składało się między innymi siedem godzin przerywanego snu i dwadzieścia siedem pracy, spodziewałbyś się, że padnę niczym królik ze złej marki bateriami i w dodatku bez stosownego energetyka, to oczywiście się mylisz.

Cytat właśnie się pochwalił odnalezieniem słuchawek, ale ja nie będę tamtego zdania zmieniał. Bo nie i już! Ma chłop wyczucie czasu.

Tej nocy przeżywałem znów to samo rozczarowanie, szukałem w sobie nieszczerości, którą pewnie należałoby ukrzyżować i pewnie wtedy przyszedłby sen. Bo jakoś wierzę, że sen to podstawa zdrowia, nie mam ochoty znowu smarkać. Ale nie wiem, nic nie wiem, co jest grane. Bo przecież w dni wolne sypiam sobie smacznie, nawet Sylwestra przespałem, był tam świat obejmujący ninja i tańczenie poloneza. Może jakieś stresy w pracy? Głęboko zakopane we łbie? Cygan mówił o wykopach w miejscu, które rozważa jako niezłe do mieszkania. Znów widmo kredytu? Był i o tym raz sen. Głębiej się dokopać nie umiałem, to zacząłem przeklinać w duchu wszystkich znanych piewców wczesnego wstawania, darowując tym razem samemu systemowi.

Jednym z nich jest właśnie Herman Hesse. A w każdym razie zdarzało mu się być, bo o ile Wilk nie prowadził przesadnie uporządkowanego trybu życia (dzisiaj chyba już nie mówi się o mieszczańskich zwyczajach), to już Magister Ludi Józef Knecht dawał całkiem niezły przykład, zresztą do spółki z Wilhelmem Eco, bo czytałem te książki jedną po drugiej. Cholerni intelektualiści i idealiści, cztery godziny snu w klasztornej celi, a później składają wzory i rozwiązują zagadki, o jakich w Las Vegas się nie śniło. Przez chwilę chciałem chwycić się humoru, jak tonący brzytwy, fikający kozła Mozart jest przecież przepiękny, ale nie dało się. Knecht nie miał się czego chwycić. Próbowałem spokojnie wyśmiać swoją mieszczańską przeciętność, którą tak celnie na koniec XX wieku podsumowało Radiohead. Pasuje mi do otaczających zewsząd noworocznych postanowień. A pig... in a cage... on antibiotics. A Corgan wył: Despite all my rage I am still just a rat in a cage! Nocne skojarzenia, kiedy czuje się pulsowanie całego ciała, a na mózgu mrowienie jak tykanie - zostało tak mało czasu.

Rano znów założyłem na uszy muzykę i znów wskoczyły Dynie:
Today is the greatest
Day I've ever known
Can't live for tomorrow,
Tomorrow's much too long
I'll burn my eyes out
Before I get out
Naprawdę mam skuteczny soundtrack do życia. Zaś gdyby kto pytał, jakie kolory ma w styczniu widziany z autobusu świat o szóstej pięćdziesiąt sześć...


Życzę Wam w tym roku wiele zabawy, czy to z przekładania szklanych paciorków, czy z gier z figurkami. Nie tonąć za bardzo, na fali raczej być, a może pod prąd, zresztą na falę się chyba pod prąd wbija? - Fajnie jeśli w żaglach wyobraźni.

środa, 20 października 2010

Parada atrakcji

Słuchaj, od dwóch dni nie śpię, przewracam się do drugiej, trzeciej z boku na bok, jeśli dzisiaj nie będę miał zajęcia, to mnie szlag trafi - tak powiedziałem siostrze i mam do łóżka komputer, z którego jakoś tam zrezygnowałem w ostatnich miesiącach, kiedy ostał się jako ostatni komputer w domu. Wydawało mi się, że to bardzo wskazane poświęcenie, że to w ogóle nie powinien być problem, skoro kiedyś jeden komputer wystarczał na pięć, a nie trzy osoby w mieszkaniu. Oczywiście od razu trafiła się okazja do oszustwa i mam z pracy taki tablet, siedem cali, na których można marnować czas tak samo efektywnie, albo może jednak mniej, bo bardzo kiepsko się na nim pisze. Na pewno nie do bloga. Na ostatnim zebraniu Geniusz pytał, czy może nie myślałem o tych ultramałych formach blogowych, twitter czy pinger, co to z powodzeniem można z telefonu. Ja mu mówię, że nie w moim stylu. Nie da się tam odpowiednio napuszyć, a w każdym razie ja bym nie umiał.

Wynika z tego, że dwie ostatnie noce były niezłą okazją do dalszej praktyki zen. Praktyka to jest chyba coś, co się na stałe wciela w życie, ja bym chyba jednak wolał od czasu do czasu ćwiczyć, a nie być przymuszanym katarem i niespaniem. Czy to nie jest jakaś tortura, czy nie stosowali tego, że daje się człowiekowi usnąć tylko na chwilę, po czym znowu atakuje? Średnio siebie widzę w tamtych czasach walczących opozycji, skoro psychikę łamie mi zwykły katar. Pewnie za dużo bym chciał. Zaraza i szaleństwo - spędziłem weekend grzeczny jak nigdy, na pewno nie choruję po wyjściu na rower, bo to było w piątek, a ja się rozłożyłem w niedzielny wieczór. Znów chory na pracę chyba. I znów trudno pozbyć się tego poczucia niesprawiedliwości, że skoro zachowałem się ładnie, zgrabnie, zorganizowanie, z wytarciem wszystkiego kurzu w pokoju, z zakupami, z łażeniem po domu w mistrzowskich skarpetach dostanych od mamy, to zupełnie mi się nie należy choroba. Ledwie się z poprzedniej wykurowałem.

Oczywiście ta aktualna będzie o wiele gorsza, straszniejsza, mordercza niemal, bo tutaj jasno widać postawę roszczeniową, czyli że nie sprzątałem dlatego, żeby mieć w pokoju czysto, tylko żeby coś z tego mieć, jakąś od świata pieszczotę. Bardzo to niepoważne, wychodzić z założenia, że jak się będzie grzecznym, to zewsząd grzeczność na człowieka spłynie. Niechby nawet grzeszność jakaś, ale nie katar!

Ponieważ jestem osłabiony, ponieważ jestem niepoczytalny, to nawet się przyznam, że w kontekście dzisiejszego najważniejszego wydarzenia w tym smutnym kraju, owszem, zasmuciłem się, owszem, rzekłem, że ludzi mamy popierdolonych, ale już w pół godziny później przyjąłem tę cyniczną pozę:
- Słuchajcie, czy już ktoś sugerował, żeby mu postawić pomnik, czy możemy być pierwsi?
Na szczęście nie miałem jaj, żeby wrzucić to słowo na fejsa, bo wstydziłbym się ostro, kiedy jakakolwiek poczytalność wróci. Bardziej niż jakichkolwiek emohumorystycznych wtrętów. Ciężko mi się zdystansować do tego, co się na tym fejsie dzieje, raz chciałbym żeby to była zabawka, raz myślę, że to jednak zabija komunikację. Przecież i tak liczy się liczba wyświetleń stron, reklam - tak samo jak w internetowej wersji tekstów z Dużego Formatu. Trafiłem przez świeżą koleżankę (tj. jeszcze wyświetla się na mojej tablicy) na wywiad z Marią Peszek, podzielony na jakieś dwadzieścia stron, na każdej może pięćset słów. Przewijanie po pół strony, klik na następną, nie dziwota, że systematycznie wróżona gazetom śmierć wciąż nie następuje. To bardzo dobrze - ludzie mogą pisać listy, tak?

Sporo ostatnio rozmawiam, takie rozmowy, w których należy się deklarować, kim jestem, jaki jestem i tak dalej, przez co zamiast sobie być - mniej robię się pewny, czy bardziej jestem, czy bardziej w rozmowie pozuję. To oczywiście dobrze, żeby mnie w kontrolowanych warunkach rozchwiać czasem. Nie ma w tych rozmowach żadnych opcji politycznych, tylko zachowania społeczne. Młotek użył w stosunku do mnie słowa szyderca, a ja przecież w ogóle tak o sobie nie myślałem, bo szyderstwo jednak kojarzy mi się z pewnym obyciem w świecie, daleko mi do tego. To nie jest tak, że użył tego w jakimś negatywnym znaczeniu, tylko w takim sensie, jak z dzisiejszym pomnikiem - wydało mi się, że to jest słowo, które najlepiej podsumowuje wszystkie informacje, docierające do mnie z kraju w ostatnich miesiącach. Więcej w tym cynizmu, czy więcej dystansu? A przecież to nie jest prawda, że jest we mnie tyle blazy - słowo blaza nie istnieje w takim znaczeniu - że taki jestem zblazowany. A jak ludzie by to odbierali? Studenci od piwa i porno - kolejny rekord kliknięć lubię to, czy może jednak by mnie (i słusznie i nie chyba) dojechali? Czy może jeszcze większe rozczarowanie, brak reakcji, bo sukcesywnie kasują mnie z tablicy i to już niczyja ignorancja, tylko moja postępująca nieciekawość i zbędność.

Żeby nie było za łatwo - znalazłem u siostry na półce "Kompleks polski" Konwickiego i czytam od tygodnia w autobusie, pewnie jestem lekko za połową. W autobusie już coraz słabsze światło - tym lepiej mieć ten oszukańczy firmowy tablet, można z internetu odpalić komiks.

Dziś na Rozdrożu znów typ z Kolskiej - słychać go z daleka. Wcześniej jednej dziewczynie powiedziałem, że nie mam drobnych (miałem), później pomyślałem, że jak chce chociaż złoty osiemdziesiąt, to może na serio zbiera na jakiś bilet. Nie wiem, staram się trzymać tej wersji z nierozdawaniem mozolnie ciułanych ziaren, w końcu w pracy ludzie w takim wieku, że wciąż rozmowy o mieszkaniach i kredytach. Ciułam na jakiś wkład kiedyś z kimś. Typ, który wyszedł z Kolskiej podchodzi do mnie i zaczyna litanię:
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili...
- Proszę Pana, od miesiąca Pana wypuszczają.
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili - podejmuje niezrażony, jakby nie rozumiał.
- Proszę Pana, musi Pan znaleźć jakieś inne miejsce teraz, bo tu Pan nie utarguje.
- Proszę Pana, poratuje Pan złotówką. - Ja naprawdę nie wiem, czy on jednak nie jest jakoś upośledzony, albo głuchy.
- Proszę odejść, ja już Panu nie pomogę więcej.
Odszedł, patrząc tak samo bezradnie, jak - jakie słowo - zawsze. Obok mnie siedziała jedna kobieta, ucieszyła się na tę scenę, kiedy już odszedł, a obok niej taka całkiem sympatyczna, naprawdę ładny uśmiech, może w moim wieku, to dodała, że on cały dzień wychodzi z Kolskiej. I wsiadły do autobusu, ja czekam dalej na swój i na przystanek wbijają dwie pannice, ja wiem, pewnie po siedemnaście lat, niezgrabne, oklapłe dupska, diety cuda i zero grzecznego ruchu. Słychać, że też je zaczepił.
- Słyszałaś, kurwa? Niech dziad spierdala!

Noż.

czwartek, 23 września 2010

Piękni piętnastoletni

Poszliśmy w sobotę na ten Dżem, ale to nie był gwóźdź programu. Było raczej chłodno, więc bardziej miał szansę na bycie gwoździem do trumny, jakie to jest opatrzone zestawienie, więc nie doczekaliśmy piosenek znanych i ładnych, tych, które lubię z dwóch pierwszych płyt. Taka kapela, która nieprzerwanie gra niemal od czterdziestu lat, puszcza nowe płyty i jakoś się rozwija, musi mieć do siebie wiele dystansu i wiele dystansu do publiczności, skoro jednak grają nowsze utwory, na które reakcje są mało żywiołowe, za to z Cegłą zawsze szał ciał. Dzień, w którym pękło niebo oczywiście nie był grany. Ale bardziej mi tu chodziło o spotkanie, o oczyszczenie po piekle poprzednich dni - architekt Mroczny Krzyś, Katastrofa ze Smorką, lubię słuchać ludzi. Obiecali iść ze mną na Mistrza i Małgorzatę, mam cztery wejściówki na drugiego października, to została jedna. Jakoś powątpiewam w zapoznanie chętnej niewiasty, więc być może załapie się na nią Cytat. Wejściówkę, choć na niewiastę też by się na pewno chciał załapać.

Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.

Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.

We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.

Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.

Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.

A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Bowiem jeśli mieszkasz nad morzem, to tak jakbyś był jedną nogą w nieskończoności. Morze to jest symbol czegoś, co się zaczyna tuż obok ciebie, a kończy nie wiadomo gdzie.
Bo mam wrażenie, że kilka dni wcześniej czytałem gdzie indziej coś identycznego, o morzu, tylko już nie mogłem znaleźć gdzie. Może w Króliku stepowym, kartkowałem, nie było. Królik jako książka z poprzedniej dekady znacząco różni się od czytanych wcześniej Strachoty czy Żulczyka, rozbijające, że teraz wszystko bardziej na zewnątrz, a tam tylko do środka. A z nieskończonością, z nieuchwytnością, morze jest ładne, ale chyba jednak każdy może mieć coś takiego, zawsze obok siebie. Dlatego wciąż jesteśmy w drodze. Na razie jedziemy do Młota, żeby pograć w Guitar Hero. Czy to aby nie trochę hipsterskie? Czy hipster to nie jest XXI-wieczny typ banana? Oczywiście nigdy naprawdę nie zrozumiałem, o co chodzi z bananowymi knajpami, teraz tych hipsterskich żartów też do końca nie kminię.

Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.

Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.

piątek, 17 września 2010

Nie dość mądry na niebo

Mały spoiler na początek - wpis nie bez powodu opatrzony jest etykietą egzaltacja. Nie żeby była taka kapela, może też jest. Ja po prostu, lojalnie - ostrzegam. Może da się przestawić etykiety ponad wpis i nawet być w ten sposób jakoś oryginalnym, oraz oszczędzić sobie ostrzegania na przyszłość?

W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.

Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.

Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.

Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.

Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.

Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.

On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.

W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.

- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.

Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.

Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.

Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.

Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.

Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.

czwartek, 9 września 2010

Perturbacje i paralaksy

Przetrząsając pudło z książkami siostry (nie to, żeby była zwolenniczką trzymania książek w pudle, po prostu ma przemeblowanie), odrzuciłem leżące na wierzchu podejrzanie wyglądające wydawnictwa (wydawnictwo Fronda?) i trafiłem na BEX@, Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim.

Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.

Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.

Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.

Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.

Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.

Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.

Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.

Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Tylko po co tak daleko jechać

Tak często nocuję ostatnio w domu, że zapominam z szuflady w pracy zabrać kluczy. Fajnie, że się zorientowałem przed autobusem jeszcze. W ogóle jestem roztrzepany, niby podlewam kwiatki, ale np. tylko z jednej strony pokoju, choć z drugiej szafa cała zastawiona. Podlewanie kwiatków zawsze jest dla mnie bardzo stresujące, jest ich w domu kilkadziesiąt i zawsze któremuś muszę przedobrzyć, się ulewa z niego wtedy. A jak mi głupio było, kiedy znajomemu kiedyś podlewałem i też tak. Lepiej właściwie żeby się przelewało, niż żebym zapominał, choć i tak spodziewam się jakiegoś mordu w oczach siostry, kiedy te swoje kwiatki zobaczy, na moje oko słabo z nimi.

Wróciłem i znalazłem bardzo stare rzeczy do posłuchania, z czasów, kiedy siedziałem w japońskich kreskówkach i właściwie całkiem nieźle się na tym znałem. To już dziesięć lat, może sam siebie nie doceniałem, tej ciekawości świata, której teraz jeszcze mniej. A wtedy było tak, że internet na impulsy, a w gazetach płyty z programami i stronami. Więc zupełnie przypadkiem nauczyłem się wtedy robić strony internetowe, bo uruchomiłem program Pajączek, po którym spodziewałem się bycia inkarnacją Xonixa. Nauczyłem się tyle, że w szkołach zaliczałem informatykę, ale nie nauczyłem się nic z tego programowania, przecież serwery z php to były już wtedy, mógłbym być w zupełnie innym miejscu w życiu niż jestem. No nic to, sporo frajdy z tego miałem, pisało się o bajkach wszystko, co przyszło do głowy, na pęczki takich stron było, księgi gości i liczniki odwiedzin, fuzje i mejl od gościa, który wydawał się bogiem światka, no miał stronę najlepszą, że będzie duży projekt i może bym chciał pisać. Nic to, że projektu nie było, skończyłem na szczycie, ruszyłem się na jakieś konwenty, poznałem Pogromcę Dinozaurów, skakałem na DDR, trzeba to wyciągnąć z szafy kiedyś też.

A ponieważ żaden ze mnie panczur, Patyczak mnie na dłuższą metę męczy, to odnalazłem soundtrack ze Stand Alone Complex (którego nigdy nie widziałem, tylko podstawowego GITSa) i wróciłem do Fish Silent Cruise, które w ogóle nie jest piosenkowe, tylko jak na soundtrack przystało filmowe i wciąż podoba mi się tak samo, jeśli odpowiednio podkręcić głośność. Na emonastoletnie okazje, a nie mogłem odpalić V34, bo brat ostatnio nadużywał tego środka. Chociaż on akurat coś czytał o Leary'u i tędy do tripa trafił.

I jestem zupełnie szczęśliwym, wolnym człowiekiem, bo w domu niby jest internet, ale jednak nie działa monitor i przecież w ogóle, poza kwiatkami, nie ma powodu, żeby tam siedzieć. Jeszcze przy FSC działał, pyk i nie działa, może techniczny brat go po powrocie reanimuje, za to ja może wrócę do pamiętnika dzięki temu. O wiele bardziej wypadałoby wrócić do pamiętnika niż do Morrowinda. Smoczego kolej teraz.

Wracałem od niego w niedzielę, w tej porze pomiędzy popołudniem a wieczorem. Przeczekałem jedne opady, drugie, takie lekkie to było i orzeźwiające, jeszcze trochę kropiło, ale również przejaśniało się, więc droga iście bajkowa. Tu nad trawami mgły, tam kałuże, w ogóle wiele kropelek w powietrzu, więc świat rozświetlony. Krowa przechodzi przez jezdnię, mierzy mnie czujnym spojrzeniem, nie gonią mnie żadne psy. Na drodze przez las pełno gałęzi, jakieś ułamane drzewo nad drogą, to może zabić, jakby spadło na mnie. Ostatni zryw słodkiego deszczu i spokój, dobra, zmokłem, ale wyschnę do powrotu przecież w tym cieple.

Tja. Przy wyjściu wspomniałem Smoczemu, że pewnie wezmę w tej trasie prysznic wielokrotny. Więc zryw deszczu był ostatni z tej chmury, ale przecież nie z podróży.

Po zjeździe w stronę Józefowa (to już drugi Józefów na trasie) zaczęło wiać i przygnało na niebo wiele ciemności i czarności. Przejechałem przez rondo, odbiłem na południe, licząc, że inaczej będzie wiało, ale jednak wiało w każdą stronę. Zaczęły się krople, duże i zimne, przynajmniej na tle poprzednich. Ja kręcę, bo przecież tutaj nie ma się gdzie schować, nawet przystanki nie mają wiat. Ledwie widzę, to już ulewa, miesza się z potem i szczypie w oczy. Jadę z jednym okiem otwartym, przeciskam się przez gęstą zawieruchę. Tak myślę, że poprzednio tak mnie na rowerze zlało też w sierpniu, cztery lata temu, tylko z drugiej strony kanału wtedy, od Gocławia jechałem. Już miałem sobie gratulować teorii o powtarzalności świata, kiedy krople zaczęły bardziej jakby boleć. Jakby gradem sypało. Jak to gradem, cztery lata temu nie sypało gradem, to teraz może? Może, bardzo może, tak bardzo, że niemal poziomo te pociski leciały. To całkiem dobrze, bo kiedy skryłem się za jakąś skrzynką przy drodze, przejmowałem się tylko deszczem. A i to nawet nie za bardzo, sytuacja do suchej nitki, wyczekanie, aż niebu skończy się grad i dalej przez las, potokami ścieżek, półmetrowej głębokości jeziorka, istny surwiwal. Mógłbym się wykrzyczeć, gdybym tylko chciał, obmycie, niebo spadło nam na głowy, mnie przynajmniej, katharsis.

Wróciłem taki zadowolony, jak może powinienem był wrócić w ubiegły poniedziałek, odkryłem strajk monitora, nawet nie mam jak obejrzeć tego filmu od Głaza, Przekręt, to może czas na zakupy znajdę.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Nie z tej, nie z tamtej, weź wybierz sobie stronę

Wyspałem się w poniedziałek i spakowałem tak nieudolnie, że zapomniałem zasilacza do laptopa. Jestem więc w połowie wolnym człowiekiem, nie mam gier, ale na starym komputerze i oczywiście w pracy został internet.

Na dworcu niespodziewanie znajomy, on nie był na Offie, on tam po prostu mieszka. Lokalny patriota, zna miejsca i historie, o stacji radiowej napadniętej przez Niemców, o kopalniach z łódkami ponad setkę metrów pod ziemią, o Giszowcu, obecnym całkiem niedawno w mediach, o kolejce linowej nad parkiem i jedynym rollercoasterze w Polsce. Przy okazji opowiada też, dlaczego nie zmieścił się do pociągu o piętnastej - bo z tego Offa tylu ludzi wracało, że tłoczyli się jak olej.
Biedne ich zmęczone plecy. Hej, czyli ja całkiem nieźle wymyśliłem późniejszy powrót, wprawdzie ponad godzina jazdy więcej, ale wagony praktycznie puste.

I nie jadę, nie jedziemy do domów, bo telefony służą do skrzykiwania imprez, a ja mam ochotę dobrze spożytkować ostatni wieczór, noc urlopu. W efekcie wracam do siebie we wtorek po pracy, po nieprzespanej nocy i rzucam się na trzynaście godzin na wyrko, ledwie wstaję na środę, zaś stan mojej psychiki dobrze oddają słowa piosenki Patyczaka. Jaki kontrast, przegapiłem go na Offie, straszny tłok i nic nie widać. Koniec z Flaming Lips i mówiłem Zmywakowi, że fajnie będzie takim ładnym wrócić we wtorek do pracy. The most beautiful face, ups, nie wyszło.

The most beautiful face wieczoru poniedziałkowego była wedle wszelkich telenowelowych prawideł zewsząd adorowana. Jak ćmy do światła, w ucieczce z samotnej wyspy, jak Dedal z Ikarem, ktoś się musiał zjarać, zjarany Ikarus, ktoś musiał stracić skrzydła. A jakie te kobiety są zmyślne, jakie chytre, jak książkowy szpieg, agent, obierzyświat - wpasowana w kąt, wszystko widzi, obserwuje. Oni stroszą piórka, jacy my, ni to chłopcy, ni mężczyźni, jesteśmy ślepi i naiwni. Jacy dumni, aż do najebki. I znów smutny balkon - Mój Boże! - to może lepiej, żeby w kółko opowiadali te same dowcipy, może niech odpalają te same filmy z jutubki, albo w ogóle wejdą na demotywatory. Bezpieczny ubaw gwarantowany, wszyscy się zrozumieją i weselić będą, nawet najebka zupełnie wesoła. A tak - spojrzenie kobiety, która ostatecznie waży jest jakby lekko rozczulone. Ona jeszcze nie wie, jakiego piwa nawarzy.

Bo teraz, kiedy Bro Code okazuje się niedostatecznie jasny, albo nawet nieobecny - noł fjuczer, Panowie, noł fjuczer.

poniedziałek, 31 maja 2010

Cure for optimism i oszukuję system!

Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.

Mlaskanie.

Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.

Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!

I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.

Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.

Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.

To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.

Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.

Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.

Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!

czwartek, 20 maja 2010

We only come out at night

Trochę mam tego dosyć, to jest wybitnie bezproduktywnych godzin nocnych, które wynikają z jakiegoś zgaszonego światła. Spać, spać, tak trzeba, wiesz, przecież nie pracujesz już od siódmej trzydzieści, zaczynasz całą godzinę później i ten buspas na Modlińskiej też prawie działa, no to posiedź dłużej. I tak siostra pisze pracę jakąś, a widziałem nawet przymiarki do magisterskiej - coś o chrześcijaństwie, Bogu, JP2, tylko nie wiem, w odniesieniu do czego. Dobry Boże! Chciałem się odnieść do tej nocy, kolejnej takiej, że nie śpię, z pytaniem o to właśnie, dlaczego ja nie śpię? Wiem dlaczego ja do magisterskiej się nie przymierzam żadnej, to ciekawe nawet, mógłbym teraz bronić coś o dzieciach, albo za rok coś o Amarillu, albo trochę na mniejszą skalę o chmurach w internecie.

Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.

O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.

Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.

Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.

Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.

Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.

Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.

poniedziałek, 10 maja 2010

Plastikowa apokalipsa, sztuka spadania i inne objawienia

Hej tam, słyszałeś o tych bankach dzisiaj? Że internetowe leżą i kwiczą, że prasa ma zgłoszenia o problemach z kartami, co z kolei banki dementują, dlaczego mam nie wierzyć bankom i nie iść na zakupy? To lepiej głodować? W dwudziestym pierwszym wieku, gdzieś w środku Europy? No bez przesady, nawet jeśli coś było z rana nie tak, to do wieczora musi być okej. Dzień mija na pracy, na spacerze w przerwie, na słońcu za oknem i deszczu po wyjściu, książce w autobusie i słońcu na pętli. No i jest ten sklep, poniedziałek, jeden z dwóch najgorszych dni na zakupy, ale jakoś nie dziś, szybki kurs miedzy półkami, wprawdzie zapomniałem migdałów, ale nawet kolejka nie taka długa, będę w domu bez opóźnienia. Zmierzam oczywiście do tego, że kartą się zapłacić nie dało, bankomat też nie odpowiadał, więc podziękowałem pani kasjerce za zakupy i wróciłem do domu mówić nie o szybkim przejeździe przez miasto, tylko straconej pół godzinie w sklepie. A jak. Przedłużyć ważność życia, po to jedzenie i zakupy przecież, inaczej śmierć głodowa (zapamiętaj: sprawdzić kiedyś Knuta Hamsuna).

Pytam brata o gotówkę, pożyczkę taką, ale płacił za parking. Za to siostra się lituje, ratuje banknotem o jakimś trudnym do ogarnięcia nominale, czyli nie muszę jeść tej plastikowej karty, mogę wrócić do sklepu i nie zapomnieć migdałów tym razem. Oraz dołożyć do nich orzechy laskowe i w ogóle zrobić większe zakupy. I mogę jechać rowerem, no bo nie jeździłem tydzień, co wypomniałem sam sobie w rozmowie z Pogańskim Bożkiem, należy się. Jakie to jest przewartościowanie, kiedy przez deszcz wracam z pracy i myślę, że buty do czyszczenia zaraz i nowe spodnie pewnie też się gdzieś upaćkają, a za chwilę jadę w jakichś starych obciętych gaciach (te nowe też będą kiedyś obcięte, jak jakieś lubię, to żyją po śmierci towarzyskiej) napinam przez kałuże z bardzo prostą myślą - Jeeee!

Ponieważ kałuże nie dokuczają za bardzo, proszę brata, żeby odebrał w klatce te wszystkie puszki, a ja sobie jeszcze pojeżdżę. Jest przecież nawet trasa na wieczorne wypady. Więc napinam, jest prawie pusto, mijam jakiegoś typa rowerującego ze słuchawkami na uszach i oczywiście jest tam myśl, czy w moim mijaniu jest element głupiej pierwotnej rywalizacji i pokazania się, zawsze mam taką myśl, choć generalnie wydaje mi się, że mijam innych, kiedy jadą wolniej niż ja. Ale dobra, nawet jeśli musiałem lekko przyspieszyć, żeby płynnie wyminąć i za chwilę zrzucę na niższy bieg, to chyba jednak będę jechał szybciej, nikt mnie za zawalidrogę nie weźmie. Takie mam problemy, przez chwilę, zaraz myślę, że mokry asfalt jest najfajniejszą nawierzchnią do jazdy, to jest jedzie się szybciej, choć pewnie nie jest najlepszą nawierzchnią do hamowania. Ale jest okej, jest ładnie wyprofilowany zakręt, który biorę bez zwalniania nawet na swojej słabo skręcającej maszynie. I jestem w domu, jest ekstra, cisnę dalej i trochę jakby lecę.

Dobra, tam powinno być jeszcze takie wiele wyrażające - Oż! - w myślach. Ewentualnie takie nie mniej wyrażające – Lecę! - ewentualnie najbardziej prawdopodobne i uczciwe - Wyjebię się! - kiedy koło mi zlatuje z asfaltu i drugie też i coś zaczyna się dziać z równowagą.

Naprawdę nie wiem, jak na prostej drodze można zjechać z asfaltu, do tego na słabo skręcającym bajku. Chętnie doszukałbym się w tym Bożego Palca, no bo najpierw karcę siebie w myślach za kombinowanie o pierwotnych instynktach i rywalizacji z innym bajkerem, a po minucie srrrru (to jest dźwięk szorowania o asfalt). Mogę to również przypisać niebywałej sile sprawczej, to ja kształtuję rzeczywistość, wcale nie rzeczywistość mnie, więc dlaczego miałbym się nie wyjebać, jeśli pomyślałem, że się wyjebię?

Ale za to jak! Trzydzieści na liczniku, pewnie ze trzydzieści trzy, może niedokładnie ustawiłem obwód koła, bo mam te prędkości imponujące jak na mnie, choć mówiłem, że mokro znaczy szybko, a do tego spinałem się trochę. I trochę jakby lecę, rower trochę jakby też leci na trawnik, a ja szoruję kawałek po asfalcie i najbardziej jestem dumny, że kiedyś miałem kaprys i kupiłem takie motocyklowe rękawiczki bez palców. Ani wtedy dużo nie jeździłem, ani nie miałem nic wspólnego z motocyklistami, ani z dzieciakami emo, tak po prostu, chciałem i kupiłem i łaziłem wszędzie z pół roku przybijając żółwiki zamiast się witać po ludzku. A gdyby chodziło tylko o rower, to nigdy bym rękawiczek nie kupił. I one okazują się najfajniejszą rzeczą pod słońcem, kiedy szoruje się po asfalcie, kiedy można sobie po tym asfalcie płynąć i wnętrzom dłoni nie dzieje się krzywda. Wnętrze dłoni to jest bardzo fajne, czułe miejsce, przejazd po asfalcie w rękawiczkach równa się ciepłemu łaskotaniu.

No ale postaram się więcej nie.

Wstałem, otrzepałem się, obejrzałem rower, typ ze słuchawkami zapytał, czy wszystko okej, ja odpowiedziałem, że spoko, machnąłem ręką i jazda dalej. Trochę brudniejszy, ale przecież to oznacza pełen luz, to oznacza nieprzejmowanie się błotem i kałużami, wyzwolony upadkiem mogłem napinać do lasu, i tak cały jestem do prania. A w lesie wiadomo, ptaszki, wilgoć, zieleńsza po deszczu zieleń, krzaki borówek przy drodze i unosząca się nad polaną mgła, rześkość. Czyli w głowie takie - Jeeee! Mogę być jakimś romantykiem, mogę być jakimś dekadentem wśród tych drzew i mgieł, mogę być poza światem, choć oczywiście najbardziej chodzi o zieloność, która przecież uspokaja.

To jest oczywiście najlepszy moment, żeby się zorientować, że pedał jest pęknięty i trochę jakby zmienił geometrię. Pamiętaj! Jeśli szorujesz z prędkością trzydziestu na godzinę po asfalcie, to coś się na pewno zepsuło. Rower nie ma rękawiczek.

(Ale jechał i oto jestem.)

sobota, 1 maja 2010

Najnudniejsza godzina świata w cyklu tygodniowym, a czasem nawet dwie

Mam ochotę na jakąś nową muzykę, nie wiem, dlaczego miałbym nazywać dubstep "jakąś chamską muzyką", tak mi się o niej myśli, choć nigdy jej nie słuchałem. To co za oceny? Odpalił to w pracy Cytat przez telefon z jutuba, chodzi o to mięso w basie, które nie zginęło nawet w sieciowej kompresji. Mam ochotę na takie łupanie, ciekawe jak długo wytrzymam i czy w ogóle będzie mi się chciało odpalać jakieś majspejsy.

Oczywiście to pisałem w czwartek, tylko działo się a działo, czyli nie miałem kiedy przepisać i teraz sobie ot tak, z braku lepszego zajęcia uzupełniam bloga nareszcie.

Staram się być oazą spokoju, w każdym razie bardziej niż kwiatem na tafli jeziora, więc nie wyciągajmy pochopnych wniosków z nagłego zainteresowania inwazyjnymi doznaniami słuchowymi. Jasne, irytuje mnie ostatnio bycie korporacyjnym żuczkiem, ale przecież muszą być dwie strony medalu i to niekoniecznie oparte na zasadzie, że na upartego o każdym da się powiedzieć coś dobrego - po odpowiednio długim namyśle. Tu się nie trzeba namyślać, tu wystarczy być. Fajoskich osób jest więcej niż niefajoskich, wytwarza się oczywiście jakieś hermetyczne poczucie humoru, bo kogo innego w Polsce śmieszy wypowiadane szeptem stwierdzenie, że ECIM testuje. Do tego bywamy przecież uczestnikami scen z korporacyjnymi aktorami, ale w otoczeniu pozakorporacyjnym i ponieważ ciężko mi się wpasowywać w aktualnie prowadzone zebranie - napiszę o takiej scence skądinąd.

Mamy za szeroką jezdnią tę namiastkę natury zwaną Polem Mokotowskim. Dzisiaj (to znaczy w czwartek) zalegają tam gimnazjaliści, wbrew powszechnemu przekonaniu wyglądają na niepewnych z ukradkowo trzymanymi browarami, więc do Sodomy i Gomory jeszcze daleko (w ten sposób musi być tag apokalipsa w hymnie o łące, taki jestem). Myśmy też tam wyszli, spragnieni powietrza, żadna to metafora, vide wpis o dzieciach Trzeciego Świata. Rzuciłem na trawę kurtkę, siebie na kurtkę, ręce ułożyłem pod głową, po drodze jeszcze ustawiłem jakiś budzik, żeby jednak pojawić się tutaj, gdzie siedzę teraz (wtedy, wtedy) i to jedno drzewo nad głową, pieszczone lekkim wiatrem robiło za cały las, tak ładnie szumiało. Czyli nie tylko basowe łupnięcia robią na mnie w tym tygodniu wrażenie. Przymknąłem oczy i od razu przysnąłem, Cytat zaległ na boku, marząc choćby o bezalkoholowym, a ja o czymś majaczyłem, chwilowa rzeczywistość wyśniona pośród szumu, krzyku odświętnych dzieciaków (po dwa browary na grupę), śpiewu ptaków, on jest super, i przebijających się pośród listków promieni. Taki oto sielski obrazek można bez problemu wpisać w korporacyjną rzeczywistość, a ja bardzo przecież lubię swoje wyśnione rzeczywistości, z których nie pamiętam nic, kilkuminutowa wizyta w takiej i zapominam, że ten świat do którego wróciłem potrafi dogryźć, zapewne dogryzł nie dalej niż przed godziną.

Oczywiście sielskość wynika pośrednio z obowiązkowej godzinnej przerwy obiadowej, którą raczej przeklinamy, sztucznie wykradziona godzina, godne politowania argumenty działu kadr o regenerowaniu się, jak to, po co komu, skoro oporowe nadgodziny tak często, dranie!

Niewiele czytam, mógłbym przerobić dzienniki Tyrmanda, ale nie uśmiecha mi się z monitora - czy to w ogóle jakaś różnica z czytaniem bloga? A może zostawić to sobie na przyszły rok i być na bieżąco z datami? A może to w ogóle jest dla kogoś pomysł, na projekt dla wanna-be-intelektualna-i-inteligentna agencji reklamowej, żeby ruszyli z blogami kilku gości z papieru. Pewnie się nie da, pewnie ktoś ma prawa do dzienników, pamiętników, chyba coś takiego robili na fejsbuku przy okazji rocznicy PW. Do tego może Cygan sobie przypomni, że miał mi tego Tyrmanda przynieść papierowego, wtedy nie wypada czekać do przyszłego roku (przyniósł, no proszę, wydanie 1989, nakład 100 000, chyba teraz nie ma takich nakładów?).

Udało mi się nie złożyć zeznania podatkowego aż do dzisiaj, czegoś mi tam brakowało, więc wczoraj wyrwałem się z pracy do urzędu. Pożytek z tego taki, że połamałem w autobusie głowę nad felietonami Głowackiego z trochę chyba późniejszego PRLu, często są dla mnie zupełnie niewyraźne, bo chyba nie wszystko trzeba czytać na odwrót? A w urzędzie ta, no, kolejka nieprzeciętnej długości, oczywiście tego się należało spodziewać, ale żeby aż tak, że od razu zrezygnowałem i niespiesznie wróciłem do pracy? Tam zresztą też trochę sielsko, przez Park Praski. To przyjemne, nie spieszyć się, uskuteczniam już trzeci rok. A zeznanie poszło przez internet, trzeba było tak od razu.

Tu mija pół godziny zebrania, kiedy świat za oknem jest wciąż piękny i sielski, i jest tam Pole Mokotowskie, ptaki, rowerzyści, młode matki z wózkami, a ja siedzę za szklaną szybą wielkiego szklanego domu i spodziewam się końca, który nie następuje przez minutę, dwie, pół godziny, więc...

Dobra, chyba trochę przesadzają z tymi jałowymi dyskusjami, ponieważ nigdy nie byłem sumiennym studentem, nigdy nie poznałem znaczenia słów dyskusja akademicka, ale mam wrażenie, że to coś w tym stylu. Nie, ja tego nie mam jak uciąć, to w ogóle nie moja sprawa. Pewnie trochę sam ze strasznością zebrań przesadzam, po drugiej stronie szyby, tej do open space'u, a nie do powietrza, jest tak zwana zwykła praca, trochę cięższa niż siedzenie na zebraniu i z tego, co jest właśnie mówione - niekoniecznie ciekawsza. Sam się prosiłem sam sobie wykrakałem, że będą to dwie, czyli w sumie już trzecia dzisiaj. Z pustego w próżne, afraid of this kind of situation, mózgi mają pracować all the time, nanana, wcale nie wiem, czy to przepiszę, pewnie przepiszę, mielenie o niczym, jakiś geniusz właśnie rzucił tekstem "no yet" i szef genialnie to powtórzył, pękam. Znowu oceniam, słabo mi zawsze wychodziło ocenianie, ocenianie nigdy nie wychodziło mi dobrze, ale przynajmniej całkiem nieźle idzie mi milczenie, kiedy nie mam nic do powiedzenia.

Już.

Nie no, kłamałem - mam w planie znowu przeatakować Ulissesa, wpadło mi ostatnio do głowy, że może ta książka dlatego jest taka, że po prostu jest książką o codzienności, która też do najłatwiejszych nie należy.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Czy ty wiesz, jaki dźwięk ma pęknięcie? - no proszę, wcale się go tu nie spodziewałem.

Życie niewyśnione. Geometria świata (to bardzo lubię) i horoskopy, ezoteryka i sekty, religia i sens życia, ile tak można strzelać pojęciami? Szukasz czego, sensu dla siebie, czy sensu wyższego - strzelmy tu słowem uniwersalny. Na ile robisz to specjalnie, czy może w ogóle tego nie dostrzegasz? Albo ja przyuważyłem za wcześnie, może powinienem dopiero jutro, po tym, jak już się stanie co ma być, bo coś będzie przecież. Coraz mniej wierzę, że to będzie spotkanie, wiesz, za dużo się naoglądałem filmów, przecież naprawdę niewiele filmów oglądam, taki po prostu jestem.

Nigdy nie pisz pamiętnika, dziennika, a w każdym razie nie rób tego z dokładnymi, dziennymi datami, godzinami (godziny pewnie zacząłem pisać, kiedy zacząłem czytać blogi). Jeśli coś dzieje się po prostu na wiosnę, to dzieje się po prostu, zawiera się w pojęciu wiosny i rozmywa w nim jak widma w niepewnym czasie. Za to jeśli dzieje się w tym samym układzie dnia i miesiąca, wtedy tylko nabiera mocy, znaczenia, przestań używać słowa tylko, przestań składać tak banalne zdania. To może w ogóle przestań składać zdania, jeśli nie wolno popadać w ton, wiesz kto pierwszy użył tego słowa, ambonalny.

Dlaczego to zostało wtedy zapisane, czy to był sen Kasandry, czy to był niezbyt udany film, czy to był film niezrozumiany, czy ikrę trzeba mieć w sobie, na szczęście nie znam się w ogóle na filmach, więc nie wypowiadałem się zbyt szeroko. Obejrzałem, przetrzymałem, szło to. A może to był dobry sen, już mówiłem, że nie wiem zupełnie nic o tych złych, tylko widziałem kiedyś, jak wyglądają na zewnątrz.

Wiesz co? To nie jest tak, że mnie denerwuje brak słowności. Słowność była jednym z podstawowych pojęć w kontekście życia społecznego, to w końcu wszystko jest jakaś umowa. Podręczniki do WOSu, gimnazjum (tfu!). To nawet nie jest tak, że nagle irytuje mnie próżnia wieczorna, ona się zapełni, można nie usmażyć mięsa, oglądać serial o Glinie, gapić się w sufit. Tak się ten świat przelewa. Irytuje poczucie braku, czyli niespotkanie. Za szybko wydaje mi się, że coś mam...

Ała, to jest naprawdę wielkie zdanie, pierwszy raz tak o sobie myślę, to zebranie (czwartek, wiadomo, że mnie zebranie nie interesuje i myśli płyną) musiało się odbyć, skoro trochę jakby rozważam okolice miłego przeznaczenia i straszliwego fatum.

Za szybko wydaje mi się, że coś mam. Ała, jakie to jednak jest głupie, jeśli jednak chodzi o to, żeby pękło. Zdaje się, że Janerka raczej dorabiał teksty do pisanej muzyki, zdaje się, że to najmniej poważana jego płyta, zdaje się, że to właśnie jej słuchałem, a do historii podwodnych mam bliżej w kontekście filmu o żółtej łodzi, za to nie mam pojęcia, czy obie rzeczy mają inny jakiś wspólny, wynikowy związek z Lechem (Nie! Liczba odsłon rośnie! A to nie ten, nie ten!). Czy Erich Fromm wiedział jak żyć, jej wynik jest wciąż tą samą grą.

Z czego by wynikało, że do porządku dziennego przechodzi się zawsze z porządku dziennego, nawet jeśli ów był porządkiem podkurwionym. Dlaczego w jednym tygodniu jesteś dwukrotnie podkurwiony dokładnie tym samym brakiem? Może dlatego, że wcale nie był wyśniony.