U mnie jest, widać go większość, choć za jakąś rzadką chmurą. Chmura jest przez to rozświetlona i w ogóle jest tam chyba specjalnie, żeby otulać księżyc, bo wokół innych chmur już nie ma, widać gwiazdy, trzeba się trochę przypatrzyć, w końcu miasto, ale jednak widać. Więc to pewnie dla mnie, na pewno tylko ja teraz patrzę na księżyc, z tego miejsca tutaj, niby jest tu wokół kilkadziesiąt tysięcy innych oglądaczy, sypialnia Warszawy, jakby nie patrzeć. Ale powinni spać już. A ja chcę mieć swoją chmurę i swój księżyc na chwilę, jak w kreskówkach, albo jak w nowych memach - fuck this place in particular. Mnie to w każdym razie robi dobrze.
Szliśmy niedawno przez noc, Smoczy robił urodziny i zrobił je naprawdę dobrze, gotował jakieś pasztety, wódka nie była celem, nawet trochę pograliśmy w karty. No ale jednak wyszedłem w połowie, all in, zasada przy kartach z gołymi babami jest taka, że mając na ręku obraną królową nie można plamić honoru. No to przegrałem wszystko, z niejaką ulgą - no to jestem wolny. Więc wyszliśmy, cztery piętra w dół, deszcz lekki, bardziej jak niezdecydowane lato, niż ledwie napoczęta wiosna - ciepło. Trasa ta sama od lat, tu gdzieś kiedyś biegał jeż, tam na chodniku siedzieliśmy i dumaliśmy o studiach. Dlaczego nie zostałem leśnikiem? Tak mi proponował, polecał. A Kuba Ziołek jednak mówił, że w tej Starej Rzece niewiele ciekawego poza metalowym mostkiem. Chyba mam coś takiego.
Szliśmy dalej ulicą bardziej główną, to oczywiście ulubiona pora, miejska noc z lekkim deszczem, tereny niezbyt uczęszczane, drzewa z liści zamiast świata z drzew, o tym wszystkim już było. Lubię nasze ludzkie, sztuczne światło w tym średnio zadbanym, niezbyt poukładanym mieście. Zastanawiałem się, jak jest nam ze sobą, w tej drodze, nie tylko na ulicy, ale też kilka dni, miesięcy, lat wstecz. A może do przodu też. Okej. Bez dramatów. Dopuściłem nawet na chwilę myśl, że może jednak mam Cię już dosyć, posmakowałem, przeżułem, ale nie ułożyła się nijak w głowie, na pewno już wyleciała, kiedy dotarłem do trasy.
To istotna zmiana w krajobrazie, kilka lat temu skrzyżowanie przebywało się zdecydowanie szybciej. Przynajmniej teraz mam dwie przecznice bliżej do domu, mogę lekko zamarudzić na światłach, albo nawet je zignorować. Rzadko ignoruję światła, nauczyłem się mandatem w pierwszym dniu pracy, choć ten akurat był za bramkę w metrze. No tak, biegłem wtedy oddać Smoczemu dowód, który mi podrzucił dzień wcześniej, żeby samemu nie zgubić. A teraz potrzebował. Czasem o trzeciej w nocy, oczywiście musi się napatoczyć radiowóz, akurat nie chciało im się zawracać do mnie.
Zaraz za mostem rozstajemy się na chwilę, kiedy akurat przestałem myśleć, że może wreszcie powinniśmy. Z drugiej strony ulicy zatrzymuje się samochód, taki raczej duży i dość drogi, pierwsze skojarzenie: ekipa narodowców z cygańskich odcinków drugiego sezonu Gliny jeździła podobnym. Wysiada dziewczyna, nie słyszę wyraźnie, coś marudzi, idzie na przystanek. Tak wysiada, na środku ulicy, bo tak. Kierowca nawraca, wrzuca awaryjne, nie wie chyba co zrobić z tym autem, wysiada i za nią - Co ty kurwa odpierdalasz?
Nie rozumiem, dlaczego takie sceny muszą mieć publiczność. Albo dlaczego muszę być ich publicznością. Tak dumam, że jakbym nie był, to gdzieś w bloku obok ktoś by i tak akurat stał z fajkiem na balkonie. A może nie muszą, tylko ja tak czasem trafiam. Może świat byłby lepszym miejscem, gdyby każda scena miała postronnego widza. Może mniej rzeczy kończyłoby się kiepsko. Tu chyba nie wyszło najgorzej, zgarnął ją spod wiaty, może nie byli pokojowo nastawieni do siebie, ale wracali do samochodu razem. Jak słyszałem. Nie moja historia, nie patrzyłem. To trudne - nie patrzeć w takiej sytuacji nocnej. Dlaczego nie zatrzymali się dwieście metrów dalej? Nie chciałem ich. Nie miałem ochoty się bać, czy nie zacznie jej bić, nawet jeśli z mojej strony ulicy był komisariat.
Więc to do tego magicznego brutalizmu. Kuba mi raczej nie odpowie, czy coś ogarniam, no ale tak mi się kojarzy, co nawet dla mnie samego jest aż nazbyt dosłowne i banalne. Nie poradzę.
Prawie rok temu szedłem przez ten most, równolegle opowiadałem o tym przez internet, że lęk wysokości i potwory. Opowiadałem o tym również w sobotę, po fajoskim koncercie Hey, nie mam pojęcia jak nas koleżanka naprowadziła na noc meczu Polska - Rosja, czyli dla mnie noc przejścia przez most. O wiele zgrabniej opowiedziałem wtedy o niej od razu przez sieć, roztrzęsionymi rękoma przed i po moście. Zrewanżowała się historią o ekipie dwudziestu kibiców, którzy wpadli za jakimś cherlakiem do hipsterskiej knajpy i okładali na jej oczach krzesłami. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Więc powiedziałem coś głupiego i ogólnego, a później wsiedliśmy do metra, takie tłumy z Pola Mokotowskiego tylko na Juwenalia, rozdzielili nas, więc rozsiadaliśmy się bez słów. Bezpiecznie.
Księżyca nie widać, chmura ciągle tam wisi, skondensowała się, podświetlona. O, teraz jednak znów widać, w całej okazałości, prawie pełnej. Dziwne. Żeby to był wiatr, to by chmurę przegnał gdzieś, a ja tu mam jakiś wir, chmura bulgocze na niebie, wierci się i kręci, ale nie odkleja się od księżyca. Pod chmurą Światowida przejeżdża taksówka, nie wiedziałbym, jakie to piękne, gdyby nie zwrócono mi uwagi.
Wydaje mi się, że to może jakaś miejska iluzja z brakiem chmur gdzie indziej, pomarańczowo granatowe gradienty, nie odważę się wychylić przez balkon, potwierdzać chmury nad głową, w końcu lęk wysokości. Na dole często grają w piłkę, czasem podpatruję i często mam taki wewnętrzny zryw, żeby pobiec po piłkę, kiedy wyleci za boisko. Kiedyś sami tam biegaliśmy, nie? No i to jest bardzo kiepskie uczucie na balkonie szóstego piętra, mieć ochotę skakać przez balustradę do piłki.