Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabaret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabaret. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Not a good day to die

Nie tylko mnie się udziela jesienny nastrój, skoro na drugi dzień po wpisie znajduję na fejsbuku taki skecz. Zrobiłem lubię to, a co! Albo jestem za młody, albo znowu za mało byłem ciekawy świata, żeby być widzem tych programów, tu jest Za chwilę dalszy ciąg programu, ale ja akurat najbardziej kojarzę MdM - bardziej niż Szansę na sukces, kiedy czytam sobie o Mannie w internecie i kiwam głową, no tak, fakt, jego to. Niedawno czytałem wywiad, poruszano również sprawę tuszy, że to niby miało być trudne, przebijać się w telewizji. Lekko mnie to skołowało, kiedy byłem dzieckiem raczej nie myślałem w takich kategoriach, wręcz teraz uderzyło mnie to - aha, no tak, on jest wielki. Ale dlaczego miałoby mnie to ciekawić? Może jeszcze nie odczułem na własnej skórze, że w XXI wieku pięknym trzeba być.

Jest tam również Krzysztof Materna, on jest również, jednak bardziej kojarzę, zwracam uwagę na Manna, więc pewnie sporo ściemniam z niezwracaniem uwagi.

Oddałem telefon, obiecałem wypisać jeszcze jakieś rzeczy z notatek, a tu klops. Niewiele tajemniczych nazwisk, jest Szostakowski, tego nigdzie nie mogę znaleźć, dlaczego kogoś takiego mógłbym szukać, to tajemnica. Ale już Tyrmand i Hłasko, banał, nawet mam Dziennik do przeczytania, wciąż wychodzę z założenia, że będzie czytany rocznicowo, datami, jeśli tylko Cygan sobie o nim nie przypomni. Marcuse - filozof i socjolog, musiał być gdzieś na początku Mieć czy być, kiedy jeszcze nie spodziewałem się, że nazwisk będzie milion, czyli daruję sobie sprawdzanie ich.

Wygląda na to, że na nic się te notatki nie zdały. Czekaj, wróć, przecież bloga zrobiłeś. Ale kwestie do sprawdzania, do zapamiętania, one rzadko były w użyciu. Dajmy na to zestawienie filmów - Once i Control, oba są razem, nawet wiem, że może tu wystąpić spory kontrast, wiem cokolwiek o nich, ale wcale mi nie jest spieszno do wypożyczalni, znajomych, internetu. Powinienem jeszcze dodać do listy dyskutowane kiedyś 500 dni miłości, krótka lista, czyli filmami interesuję się jeszcze mniej niż czymkolwiek innym. W weekend spędziłem trochę czasu z bratem, to był naprawdę dobry weekend, piątkowy wieczór na rowerach z ekipą jeszcze od gimnazjum, spacer po mieście w poszukiwaniu lodów włoskich, wbrew pozorom całkiem udany grill, niedziela nieroba. Może obejrzałbym te filmy od Głaza, ale tak, oczywiście się nie dało - dopiero dzisiaj przyszedł zasilacz do laptopa, ale bardziej prawdopodobne jest oglądanie Starship Troopers razem z bratem - też dostał lubię to. Jest to film mistrzowsko kiczowaty i z części na część coraz tańszy, przy trzeciej najwyraźniej mieli większy budżet na piosenkę niż całą resztę. Dla mnie w tym kiczu jest trochę pacyfistycznego przesłania, obrzydliwości wojny, cały patos do dupy. Ale nie znam się na dramatach wojennych, może przemawiają jeszcze wyraźniej.

Jest również notatka, którą zupełnie bez sensu przegapiłem poprzednio, przez co brakuje dokładnej daty. Znaczy - ona jest bez problemu do odzyskania, to notatka z kwietniowego wieczoru, kiedy nie widziała mnie Niedodzwanialna, ale właściwie po co to komu. Treść jej De samange przetradeo de rowere, a nie opowiedziałem dlatego, że w żadnym stopniu nie jestem w stanie powtórzyć uroczej historii kumpla z pracy, któremu z takimi słowami Cyganie dwukrotnie ukradli rower, kiedy jeszcze niezbyt ogarniał kwestie kradzieży, zakupów i pożyczania, w młodzieńczych latach w Półtusku. Jakie to ma mistrzowskie brzmienie - De samange przetradeo de rowere. Może chodzi o jakieś zasady, kodeks postępowania - opowiadanie cudzej historii byłoby nie fair. Zastanowiło mnie to, bo w sobotę była na imprezie jedna dziewczyna, która też się przed czymś hipotetycznie świetnym powstrzymywała.

Siedzieliśmy we czwórkę z dala od komarów, przyniosłem telefon z muzyką, mam tam zawsze neutralne Greatest Hits Michaela Jacksona, można odpalić gdziekolwiek i nikogo nie zaboli. Tutaj trafiłem na podatny grunt, od razu było widać, ale dopiero później gospodyni powiedziała mi jak bardzo. Dziewczyna po prostu rwała się do tańca, ale jednocześnie trzymała się na kanapie, przebierała nogami. Nie zatańczyła, zastanawialiśmy się, w której piosence mógł być moonwalk, bo przecież nie mamy szans po prostu pamiętać Billie Jean, nie było nas tu w 1983. Inna sprawa, że bardzo wybrakowane te moje grejtest hitsy. Wkrótce zmieniłem towarzystwo i okazało się, że ona tańczy(ła?) u Józka, jakiego Józka, No, Józefowicza. Więc to dlatego nie chciała tańczyć, stąd właśnie stwierdzenie nie tańczę przy obcych - żeby nie wyjść na szpanera, albo żeby im głupio nie było? Zastanawiam się, czy naprawdę tacy jesteśmy, żeby musieć w trosce o wzajemne dobre samopoczucie powstrzymywać się od tańca. Zawsze za duże o kimś wyobrażenie, o sobie, o nich, nie ma jak obejść tej przeszkody, nawet jeśli z telefonu śpiewa Michael, król popu, ale i bóg tancerzy chyba.

Ostatnia notatka to Prodigy Spitfire i tutaj należy się cytat z Cytata - Nigga, what?