piątek, 13 kwietnia 2012

Coming out

Śpiewam. Bardziej na głos i mniej na głos, ale jednak. We wtorek podśpiewywałem w domu przez cały wieczór - pierwsze prawo samotności, tańce i swawole, na które nikt by sobie w towarzystwie nie pozwolił. Może i ktoś z domowników był w dalszym zakątku mieszkania, no ale ja miałem swój kawałek podłogi i żałosne popiskiwania z głośniczka laptopa, odległość była bezpieczna. Zresztą śpiewałem już kilka dni wcześniej - na pewno w niedzielę, zaprosili mnie Bazyl z Herbacianą, chwaliłem się, że kupię płytę, no bo wreszcie będzie, czekam od jesieni. A jaką? Dni Mrozów, Makiego i Chłopaków. To Ci z Hydrozagadki? Jaskółeczki? Tak właśnie. To ja też chcę!

A no to słuchajcie, jest w internecie do słuchania już, słuchajmy.

Przy tej okazji przypominają mi się różne rzeczy, niekoniecznie wtedy, choć wtedy też, od wtedy. Bazyl przypomniał mi, że właściwie przestałem ostatnio słuchać piosenek. Pewnie kiedy umarły słuchawki, albo kiedy umarł T10, już obiecałem kupić nowe. Jemu się bardzo podoba fragment o plakatach, Pistolety i Róże i Żelazne Dziewice, nie pamiętam, żeby kiedyś miał plakaty, ale na pewno wciąż lubi patatajki. Mnie się tak bardzo podoba chyba głównie dlatego, że nigdy nie byłem takim chłopakiem, o jakich się w tych piosenkach śpiewa, ale jeśli miałbym być jakimś innym niż byłem, to właśnie takim. To na szczęście nie ma sensu, nie szkodzi, że się ze wszystkim spóźniałem, albo że nic nie ogarniałem. Bazyl nawet próbował dzielić się ze mną muzyką, przyjmijmy, że za małolata, nie będę pisał dokładnie, bo przecież wstyd, ale np. - puścił mi z kasety Nightwisha. No okej, gra jakaś gitara, wtem - śpiewa Tarja! Ja się śmieję, pierwszy raz coś takiego słyszę, operowy metal. Nie żebym kiedykolwiek znał jakikolwiek metal. Kilka miesięcy później już mi nie przeszkadzało, byłem po pierwszym konwencie, NW słuchał Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów, słuchali ludzie z forum, zasymilowałem i po kolejnych kilku miesiącach słuchałem tych wszystkich zespołów z paniami na wokalu, które wyskoczyły nam z Bazylem przypadkiem w propozycjach na YT. Namiętnie, z czcią i uwielbieniem, nawet dorobiłem się czarnego swetra, choć na konwent przyjechałem w najlepszych spodniach mojego życia, z odpinanymi nogawkami, ale odpinanymi pod kolanami, w sumie były trochę dresowe, dopiero na forum "wyjaśnili" mi, jakie to było faux pas. Ja niewinny jak nieobsrana łąka, pewnie dlatego bardziej od NW poszedłem w stronę ********, ************** i ********** niż, powiedzmy, nie wiem, czegokolwiek z growlem. Therion?

Więc u Bazyla okazało się, że lubimy teraz kompletnie inne rzeczy i ciężko nam przetrzymać utwór zapuszczony przez drugą stronę. Mnie było trudniej, bo przecież się nie interesuję, on ma jakieś nowe rzeczy, ale nie powtórzę nazw. Ewa Braun, płyta jest w napędzie w pracy, mówię, szpanuję, że odwrócony noise, muzyka drogi - to jeszcze było na pograniczu zainteresowań, przesłuchane. Jemu podoba się nowa Coma, przeciwnie do wcześniejszej, koncepcyjnej, ja mówię, że Rogucki śpiewa w takich rejestrach, że rozumiem co drugie słowo i nie kupuję wesołych piosenek od nich. Okej, to puszczę ci smutną - też jej nie kupuję, bo przecież dla mnie smutne to jest Portishead. Przychodzi Herbaciana - Ojejku, brzmi jakby się miała popłakać zaraz. Ale ja też Wam puszczę piosenkę, ulubioną. I wskakuje Barry White. Mam po tym wieczorze melancholię i jeszcze nie mam nieskończonego smutku. Nie uczę się niczego nowego, ale przynajmniej przypominam sobie, że można się nowych rzeczy uczyć.

Oczywiście najbardziej pewnie jara mnie napomknienie Bazyla, że może bym mu tego Morrowinda przyniósł, przygotowuję paczkę z dodatkami, patchami i modami, a kiedy źle się wgrywa na serwer i pada decyzja o użyciu dysku - duch zwycięża materię. Na wszelki wypadek zgrywam pliki dwa razy. Bazyl instaluje z komunikatem - sic! - Katastrofalny błąd! Walczymy z tym przez chwilę, po czym okazuje się, że druga kopia plików nie ma tego problemu.

Kiedy lata wstecz zacięliśmy się wysoko w windzie, to będzie kilka metrów w górę, 9/10, jak się okazało po wyciągnięciu, poza żartami o zerwanej kabinie mówiliśmy o Morro, ja początkujący, wydawało mi się, że KP 70 to dużo, szybko wyprowadzono mnie z błędu. Bazyl czekał, aż nas ktoś z tej windy wyciągnie i zupełnie bez związku, po prostu gdzieś z tamtego czasu, najładniejsze co mi się o nim przypomniało to dwudziesty siódmy czerwca zero pięć, kiedy odbieraliśmy żałosne miejscami wyniki (nowych, więc żałosne po trzykroć) matur. Przecież nawet wiem, która to mniej więcej była godzina, bo dyrektorka mnie ochrzaniała, że jestem po czasie pracy sekretariatu, czyli po piętnastej. Pamiętam ważne czasy, dokładnie siedem lat temu to była długa przerwa, w pół drogi między jedenastą a dwunastą, a z wynikami jechaliśmy Ikarusem w pół drogi między trzecią a czwartą i w pół drogi między dwoma mostami na Jagiellońskiej świat był tak bezbrzeżną możliwością, że usiedliśmy na schodach (tego się nie da zrobić w tych wszystkich neoplanach) i wznieśliśmy toast butelkami soku marchwiowego.

Ale to wciąż nie to, o czym miałem napisać. Otóż miałem napisać, może nawet zacytować najdonioślejsze osiągnięcie literackie, piątkowe opowiadanie z lat jeszcze wcześniejszych, niż usłyszałem Tarję, czyli zanim w ogóle wiedziałem, że ktokolwiek może się poważnie interesować muzyką. Przynajmniej wiedziałem, że można się poważnie interesować PlayStation. Z braku źródła zreferuję krótko, ale jestem prawie pewien, że mam je w którejś szafie.

Opowiadanie jest o wakacyjnej, rodzinnej przygodzie. Nie ma w nim krwi, ale jest pot, nawet chyba są łzy. Rodzina przyjeżdża do górskiego miasteczka i wyrusza na podbój szczytu. W drodze natyka się na przeszkody, jak podejście łagodne i podejście coraz mniej łagodne, lęk wysokości i wreszcie - deszcz. Ten ostatni zawraca rodzinę spod samego szczytu, kiedy podejście w ogóle już nie jest łagodne, a najmłodsi bywają paraliżowani widokami. Tego samego dnia rodzina odjeżdża, tu jestem prawie pewien, że cytuję, gdyż było to clue całego opowiadania, które aż do ostatniego zdania mogło się rozgrywać gdziekolwiek: - A nad nimi wznosił się stary rycerz zaklęty w kamieniu - Giewont.

Ba dum tss.

I koniecznie chciałem się przyznać, że zarówno na podejściu łagodnym, jak i łagodnym coraz mniej, słuchałem z walkmana Vengaboys, choć starałem się zapętlać nie Ibizę, ale raczej któryś z takich. Jako muzykę drogi, można rzec. Poszukam kiedyś jeszcze, jak były skomponowane ich kasety, mam wrażenie, że kawałek zaczynał którąś stronę, albo kończył, ostatnia godzina na YT nie pozwoliła mi go jednoznacznie zidentyfikować.