Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?
Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.
Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!
A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.
Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.
Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.
Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).
(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)
Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!
No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?
Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.
W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).
Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.
Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mosty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mosty. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 czerwca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
To nie jest StarCraft
Kupę czasu spędziłem ostatnio w pracy, mam takie biuro, że siedzi się w nim całkiem dobrze niezależnie od czasu pracy, ale tej ostatniej też było sporo. W tamten ciepły weekend udało się odkurzyć rower, to nawet zanim był ciepły, bo już w piątek pojechałem na nim do Smoczego, który walczył ze smarowaniem laptopa i oczywiście zostały mu śrubki. Jak skończył to pokazywał mi filmy ze StarCraft2, połowę filmików pewnie, jarał się tym zupełnie tak, jak jarano się dziesięć lat temu, kiedy intra i outra od Square czy Namco oglądano z wypiekami i poświęcano im w recenzjach akapity. Teraz jakoś nikt nie zwraca na to uwagi, technologia tak poszła do przodu, że pewnie często nie ma sensu bawić się w renderowanie, bo gry ładne. No ale StarCraft to strategia, pewnie ładna, ale fabuły nie buduje się oddziałami komandosów chyba - stąd te filmy, o których ani słowa nie powiedział Młot czy Cytat kilka miesięcy temu w pracy, od razu tylko o rozgrywkach sieciowych, platynowych ligach i sztuczkach z wysyłaniem niby komunikatów błędów. Smoczy też już się jara perspektywą zabawy w sieci (muszę sobie przeciągnąć kabel, bo po WiFi nie ma sensu) ale jako pierwszy powiedział mi, że to ma jakąś fabułę. Trochę jak Starship Troopers, nie mogło go nie wciągnąć.
Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.
Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.
No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!
Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.
Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.
Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.
Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.
No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!
Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.
Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.
Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Ale to nie wszystko. "Świt Odysei" ma jeszcze drugie znaczenie. - W taki sposób tytułuje się gry komputerowe - mówi prof. Sztachelska. Faktycznie, można znaleźć i japońską grę o tytule "Lunatic Dawn Odyssey", "The Lost Odyssey" czy "The Sunstone Odyssey" - nawiązującą swoją nazwą również do słońca.Czy ktoś już wytłumaczył Pani Profesor, że to nie jest StarCraft?
- To sprytna nazwa: odsyła do faktów kultury, które zna każdy, a jednocześnie odsyła do gry komputerowej. Rodzi wyobrażenie, że operacja wojsk to gra, zabawa w wojnę, w której chodzi o atrakcyjną wyprawę, najeżoną przygodami, zakończoną prawdopodobnie zwycięstwem - wyjaśnia Sztachelska.
środa, 24 lutego 2010
don't let them fix your head
Pamiętam fragmenty dzisiejszego snu. Jest do tego teoria spiskowa - na później.
Kontekst firmowy, wokół postaci z pracy, ale nikt konkretny - jeśli konkretni, to dalsi, dalecy, jak menadżer jednej z grup (sen proroczy, bo dzisiaj uczestniczyłem w spotkaniu z jego udziałem). Jest nas trzech i idziemy na jakieś firmowe wydarzenie, cały świat musi już być firmą, bo droga prowadzi przez kolejową bocznicę, czy inne cmentarzysko pociągów. I musimy po tych pociągach przechodzić wierzchem. Spoko, fajnie, tylko jeden rusza w trakcie przechodzenia, a przecież niebezpiecznie tak zeskakiwać w drodze. Mówię, że pewnie i tak się zatrzyma na Zachodnim, trudno, lekko się spóźnimy - i rozpłaszczam się na dachu pociągu, jest to słabo proporcjonalny pociąg, bo mogę go objąć rękoma i nogami, żeby nie spaść. Moi towarzysze są jakby bardziej ogarnięci i zwyczajnie siadają na dachu, bez potrzeby trzymania się.
Patrzę w stronę przeciwną do kierunku jazdy - za nami jakiś mały, biały pojazd. - Drezyna! - krzyczę do kumpli, spoko, nie musimy jechać do dworca, ściągną nas. Mają cały sprzęt alpinistyczny, linki, stelaże, nie my pierwsi utknęliśmy na dachu pociągu. Nie trzeba mi zresztą tych linek, nagle jestem bardzo sprawny i opuszczam się do drezyny przez wąskie okienko.
Impreza jest na moście nad rzeką, nie jest to żaden określony most, bo nie ma miejsca dla żadnych pojazdów. Jest noc, są jakieś kobiety, ktoś łowi ryby. Na moście jest fajnie, bo on jest zupełnie nigdzie, można się nie przejmować, można być głośno, nikomu nie przeszkadzamy. Myślę o tym przez chwilę, bo nie ma kobiet, na które miałbym ochotę zwrócić uwagę, w ogóle - wysiadam, wychodzę z imprezy. Może łowienie ryb i kobiety z kieliszkami szampana mnie nie kręcą.
Siadam na ławce nad rzeką, za mostem, obok mam kobietę - mostu właścicielkę. To jednak nie do końca taki zwykły most, to most, który można wynajmować na przykład na imprezy. Ekipa na moście o coś się z nią sprzecza, przekrzykuje, z lądu dociera więcej ludzi i usiłują wynegocjować bilet grupowy. Kobieta już ma się zgodzić, ale z drugiego brzegu wpada ogromna masa azjatów, tak zwana wycieczka, zwielokrotnienie każdej wycieczki, którą w życiu widziałem. I ta pani mówi, no, niestety, ich jest tak dużo, że ich wpuścimy za darmo, a wy się z tym grupowym zmywajcie.
Całe szczęście już nie jestem na moście, tylko idę ulicą Książkową, jest wieczór, idę w stronę Mehoffera, naprzeciw dwie ciemne sylwetki, jakoś się trącamy przy mijaniu, odwracam się i coś burczę, ale to ojcowie moich przyjaciół szkolnych - więc jednak nie burczymy, pokój.
Teoria spiskowa zaczyna się od tego, że zaspałem do pracy. Nie to, że się spóźniłem, ale zaspać zaspałem, potrafię zaspać i się nie spóźnić, a dzień wcześniej nie zaspać i się spóźnić, może mniej w tym moich umiejętności, a więcej humorów miasta. W każdym razie - nie pamiętałbym żadnego snu, gdybym nie zaspał. Nie byłoby snu. Codzienna praca w korporacji - ona kradnie sny. I przychodzi przypadek, przychodzi obniżenie biorytmu, czy mniej sprzyjający (firmie) układ gwiazd, ja nie mogę wstać - śnię. Trochę proroczo nawet. I przechodzę do rzeczywistości na tyle płynnie, że coś pamiętam, coś zostaje. Fajnie, bardzo lubię swoje sny, dobrze wiedzieć, że jeszcze są.
Kontekst firmowy, wokół postaci z pracy, ale nikt konkretny - jeśli konkretni, to dalsi, dalecy, jak menadżer jednej z grup (sen proroczy, bo dzisiaj uczestniczyłem w spotkaniu z jego udziałem). Jest nas trzech i idziemy na jakieś firmowe wydarzenie, cały świat musi już być firmą, bo droga prowadzi przez kolejową bocznicę, czy inne cmentarzysko pociągów. I musimy po tych pociągach przechodzić wierzchem. Spoko, fajnie, tylko jeden rusza w trakcie przechodzenia, a przecież niebezpiecznie tak zeskakiwać w drodze. Mówię, że pewnie i tak się zatrzyma na Zachodnim, trudno, lekko się spóźnimy - i rozpłaszczam się na dachu pociągu, jest to słabo proporcjonalny pociąg, bo mogę go objąć rękoma i nogami, żeby nie spaść. Moi towarzysze są jakby bardziej ogarnięci i zwyczajnie siadają na dachu, bez potrzeby trzymania się.
Patrzę w stronę przeciwną do kierunku jazdy - za nami jakiś mały, biały pojazd. - Drezyna! - krzyczę do kumpli, spoko, nie musimy jechać do dworca, ściągną nas. Mają cały sprzęt alpinistyczny, linki, stelaże, nie my pierwsi utknęliśmy na dachu pociągu. Nie trzeba mi zresztą tych linek, nagle jestem bardzo sprawny i opuszczam się do drezyny przez wąskie okienko.
Impreza jest na moście nad rzeką, nie jest to żaden określony most, bo nie ma miejsca dla żadnych pojazdów. Jest noc, są jakieś kobiety, ktoś łowi ryby. Na moście jest fajnie, bo on jest zupełnie nigdzie, można się nie przejmować, można być głośno, nikomu nie przeszkadzamy. Myślę o tym przez chwilę, bo nie ma kobiet, na które miałbym ochotę zwrócić uwagę, w ogóle - wysiadam, wychodzę z imprezy. Może łowienie ryb i kobiety z kieliszkami szampana mnie nie kręcą.
Siadam na ławce nad rzeką, za mostem, obok mam kobietę - mostu właścicielkę. To jednak nie do końca taki zwykły most, to most, który można wynajmować na przykład na imprezy. Ekipa na moście o coś się z nią sprzecza, przekrzykuje, z lądu dociera więcej ludzi i usiłują wynegocjować bilet grupowy. Kobieta już ma się zgodzić, ale z drugiego brzegu wpada ogromna masa azjatów, tak zwana wycieczka, zwielokrotnienie każdej wycieczki, którą w życiu widziałem. I ta pani mówi, no, niestety, ich jest tak dużo, że ich wpuścimy za darmo, a wy się z tym grupowym zmywajcie.
Całe szczęście już nie jestem na moście, tylko idę ulicą Książkową, jest wieczór, idę w stronę Mehoffera, naprzeciw dwie ciemne sylwetki, jakoś się trącamy przy mijaniu, odwracam się i coś burczę, ale to ojcowie moich przyjaciół szkolnych - więc jednak nie burczymy, pokój.
Teoria spiskowa zaczyna się od tego, że zaspałem do pracy. Nie to, że się spóźniłem, ale zaspać zaspałem, potrafię zaspać i się nie spóźnić, a dzień wcześniej nie zaspać i się spóźnić, może mniej w tym moich umiejętności, a więcej humorów miasta. W każdym razie - nie pamiętałbym żadnego snu, gdybym nie zaspał. Nie byłoby snu. Codzienna praca w korporacji - ona kradnie sny. I przychodzi przypadek, przychodzi obniżenie biorytmu, czy mniej sprzyjający (firmie) układ gwiazd, ja nie mogę wstać - śnię. Trochę proroczo nawet. I przechodzę do rzeczywistości na tyle płynnie, że coś pamiętam, coś zostaje. Fajnie, bardzo lubię swoje sny, dobrze wiedzieć, że jeszcze są.
środa, 10 lutego 2010
Dźwina Wisła
Mieszkałem kiedyś przez kilka miesięcy w Rydze - piąta klasa podstawówki. To fajne, jak szkoła organizuje wspomnienia w czasie. Raczej byłem za młody na zwiedzanie, do tej pory nie jestem fanem zwiedzania (nieukierunkowane spacery są ok), ale nie musiałem, bo mieszkaliśmy na Starówce i było przepięknie - trzy kościoły, uliczki, mamie podobał się bazar z drugiej strony, gdzie w wielkich halach można było przed zakupem spróbować sera, nam podobał się park z takimi wodospadami i kamulcami, po których się biegało.
Dźwina płynie przez Rygę szeroko, to już blisko do morza, a ja przecież byłem mniejszy niż teraz, więc była jeszcze szersza niż jest naprawdę. I poszliśmy z rodzicami na spacer przez most, wielki, długi, nowoczesny, Warszawa później takie dostała, ale nie tak ładne. Chodziło tylko o to, żeby przejść i wrócić - koniec lata, słońce i przestrzeń, jakiej nie widziałem. Prawie tam płakałem, albo mam lęk przestrzeni, albo mam lęk wysokości, szedłem sam, z przodu, żeby jak najszybciej. Jeszcze wtedy nie miałem okularów, więc nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ulecą, ale miałem czapkę z daszkiem, którą przez wzgląd na wiatr niosłem w ręku. W obu rekach, przyciśniętą do brzucha. Taki byłem przytłoczony, taki byłem przerażony, każdy podmuch wiatru groził mi strąceniem.
Tam wszędzie na mapach była Daugava, Dźwina to nasze.
Lubię czasem przejść się mostem, choć ciągle mnie to tak samo przeraża. Żeby spokojnie iść mostem muszę go kilkukrotnie oswoić - bez bólu pokonuję nawet Grota, za to odległy Siekierkowski, niby taki wygodny, ten jest jakby bardziej chwiejny.
Myślę, że dzisiaj oswoiłem most nad Dźwiną. Autobus wlókł się z Białołęki, cały brudny, jeszcze przed ósmą, ale już po wschodzie słońca (to nie jest oczywiste zimą, że jeździ się autobusem po wschodzie już). I ta brudna szyba fantastycznie mi przefiltrowała świat za oknem - Wisła zrobiła się dwukrotnie szersza, potężna, z wyspą drzew po środku, tak była szeroka jak Dźwina z dziewięćdziesiątego siódmego. Ucieszyłem się, to wcale nie był zaawansowany efekt graficzny, mamy na rzece lód i na lodzie śnieg, mamy linię drzew po praskiej stronie, mamy za linią drzew kawał pola również pokrytego śniegiem i mamy fakturę brudu na szybie, przez którą i rzeka i pole są o wiele szerszą rzeką. Ekstra.
Jeśli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o sobie - przejdź się wieczorem mostem Grota we mgle.
Dźwina płynie przez Rygę szeroko, to już blisko do morza, a ja przecież byłem mniejszy niż teraz, więc była jeszcze szersza niż jest naprawdę. I poszliśmy z rodzicami na spacer przez most, wielki, długi, nowoczesny, Warszawa później takie dostała, ale nie tak ładne. Chodziło tylko o to, żeby przejść i wrócić - koniec lata, słońce i przestrzeń, jakiej nie widziałem. Prawie tam płakałem, albo mam lęk przestrzeni, albo mam lęk wysokości, szedłem sam, z przodu, żeby jak najszybciej. Jeszcze wtedy nie miałem okularów, więc nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ulecą, ale miałem czapkę z daszkiem, którą przez wzgląd na wiatr niosłem w ręku. W obu rekach, przyciśniętą do brzucha. Taki byłem przytłoczony, taki byłem przerażony, każdy podmuch wiatru groził mi strąceniem.
Tam wszędzie na mapach była Daugava, Dźwina to nasze.
Lubię czasem przejść się mostem, choć ciągle mnie to tak samo przeraża. Żeby spokojnie iść mostem muszę go kilkukrotnie oswoić - bez bólu pokonuję nawet Grota, za to odległy Siekierkowski, niby taki wygodny, ten jest jakby bardziej chwiejny.
Myślę, że dzisiaj oswoiłem most nad Dźwiną. Autobus wlókł się z Białołęki, cały brudny, jeszcze przed ósmą, ale już po wschodzie słońca (to nie jest oczywiste zimą, że jeździ się autobusem po wschodzie już). I ta brudna szyba fantastycznie mi przefiltrowała świat za oknem - Wisła zrobiła się dwukrotnie szersza, potężna, z wyspą drzew po środku, tak była szeroka jak Dźwina z dziewięćdziesiątego siódmego. Ucieszyłem się, to wcale nie był zaawansowany efekt graficzny, mamy na rzece lód i na lodzie śnieg, mamy linię drzew po praskiej stronie, mamy za linią drzew kawał pola również pokrytego śniegiem i mamy fakturę brudu na szybie, przez którą i rzeka i pole są o wiele szerszą rzeką. Ekstra.
Jeśli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o sobie - przejdź się wieczorem mostem Grota we mgle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)