środa, 6 lipca 2011

Jest już późno, piszę bzdury

Któregoś czerwcowego dnia miałem sen tak bajkowy, że Disney nie podskakuje. Oczywiście w ogóle już go nie pamiętam, trochę uciekania, przepychania się, trochę horroru też, ciemności w magazynach, skradanie się. Kiedy to mogło być, poprzedni, na pewno zanim cokolwiek pisałem, nawet niekoniecznie w tym stuleciu. A może w początkach. Że skradam się w ciemnym magazynie wśród klockowych konstrukcji, kolorowych, dziecinnych, chyba nie miałem takich klocków, ale są w każdej kreskówce czy amerykańskim filmie - kolorowe sześciany z literkami zamiast drewnianych skrzyń. Odkrywają mnie, pojawia się olbrzym i zaczyna mnie gonić, a ja żeby mnie nie sięgnął, muszę polecieć. I chwieję się w tym locie, to jest bardzo lekkie i bardzo ciężkie zarazem - uczucie bliźniacze temu, jakie wywołują niektóre kobiety. Lot koncentruje się w klatce piersiowej.

Dziś wpadłem na pomysł, że chwiejność lotu w moich snach ma źródło w grze Prehistorik 2, której bohaterowi zdarzało się latać na lotni. Nie mam pojęcia jak należy obchodzić się z prawdziwą, lęk wysokości nie zachęca mnie do wyszukiwania takich informacji, tą dwuwymiarową trzeba było manewrować na zmianę w górę i w dół, żeby nie spaść. Brat się niedawno nudził, uruchomił jakąś flashówkę z dżomonster, z pingwinem to nie działało już tak dobrze.

Czerwcowy sen bajkowy też kończył się lotem, choć już nie tak samodzielnym. Wyobraźcie sobie powietrzny statek, taki właśnie, któremu nawet Disney nie podskoczy, nawet kosmiczna Planeta Skarbów (nie wiem nic o Wyspie), choć bardzo ją lubię. To cały latający kompleks, drewno, para, śmigła, mechanizmy i przekładnie, bajkowy steam punk, z wielkimi błoniastymi skrzydłami. Tam właśnie dzieje się całe ganianie, jest ktoś wielki, choć nie aż tak olbrzymi jak kiedyś, nas jest paczka i nocą skradamy się po pokładzie. Żeby nas nie złapał. Kiedy zaczyna świtać - jesteśmy na łące, jest wiosennie zielona trawa, są majestatyczne chmury, wypychamy z hangaru samolot, mniejszy, ale utrzymany w tej samej poetyce, co cały kompleks - bracia Wright i brązowe, błoniaste skrzydła, przez które przeziera słońce. Więc może to już taki późniejszy poranek. Prawdopodobnie udało nam się zdystansować wroga, rozpędzamy się spokojnie, odrywamy od trawy, lecimy.

W tym momencie odnajduje się wróg, ciemna, kulista postać, nagle bardzo ucieszona i jak najlepiej nam życząca. Radośnie biega po całym statku i krzyczy - Lećcie! - jakby była pełnym dumy rodzicem.

Wierzcie albo nie, ale o tym, że rodzic może być dumny z dziecka, pierwszy raz przeczytałem we wstępniaku pierwszego numeru Neo Plus, gdzie Gulash produkował się o rozstaniu z redakcją Secret Service i tak mi się to zawsze kojarzy - z pisklęciem opuszczającym rodzinne gniazdo (młody orzeł?). Oczywiście nie mam wątpliwości, że rodzice bywali ze mnie dumni trochę wcześniej nawet, po prostu nie widziałem. Niewiele widzę poza czubkiem własnego nosa, wciąż staram się z tym pogodzić. Przykład - to powyższe jest najważniejszym chyba, co działo się w czerwcu, skoro od tego zaczynam. Co wybrać innego, tego jeszcze nie wiem - wyjdę teraz z biura, może uda się kupić przedłużacz, może uda się napisać coś o dzisiaj, a później wrócę do wcześniej.

***

Nie da się niestety o zakupach napisać nic ciekawego. Akurat nie spałem w autobusie, wysiadłem do Oszołoma, może to jest jakoś nowe, bo straszliwie nie chciało mi się tam robić zakupów od sam nie wiem kiedy - i kornflejksy kupował mi brat na zlecenie, przy okazji większych zakupów. Pewnie przedłużacz też mógłby kupić i pewnie nawet kupiłby od razu dobry. Ja kupiłem zły, zorientowałem się po wstawieniu mikrofalówki na lodówkę, nawet powstrzymałem się od szpetnych przekleństw. I dobrze - znalazłem w domu inny, który pasował, zamieniłem je miejscami, wszystko gra, znaczy świeci się, rano spróbuję zrobić zapiekanki.


***

Ciągle nie jeżdżę rowerem do pracy, w ogóle rowerem za bardo nie jeżdżę, da się policzyć na kciukach moje czerwcowe wypady. Raz, na początku, zajechałem do Aleksandrówki pod Mińskiem, było ognisko i wchodziłem na drzewo. I na koniec, kiedy odezwał się do mnie Ziomek, czy może nie jadę na masę. Ostatnio byłem dwa lata temu, na pewno też w okresie wakacyjnym, czasem powtarzam, że na masę krytyczną należy czasem pojechać, żeby przypomnieć sobie, dlaczego się nie lubi jeździć na masę - przestoje i tłok. Tym razem masa nie była w ogóle męcząca, więc korzyść podwójna, bo moje tegoroczne spotkania z Ziomkiem też da się policzyć na kciukach, wystarczy jedna ręka. Urwałem się chwilę wcześniej z pracy na tę okazję, wpadłem do domu po rower, a na Zamkowym zarzekałem się, że to ma być rytuał przejścia, po masie znów zaczynam jeździć rowerem do pracy.

Sami widzicie, że pogoda nie zachęca, a do tego nie widzieliście, jak straszliwie kichałem od ostatniej niedzieli czerwca. I osłabić musiała mnie właśnie masa, bo przecież nie nocne spacery z psami po Gocławiu. Skąd wywiozłem książki, to na pewno już był rit de passage, bo do mnie idealnie stosuje się stwierdzenie o konieczności przeczytania tysiąca stron dla zapisania jednej. Jeśli nie czytam, to nie piszę, kropka. Zmuszajcie mnie proszę do czytania.

Oświecona podrzuciła mi Kamczatkę (Marcelo Figueras). Głowę daję, że miałem już tę książkę w rękach, prawdopodobnie przeglądając tanie opcje na Wileńskim. Ona też kupiła taniej - za dychę, sądząc po naklejce. Mnie wtedy po prostu nie zainteresował tytuł. Jak to dobrze, że jest Oświecona! Jak ta książka jest śliczna, piękna, poruszająca i tak dalej. W Argentynie dziewczyna Supermena to nie jest amerykańska Lois, tylko Luiza. Może się tłumacz zapomniał? Podobnie Lukas przynajmniej raz jest Łukaszem. Nie czepiam się, takie wybicia z rytmu po prostu najmocniej mi uświadamiają, że totalnie pogrążyłem się w lekturze. Lukas jest od Harry'ego osiem lat starszy i dyskutuje z nim o takich rzeczach jak wyższość postaci Batmana nad Supermanem. Co przypomina mi, jak kiedyś nie rozumiałem głoszonej przez Wujka wyższości Trójki Drombo nad Yattamanami. I warto przeczytać posłowie - które tłumaczy dodatkowo, dlaczego książka jest tak dobra. Bo nie jest o tym, o czym miała być.

Hej, to co najmniej równie ważne jak sen. Dobranoc.