Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Power Rangers na krańcu świata

Wspomniałem historię o Cyganach kradnących rowery, po czym obejrzałem Snatch i Mickey mówił tak samo szybko i niezrozumiale. W ogóle się w gangsterskim filmie Cyganów nie spodziewałem, skoro się jednak pojawili - wiedziałem, że z zadymy wyjdą zwycięsko i oczywiście psa zjadającego diament też przewidziałem. Nie chełpię się - Strzelba Czechowa, film oglądany jak kreskówka, niemalże jak zwariowane odcinki Toma i Jerry'ego, ze skomplikowanymi mechanizmami prowadzonej wojny, albo jak The Incredible Macihne. Jedno zdarzenie uruchamiające ciąg przeplatających się wątków, kto się do czego nadaje, kto nie ma jaj, żeby za chwilę jednak mieć, to chyba największy bajer współczesnych opowieści - tych bajeranckich naturalnie. Pisałem już kiedyś, że wychowałem się na Power Rangers i to fajerwerki najbardziej do mnie przemawiają? No właśnie. Pewnie dlatego zupełnie nie rozumiem opinii wyrażonej kiedyś przez koleżankę o sławetnym Requiem dla snu - przeintelektualizowane. Pasowałby tu kolejny cytat z Cytata - Nigga, please... - gdybym nie wiedział, że dziewczyna jest dalece mądrzejsza i inteligentniejsza ode mnie.

Wciąż czytam Rowerem i pieszo przez czarny ląd, idzie mi średnio sprawnie, choć oczywiście o wiele sprawniej niż Ulisses. Pustynia, dżungla, pragnienie i deszcz, afrykańskie kobiety ze zmyślnymi fryzurami, krowi mocz do wszystkiego. Brak wszystkiego, wizyty w miastach, malaria i cudowne ocalenia. Książką zachwycił się Kapuściński, może dla odmiany poczuł się spadkobiercą misji Nowaka, a nie czyimś mentorem. Mnie podobały się myśli wspólne ze wspomnieniami Exupéry'ego (czy to nie błąd, dzielić nazwisko de Saint-Exupéry?) z pustyni, która pozostawia w człowieku pewne puste, tęskne miejsce. Nasz cyklista i francuski lotnik patrzą na świat ze skrajnie różnych perspektyw, ale obaj wymykają się na pustyni śmierci. Oczywiście nie znam chronologii powstawania pism Francuza - być może pisał o swoim pobycie na wielkiej górze gdzieś w pustkowiu świata i pewności, że jest pierwszym człowiekiem, który kiedykolwiek ogląda te kamienie, bo raczej wcześniej nie mieli jak się na nią dostać, zanim doświadczał pragnienia i miraży. Nowak na pewno kontynuuje wędrówkę pomimo świadomości niebezpieczeństwa, bo skąd niby miał wiedzieć, że ktoś zaopiekuje się nim w malarycznej gorączce. Sam pisze o tym tak:
A że wokół czai się śmierć, że pośród traw pełzają kobry, że ryk lwa zdaje się rozkołysał drzewa, to straszne wcale. Można przyzwyczaić się do tego szybciej, niż do bezrobocia, patrzenia na codzienną nędzę rodziny, na piec, który w mroźny poranek zimowy nie promieniuje ciepłem i nie ogrzewa dzieci, bo pieniędzy brak na opał...
Można odnieść wrażenie, że to nie tylko ucieczka do samotności, ale raczej ucieczka przed cywilizacją. Przecież miał żonę, miał córkę, relację z podróży publikowano w kilku tytułach, ciekawe, czy wystarczało z tego na opał w Polsce. A pieniądze musi mieć i na miejscu, przy przejściach granicznych, cło i wizy, najtańszy możliwy nocleg w miastach, uzupełnianie zapasów. Naprawdę trzeba mieć duszę podróżnika, żeby wybrać nędzę i malarię w świecie afrykańskich nierobów. To też jest ciekawy wątek, jakże różny od filozoficznych wywodów Exupéry'ego. Murzyn jest zupełnie od białego człowieka inny, myśli tylko o dzisiaj, nie pracuje na zapas. Nie myśli na zapas, jest faktycznie innym gatunkiem człowieka, co wcale nie znaczy, że gorszym - Nowak potępia wyzysk kolonizatorów. Komentarze murzyńskich zachowań też się powtarzają, a ja dzisiaj mam pomysł, dlaczego trochę mnie ta lektura nuży. Podróż Nowaka trwała pięć lat, ja męczę książkę w autobusie prawie dzień w dzień od miesiąca i mam przez to wrażenie, że te afrykańskie pustynie są dosyć tłoczne. Ale jego reportaż ukazywał się w prasie może raz na dwa miesiące - pustka czy pustota, samotność była pomiędzy listami.

Dzisiejsze podróżowanie wygląda zupełnie inaczej, odwrotnie niemalże. Niezależnie od środka transportu jesteśmy satelitami podpięci do wszechsieci, czy to przez gps, czy do internetu. Widziałem nawet prototypy telefonów-zegarków, wypisz wymaluj Power Rangers. Przekazywane wrażenia są bardziej zwarte i mają więcej fajerwerków. Chiny Christopha Rehage'a są twarzowe, a świat wszędobylskiego Matta roztańczony. Ale na pewno nie zmieniło się jedno - obaj musieli pokazać faka światu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

Przygoda Nowaka na wykończeniu, mam w planie kupić książkę Strachoty, tym bardziej, że dzisiaj przeczytałem takie zdanie: Bohaterem powieści (...) jest Julian Seratowicz, 31-latek pracujący jako tester oprogramowania komputerowego. Noż, lektura obowiązkowa!

czwartek, 8 kwietnia 2010

Przepraszam wszystkie dzieci Trzeciego Świata

Jest zebranie, wiadomo, że one są co tydzień, więc czwartkowe wpisy mają szansę przerodzić się w jakąś tradycję. Dziś zaczynam bez tytułu, nie żebym zawsze go miał, ale nie mam w głowie tematu ani pomysłu, nawet obszaru poszukiwań. Pewnie wczorajszy ból głowy mnie ze wszystkiego wyprał, zdecydowanie za często boli mnie głowa.

Mamy w biurze jakieś odwieczne problemy z klimatyzacją, można powiedzieć, że są tu trzy biura na trzech piętrach, najstarsze istnieje prawie dziesięć lat. Głupio to brzmi, że ludzie z administracji nie potrafili tego dobrze przez dekadę zorganizować.

Mamy w biurze nieodwiecznego szefa, któremu często zwracamy uwagę na tę kwestię, a on sobie już tylko żartuje. Że w jego poprzednim dziale było to samo, tam na tym najstarszym piętrze. Jemu fajnie tak sobie żartować, a mnie prawie codziennie boli głowa, jakby miała spękać pod wpływem wewnętrznego ciśnienia. Nie eksplodować, to będzie jedna, albo dwie rysy, przez które zacznie wyciekać nagły nadmiar tkanki mózgowej. Niech tylko ktoś lekko przyciśnie, to jak wypełniona wodą reklamówka, nie mam pojęcia, przy jakiej okazji lało się do siatek wodę, wcale nie na Dyngusa, ale chyba każdy to kiedyś robił. Jeśli była nieszczelna, to ciekło sobie pokracznie, ale przyciśnij, sik jak z armaty. Po co mi taka praca, która zabija życie, ojej, jaki biedny, a goń się leszczu, spróbuj w takim stanie wsiąść na rower, a wywrócisz się na lewo.

Nie mówi się głośno takich rzeczy, bo są zbyt banalne, ale przecież w liście do nikogo konkretnego spokojnie mogę. Przynajmniej nikomu na żywo nie będę marudził, że bez pracy nie ma środków do życia, ale po pracy i tak nie ma życia. Rzadko zachowujemy pożądany stan trójdzielnej równowagi - osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu na cokolwiek, ogarnięcie pokoju. Nie wypominaj mi proszę Afryki, gdzie ludzie harują całe dnie i noce, a garnki puste. Nie rozumiem tego, u nas opowiada się kawały o wysyłaniu do ich dzieci słomek w charakterze śpiworków. Ciekawe jak to się ma do Człowieka, o którym pisał ten straszny Exupéry.

Anegdota! Podczas pierwszych studiów, pierwszej próby w mieście Łodzi, musiałem zdać egzamin z języka angielskiego. Trafił się temat o katastrofach współczesnego świata, bardzo szeroki, bo obejmował i klęski żywiołowe i problemy, czy choroby cywilizacyjne. Trzeba było napisać tekst o wypunktowanych zjawiskach. Dziś potrafię z tej listy wymienić tylko jedno, o którym nie napisałem, bo słowo starvation zupełnie nic mi nie mówiło. No nie znałem, pierwszy raz przy egzaminie je przeczytałem. Ale wykpiłem się trochę bezczelnie w podsumowaniu, które brzmiało mniej więcej tak:

Oczywiście dzisiejszy świat zna setki innych problemów, wspomnijmy choćby starvation. Ale przecież każdy z nas ma na co dzień własne, od których trzeba zaczynać, większe czy mniejsze - dajmy na to egzamin z języka angielskiego.

Wydaje mi się, że w ten sposób zarobiłem piątkę, ale może banalniejsze hasło: "naprawiając świat, zaczynaj od siebie" też by zdało egzamin. Ale tej klimatyzacji to żywcem nie mam jak sam ruszyć.