Być czy nie być - ośmielił się zamarudzić, więc zapadła się ziemia. Znaczy jezdnia. Widać to już nie te czasy, kiedy sobie można było hamletyzować, nie wolno przesadzać z postawą roszczeniową. W związku z katarem zignorowałem budzik pierwszy, drugi, trzeci, dopiero w okolicach piątego, czyli po siódmej już, wstałem. Po siódmej już to jestem na ogół w drodze do pracy, jeśli nie w ogóle w pracy, ale dzisiaj się wypiąłem. Myślałem, że jeśli będę później wracał, to tłok mniejszy i obciach, i stres, i wszystkie te nieprzyjemności związane z katarem mniej upierdliwe się wydadzą. Wsiadłem do autobusu i jakoś musiałem usłyszeć rozdzwaniające się telefony, gdzie jesteś, my stoimy, no ja też, a gdzie, a od godziny, a tragedia, paraliż, ale jak to? Nie musiałem sam nigdzie dzwonić, usłyszałem wszystko, co trzeba, od razu wiedziałem, że to za karę.
Od razu wiedziałem, że się nie wyrobię, strzelałem, że może na dziewiątą, po godzinie, równoznacznej z przejechaną połową kilometra, wygrażałem sobie w głowie za ten katar, bo przecież bez niego wróciłbym do domu po rower. Do pracy zajechałem kilka minut po dziesiątej, to mój nowy rekord, ponad dwie i pół godziny podróży. Całkiem zabawnej, kiedy tak ludzie wsiadali i wysiadali, co chwilę zmieniające się obiekty, jedna naprawdę zjawiskowa. Przy Światowida co druga osoba z komórką na chodniku, no bo stoi pewnie kilkanaście autobusów w rządku, fajne zdjęcie, przynajmniej taką mają nadzieję, bo ja wiem, że obiektyw w telefonie raczej takiej głębi ładnie nie uchwyci. No ale miejcie sobie, cykajcie, ważniejsze są te różne fajne dziewczęta, które chodzą. Ja tam siedzę, bo katar, a do tego skoro ulica rypła się przed wiaduktem na Żeraniu, to nie ma już zupełnie gdzie iść, można iść do domu tylko, bo aż do granicy dzielnicy wszystko stoi. I wszystkie twarze, które wsiadły dwie godziny później, już przy Konwaliowej, kojarzyłem z zewnątrz, jak truchtały w stronę centrum z zawziętymi minami.
W pracy pojawił się kurier z zamówieniami z internetu - szybko, wygodnie, bo ledwie wczoraj Cytat mi to załatwiał. Więc jutro może się sytuacja na drodze powtórzyć, zezwalam, bo będę miał co czytać. Podróż do źródeł czasu i Królik stepowy, o obu rzeczach gdzieś przeczytane, znaczy kstepowy prowadził blogi różne i to było fajne, a podróż ma być lekarstwem na słabe latanie.
Dobra, tak prowokuję. Jeśli napiszę, to się nie powtórzy, bo jeśli jestem butny i pewny, to świat znajdzie jakąś inną dziedzinę, żeby mi przytrzeć nosa, ale przynajmniej dojadę bez nudnych przygód. Przygody mają być wieczorem, robocze kręgle, smocze spotkanie, a ja nie wiem, czy mi nie pęknie od kataru głowa. Tym bardziej nie wiem, którą stronę mogę rozczarować nieobecnością, postaram się żadnej. Tylko jeśli się tak poustawiam, to przenigdy nie wyleczę kataru, a wypadałoby przecież, bo w sobotę ma grać u nas Dżem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobus. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 września 2010
czwartek, 2 września 2010
Jakieś piosenki też, ale już nie Gloria Estefan
Jak to składać teraz, trzy nudne dni, że chciałoby się wszystko na raz. W poniedziałek na pewno jeszcze aż tak nie padało, bardzo ładnie zorganizowany dzień, zakupy, bułki na kanapki do pracy przez cały tydzień, gotowanie i na rower. Zapomniałem kupić salami, przez co moje rachunki żywieniowe zamknąłem w sierpniu o grosz poniżej napoczęcia kolejnej setki. Na rower, świat już oddycha, lekko mży, czyli wreszcie odpoczywa od natrętnych ludzi, którzy przez ostatnie dwa miesiące tłoczyli się na nadwiślańskich ścieżkach, których teraz nie muszę mijać swoim słabo skrętnym rowerem. On jest może słabo skrętny, ale sny podpowiadają, że da się z nim wyskoczyć z balkonu, więc jest bardziej niż spoko.
We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?
Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.
Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.
Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.
Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.
Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.
Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.
To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.
Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.
Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!
Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.
We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?
Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.
Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.
Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.
Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.
Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.
Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.
To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.
Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.
Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!
Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
We like the sol
Trzeba było soboty, żebym przyjechał na rowerze do pracy - od razu wiedziałem, że dokładnie o to chodzi, za to nie wiem, dlaczego nie wiem tego zanim przyjeżdżam. Dobra, wstałem później niż w tygodniu trochę, to istotna różnica. Pogoda utrzymuje się jesienna, dziś zmieniłem koc na ciepłą kołdrę, bo wczoraj obudziłem się zmarznięty lekko. Ciężej się spod niej wstaje. Jestem zadowolony, że udało mi się wykorzystać ostatnią być może szansę, żeby od razu, bez okresu adaptacji, czuć się w pracy dobrze. Jasne, zawsze można rowerem, wszystko można, tylko moja kondycja psychiczna pozostawia o poranku wiele do życzenia i wciąż nie wiem, jak mogę to zmienić.
Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).
Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.
Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.
Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.
Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.
Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.
Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.
Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).
Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.
Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.
Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.
Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.
Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.
Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.
sobota, 7 sierpnia 2010
Don't think it's all over, don't think it is the end
Mark E. Smith usiłował mnie przekonywać, ale pewnie zapomniał, że to ledwie jedna trzecia festiwalu. The Fall grają fajnie pomimo wokalisty-multiinstrumentalisty, nawalonego jak ten tam niemiecki samolot, albo może udającego trochę, kto go tam wie. Bełkot niezrozumiały dla mnie, może za słaby mój angielski, a może on niekoniecznie śpiewa swoje piosenki, tylko co mu tam ślina na język przyniesie. Wywraca mikrofony, zapobiegawczo ustawionych ma kilka, przestawia wszystko po całej scenie, zwiększa intensywność dźwięku co bardziej upierdliwych instrumentów, świszcząca elektronika, gdzieś z publiki leci pocisk, w ogóle nie zauważa, pewnie dlatego, że niezbyt celny. Najfajniej wygląda wsparcie techniczne, które stara się poprawiać po nim rozstawienie szpargałów, odplątuje kable i wygląda jak z kabaretu, jakby robili to wszystko za jego plecami. To końcówka mojego dnia dzisiejszego, ale zaczęło się od Kim Nowak.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
środa, 23 czerwca 2010
Okoliczności, tła, warunki atmosferyczne
[1] Bardzo ciepły poranek daje siłę do obudzenia się godzinę przed budzikiem, wstania razem z budzikiem i wykradnięcia z siostrzanego pokoju żelazka. Prasuję spodnie i nie prasuję koszuli, tylko biorę taką z krótkim rękawem lnianą, skoro już teraz jest ciepło. Chyba pierwszy taki raz w tym roku, że wychodzę z domu z gołymi rękoma. Takim zmarźluch w tych latach i to całe zimno poranne jest zdaje się główną przyczyną moich odnośnie świata bajkowości wątpliwości. Na wszelki wypadek i tak mam w torbie bluzę.
[2] Autobus jest już gorący, czyli zaczynam żałować podkoszulka. Ale jak tu nie mieć podkoszulka w korporacyjnej pracy, nosić plamy potu na wierzchu. Niech plamy potu będą pod spodem, a na wierzchu ten kołnierzyk i len, to lekkie i ładne. Dosyć jest w tym busie tłoczno, dosyć też tłoczno jest na drodze, więc mam pewne opóźnienie, co na szczęście nie oznacza spóźnienia. Wjeżdżamy na Marymont i rozkminiam, czy podjedzie do przystanku i nawróci, czy zajedzie na pętlę, nie mogę wyczuć który kurs ma pierwszą opcję, lepszą, bo nie trzeba się do metra przebijać pięcioma pasami. Nie pamiętam nic z drogi poza słońcem.
[3] W metrze tłoczno, mogę sobie z zegarem policzyć opóźnienie. W metrze są miejsca dla wózków, czego w sumie nie wiem, ale widząc panią z wózkiem - przepuszczam ją przodem. Bo nie muszę wiedzieć, że tam u góry jest naklejka przecież. Na następnej stacji wbija się kolejna, okej, mieścimy się. A na następnej trzecia, z bliźniakami i z niejakimi problemami. I podnosi hałas, że jej miejsca nie robią, wskazując na tę naklejkę, o której się dzisiaj dowiedziałem. Pewien pan sugeruje, że mogłaby jednak poczekać, używając jednak błędnego argumentu, że tutaj ludzie do pracy jadą. No więc mnie się wydaje, że mogłaby poczekać po prostu dlatego, że w wagonie stoją już dwa wózki i tak jakby na więcej nie ma miejsca, w tej specjalnej wózkowej przestrzeni, co wcale nie jest winą pana spieszącego do pracy. Wręcz rzekłbym, że to lekko nieodpowiedzialne, wciskać się z dziećmi w ten tłok i mieć pretensje, że na rehabilitację - to trzeba było wyjść dziesięć minut wcześniej na wypadek przygód. Bo to nie jest tak, że tam zawsze tyle wózków, widziałem dzisiaj miesięczną statystykę wózków w tej godzinie. Z tłumu odzywa się głos, że chamstwo (do pana), a mnie jakoś wstyd za nas wszystkich i nie wiem dlaczego niby za siebie, skoro od początku stoję w legalnym miejscu i nie mam jak się bardziej kompresować.
[4] Okoliczności zbiegają się wygodnie, wjeżdżam windą z typem kanapkowcem, na wejściu mam od kogo pożyczyć piątaka i zapewniam sobie jedyną taką kanapkę ze skrzynek - czyli jest obiad. A ja nawet mam w szufladzie piątaka do oddania. Wiem, kto doceni taki dowcip bardziej niż ja i dostaję odpowiedź, że made my day. Później sprawdzam www Lampy i okazuje się, że w tym roku też będzie na dzień dziecka i że właściwie that made my day. Serio.
[5] W przerwie nie ma towarzystwa na spacer, siadam pod liśćmi, wydaje mi się, że to najbardziej szumem otoczona ławka. Wprawdzie przed ławką stoi śmietnik, centralnie, to jakby psuje kompozycję, ale wiesz, to by chyba było fajne, taka scena, że siedzą na wydzielonej szumem liści ze świata ławce i kosz z wystającą czarną folią nie zabija naiwnej romantyczności. Tak sobie siedzę, chmurzy się, więc jednak idę, bo bluza w biurze.
[6] Przy Polu Mokotowskim jest plac zabaw. Na placu zabaw nie ma dzieci, za to jest czterech gości z tej samej firmy, ale z innego kraju. Siedzą na karuzeli, kręcą się, śmieją. Niespodziewanie dostrzegam w nich człowieka.
[7] Z naprzeciwka idzie samotny człowiek, starszy przynajmniej dwukrotnie, a może jeszcze pół. Idzie szybko, pewnie. Widzę w nim coś znajomego, tylko nie wiem co, może podobnie szybko idziemy. I wtedy on patrzy na zegarek i już wiem na pewno, że to nie jest dla niego sielski spacer po parku, tylko wyścig wokół w biurowej przerwie. Trochę jesteśmy inni.
Chmurzy się. Dzień trwa.
P.S. Przemyślane i ostrożne korzystanie z parkowej infrastruktury zabawowej przez osoby powyżej dziesiątego roku życia to jeszcze nie jest wandalizm!
[2] Autobus jest już gorący, czyli zaczynam żałować podkoszulka. Ale jak tu nie mieć podkoszulka w korporacyjnej pracy, nosić plamy potu na wierzchu. Niech plamy potu będą pod spodem, a na wierzchu ten kołnierzyk i len, to lekkie i ładne. Dosyć jest w tym busie tłoczno, dosyć też tłoczno jest na drodze, więc mam pewne opóźnienie, co na szczęście nie oznacza spóźnienia. Wjeżdżamy na Marymont i rozkminiam, czy podjedzie do przystanku i nawróci, czy zajedzie na pętlę, nie mogę wyczuć który kurs ma pierwszą opcję, lepszą, bo nie trzeba się do metra przebijać pięcioma pasami. Nie pamiętam nic z drogi poza słońcem.
[3] W metrze tłoczno, mogę sobie z zegarem policzyć opóźnienie. W metrze są miejsca dla wózków, czego w sumie nie wiem, ale widząc panią z wózkiem - przepuszczam ją przodem. Bo nie muszę wiedzieć, że tam u góry jest naklejka przecież. Na następnej stacji wbija się kolejna, okej, mieścimy się. A na następnej trzecia, z bliźniakami i z niejakimi problemami. I podnosi hałas, że jej miejsca nie robią, wskazując na tę naklejkę, o której się dzisiaj dowiedziałem. Pewien pan sugeruje, że mogłaby jednak poczekać, używając jednak błędnego argumentu, że tutaj ludzie do pracy jadą. No więc mnie się wydaje, że mogłaby poczekać po prostu dlatego, że w wagonie stoją już dwa wózki i tak jakby na więcej nie ma miejsca, w tej specjalnej wózkowej przestrzeni, co wcale nie jest winą pana spieszącego do pracy. Wręcz rzekłbym, że to lekko nieodpowiedzialne, wciskać się z dziećmi w ten tłok i mieć pretensje, że na rehabilitację - to trzeba było wyjść dziesięć minut wcześniej na wypadek przygód. Bo to nie jest tak, że tam zawsze tyle wózków, widziałem dzisiaj miesięczną statystykę wózków w tej godzinie. Z tłumu odzywa się głos, że chamstwo (do pana), a mnie jakoś wstyd za nas wszystkich i nie wiem dlaczego niby za siebie, skoro od początku stoję w legalnym miejscu i nie mam jak się bardziej kompresować.
[4] Okoliczności zbiegają się wygodnie, wjeżdżam windą z typem kanapkowcem, na wejściu mam od kogo pożyczyć piątaka i zapewniam sobie jedyną taką kanapkę ze skrzynek - czyli jest obiad. A ja nawet mam w szufladzie piątaka do oddania. Wiem, kto doceni taki dowcip bardziej niż ja i dostaję odpowiedź, że made my day. Później sprawdzam www Lampy i okazuje się, że w tym roku też będzie na dzień dziecka i że właściwie that made my day. Serio.
[5] W przerwie nie ma towarzystwa na spacer, siadam pod liśćmi, wydaje mi się, że to najbardziej szumem otoczona ławka. Wprawdzie przed ławką stoi śmietnik, centralnie, to jakby psuje kompozycję, ale wiesz, to by chyba było fajne, taka scena, że siedzą na wydzielonej szumem liści ze świata ławce i kosz z wystającą czarną folią nie zabija naiwnej romantyczności. Tak sobie siedzę, chmurzy się, więc jednak idę, bo bluza w biurze.
[6] Przy Polu Mokotowskim jest plac zabaw. Na placu zabaw nie ma dzieci, za to jest czterech gości z tej samej firmy, ale z innego kraju. Siedzą na karuzeli, kręcą się, śmieją. Niespodziewanie dostrzegam w nich człowieka.
[7] Z naprzeciwka idzie samotny człowiek, starszy przynajmniej dwukrotnie, a może jeszcze pół. Idzie szybko, pewnie. Widzę w nim coś znajomego, tylko nie wiem co, może podobnie szybko idziemy. I wtedy on patrzy na zegarek i już wiem na pewno, że to nie jest dla niego sielski spacer po parku, tylko wyścig wokół w biurowej przerwie. Trochę jesteśmy inni.
Chmurzy się. Dzień trwa.
P.S. Przemyślane i ostrożne korzystanie z parkowej infrastruktury zabawowej przez osoby powyżej dziesiątego roku życia to jeszcze nie jest wandalizm!
poniedziałek, 31 maja 2010
Cure for optimism i oszukuję system!
Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.
Mlaskanie.
Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.
Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!
I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.
Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.
Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.
To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.
Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.
Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.
Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!
Mlaskanie.
Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.
Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!
I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.
Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.
Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.
To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.
Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.
Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.
Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!
środa, 5 maja 2010
Welcome To The Working Week
Podobno wtorek jest najgorszym dniem pracowniczego tygodnia, a do tego nikt nie lubi poniedziałków (poza może kolegą Mętniakiem), więc kiedy wtorek staje się jednocześnie poniedziałkiem - wszelkie zło tego świata objawia się w potęgach od drugiej do nieskończoności. Czyli po pracy też, a może w szczególności, co z tego, że licealiści nie jeżdżą do szkół, skoro maturzyści najwidoczniej przesiedli się w samochody i robią na ulicach tłok większy niż zwykle (ja wiem, że to w tym mieście ciężkie do wyobrażenia). Naprawdę, wczoraj to wyglądało jakby wszyscy oni pisali rozszerzoną z polskiego.
Na Marymoncie, przy trasie AK jest taki przystanek w stronę Wisły - pod wiaduktem. Park Kaskada się nazywa. Każdy ogarnięty człowiek z Białołęki, kiedy widzi odjeżdżające z pętli 508 bez paniki przyspiesza kroku, żeby złapać je tam na dole. Chyba, że z trasą dzieje się to, co działo się wczoraj, czyli jest taki umowny bus pas, ale wszystko stoi. Więc nie trzeba przyspieszać kroku, i tak się stoi i czeka na oddalony o całe trzydzieści metrów autobus. Po pięciu minutach jest oddalony o dwadzieścia pięć, po kolejnych pięciu widać, że on właściwie jest pełny, czyli raczej nie pomieści nas wszystkich rozgarniętych ludzi zgromadzonych na przystanku. Więc ja nie wsiadam, nie czekam, wiadomo co robię z takim autobusem, jest to niecenzuralne trochę, że idę z buta. Taki plan, że spacer do Żerania i tam się znajdzie środek transportu pozwalający zachować jakieś tam strefy dopuszczalności, dotykalności i tak dalej. Ja naprawdę nie lubię tłoku, no.
Nie do końca legalnie przebiłem się przez nitkę jezdni do wspomnianego parku i to dało się odczuć jak wejście do Narnii, blokujące miejski szum panele naprawdę są chytre i fajne, przyśpiewuje mi ptaszek, czyli to musi być słuszna decyzja. Po drodze dzwonię do Katowic, takie tam gadanie o niczym, aż mi nie zmarznie ręka. Przez most idę jak zawsze nie do końca pewnie, bo lęk wysokości, bo najgorszy jest ten kawał mostu nad lądem, nad rzeką już okej, ale kiedy idziesz nad piaskiem i chaszczami, to w kącie oka plany poruszają się i jest wrażenie poruszającego się mostu. Brrr. Kiedyś na języku polskim opowiadałem o tym zjawisku w lesie, że drzewa rosną takimi liniami i kiedy się idzie, to perspektywa porusza całym lasem. Chyba chodziło o Leśmiana, chyba teatrzyki dziecięce też tak robią, a w samochodzie często myślałem, że świat jest przesuwaną za oknem dekoracją.
Tak przebywam Wisłę. I!
Widzę pewnie z dziesięć autobusów na wiadukcie, z których wylewa się pielgrzymka pieszych. Zjazd na Białołękę pusty, nic nie jedzie, pewnie za szybko nic nie pojedzie, skoro wypuścili ludzi. Ta pielgrzymka pieszych to są rozgarnięci ludzie z Białołęki, którzy właśnie objęli kurs na wszystkie fajne puste autobusy, które odjeżdżają, lub przejeżdżają przez Żerań. Się uśmiałem.
I dalej też poszedłem z buta, co prawie mi się opłaciło, gdyż niemalże odnowiłem znajomość z koleżanką z klasy równoległej, to pięć lat, takie miała fajne oczy, w które trochę strach było patrzeć i teraz też wygląda bardzo ładnie. Spacer nad kanałem, przebudowa mostu, uginające się mostki, dogoniła mnie przed przejściem i na kolejnym też staliśmy razem. Nie pamiętam imienia, do tego miałem wygląd wczorajszy, to jak tu odnawiać, a widziałem ją również za dziesięć minut przed sklepem osiedlowym, co nosiło już znamiona przeznaczenia.
Na Marymoncie, przy trasie AK jest taki przystanek w stronę Wisły - pod wiaduktem. Park Kaskada się nazywa. Każdy ogarnięty człowiek z Białołęki, kiedy widzi odjeżdżające z pętli 508 bez paniki przyspiesza kroku, żeby złapać je tam na dole. Chyba, że z trasą dzieje się to, co działo się wczoraj, czyli jest taki umowny bus pas, ale wszystko stoi. Więc nie trzeba przyspieszać kroku, i tak się stoi i czeka na oddalony o całe trzydzieści metrów autobus. Po pięciu minutach jest oddalony o dwadzieścia pięć, po kolejnych pięciu widać, że on właściwie jest pełny, czyli raczej nie pomieści nas wszystkich rozgarniętych ludzi zgromadzonych na przystanku. Więc ja nie wsiadam, nie czekam, wiadomo co robię z takim autobusem, jest to niecenzuralne trochę, że idę z buta. Taki plan, że spacer do Żerania i tam się znajdzie środek transportu pozwalający zachować jakieś tam strefy dopuszczalności, dotykalności i tak dalej. Ja naprawdę nie lubię tłoku, no.
Nie do końca legalnie przebiłem się przez nitkę jezdni do wspomnianego parku i to dało się odczuć jak wejście do Narnii, blokujące miejski szum panele naprawdę są chytre i fajne, przyśpiewuje mi ptaszek, czyli to musi być słuszna decyzja. Po drodze dzwonię do Katowic, takie tam gadanie o niczym, aż mi nie zmarznie ręka. Przez most idę jak zawsze nie do końca pewnie, bo lęk wysokości, bo najgorszy jest ten kawał mostu nad lądem, nad rzeką już okej, ale kiedy idziesz nad piaskiem i chaszczami, to w kącie oka plany poruszają się i jest wrażenie poruszającego się mostu. Brrr. Kiedyś na języku polskim opowiadałem o tym zjawisku w lesie, że drzewa rosną takimi liniami i kiedy się idzie, to perspektywa porusza całym lasem. Chyba chodziło o Leśmiana, chyba teatrzyki dziecięce też tak robią, a w samochodzie często myślałem, że świat jest przesuwaną za oknem dekoracją.
Tak przebywam Wisłę. I!
Widzę pewnie z dziesięć autobusów na wiadukcie, z których wylewa się pielgrzymka pieszych. Zjazd na Białołękę pusty, nic nie jedzie, pewnie za szybko nic nie pojedzie, skoro wypuścili ludzi. Ta pielgrzymka pieszych to są rozgarnięci ludzie z Białołęki, którzy właśnie objęli kurs na wszystkie fajne puste autobusy, które odjeżdżają, lub przejeżdżają przez Żerań. Się uśmiałem.
I dalej też poszedłem z buta, co prawie mi się opłaciło, gdyż niemalże odnowiłem znajomość z koleżanką z klasy równoległej, to pięć lat, takie miała fajne oczy, w które trochę strach było patrzeć i teraz też wygląda bardzo ładnie. Spacer nad kanałem, przebudowa mostu, uginające się mostki, dogoniła mnie przed przejściem i na kolejnym też staliśmy razem. Nie pamiętam imienia, do tego miałem wygląd wczorajszy, to jak tu odnawiać, a widziałem ją również za dziesięć minut przed sklepem osiedlowym, co nosiło już znamiona przeznaczenia.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Kosmiczny przelot przez miasto w samo jądro ciemności
Jechałem chyba po raz pierwszy eSKaeMką, to widać nawet po zapisie, na pewno obeznani ludzie inaczej to zapisują. Głaz rzucił pomysł, że Factory, bo on chce kupić buty, a ja np. mogę też chcieć coś kupić. ESKaeMka wygląda jak prom kosmiczny i ma się ochotę przez nią przebiec - szczeny w dół.
Głaz nie kupił butów, ja kupiłem spodnie w kolorze antracyt i jeszcze kazali nie prać w proszku, czyli nie wiem czy będę je w ogóle prał, ubierał i tak dalej, bo trzeba w płynie. Ale wiadomo, że chodzi o nowy kolor - nauczony.
Ożywiliśmy ostatnio lutownicą kilka par słuchawek i byłem zadowolony, ale tym razem złamały się przy słuchawce, czyli nie starczyło na za długo, jeśli nie znajdę zapasowych, to pozostaje kupno. W związku z tym podróżowałem komunikacją otwarty na wszelkie doznania słuchowe - ładna dziewczyna rozmawiała z mamą przez telefon, to brzmiało fajnie, że pięćset brutto zaklepane, oraz o jakichś lotach. Bardzo nie chciała głośno mówić o facecie, oczywiście nie wiadomo, o co pytała mama, ale takie stonowane odpowiedzi, wiesz, że ja do tego spokojnie podchodzę, widzę w sobie pozytywne sygnały, jest na dobrej drodze, spokojnie, wie, że lubię meksykańskie jedzenie, zostawił mi w lodówce tortillę.
Meksykańskie to takie ostre, nie? Nie lubię.
Wróciłem do domu i może jeszcze wyjdę na rower, niech to będzie pół godziny, co tam. Wywaliłem korki w identyczny sposób co w sobotę, tylko wtedy było jeszcze jasno - zalałem listwę wrzątkiem z czajnika. W sobotę krzywo chwyciłem kubek i jeszcze zanim chwyciłem, wiedziałem, że będzie krzywo. Poparzyłem się sam i te korki się obraziły za chwilę. Dzisiaj lałem wrzątek do kufla, czyli pomyślałem, że podobno do kufli się wrzątku nie leje, bo pękają i oczywiście spękał - to trochę inaczej niż przez ostatnie cztery lata. To spękanie jeszcze przyjąłem spokojnie, ale kolejne wysadzenie korków, no, wiesz co robił Muttley, żeby nie gorszyć dzieci. Łaszamaszakaszararara...
Głaz nie kupił butów, ja kupiłem spodnie w kolorze antracyt i jeszcze kazali nie prać w proszku, czyli nie wiem czy będę je w ogóle prał, ubierał i tak dalej, bo trzeba w płynie. Ale wiadomo, że chodzi o nowy kolor - nauczony.
Ożywiliśmy ostatnio lutownicą kilka par słuchawek i byłem zadowolony, ale tym razem złamały się przy słuchawce, czyli nie starczyło na za długo, jeśli nie znajdę zapasowych, to pozostaje kupno. W związku z tym podróżowałem komunikacją otwarty na wszelkie doznania słuchowe - ładna dziewczyna rozmawiała z mamą przez telefon, to brzmiało fajnie, że pięćset brutto zaklepane, oraz o jakichś lotach. Bardzo nie chciała głośno mówić o facecie, oczywiście nie wiadomo, o co pytała mama, ale takie stonowane odpowiedzi, wiesz, że ja do tego spokojnie podchodzę, widzę w sobie pozytywne sygnały, jest na dobrej drodze, spokojnie, wie, że lubię meksykańskie jedzenie, zostawił mi w lodówce tortillę.
Meksykańskie to takie ostre, nie? Nie lubię.
Wróciłem do domu i może jeszcze wyjdę na rower, niech to będzie pół godziny, co tam. Wywaliłem korki w identyczny sposób co w sobotę, tylko wtedy było jeszcze jasno - zalałem listwę wrzątkiem z czajnika. W sobotę krzywo chwyciłem kubek i jeszcze zanim chwyciłem, wiedziałem, że będzie krzywo. Poparzyłem się sam i te korki się obraziły za chwilę. Dzisiaj lałem wrzątek do kufla, czyli pomyślałem, że podobno do kufli się wrzątku nie leje, bo pękają i oczywiście spękał - to trochę inaczej niż przez ostatnie cztery lata. To spękanie jeszcze przyjąłem spokojnie, ale kolejne wysadzenie korków, no, wiesz co robił Muttley, żeby nie gorszyć dzieci. Łaszamaszakaszararara...
sobota, 24 kwietnia 2010
W czwartek był doroczny dzień szalonego okularnika, tylko ja w nim uczestniczę raz na dwa
Można się z kimś nie spotkać, bo zapomniał soczewek. Można dzwonić z trzech metrów i zrezygnować z dzwonienia, kiedy ona na ciebie patrzy, nobożkurwa, jak to nie widzi i można za godzinę uwierzyć w soczewki. Bo jeśli mógłbym wybrać, czy wierzyć, czy nie wierzyć, to wybrałbym, żeby nie, ale nie mogę wybrać, nie. Jeśli cokolwiek ma mieć sens, to soczewek nie było i już. I później, w środę, wybrałbym, żeby nie wierzyć w odwołujące spóźnienie, ale nie, wystarczy się podkurwić i dalej dawać szanse, pomimo wrażenia, że się jest takim wiosennym kwiatkiem, światowo symetryczną, geometryczną osobliwością, spotykaną od kwietnia do czerwca. Tylko dlaczego oczekiwania rosną wtedy?
Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.
Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.
W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.
Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.
W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.
Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.
Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.
Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.
Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?
Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.
Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.
W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.
Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.
W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.
Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.
Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.
Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.
Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?
poniedziałek, 29 marca 2010
Żadne tam dziewiętnaście wiosen
Pompa, nie wiem jak to działa, znaczy skąd zaczęto jej używać na określenie radosnej głupawki, że się z czegoś pompuje, że się łapie pompę. Zrobiła mi dzisiaj wcale nie taki lekki dzień, rozpoczęty już wczoraj niemożnością uśnięcia, to rozbraja psychicznie - słabo przespana noc przed poniedziałkiem. Wstawanie samo w sobie zawsze jest straszne, ale cały dzień udawania, że jest się żwawszym niż zombiak (ale zombiak bez celu, bo jak mają cel, to całkiem nieźle potrafią potrafią popylać przecież), to nie jest fajne. Przecież.
Znowu poszedłem na Rozdroże, chciałem w autobusie obejrzeć odcinek dostarczonego serialu na telefonie, ale choć telefon daje radę, słuchawki rady nie dają i wszystkie basowe odgłosy giną w szumie silnika. A więc męskie głosy też, a więc nie ma szans, bo to jest jakiś serial o glinie. To wziąłem się za książkę, ale tutaj z kolei poczęła mnie morzyć senność, czytanie przy szumie silnika tak właśnie na mnie działa. Podejrzewam, że może to mieć związek z maszyną do szycia, która szumiała mi nad głową przez połowę dzieciństwa i spało się smacznie, nauczyło. Może powinienem szum autobusu spróbować nagrać i puszczać do snu nocnego?
Książka schowana, zamykam oczy i usiłuję spać. Ktoś się dosiada, albo już wcześniej się dosiadł, dziewczyna i chłopak, dżentelmen, bo to ona siedzi. Gdyby była bez chłopaka, to bym się pewnie przyjrzał i pisał teraz o obiekcie, no ale na takie z chłopakami nie patrzę, jeszcze mi coś o dostawaniu kociej mordy powiedzą, straszne. Więc siedzą i rozmawiają, wyobrażam sobie, że pewnie mają gdzieś tak po dziewiętnaście lat, w sumie jedyne co widziałem, to fragment jasnego płaszcza dziewczyny i podobnej torebki. Chciała wziąć jego plecak, ale on bez plecaka - Jaki plecak? - tak pytał, kiedy chciała.
Nie usnąłem, bo chłopak zaczął mówić o momentach. To znaczy pewnie wcześniej zaczął mówić o dziewczynie, ale jakiejś nieobecnej i bliskiej jego duszy, sercu i tak dalej. Super, skoro najpierw pomyślałem, że pewnie mają po dziewiętnaście lat, to teraz doszła myśl, że ja też kiedyś tyle miałem. Jeszcze spokojna, nieinwazyjna, siedzę i uczciwie usiłuję nie słuchać, nie zwracać uwagi. Oczywiście wszyscy mądrzy ludzie powiedzą, że jeśli bardzo nie chcesz o czymś myśleć, to z miejsca poległeś, o niczym innym myślał nie będziesz. Pewne źródła donoszą, że zastępczo można w takich sytuacjach myśleć o piłce nożnej, ale ponieważ w ogóle się na niej nie znam - nie mogłem sprawdzić. Może słabo się starałem. Więc słyszałem dalej, kiedy mówił o momentach.
- Wiesz, było już kilka takich momentów, no szkoda, że przegapione, wiesz, albo ostatnio, oglądaliśmy film i po tym filmie już jej miałem powiedzieć, ale nie, i wyszedłem, ale z przystanku, takimi autobusami do niej dojeżdżam, już miałem do niej jechać, zadzwoniłem, ale nie odebrała, bo wiesz, ma coś z telefonem.
Bardzo dobrze, że ich nie widziałem, nie muszę tutaj dopisywać gestów w trakcie rozmowy, nie potrafię tego. A dziewczę podsumowuje tyradę moją myślą, którą staram się bardzo utrzymać w głowie, tak żeby nie wylazła z jakimś bezczelnym uśmiechem - Jakich momentów? Nie ma żadnych momentów, będziesz czekał na moment i wiesz, figa!
No i rozmawiają coś dalej, a ja pompuję, mam taką radochę, a jednocześnie tak bardzo usiłuję się nie śmiać, że wrzucam muzykę najgłośniej jak się da, żeby tylko ich nie słyszeć. No ale ziarno zostało zasiane, więc pewnie doskonale widać, jak krzywię wargi, jak usiłuję je mieć zasupłane. Na muzyce też się nie mogę skupić, choć ładna. Po prostu pompuję z typa, pompuję z siebie pięć lat temu (żeby chociaż etap filmu był, to by było uczciwe), no i oczywiście jestem pewien, że gość to już musi widzieć. Jestem prawie pewien, że on mówi do tej dziewczyny obok mnie patrz na niego, a ona się zaśmiewa, że nie, robię wszystko co mogę, żeby nie parsknąć, udaje mi się nie parsknąć, ale usta żyją własnym życiem, uśmiech wyrywa się na wolność. Znaczy przez jakieś kraty, nieudolnie, to musi naprawdę słabo wyglądać, w kreskówkach zawsze jest przedstawione jako sinusoidalna, rozedrgana linia ust. Przynajmniej w kreskówkach wygląda okej.
To już nawet mogłem spojrzeć na typa i może razem byśmy pompowali, może nie uraziłbym tych uczuć, no ale nie spojrzałem, poczułem tylko, jak wysiadają i wtedy dalej usiłowałem zasnąć. Tylko wiesz, jak to jest z uśmiechem. Dalej się śmiałem do siebie, i z sytuacji, dalej niby usiłowałem spać, bo po co mam oglądać tych ludzi wokół, którzy pewnie podpatrują z politowaniem na nieskoordynowane krzywienie warg. A może ktoś ze mnie pompował. Prawdziwą ulgę przyniósł dopiero przystanek - do domu szedłem uczciwie ucieszony, i takiż siedzę do teraz.
Znowu poszedłem na Rozdroże, chciałem w autobusie obejrzeć odcinek dostarczonego serialu na telefonie, ale choć telefon daje radę, słuchawki rady nie dają i wszystkie basowe odgłosy giną w szumie silnika. A więc męskie głosy też, a więc nie ma szans, bo to jest jakiś serial o glinie. To wziąłem się za książkę, ale tutaj z kolei poczęła mnie morzyć senność, czytanie przy szumie silnika tak właśnie na mnie działa. Podejrzewam, że może to mieć związek z maszyną do szycia, która szumiała mi nad głową przez połowę dzieciństwa i spało się smacznie, nauczyło. Może powinienem szum autobusu spróbować nagrać i puszczać do snu nocnego?
Książka schowana, zamykam oczy i usiłuję spać. Ktoś się dosiada, albo już wcześniej się dosiadł, dziewczyna i chłopak, dżentelmen, bo to ona siedzi. Gdyby była bez chłopaka, to bym się pewnie przyjrzał i pisał teraz o obiekcie, no ale na takie z chłopakami nie patrzę, jeszcze mi coś o dostawaniu kociej mordy powiedzą, straszne. Więc siedzą i rozmawiają, wyobrażam sobie, że pewnie mają gdzieś tak po dziewiętnaście lat, w sumie jedyne co widziałem, to fragment jasnego płaszcza dziewczyny i podobnej torebki. Chciała wziąć jego plecak, ale on bez plecaka - Jaki plecak? - tak pytał, kiedy chciała.
Nie usnąłem, bo chłopak zaczął mówić o momentach. To znaczy pewnie wcześniej zaczął mówić o dziewczynie, ale jakiejś nieobecnej i bliskiej jego duszy, sercu i tak dalej. Super, skoro najpierw pomyślałem, że pewnie mają po dziewiętnaście lat, to teraz doszła myśl, że ja też kiedyś tyle miałem. Jeszcze spokojna, nieinwazyjna, siedzę i uczciwie usiłuję nie słuchać, nie zwracać uwagi. Oczywiście wszyscy mądrzy ludzie powiedzą, że jeśli bardzo nie chcesz o czymś myśleć, to z miejsca poległeś, o niczym innym myślał nie będziesz. Pewne źródła donoszą, że zastępczo można w takich sytuacjach myśleć o piłce nożnej, ale ponieważ w ogóle się na niej nie znam - nie mogłem sprawdzić. Może słabo się starałem. Więc słyszałem dalej, kiedy mówił o momentach.
- Wiesz, było już kilka takich momentów, no szkoda, że przegapione, wiesz, albo ostatnio, oglądaliśmy film i po tym filmie już jej miałem powiedzieć, ale nie, i wyszedłem, ale z przystanku, takimi autobusami do niej dojeżdżam, już miałem do niej jechać, zadzwoniłem, ale nie odebrała, bo wiesz, ma coś z telefonem.
Bardzo dobrze, że ich nie widziałem, nie muszę tutaj dopisywać gestów w trakcie rozmowy, nie potrafię tego. A dziewczę podsumowuje tyradę moją myślą, którą staram się bardzo utrzymać w głowie, tak żeby nie wylazła z jakimś bezczelnym uśmiechem - Jakich momentów? Nie ma żadnych momentów, będziesz czekał na moment i wiesz, figa!
No i rozmawiają coś dalej, a ja pompuję, mam taką radochę, a jednocześnie tak bardzo usiłuję się nie śmiać, że wrzucam muzykę najgłośniej jak się da, żeby tylko ich nie słyszeć. No ale ziarno zostało zasiane, więc pewnie doskonale widać, jak krzywię wargi, jak usiłuję je mieć zasupłane. Na muzyce też się nie mogę skupić, choć ładna. Po prostu pompuję z typa, pompuję z siebie pięć lat temu (żeby chociaż etap filmu był, to by było uczciwe), no i oczywiście jestem pewien, że gość to już musi widzieć. Jestem prawie pewien, że on mówi do tej dziewczyny obok mnie patrz na niego, a ona się zaśmiewa, że nie, robię wszystko co mogę, żeby nie parsknąć, udaje mi się nie parsknąć, ale usta żyją własnym życiem, uśmiech wyrywa się na wolność. Znaczy przez jakieś kraty, nieudolnie, to musi naprawdę słabo wyglądać, w kreskówkach zawsze jest przedstawione jako sinusoidalna, rozedrgana linia ust. Przynajmniej w kreskówkach wygląda okej.
To już nawet mogłem spojrzeć na typa i może razem byśmy pompowali, może nie uraziłbym tych uczuć, no ale nie spojrzałem, poczułem tylko, jak wysiadają i wtedy dalej usiłowałem zasnąć. Tylko wiesz, jak to jest z uśmiechem. Dalej się śmiałem do siebie, i z sytuacji, dalej niby usiłowałem spać, bo po co mam oglądać tych ludzi wokół, którzy pewnie podpatrują z politowaniem na nieskoordynowane krzywienie warg. A może ktoś ze mnie pompował. Prawdziwą ulgę przyniósł dopiero przystanek - do domu szedłem uczciwie ucieszony, i takiż siedzę do teraz.
sobota, 27 marca 2010
Jak grom z raju, a jasnego nieba już nie było, więc siedząc - nie dostąpiłem iluminacji
W ramach uzupełniania teorii spiskowej o kradnącej sny pracy - prawdopodobnie dzwonił dzisiaj z rana jakiś budzik. Prawdopodobnie trzy, bo tyle mam ustawionych. Na pewno je wyłączyłem i pewnie przez kilka sekund byłem tam świadomy, ale to jednak za mało, żeby wstać. Nie wstałem - więc śniłem.
Wstawanie z budzikiem objawia się mrowieniem czaszki. Średnio poetycko mawiam o tym uczuciu tak - zapierdalające albo nachrzaniające (w zależności od chęci użycia przekleństwa lżejszego/mocniejszego, wiem, ogólnie nie powinienem) po powierzchni mózgu karaluchy. Najbardziej daje się we znaki przy samej pobudce, choć jeszcze nie mam na to obrazowej metafory. Koncentruje się wtedy na samym czubku głowy, można dopowiedzieć sobie tutaj cokolwiek, że to najsłabszy punkt człowieka, że dziecku się zrastają kości głowy, że energia kosmosu przez nas płynie i przez czubek głowy idzie ten nurt. I przy pobudce nienaturalnej, budzikowej, niechcianej - mózg otwarty na wszechświatowe feng szui wypuszcza z siebie różne rzeczy, fajne, cenne, dajmy na to sny. Jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, dlaczego nie miałbym sobie tak banalnie mitologizować życia?
Więc dziś znowu nic nie uciekło, bo spałem sobie radośnie do ósmej rano. Działo się a działo, choć obrazki zostały dwa. Pierwszy to dom nad morzem, pomiędzy morzem i jeziorem. Wyglądam na jezioro, ale wychodzę na morze, ktoś, chyba wujek, ma motorówkę. Jest wybajerzona, później dowiaduję się, że właściwie można w niej nawet mieszkać, ale ja po prostu chwytam za stery, niby był przykaz ostrożności, ale i tak wciskam gaz do dechy. Nie urywa głowy tylko dlatego, że to sen, nie wyśniłem owiewki, za to wyśniłem manewrowanie pomiędzy jakimiś innymi statkami, taki rejs testowy, potwierdzam moc łajby, wysiadam.
Drugi obrazek jest smutny, bo pojawił się w nim obiekt, z którym toczyłem rozmowę bardzo przyjemną. W autobusie, niestety nie mam pojęcia o czym, za to mam poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zainteresowania, czyli wygląda to obiecująco. Może za łatwo i za bardzo nieżyciowo, musi się coś zepsuć - umawiamy się na przystanku Płochocińska. I jadę autobusem, który się tam nie zatrzymuje, myślę, że spoko, bez paniki, przejechał przystanek, ale zatrzyma się na następnym, to spokojnie zawrócę, lekko tylko spóźniony. No i figa, dalej nie wiem, co było, ale na pewno jej nie spotkałem. I usłyszałem od kogoś, albo pomyślałem, że jestem w ciekawej sytuacji - to jest moment obudzenia, kiedy z zaciekawieniem patrzę na godzinę, choć już wiem, że będę dzwonił o spóźnieniu.
Nikt się tym nie przejął, luźno się pracowało, grał jakiś kawałek z "Electric Avenue", ale ani Eddy Grant, ani Velvet, tylko reggae z okolic polinezyjskich, o których mało kto wie, czyli tym bardziej nie ja. Wyszedłem do Rozdroża, usiadłem na krawężniku i patrzyłem na napinających zewsząd rowerzystów. Zazdrościłem im, ale spoko, przecież mam dętkę, już wkrótce i ja powinienem jeździć. Ale iluminacja przyszła dopiero za dwadzieścia minut, kiedy już siedziałem w 503, obiekt czytający jakieś hiszpańsko wyglądające notatki zmył się z autobusu, a przenajpiękniejsza Meme mazała po ścianach czymś niestosownym (ja np. mazałem kiedyś kredkami). Przejechały radiowozy, zrobiło się gwarnie - no dobra, żadna to iluminacja, ale żaden też ze mnie bohater Coelho, w ogóle to chyba wolno mi pisać o zastrzykach światła? - po prostu wbiłem się z autobusem w przejazd rowerowej masy krytycznej. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych ucieszyłem się, chwyciłem za telefon sprawdzić, czy Bazyl przypadkiem właśnie nie wyjeżdża spod kolumny, nie wyjeżdżał, ale przypomniał o urodzinach Gargulca. Znaczy - kazał bardziej się zastanowić, czy to dzisiaj, zasugerował. Więc zacząłem kombinować datę, po drodze tłumacząc siedzącej naprzeciwko pani, że to taka akcja społeczna z tą masą, przyjmując na klatę jej brak ciepłych uczuć dla rowerzystów w zaistniałej sytuacji (ale jednak się uspokoiła po wyjaśnieniu, pozytyw). A datę wykombinowałem tak:
W 2004 byłem pod koniec marca na konwencie w Białymstoku. W weekend, ale wyruszyłem w podróż już w piątek, celowałem w konkretny pociąg, którym jechała z Katowic i Łodzi część ekipy. I wtedy też były urodziny Gargulca, odwiedziłem go przed wyjazdem. Musiałem przestawić kilkadziesiąt miesięcy w kalendarzu telefonu (nie znalazłem opcji przestawiania lat) żeby okazało się, że faktycznie, sześć lat temu dwudziesty szósty to też był piątek. Więc oddzwoniłem do Bazyla, że jak najbardziej, że widzimy się pod bramą i idziemy odwiedzić.
Powiedziałem tam pewnie przynajmniej połowę z zapisanych tu przez ostatni miesiąc rzeczy, czyli wyjaśnia się cel istnienia - mało kto ma mnie ochotę słuchać. No i dobrze, muszę wykombinować nazwisko tej jedynej słusznej fizyczki, przy której nie nie znosiłem fizyki, w ogóle nie gadamy o polityce, raczej o pracy, albo chęci na Teatr Telewizji, albo przegapionym przeze mnie "Mistrzu i Małgorzacie" w BOKu. Nie rozchodzimy się do domów po wyjściu, tylko robimy rundkę do pętli, Światowida, Mehoffera i rozstajemy się na równych prawach, tam przy światłach, gdzie odległości do klatek zawsze wyglądały na podobne.
Wstawanie z budzikiem objawia się mrowieniem czaszki. Średnio poetycko mawiam o tym uczuciu tak - zapierdalające albo nachrzaniające (w zależności od chęci użycia przekleństwa lżejszego/mocniejszego, wiem, ogólnie nie powinienem) po powierzchni mózgu karaluchy. Najbardziej daje się we znaki przy samej pobudce, choć jeszcze nie mam na to obrazowej metafory. Koncentruje się wtedy na samym czubku głowy, można dopowiedzieć sobie tutaj cokolwiek, że to najsłabszy punkt człowieka, że dziecku się zrastają kości głowy, że energia kosmosu przez nas płynie i przez czubek głowy idzie ten nurt. I przy pobudce nienaturalnej, budzikowej, niechcianej - mózg otwarty na wszechświatowe feng szui wypuszcza z siebie różne rzeczy, fajne, cenne, dajmy na to sny. Jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, dlaczego nie miałbym sobie tak banalnie mitologizować życia?
Więc dziś znowu nic nie uciekło, bo spałem sobie radośnie do ósmej rano. Działo się a działo, choć obrazki zostały dwa. Pierwszy to dom nad morzem, pomiędzy morzem i jeziorem. Wyglądam na jezioro, ale wychodzę na morze, ktoś, chyba wujek, ma motorówkę. Jest wybajerzona, później dowiaduję się, że właściwie można w niej nawet mieszkać, ale ja po prostu chwytam za stery, niby był przykaz ostrożności, ale i tak wciskam gaz do dechy. Nie urywa głowy tylko dlatego, że to sen, nie wyśniłem owiewki, za to wyśniłem manewrowanie pomiędzy jakimiś innymi statkami, taki rejs testowy, potwierdzam moc łajby, wysiadam.
Drugi obrazek jest smutny, bo pojawił się w nim obiekt, z którym toczyłem rozmowę bardzo przyjemną. W autobusie, niestety nie mam pojęcia o czym, za to mam poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zainteresowania, czyli wygląda to obiecująco. Może za łatwo i za bardzo nieżyciowo, musi się coś zepsuć - umawiamy się na przystanku Płochocińska. I jadę autobusem, który się tam nie zatrzymuje, myślę, że spoko, bez paniki, przejechał przystanek, ale zatrzyma się na następnym, to spokojnie zawrócę, lekko tylko spóźniony. No i figa, dalej nie wiem, co było, ale na pewno jej nie spotkałem. I usłyszałem od kogoś, albo pomyślałem, że jestem w ciekawej sytuacji - to jest moment obudzenia, kiedy z zaciekawieniem patrzę na godzinę, choć już wiem, że będę dzwonił o spóźnieniu.
Nikt się tym nie przejął, luźno się pracowało, grał jakiś kawałek z "Electric Avenue", ale ani Eddy Grant, ani Velvet, tylko reggae z okolic polinezyjskich, o których mało kto wie, czyli tym bardziej nie ja. Wyszedłem do Rozdroża, usiadłem na krawężniku i patrzyłem na napinających zewsząd rowerzystów. Zazdrościłem im, ale spoko, przecież mam dętkę, już wkrótce i ja powinienem jeździć. Ale iluminacja przyszła dopiero za dwadzieścia minut, kiedy już siedziałem w 503, obiekt czytający jakieś hiszpańsko wyglądające notatki zmył się z autobusu, a przenajpiękniejsza Meme mazała po ścianach czymś niestosownym (ja np. mazałem kiedyś kredkami). Przejechały radiowozy, zrobiło się gwarnie - no dobra, żadna to iluminacja, ale żaden też ze mnie bohater Coelho, w ogóle to chyba wolno mi pisać o zastrzykach światła? - po prostu wbiłem się z autobusem w przejazd rowerowej masy krytycznej. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych ucieszyłem się, chwyciłem za telefon sprawdzić, czy Bazyl przypadkiem właśnie nie wyjeżdża spod kolumny, nie wyjeżdżał, ale przypomniał o urodzinach Gargulca. Znaczy - kazał bardziej się zastanowić, czy to dzisiaj, zasugerował. Więc zacząłem kombinować datę, po drodze tłumacząc siedzącej naprzeciwko pani, że to taka akcja społeczna z tą masą, przyjmując na klatę jej brak ciepłych uczuć dla rowerzystów w zaistniałej sytuacji (ale jednak się uspokoiła po wyjaśnieniu, pozytyw). A datę wykombinowałem tak:
W 2004 byłem pod koniec marca na konwencie w Białymstoku. W weekend, ale wyruszyłem w podróż już w piątek, celowałem w konkretny pociąg, którym jechała z Katowic i Łodzi część ekipy. I wtedy też były urodziny Gargulca, odwiedziłem go przed wyjazdem. Musiałem przestawić kilkadziesiąt miesięcy w kalendarzu telefonu (nie znalazłem opcji przestawiania lat) żeby okazało się, że faktycznie, sześć lat temu dwudziesty szósty to też był piątek. Więc oddzwoniłem do Bazyla, że jak najbardziej, że widzimy się pod bramą i idziemy odwiedzić.
Powiedziałem tam pewnie przynajmniej połowę z zapisanych tu przez ostatni miesiąc rzeczy, czyli wyjaśnia się cel istnienia - mało kto ma mnie ochotę słuchać. No i dobrze, muszę wykombinować nazwisko tej jedynej słusznej fizyczki, przy której nie nie znosiłem fizyki, w ogóle nie gadamy o polityce, raczej o pracy, albo chęci na Teatr Telewizji, albo przegapionym przeze mnie "Mistrzu i Małgorzacie" w BOKu. Nie rozchodzimy się do domów po wyjściu, tylko robimy rundkę do pętli, Światowida, Mehoffera i rozstajemy się na równych prawach, tam przy światłach, gdzie odległości do klatek zawsze wyglądały na podobne.
czwartek, 25 marca 2010
Piosenka zawodzących wielorybów
Jest taki zawodzący efekt dźwiękowy, może gitarowy, pewnie te elektryczne mogą robić tego typu przestery, który tak właśnie mi się kojarzy - z zawodzącym wielorybem. Na pewno wiesz o co chodzi, takie wzuuum, taka rzewność, powtórzcie coś takiego trzy razy w piosence i robi się melancholia i nieskończony smutek. Choć Corgan raczej nie sięgał po tego typu środki, a w ogóle widzieliście tylną okładkę "Lapmy"? Wypisz wymaluj. W każdym razie jest to pewnie najbanalniejszy ze sposobów, żeby wywoływać we mnie taki stan.
Nie czytałem zbyt wiele w ostatnich tygodniach, ten Exupéry to trochę już zaszła sprawa. Taki jestem, że lubię robić rzeczy na sposób totalny, za jednym razem. Słabo idzie mi rozsmakowywanie się, powolne podskubywanie. Dlatego pewnie nie oglądam seriali, a do podróży komunikacją staram się wybierać krótsze formy, bo jak książka, to najlepiej na dwa, trzy dni, do połknięcia w całości. Nie rozumiem też, jak można jeden film oglądać przez trzy wieczory. Noż - albo oglądać, albo nie. Stąd zwlekałem z czytaniem Marqueza w autobusie i metrze, to nie są listy z podróży, ani felietony z Madrytu, po co zostawiać w połowie rozdziału? Zupełnie niepotrzebnie, albo wręcz przeciwnie, to musiało być dzisiaj, kiedy byłem odpowiednio niewyspany, na tyle, żeby usłyszeć w metrze wieloryby.
Jestem po jednej trzeciej "Stu lat samotności", to jest moment śmierci króla. Książka jest bardzo sprytna, różni ludzie znikają i pojawiają się w najodpowiedniejszych momentach, potrafią być jak diabły, demony, jak Mefistofeles. I w momencie śmierci króla jest to wszystko zrobione, magia i atmosfera, pojawienie się mglistej postaci, której bez przedstawienia bym nie rozpoznał, która przychodzi do króla. Widzę, że ostatnia strona rozdziału, pół strony pustej poniżej i też jestem odpowiednio, sprytnie zrobiony, drzewem i odejściem, a do tego kwestią bliskości stacji, na której wysiadam - koniec czytania na dziś. Fajnie, że zmieściłem się z rozdziałem w podróży, może da radę czytać książki. I wtedy, w ostatnim akapicie, dostaję zupełnie niespodziewany zastrzyk światła, kiedy za oknem spada deszcz maleńkich żółtych kwiatów.
Byliśmy w grudniu na koncercie Myslovitz, brat, siostra i jej jedna koleżanka (to chyba nieodpowiedzialne pisać w przypadku kobiet, że przyjaciółka, nigdy nie wiadomo). Kiedy zaczęli dźwiękiem robić deszcz maleńkich żółtych kwiatów, tłumaczyłem jej, że to jest siostry ulubione i dlatego robi jej i ojej, i je! Zresztą ja też lubię i poznaję, niewiele rzeczy poznaję po pierwszych nutach przecież, może to po prostu charakterystyczne. Siostra jeszcze bardziej lubi "Myszy i ludzi", ale to chyba mniej koncertowe. Ciekawe, czy ma pojęcie, że obie ulubione kompozycje wzięły się z książek.
Na mnie takie niespodziewane odkrycie podziałało lepiej nawet niż zawodzące wieloryby. Może połowa, albo większość piosenek Myslovitz wzięła się z książek i jeszcze o tym nie wiem. Jestem prawie pewien, że gdybym najpierw czytał Marqueza, a później usłyszał piosenkę, w ogóle przegapiłbym nawiązanie. To znaczy - wychodząc z założenia, że kwiaty się przez pozostałe dwie trzecie książki nie pojawiają. Chyba nie powinny. Za tym jednym razem aż się zaświeciłem przy nich, to jest ciepło. Bo lubię takie nawiązania, lubię nagle wiedzieć, to jest to puszczenie oka, albo uśmiech świata.
I czwartkowe zebranie w pracy też łatwiej po tym przeżyć.
Nie czytałem zbyt wiele w ostatnich tygodniach, ten Exupéry to trochę już zaszła sprawa. Taki jestem, że lubię robić rzeczy na sposób totalny, za jednym razem. Słabo idzie mi rozsmakowywanie się, powolne podskubywanie. Dlatego pewnie nie oglądam seriali, a do podróży komunikacją staram się wybierać krótsze formy, bo jak książka, to najlepiej na dwa, trzy dni, do połknięcia w całości. Nie rozumiem też, jak można jeden film oglądać przez trzy wieczory. Noż - albo oglądać, albo nie. Stąd zwlekałem z czytaniem Marqueza w autobusie i metrze, to nie są listy z podróży, ani felietony z Madrytu, po co zostawiać w połowie rozdziału? Zupełnie niepotrzebnie, albo wręcz przeciwnie, to musiało być dzisiaj, kiedy byłem odpowiednio niewyspany, na tyle, żeby usłyszeć w metrze wieloryby.
Jestem po jednej trzeciej "Stu lat samotności", to jest moment śmierci króla. Książka jest bardzo sprytna, różni ludzie znikają i pojawiają się w najodpowiedniejszych momentach, potrafią być jak diabły, demony, jak Mefistofeles. I w momencie śmierci króla jest to wszystko zrobione, magia i atmosfera, pojawienie się mglistej postaci, której bez przedstawienia bym nie rozpoznał, która przychodzi do króla. Widzę, że ostatnia strona rozdziału, pół strony pustej poniżej i też jestem odpowiednio, sprytnie zrobiony, drzewem i odejściem, a do tego kwestią bliskości stacji, na której wysiadam - koniec czytania na dziś. Fajnie, że zmieściłem się z rozdziałem w podróży, może da radę czytać książki. I wtedy, w ostatnim akapicie, dostaję zupełnie niespodziewany zastrzyk światła, kiedy za oknem spada deszcz maleńkich żółtych kwiatów.
Byliśmy w grudniu na koncercie Myslovitz, brat, siostra i jej jedna koleżanka (to chyba nieodpowiedzialne pisać w przypadku kobiet, że przyjaciółka, nigdy nie wiadomo). Kiedy zaczęli dźwiękiem robić deszcz maleńkich żółtych kwiatów, tłumaczyłem jej, że to jest siostry ulubione i dlatego robi jej i ojej, i je! Zresztą ja też lubię i poznaję, niewiele rzeczy poznaję po pierwszych nutach przecież, może to po prostu charakterystyczne. Siostra jeszcze bardziej lubi "Myszy i ludzi", ale to chyba mniej koncertowe. Ciekawe, czy ma pojęcie, że obie ulubione kompozycje wzięły się z książek.
Na mnie takie niespodziewane odkrycie podziałało lepiej nawet niż zawodzące wieloryby. Może połowa, albo większość piosenek Myslovitz wzięła się z książek i jeszcze o tym nie wiem. Jestem prawie pewien, że gdybym najpierw czytał Marqueza, a później usłyszał piosenkę, w ogóle przegapiłbym nawiązanie. To znaczy - wychodząc z założenia, że kwiaty się przez pozostałe dwie trzecie książki nie pojawiają. Chyba nie powinny. Za tym jednym razem aż się zaświeciłem przy nich, to jest ciepło. Bo lubię takie nawiązania, lubię nagle wiedzieć, to jest to puszczenie oka, albo uśmiech świata.
I czwartkowe zebranie w pracy też łatwiej po tym przeżyć.
wtorek, 23 lutego 2010
Myślisz, że oszukałeś system, jeżdżąc rowerem do pracy?
Dzień zaczął się bardzo ładnie, podobnie jak jeden dzień w Łodzi kiedyś, pewnie w roku zero sześć - wysiadłem z samochodu w centrum i zamiast iść na angielski, kupiłem jakieś drożdżówki, chyba odwiedziłem Buchmanna, szukałem wtedy "Wilka stepowego". Dzisiaj bez zakupów, ale też ekstra.
Niezbyt podoba mi się słowo zbiorkom, raczej rozróżniam autobusy i tramwaje, w autobusie oczywiście tłok z rana, nawet za bardzo nie było widać słońca. Z autobusu do metra też tłok, na stacji dwa pociągi przepuściłem, żeby wsiąść. Muszę poćwiczyć jakieś myślenie perspektywiczne, bo przecież nawet jeśli ja wsiadłem do luźnego metra, to na kolejnych stacjach był taki sam tłok co na Marymoncie, szybko musiałem zrezygnować z czytania (a właśnie się rozbijali na pustyni). Żeby to przynajmniej było tak komfortowe jak wczoraj, kiedy czytanie uniemożliwiły mi obiekty, jeden przymilnie poprawiający rude włosy obiekt, to tylko człowiek, głupio było jej się wysmarkać, za to kiedy wysiadałem i mówiłem - Przepraszam! - to się odezwała, że będzie ciężko. Znasz tę próbę? Taką nieudolnie zarzuconą kotwiczkę, poptoka, po ptakach, wyszedłem, za pół godziny dopiero myślisz - była.
Dziś nikt nie miał jak smarkać, ani poprawiać włosów, kiedy zrezygnowałem z czytania, to trzymałem tę książkę jak jakąś Biblię w skrzyżowanych na piersi rekach - inaczej nie szło się ruszyć. Mnie to pasuje, znaczy nie pasuje, to mnie zabija, ten tłok, jeszcze jeden, dwa takie dni i znowu będą poranki świra, nie ma u Koterskiego przesady.
Na razie jeszcze nie jest aż tak źle, na razie jeszcze uśmiecham się pod nosem, kiedy na Świętokrzyskiej kilkukrotnie drzwi otwierają się i zamykają, aż słyszymy od motorniczego, że proszę opuścić pociąg i jedzie sobie bez nas. Ani myślę czekać na kolejny, na co tu czekać, jeszcze więcej tłoku. Wychodzę na słońce, nawet nie patrzę na przystanki - na ciemną, zbitą z wyplutych z warszawskich trzewi ludzi masę. Dzwonię po prostu, że planuję spóźnienie, że idę z buta te dwie stacje.
I od razu wiem, że to słońce mnie wołało, że wyłuskało mnie, że upomniało się o mnie i teraz jak matka głaszcze mnie po policzkach. Idę Marszałkowską, widzę wieże Zbawiciela przed sobą. Nie patrzę na brud odkryty topniejącym śniegiem, raczej cieszę się nareszcie szerokimi chodnikami. Nie bez powodu mówi się szerokiej drogi przecież, szerokie drogi są ekstra. Widzę typa w szerokich za krótkich spodniach i myślę, że może chodzi do szkoły dla klaunów. Widzę, że Koszykowa jest ładna przy Placu Konstytucji - po lewej widać szklany dom, jakiś koślawy lekko, pewnie miał być nowoczesny, a po prawej kamienicę z wieżyczkami jak z pałacu. Ja sam to mam dosyć mały móżdżek, ale byłem kiedyś w Berlinie i zwracano tam naszą uwagę na taki właśnie kościół z wieżą starą i nową. Więc zwracam uwagę na takie rzeczy od wtedy, dużo później pisałem wypracowanie o tradycji i nowoczesności we fragmentach Schulza, sam już byłem po szkole, ale dzięki temu przeczytałem "Sklepy cynamonowe" całe. Czuję się tak bardzo w środku świata.
Na przejściu dla pieszych typ mówi do słuchawki - Wiosna! - nie słyszę nic więcej, bo idzie w stronę przeciwną, ale myślę sobie:
Tak, chcę teraz wiosny!
Niezbyt podoba mi się słowo zbiorkom, raczej rozróżniam autobusy i tramwaje, w autobusie oczywiście tłok z rana, nawet za bardzo nie było widać słońca. Z autobusu do metra też tłok, na stacji dwa pociągi przepuściłem, żeby wsiąść. Muszę poćwiczyć jakieś myślenie perspektywiczne, bo przecież nawet jeśli ja wsiadłem do luźnego metra, to na kolejnych stacjach był taki sam tłok co na Marymoncie, szybko musiałem zrezygnować z czytania (a właśnie się rozbijali na pustyni). Żeby to przynajmniej było tak komfortowe jak wczoraj, kiedy czytanie uniemożliwiły mi obiekty, jeden przymilnie poprawiający rude włosy obiekt, to tylko człowiek, głupio było jej się wysmarkać, za to kiedy wysiadałem i mówiłem - Przepraszam! - to się odezwała, że będzie ciężko. Znasz tę próbę? Taką nieudolnie zarzuconą kotwiczkę, poptoka, po ptakach, wyszedłem, za pół godziny dopiero myślisz - była.
Dziś nikt nie miał jak smarkać, ani poprawiać włosów, kiedy zrezygnowałem z czytania, to trzymałem tę książkę jak jakąś Biblię w skrzyżowanych na piersi rekach - inaczej nie szło się ruszyć. Mnie to pasuje, znaczy nie pasuje, to mnie zabija, ten tłok, jeszcze jeden, dwa takie dni i znowu będą poranki świra, nie ma u Koterskiego przesady.
Na razie jeszcze nie jest aż tak źle, na razie jeszcze uśmiecham się pod nosem, kiedy na Świętokrzyskiej kilkukrotnie drzwi otwierają się i zamykają, aż słyszymy od motorniczego, że proszę opuścić pociąg i jedzie sobie bez nas. Ani myślę czekać na kolejny, na co tu czekać, jeszcze więcej tłoku. Wychodzę na słońce, nawet nie patrzę na przystanki - na ciemną, zbitą z wyplutych z warszawskich trzewi ludzi masę. Dzwonię po prostu, że planuję spóźnienie, że idę z buta te dwie stacje.
I od razu wiem, że to słońce mnie wołało, że wyłuskało mnie, że upomniało się o mnie i teraz jak matka głaszcze mnie po policzkach. Idę Marszałkowską, widzę wieże Zbawiciela przed sobą. Nie patrzę na brud odkryty topniejącym śniegiem, raczej cieszę się nareszcie szerokimi chodnikami. Nie bez powodu mówi się szerokiej drogi przecież, szerokie drogi są ekstra. Widzę typa w szerokich za krótkich spodniach i myślę, że może chodzi do szkoły dla klaunów. Widzę, że Koszykowa jest ładna przy Placu Konstytucji - po lewej widać szklany dom, jakiś koślawy lekko, pewnie miał być nowoczesny, a po prawej kamienicę z wieżyczkami jak z pałacu. Ja sam to mam dosyć mały móżdżek, ale byłem kiedyś w Berlinie i zwracano tam naszą uwagę na taki właśnie kościół z wieżą starą i nową. Więc zwracam uwagę na takie rzeczy od wtedy, dużo później pisałem wypracowanie o tradycji i nowoczesności we fragmentach Schulza, sam już byłem po szkole, ale dzięki temu przeczytałem "Sklepy cynamonowe" całe. Czuję się tak bardzo w środku świata.
Na przejściu dla pieszych typ mówi do słuchawki - Wiosna! - nie słyszę nic więcej, bo idzie w stronę przeciwną, ale myślę sobie:
Tak, chcę teraz wiosny!
środa, 10 lutego 2010
Dźwina Wisła
Mieszkałem kiedyś przez kilka miesięcy w Rydze - piąta klasa podstawówki. To fajne, jak szkoła organizuje wspomnienia w czasie. Raczej byłem za młody na zwiedzanie, do tej pory nie jestem fanem zwiedzania (nieukierunkowane spacery są ok), ale nie musiałem, bo mieszkaliśmy na Starówce i było przepięknie - trzy kościoły, uliczki, mamie podobał się bazar z drugiej strony, gdzie w wielkich halach można było przed zakupem spróbować sera, nam podobał się park z takimi wodospadami i kamulcami, po których się biegało.
Dźwina płynie przez Rygę szeroko, to już blisko do morza, a ja przecież byłem mniejszy niż teraz, więc była jeszcze szersza niż jest naprawdę. I poszliśmy z rodzicami na spacer przez most, wielki, długi, nowoczesny, Warszawa później takie dostała, ale nie tak ładne. Chodziło tylko o to, żeby przejść i wrócić - koniec lata, słońce i przestrzeń, jakiej nie widziałem. Prawie tam płakałem, albo mam lęk przestrzeni, albo mam lęk wysokości, szedłem sam, z przodu, żeby jak najszybciej. Jeszcze wtedy nie miałem okularów, więc nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ulecą, ale miałem czapkę z daszkiem, którą przez wzgląd na wiatr niosłem w ręku. W obu rekach, przyciśniętą do brzucha. Taki byłem przytłoczony, taki byłem przerażony, każdy podmuch wiatru groził mi strąceniem.
Tam wszędzie na mapach była Daugava, Dźwina to nasze.
Lubię czasem przejść się mostem, choć ciągle mnie to tak samo przeraża. Żeby spokojnie iść mostem muszę go kilkukrotnie oswoić - bez bólu pokonuję nawet Grota, za to odległy Siekierkowski, niby taki wygodny, ten jest jakby bardziej chwiejny.
Myślę, że dzisiaj oswoiłem most nad Dźwiną. Autobus wlókł się z Białołęki, cały brudny, jeszcze przed ósmą, ale już po wschodzie słońca (to nie jest oczywiste zimą, że jeździ się autobusem po wschodzie już). I ta brudna szyba fantastycznie mi przefiltrowała świat za oknem - Wisła zrobiła się dwukrotnie szersza, potężna, z wyspą drzew po środku, tak była szeroka jak Dźwina z dziewięćdziesiątego siódmego. Ucieszyłem się, to wcale nie był zaawansowany efekt graficzny, mamy na rzece lód i na lodzie śnieg, mamy linię drzew po praskiej stronie, mamy za linią drzew kawał pola również pokrytego śniegiem i mamy fakturę brudu na szybie, przez którą i rzeka i pole są o wiele szerszą rzeką. Ekstra.
Jeśli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o sobie - przejdź się wieczorem mostem Grota we mgle.
Dźwina płynie przez Rygę szeroko, to już blisko do morza, a ja przecież byłem mniejszy niż teraz, więc była jeszcze szersza niż jest naprawdę. I poszliśmy z rodzicami na spacer przez most, wielki, długi, nowoczesny, Warszawa później takie dostała, ale nie tak ładne. Chodziło tylko o to, żeby przejść i wrócić - koniec lata, słońce i przestrzeń, jakiej nie widziałem. Prawie tam płakałem, albo mam lęk przestrzeni, albo mam lęk wysokości, szedłem sam, z przodu, żeby jak najszybciej. Jeszcze wtedy nie miałem okularów, więc nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ulecą, ale miałem czapkę z daszkiem, którą przez wzgląd na wiatr niosłem w ręku. W obu rekach, przyciśniętą do brzucha. Taki byłem przytłoczony, taki byłem przerażony, każdy podmuch wiatru groził mi strąceniem.
Tam wszędzie na mapach była Daugava, Dźwina to nasze.
Lubię czasem przejść się mostem, choć ciągle mnie to tak samo przeraża. Żeby spokojnie iść mostem muszę go kilkukrotnie oswoić - bez bólu pokonuję nawet Grota, za to odległy Siekierkowski, niby taki wygodny, ten jest jakby bardziej chwiejny.
Myślę, że dzisiaj oswoiłem most nad Dźwiną. Autobus wlókł się z Białołęki, cały brudny, jeszcze przed ósmą, ale już po wschodzie słońca (to nie jest oczywiste zimą, że jeździ się autobusem po wschodzie już). I ta brudna szyba fantastycznie mi przefiltrowała świat za oknem - Wisła zrobiła się dwukrotnie szersza, potężna, z wyspą drzew po środku, tak była szeroka jak Dźwina z dziewięćdziesiątego siódmego. Ucieszyłem się, to wcale nie był zaawansowany efekt graficzny, mamy na rzece lód i na lodzie śnieg, mamy linię drzew po praskiej stronie, mamy za linią drzew kawał pola również pokrytego śniegiem i mamy fakturę brudu na szybie, przez którą i rzeka i pole są o wiele szerszą rzeką. Ekstra.
Jeśli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o sobie - przejdź się wieczorem mostem Grota we mgle.
wtorek, 9 lutego 2010
Wschód słońca to zachód pytań
Kojarzy mi się to melancholijnie, więc pasuje do refleksji o smokach. Cała fajność smoków polega na tym, że trochę są półbogami. Te smoki bajkowe nie robiły takiego wrażenia, i tak wiadomo, że czarno biały rycerz na czarno białym koniu takiego zaciuka, więc czego się bać. Już bardziej bałem się przebierańców ze "Scooby Doo", dzisiaj go nie znoszę, a wtedy miałem jednego świecącego potwora w głowie, który czasem zaglądał do mnie w nocy przez okno. Lubiłem Scrabby'ego, jego nie znoszę jeszcze bardziej niż wujka.
Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.
Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.
Nie, to wcale nie musi być takie jasne.
W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.
Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.
Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.
Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.
Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.
Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.
Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.
Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).
Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.
Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.
Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.
Dzięki!
Półboski smok (z książek) niekoniecznie służył do bycia zwalczanym, albo do porywania księżniczek - mógł być starszy niż elfy, mógł mieć swoją smoczą mądrość czy magię i na ogół trochę sobie z rycerzem - ani czarnym ani białym, niekoniecznie nawet tytularnym - rozmawiał. Mógł reprezentować jakiś zimny, ponadczasowy, smoczy typ rozumowania, to jest ponadczasowy w sensie tyle widziałem i przemijanie, albo konsekwencja, ale raczej nie szkolne wartości uniwersalne - może poza tym przemijaniem. Więc takie smoki były kozackie i w ogóle "Eragon" do "Ostatniego smoka" nie podskakuje, bo nawet nie pamiętam o czym jest.
Ze Smoczym siedzieliśmy jednego lata na krawężniku, tuż nad ranem, niezbyt wiele mieliśmy pytań, chodziło o bardzo ogólne - co dalej? Jeżeli miałbym wybrać tylko jedną rzecz do zapamiętania z tamtego lata, to byłby to pomysł, że powinienem zostać leśnikiem. Nie mój. Konkursowi smaczku dodaje niepewność, które dokładnie to było lato, pomaturalne czy może następne - na każdym kroku występowały jeże, Smoczy krzyczał - Jeż! - a może w ogóle był to jakiś cieplejszy już miesiąc, dzień, wieczór i noc pomiędzy latami. Wiesz, jeże potrafią dać do myślenia w związku z czasem, weź wceluj z porankiem pomiędzy różnymi jeżami.
Nie, to wcale nie musi być takie jasne.
W szkole całkiem nieźle szło mi szastanie słowami uniwersalny i ponadczasowy, one zawsze miały wzięcie, może poza egzaminem maturalnym, gdzie chyba nie trafiłem w klucz odpowiedzi. Wcale nie miałem samych piątek, rzekłbym, że piątki w pewnym okresie trafiły się przez przypadek i z chęci nierozczarowywania dumnych rodziców. Oczywiście nie przyszło mi wtedy do głowy, że oni są dumni na co dzień, a nie od zebrania-święta. Pomyłka, naprawdę niewielka pomyłka, znaczy to w sumie dziwne, żeby bez namysłu wpisać mi szóstkę z jakiejś plastyki. Piątkę okej, czy ktoś kiedyś robił ankietę, ile osób korzystało na lekcjach plastyki z zakupionych podręczników o historii sztuki? My nie korzystaliśmy, więc wyciągałem tę szóstkę rysunkami na opak - było ich pewnie ze sześć, chyba byłem świeżo po pierwszym tomie "Władcy Pierścieni", narysowałem coś wzorowanego na upiorze pierścienia, narysowałem też domek w górach i te coraz dalsze góry były na opak ciemniejsze od tych bliższych. Jestem bardzo skuteczny jeśli chodzi o podążanie bezsensownymi szlakami, coś sobie ubzduram i dopiero na samym końcu drogi widzę, że to powinno być odwrotnie.
Żeby nie było wątpliwość - gdyby kazali mi wyciągać ocenę na sześć historią sztuki, to by się skończyło jakimś trzy na świadectwie.
Czy ty w ogóle wiesz, jak trafiłem na "Władcę", a później na książki o smokach? Przez gry i komiksy, przez PlayStation i Dragon Balla, słuchaj, ja też często piszę iksde, to wcale nie jest nowe, ja też jestem z tych. Więc o "Władcy" pisali w "branżowych" miesięcznikach, co z tego, że film nie gra, że na podstawie książki - Peter Jackson kręci "Władcę" i Bruce Willis pisze petycję o rolę - to wszystko, co wiedziałem odnośnie trylogii.
Pierwszy tom pożyczyła mi nauczycielka języka polskiego. Gdybym miał łeb na karku, to bym się w tej polonistce zakochał, nie chcę tu za bardzo wjeżdżać na jakość edukacji czy coś, ale chyba nikt inny nas nie wysłał pozaszkolnie do kina, u nikogo innego nie mówiłem na lekcjach, że obraz kojarzy mi się ze sprutym obrusem. Niestety, nie zakochiwałem się jeszcze w ogóle w nikim, miałem jakiś erotyczny sen z udziałem najładniejszej dziewczyny z klasy, chyba się do niej nie odezwałem od tamtej pory. Podoba mi się, że mówiłem o tym obrusie, choć wiedziałem, że połowa dziewczyn z klasy i tak jest mądrzejsza i w ogóle ma za sobą "Świat Zofii", polonistka też polecała, a ja przegapiłem i później nie wchodził tak łatwo.
Aha, Pani czytała nam opowiadania Topora.
Ostatnio mam w okolicy dziewczynę, która wygląda jakby podobnie, tylko trzydzieści lat młodziej, dzisiaj nawet słyszałem, że ma głos, to fajne, powiedziała do jutra. Są takie daty, które co roku ryją na mózgu skreślenie, rocznice, jeszcze dwa miesiące i będzie pięć lat, od kiedy oficjalnie interesowałem się kimś, kto tylko wyglądał. A wiesz, po tym, jak napisałem pierwszy raz o obiektach - nie mogłem oddychać w autobusie, nie wiedziałem jak patrzeć, było mi wstyd, uciekłem przez Krasińskich, ulubiony Rynek Nowego Miasta i wzdłuż Wisły do najładniejszego mostu - w tramwaj. Nie musisz kupować, że się człowiek zatrzymuje na chwilę w miejscu, które lubi, wystarczy, że ja kupuję. Kiedyś opowiem przygodę z Rynku.
Tramwaj wypluł mnie na Starzyńskiego (wypadek innego tramwaju), czyli w miejscu epilogu sprzed pięciu lat. Cygan też chodził do tej szkoły, tylko wieczorowo. I jeszcze jeden człowiek, kiedy wrócili z zagranicy, ludzie z Zachodu jednak są inni, tutaj go cofnęli rok w nauce, a teraz znowu jest gdzieś tam, ma jakąś kobietę z tropików i podobno fajnie sobie radzi - to mi powiedział tata, kolegi tata nie jest policjantem. Poszedłem na przystanek autobusowy, przepuściłem 176, wtedy ratował mnie w nim szczęśliwie wyhaczony kumpel, mówił zapij i wyklnij, widzieliśmy się w grudniu, ja wciąż nie piję, fajnie. Wsiadłem do autobusu i zostałem wyhaczony przez Bazylego z Herbacianą, może im przylgną te imiona, są wariacjami na temat.
Odratowali mnie samym widokiem, pierwszym w tym roku, nic nas nie usprawiedliwia, że od grudnia cisza, nawet jeśli Bazyl został w międzyczasie inżynierem (takim tytularnym, podziwiajmy studentów!).
Z Bazylem i Smoczym (smocze powiązania w obu przypadkach najzupełniej przypadkowe, to inne historie, ale jak nagle pasuje) któregoś jeszcze wcześniejszego lata najpierw rzucaliśmy piłką do kosza, później siedzieliśmy u mnie, usiłując rozegrać luźną sesję rpg (bez systemu, bez kości, spontan, znam się tylko jako tako na systemie materii) - pierwszy i ostatni raz. Obejrzeliśmy animkę ze smoczymi zbrojami, obejrzeliśmy "Requiem dla snu", właściwie wolę te smocze zbroje. Nie było nic o muzyce na pewno, w ogóle mało u nas było o muzyce. Jeśli czymkolwiek się kiedyś podzieliliśmy, to jakimiś smoczymi nutami, do sesji grało Rhapsody. Dzisiaj nie znoszę Rhapsody. To mogła być pierwsza taka noc, kiedy rodzice mi zostawili dom.
Dobra, Róże dostałem od Bazyla, ale to już był przełom 2005/2006.
Wczoraj dzwoniłem do Smoczego, czy jeszcze jest w okolicy, już nie był, ale zaprosił do siebie. Wiadomo, że to lepsze niż zakupy, wiadomo, że to lepsze niż cokolwiek. Może pora roku niezbyt odpowiednia na krawężniki, może nie da się siedzieć aż do zachodu pytań, może i dzień w pracy wygląda na zmarnowany (do jutra?), na pewno nie ma sensu wymieniać, jeszcze zdążę kupić w życiu ten pasztet. Piwo karmelowe też nie do picia, it's a good day to die - a jednak przeżyłem.
Dzięki!
środa, 3 lutego 2010
List o Bogu, do Boga i do Ciebie też
Spotkałem wczoraj Boga. W autobusie. Raczej niespodziewane to było spotkanie.
Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.
Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.
Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.
Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.
Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.
Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.
Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.
Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.
Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!
Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Zaczęło się od dobrego uczynku - to pewnie najładniejszy początek historii o Bogu, to też całkiem niezły powód, żeby Bóg się człowiekowi objawił. Nic za darmo, co byś nie myślał, za darmo nic. Myśl sobie nawet że. Sam czasem myślę, ale ogólniej to wiem odwrotnie.
Wsiadłem do autobusu na Marymoncie, wcześniej ani razu nie zakochałem się, wsiadanie w ostatni wagon metra pokutuje brakiem obiektów (brzydkie słowo) - jakoś tak na moim odcinku niewielki w tym ostatnim ruch. Planowałem się tego dnia zakochać, ale wyrolował mnie kumpel, z którym na ogół wybiegamy już przy Gdańskim i zawsze trafia się ktoś przy przesiadce do tramwaju. Mam mu trochę za złe, że najwyraźniej to on je tak ściąga, tak zwany zwierzęcy magnetyzm, pogodna, nieogolona twarz, trochę włoskie, trochę jakby cygańskie rysy, postawny - one zawsze staną blisko takiego. I poprawiają włosy, kiedy poprawiają włosy, to jesteśmy w domu, to ulubiony sygnał, każdy facet wie to sam z siebie. Pewnie dlatego, że lubimy ich włosy i one też o tym wiedzą.
Nic takiego się nie stało - umówił się ze swoją.
Jaka zima jest fajna, kierowcy porzucili samochody w zaspach i mój autobus bez problemu przejeżdża przez most. Usiadłem, brak ochoty na czytanie, akurat miałem w słuchawkach "Krew Marylin", w pracy ktoś pytał, dlaczego Róże Europy a nie inne przebiśniegi czy może Złociste chryzantemy, niby przytyk, a ja wiedziałem (książka), dobrze jest cokolwiek wiedzieć. Stąd pewnie była słuchana płyta, a nie jakieś lofi triphopy owcze.
Siedzę i kombinuję, czy może nie usnąć, ale wsiadł pan z dzieckiem. To zawsze jest wielki wyścig, ludzie starają się na siebie nie podpatrywać, myślą - Aha! będę pierwszy, ustąpię, kotem będę! - ale ktoś ich ubiega i zwycięża. Tym razem to byłem ja, wyskoczyłem z miejsca przed kimkolwiek innym - Proszę! - i stanąłem na kole, już bez możliwości spania. To ten dobry uczynek.
Stoję i nie kombinuję, albo może się zastanawiam, jak tu żyć, żeby więcej spać, bo przecież nie jestem zbyt wielkim fanem kawy, ale jeszcze mniejszym fanem wstawania. Kiedyś zacząłem coś pisać, w czym miało być zawarte bohaterstwo wstającego do pracy społeczeństwa, to poświęcenie, ale sam zacząłem pracować i przestało być bohaterskie. W tym momencie ktoś zaczyna głośno rozmawiać przez telefon. Powiedzmy, że kiedy w słuchawkach jest - Pan, proszę Pana, też chce być taki! - albo - Pan, Proszę Pana, chyba oszalał! - da ładny efekt.
Głośno rozmawiający Pan siedzi prawie naprzeciw mnie, na jednym z tych samotnych miejsc. Ma głowę lekko łysą, lekko spłaszczoną, ze szpiczastym nosem - typ ptasiej urody, typ w sam raz dla postrzelonego naukowca, tylko okularów brak. Niezbyt ładny typ generalnie, ale najciekawszy z autobusu, bo tutaj obiektów (brzydkie słowo) też brak. Niech sobie gada, nic mi do tego i mam słuchawki. Ale za chwilę Pan wstaje.
Jeżdżę tym fajnym autobusem, który ma dwa przystanki u mnie i jeden na Marymoncie, więc jak ktoś wstaje w połowie trasy, to trzeba spojrzeć, o co chodzi. O nic, stoi. To i ja stoję dalej, a on przechodzi, lekko mnie zawadza, porusza ustami, to wyciągam słuchawki i pytam - Słucham! - a on już nie słyszy. Znowu się zasłuchawkowuję, ale widzę, że Pan nawiązuje kontakt z Panią obok mnie, czyli wyciszam Róże, żeby wiedzieć, czy przypadkiem nie wypada Pani wesprzeć. Nie wypada, bo ten Pan ją przeprasza. Okej, volume up.
Tylko to przepraszanie trwa jakoś za długo. To znowu patrzę, znowu słuchawki z uszu i teraz już Pan mnie też widzi, też do mnie mówi, nie tylko do Pani, która jednak chciała, żeby się odczepił.
- Ja Pana też przepraszam, ja pamiętam i przepraszam.
- Ale... - uśmiecham się lekko, wpadając w pułapkę, w którą wpadła wcześniej Pani.
- Ja pamiętam, już kiedyś w tym autobusie, ja zrobiłem krzywdę i ja przepraszam. Ja taki jestem, że wolę przeprosić, ja pamiętam i ja nie chcę, przepraszam. Przepraszam, ja przepraszam...
I czuję się na chwilę tak, że właśnie rozmawiam z Bogiem i to jest ten moment, kiedy moje wszystkie życiowe wątpliwości, głupawe smutki czy zazdrości, znajdują zadośćuczynienie, przyszedł tu specjalnie do mnie i wcześniej do tej Pani obok i wcale się nie świeci, nie oślepia, ma brzydkie, wodniste ślepia i przyznaje się, że dał ciała.
- Proszę Pana, ja już zapomniałem, ja już nie pamiętam - popieram słowa machnięciem ręki.
- Ale ja przepraszam...
Przestał po chwili, na miejsce już nie wrócił, podsiadł go pan z wąsami. Odebrał telefon:
- Jestem przy ratuszu, za pięć minut będę i pójdziemy!
Nie wiem, gdzie poszedł, ja poszedłem na zakupy.
Ty też jesteś Bogiem,
Tylko wyobraź to sobie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)