Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestrzeń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestrzeń. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2012

ba dum tss tss tss tss tss tss tss tss tss tss

1. Reakcja! (żeby nie za daleko)*

Nie mam pojęcia, dlaczego Kosmos Kosmos nazywa się właśnie tak, to może być cytat z czegokolwiek, a może być po prostu, a może jeszcze zostanie kiedyś cytatem. Na razie wtajemniczono mnie, że jest hipsterski, ale również wyjaśniono, że podczas mojej bytności hipsterów w okolicy nie było, więc pewnie powinienem sądzić po wystroju - kolorowych żarówkach i kosmicznych mackach. Specjalnie pytałem, czy w tym roku w ogóle jeszcze się o hipsterstwie mówi, dla mnie to nie są rzeczy oczywiste, ale podobno się mówi, więc ja też.

Do tego kosmosu^2 przyjechało 19 wiosen, zrobili spotkanie Kosmopolitanii, czyli że nie tylko koncert, ale też jakiś panel dyskusyjny, tak to wygląda w opisie zawsze, że będą dyskutowane dzieła i idee, jako stały niebywalec wydarzeń kulturalnych miałem o tym przesadne wyobrażenie, sprowadziło się do wywiadu z PDW, przy którym nie było słychać pytań. I wtedy znów przerwa, kiepski czas, bo poszedłem sam, jak zwykle na czas, czyli jak zwykle za wcześnie, czyli czułem się kiepsko, ale o tym dalej, przewińmy do wyjścia Street City Nomads, piszą, że acid electro i prosty punk, pewnie im się to zmieniło od początków działalności, na koncercie jednak przeważało pulsownie i tss, tss, mniej było kawałków jak Pojebane społeczeństwo, a więcej jak ten o lesie. Bardzo często mam tak, że zespoły bardziej podobają mi się koncertowo niż studyjnie, to też jest taki przypadek. W każdym razie wokale wypadają fajniej w niezbyt ciemnej (bo im światła nie zgasili przez pół koncertu) piwnicy.

Wiosny wyszły na scenę późno, o jedenastej dopiero (a ja muszę ściągnąć jedenaście z linka), więc stałem tam już w bardzo rozziewanym stanie. W ogóle byłem w kiepskim stanie, na szczęście tego wieczora nie męczył mnie katar, ale zmęczyła mnie praca, jak zwykle muszę napisać, że sam siebie zmęczyłem, ale cóż - coś tak w robocie (koncertowo!) zjebałem, w pracy, czyli to pewnie znaczy, że grono zainteresowanych osób jest szerokie, do tego pewnie zorientują się wcześniej, niż ja sam - tak było. W poniedziałek dopiero zapadną jakieś wyroki. Może przesadzam, z jednej strony honest mistake, a z drugiej będę rozmawiał z szefem, przy którym nie zdystansuję się językiem obcym. No i chodzi o to, że idąc na koncert czułem się obco, czekając na koncert czułem się jeszcze gorzej, w trakcie koncertu, który w tle miał planetę z pierścieniami, poczułem się odwrotnie niż z Tobą, Tobą, i Tobą, mogli sobie ludzie szaleć, mogła mi jedna (nie) taka (jak bym chciał) nachalnie wchodzić w kadr (co i tak jest ubzdurane), ale ja już byłem w trybie nie dotykaj mnie, i tak nie da się. Jesteśmy kosmosami i dzielą nas kosmosy. Inne rzeczy ubzdurane. Zero kontaktu. Kiedy później rozmawialiśmy o tekstach, nie potrafiłem tego powtórzyć, choć niby miałem jakieś refreny znać - nareszcie sam do końca.

I to się nie zmieniło od poprzedniego razu, przy premierze Pożegnania ze światem Marcin mówił, że żegnają się również z dotychczasową twórczością, ale nawet jeśli Tryp i 11 brzmią inaczej, albo Wiosny mniej delikatnie szarpią strunę, to wciąż chodzi o wejście w czarne, oślizgłe miejsce, napisałbym cuchnące, ale mam katar, więc do mnie samego to mniej przemawia i nie jest to konkurs epitetów, i o wyjście z niego trochę innym, naprzeciw cudzym kosmosom. I starać się mniej szorstko.

2. Przed koncertem uratował mnie telefon

Dziennik pokładowy, 17.02.2012, 20:31 - 21:40.
- O godzinę za wcześnie kosmos kosmos.
- Dobre są te fantazyjne kształty na ścianach - jakaś namiastka zajęcia.
- Wcale nie siedzi mi się tu łatwiej, kiedy schodzi się coraz więcej ludzi.
- No to super. Po pierwsze primo - skończył mi się sok. Po drugie primo - obok się jakaś para usadawia.
- Posiedzisz - nauczysz się mieć Angry Birds na telefonie. Albo chodzić na koncerty o godzinę później.
- Ciężko na piersi - panika.
- Zaczynam słyszeć jakieś bębny, to pewnie jeszcze chwilę, bo resztę nagłaśniali kiedy przyszedłem.
- Uchachana ekipa z łodzi - Widzew! Jebać Legię!
- Tłumione w ustach ziewnięcia.
- Nie wszystkie stłumione.
- Po wywiadzie z PDW. Kibel. Umiarkowanie czysty. Można by przeczekać?
- Typ niesie trzy browary, chwila refleksji, czy mnie nie zawadzi, ale jednak to fachowiec.
- Długa przerwa. Albo ja stoję w zbyt eksponowanym miejscu, dostaje sumę wszystkich minut. Chyba właśnie wszedł k.

3. Po koncercie nie poszliśmy do Planu C

A zanim gdziekolwiek poszliśmy, postaliśmy trochę na zimnie i miałem okazję wytłumaczyć, dlaczego po takim koncercie czuję się lepiej niż przed, czyli mniej więcej to, co napisałem na początku. Miałem okazję uścisnąć Marcinowi dłoń, kiedy zbierali się do samochodów, zaraz mieli jechać do Łodzi. Oswoiłem się z towarzystwem, znalazłem jakieś styczne orbity do rozmowy, anarchiści snuli plany, w Planie B zapytali mnie, co sądzę o miejscu, to znów kwestia hipsterstwa, bo anarchiści hipsterscy nie są, może trochę przesadzają, bo kiedy powiedziałem mu, że ma fajną koszulkę, taką z wiosnami, to się ucieszył i mówił, że ma bandamę na szyi, żeby druga koszulka spod spodu nie wystawała, choć okej, na co dzień też ją nosi. Odpowiedziałem, że ciężko mi się wypowiadać o miejscu, w którym spędziłem raptem dziesięć minut, fakt, pierwsze wrażenie było fatalne, ale wcale nie przez mniej anarchistycznych ludzi ubranych ładniej niż ja, tylko przez ten sufit nad schodami, który sprawiał wrażenie atakujące nawet kogoś mojego nieokazałego wzrostu.

Porozmawiałem z filmoznawczynią, nie wiadomo skąd wziął mi się w tej rozmowie Hesse (bo na pewno nie padło tam dosłownie tylko dla obłąkanych, co innego mi się skojarzyło), do tego obiecałem obejrzeć reżyserską wersję Blade Runnera, i uciekłem po trzeciej dopiero, głównie przez wzgląd na sobotnią misję, chyba też mogę napisać, że kosmiczną, bo wpuszczałem dzieciaki do CNK.

Dla równowagi od tej całej kultury całe sobotnie popołudnie spędziłem oglądając hollywoodzkich X-Menów, cztery filmy, tylko Wolverine'a nie udało się nigdzie dorwać.

*Na wypadek cytowania.

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

gybe

Jak tu teraz tak, nie dopowiedzieć, czy napisać wszystko i czekać kamieni? W ubiegłym tygodniu odezwał się do mnie kolega, że oferta nie do odrzucenia, jadę z nim na Godspeed You! Black Emperor, należy sobie jedynie opłacić przejazd. Fajosko. No tylko że dwa tygodnie temu też odezwał się do mnie kolega i pisał, że oferta, że ma do sprzedania bilet na Godspeed You! Black Emperor. Bardzo mi się zrobiło miło, bo poprzednio widzieliśmy się dwa i pół roku temu w Mysłowicach, mamy kontakt przez fejsa bardzo sporadyczny, a on pamięta i zaprasza, czuje, wie, że to ma sens w moim przypadku i jestem wpisany na listę gdzieś w okolicy czołówki, skoro wszedłem na miejsce życiowej wybranki. Ale wymówiłem się inaczej zaplanowanym budżetem. No i teraz tak - obaj Ci koledzy to oczywiście ten sam człowiek, tylko rozłożony w czasie. Niech będzie, że Małpolud, bo jeszcze nie ma durnej ksywki tutaj. I pojechałem, zupełnie jak nie ja, bo z dnia na dzień, bez planu, bez noclegów, bez sprawdzania opcji powrotnych, niech się dzieje, co chce.

Na Wschodnim wiało, nawet nie miałem biletu, tylko czekałem na wszystko gotowe - bo on mieszka blisko, to kupił. Jakby za piękne to, jak to tak, że nic nie muszę. A jednak. Nie mieliśmy problemów z rozpoznawaniem się, bo nie dość, że przez te lata nie zaczęliśmy na posuniętych w latach wyglądać, to jeszcze peron pusty. Cześć i jazda, pogadać o sprawach okołopracowych, kto się z pierwszego składu ostał, pogadać o kredytach, pogadać o tym, co się robi w życiu, on akurat robi trochę muzyki. Jest w nim taki fajny spokój i pewność. Pytałem co z zespołem, który zostawił we Wrocławiu. Nie zależy mu, bawi się swoimi rzeczami, kontakt mają, coś do filmów czasem, może będzie więcej. Wtedy godzili prace, życie i próby do późnej nocy, nawet ja rozumiem, że nie da się tak w nieskończoność. A na depresyjnych jazgotach i plumkaniu ciężko zarobić, żeby można było się na samo to przerzucić.

Trochę takie jest GY!BE - od razu kojarzę sobie The car is on fire and there is no driver at wheel, że smutno, że jęcząco, że apokalipsa. Jakie niedopatrzenie, ów przegapiony koncert Sigur Ros w Warszawie, miałbym trzy bieguny post rocka zaliczone, mógłbym umrzeć odpowiednio smutny i rozczulony zarazem. No ale nie. Oczywiście te bieguny sam sobie rozstawiłem, trzeci to Mogwai, a jeśli coś było wcześniej, a na pewno coś było, bo z pustego w próżne to nie, to wybaczcie, ale nie znam.

Pociąg kosmiczny, monitory z informacjami jak w samolotach - prędkość, czas, stacje. Smoczy mówił, że takie są w Niemczech. Ze mnie oczywiście żaden podróżnik, więc się dziwiłem. Głośno, słychać rozmowy z drugiego końca wagonu, a do tego mniej wygodne niż w starych składach siedzenia, plecy bolą. Ale hej, ciepło przecież! W ogóle mnie ostatnio plecy trochę bolą, trzeba zacząć się ruszać, zasiedziałem się w biurze. Udało nam się nie przespać odpowiedniej stacji, udało nam się iść od razu w dobrą stronę, nawet udało nam się nie przejść za daleko, bo Eskulap był jeszcze zamknięty, to znaczy gromadził przed wejściem tłum, który wyglądał zupełnie tak, jakby był gromadzącym się przed koncertem tłumem. Gdybyśmy się czegokolwiek spodziewali, to pewnie nie przerobionej na koncertową sali gimnastycznej, ale ponieważ się nie spodziewaliśmy, to wcale nas to nie dziwiło. Tylko w kolejce zimno, ale przynajmniej wokół ciekawe rozmowy, muzyczni guru epatujący zajebistością przed kolegami. Już nie słucham Comy i takich tam. Tylko The Fall. Mark E. Smith jest Bogiem! Słuchaj, z tego się nie wyrasta. Ze wszystkiego można wyrosnąć, ale nie z post punka. Do końca życia już będę słuchał. Tak ze dwadzieścia lat miał. A dalej - tu nawet znam temat, bo o ile na The Fall załapałem się jedynie z okazji Offa i pamiętam z niego Boga bez jego muzyki, to już Archive sam trochę słuchałem, a teraz już wiem, że - tylko pierwsza płyta, bo mieli rapera wypożyczonego. Nie sposób nie zgodzić się z taką argumentacją!

Jako wsparcie wystąpił ambientowy artysta, który zdecydowanie nie porwał tłumu. Wydawał jakieś mało rytmiczne dźwięki, z których część powinna być zabroniona, po czym powiedział Thanks i tyleśmy go na widzieli. I na scenę zaczęły wchodzić gwiazdy. Co ciekawe - chwile, kiedy rozkładali się na scenie to jedyne, kiedy można się im było przyjrzeć. Bo później, pomimo, że robią strasznie dużo hałasu, właściwie jakby ich nie było. Małpolud mówił, że potrafią mieć w składzie po kilkanaście osób, widać to jakaś skłonność Kanadyjczyków, bo to samo jest z BSS przecież. Można, zamiast na nich, spokojnie patrzeć na przekładane taśmy, wizualizacje - literki, schematy, pociągi, płonące miasta. Najfajniejszy pociąg - kiedy jedzie przez tunel i w miarę jak oddala się od krańca, światło, dla mnie, zaczyna wyglądać jak głowa węża.

No dobra, a co z tą muzyką?

Bardzo dużo plam dźwięku, na początku, wstępnie bardzo rozległe te plamy. Później dodane rytmy dopiero. I wszystko we mnie się buntuje, kto w ogóle wymyślił tą salę, nie powinno się takich rzeczy słuchać w sali. Nie chodzi o to, że muzyka jest depresyjna, nie aż tak. To jest muzyka mam-ochotę-być-sam. Zilustrowałbym to Exupérym, który jako pilot wylądował kiedyś na bezludnej skale w środku Afryki i był tam sam jeden pod gwiazdami. Taką chęć to we mnie budzi.

Wracaliśmy na dworzec, uświadomiłem towarzysza, że za każdym razem, jak słychać było nowy dźwięk, on wyciągał wyżej głowę, szukając, co i na czym kombinują. A jeżdżą smyczkami po gitarach, choć mają w składzie dziewczynę ze skrzypcami. Kiedy wróciło światło, zadowolony oglądał składanie sprzętu - Strasznie dużo mają efektów. Na pewno sami się w nich gubią. Opowiadał też, że typ, od którego kupował bilety, chwalił się, że pierwszym nabywcą był Artur Rojek. No to może chce ich na Offa zaprosić w tym roku. Jego akurat nie widziałem, ale znajome twarze mignęły mi, kiedy już umierałem na dworcu. Proszę o wyrozumiałość, to była pierwsza w nocy i ból w głowie. Widzę typów, przechodzą w tę i we wtę, mają plakat pod pachą - fajne musiały być te plakaty, bo prawie każdy na dworcu miał. Krzyczę zaczepnie - Chłopaki do Mińska?
- No, tak, też?
- Prawie, do Warszawy. - Tu się zacinam, patrzę, widzę, że znam, ale nie wiem. Idą dalej, dopowiadam, że wiem o co chodzi, znam teren - Muzyka Końca Lata?
- Prawie...
Zeszli po schodach, a ja już nie chciałem krzyczeć, że dotarło, bo to był basista Maków. Może się za bardzo nie obraził. A jak ich kiedyś spotkam jeszcze, to może zapytam o wyrocznię w sprawie odmiany nazwy.

poniedziałek, 10 maja 2010

Plastikowa apokalipsa, sztuka spadania i inne objawienia

Hej tam, słyszałeś o tych bankach dzisiaj? Że internetowe leżą i kwiczą, że prasa ma zgłoszenia o problemach z kartami, co z kolei banki dementują, dlaczego mam nie wierzyć bankom i nie iść na zakupy? To lepiej głodować? W dwudziestym pierwszym wieku, gdzieś w środku Europy? No bez przesady, nawet jeśli coś było z rana nie tak, to do wieczora musi być okej. Dzień mija na pracy, na spacerze w przerwie, na słońcu za oknem i deszczu po wyjściu, książce w autobusie i słońcu na pętli. No i jest ten sklep, poniedziałek, jeden z dwóch najgorszych dni na zakupy, ale jakoś nie dziś, szybki kurs miedzy półkami, wprawdzie zapomniałem migdałów, ale nawet kolejka nie taka długa, będę w domu bez opóźnienia. Zmierzam oczywiście do tego, że kartą się zapłacić nie dało, bankomat też nie odpowiadał, więc podziękowałem pani kasjerce za zakupy i wróciłem do domu mówić nie o szybkim przejeździe przez miasto, tylko straconej pół godzinie w sklepie. A jak. Przedłużyć ważność życia, po to jedzenie i zakupy przecież, inaczej śmierć głodowa (zapamiętaj: sprawdzić kiedyś Knuta Hamsuna).

Pytam brata o gotówkę, pożyczkę taką, ale płacił za parking. Za to siostra się lituje, ratuje banknotem o jakimś trudnym do ogarnięcia nominale, czyli nie muszę jeść tej plastikowej karty, mogę wrócić do sklepu i nie zapomnieć migdałów tym razem. Oraz dołożyć do nich orzechy laskowe i w ogóle zrobić większe zakupy. I mogę jechać rowerem, no bo nie jeździłem tydzień, co wypomniałem sam sobie w rozmowie z Pogańskim Bożkiem, należy się. Jakie to jest przewartościowanie, kiedy przez deszcz wracam z pracy i myślę, że buty do czyszczenia zaraz i nowe spodnie pewnie też się gdzieś upaćkają, a za chwilę jadę w jakichś starych obciętych gaciach (te nowe też będą kiedyś obcięte, jak jakieś lubię, to żyją po śmierci towarzyskiej) napinam przez kałuże z bardzo prostą myślą - Jeeee!

Ponieważ kałuże nie dokuczają za bardzo, proszę brata, żeby odebrał w klatce te wszystkie puszki, a ja sobie jeszcze pojeżdżę. Jest przecież nawet trasa na wieczorne wypady. Więc napinam, jest prawie pusto, mijam jakiegoś typa rowerującego ze słuchawkami na uszach i oczywiście jest tam myśl, czy w moim mijaniu jest element głupiej pierwotnej rywalizacji i pokazania się, zawsze mam taką myśl, choć generalnie wydaje mi się, że mijam innych, kiedy jadą wolniej niż ja. Ale dobra, nawet jeśli musiałem lekko przyspieszyć, żeby płynnie wyminąć i za chwilę zrzucę na niższy bieg, to chyba jednak będę jechał szybciej, nikt mnie za zawalidrogę nie weźmie. Takie mam problemy, przez chwilę, zaraz myślę, że mokry asfalt jest najfajniejszą nawierzchnią do jazdy, to jest jedzie się szybciej, choć pewnie nie jest najlepszą nawierzchnią do hamowania. Ale jest okej, jest ładnie wyprofilowany zakręt, który biorę bez zwalniania nawet na swojej słabo skręcającej maszynie. I jestem w domu, jest ekstra, cisnę dalej i trochę jakby lecę.

Dobra, tam powinno być jeszcze takie wiele wyrażające - Oż! - w myślach. Ewentualnie takie nie mniej wyrażające – Lecę! - ewentualnie najbardziej prawdopodobne i uczciwe - Wyjebię się! - kiedy koło mi zlatuje z asfaltu i drugie też i coś zaczyna się dziać z równowagą.

Naprawdę nie wiem, jak na prostej drodze można zjechać z asfaltu, do tego na słabo skręcającym bajku. Chętnie doszukałbym się w tym Bożego Palca, no bo najpierw karcę siebie w myślach za kombinowanie o pierwotnych instynktach i rywalizacji z innym bajkerem, a po minucie srrrru (to jest dźwięk szorowania o asfalt). Mogę to również przypisać niebywałej sile sprawczej, to ja kształtuję rzeczywistość, wcale nie rzeczywistość mnie, więc dlaczego miałbym się nie wyjebać, jeśli pomyślałem, że się wyjebię?

Ale za to jak! Trzydzieści na liczniku, pewnie ze trzydzieści trzy, może niedokładnie ustawiłem obwód koła, bo mam te prędkości imponujące jak na mnie, choć mówiłem, że mokro znaczy szybko, a do tego spinałem się trochę. I trochę jakby lecę, rower trochę jakby też leci na trawnik, a ja szoruję kawałek po asfalcie i najbardziej jestem dumny, że kiedyś miałem kaprys i kupiłem takie motocyklowe rękawiczki bez palców. Ani wtedy dużo nie jeździłem, ani nie miałem nic wspólnego z motocyklistami, ani z dzieciakami emo, tak po prostu, chciałem i kupiłem i łaziłem wszędzie z pół roku przybijając żółwiki zamiast się witać po ludzku. A gdyby chodziło tylko o rower, to nigdy bym rękawiczek nie kupił. I one okazują się najfajniejszą rzeczą pod słońcem, kiedy szoruje się po asfalcie, kiedy można sobie po tym asfalcie płynąć i wnętrzom dłoni nie dzieje się krzywda. Wnętrze dłoni to jest bardzo fajne, czułe miejsce, przejazd po asfalcie w rękawiczkach równa się ciepłemu łaskotaniu.

No ale postaram się więcej nie.

Wstałem, otrzepałem się, obejrzałem rower, typ ze słuchawkami zapytał, czy wszystko okej, ja odpowiedziałem, że spoko, machnąłem ręką i jazda dalej. Trochę brudniejszy, ale przecież to oznacza pełen luz, to oznacza nieprzejmowanie się błotem i kałużami, wyzwolony upadkiem mogłem napinać do lasu, i tak cały jestem do prania. A w lesie wiadomo, ptaszki, wilgoć, zieleńsza po deszczu zieleń, krzaki borówek przy drodze i unosząca się nad polaną mgła, rześkość. Czyli w głowie takie - Jeeee! Mogę być jakimś romantykiem, mogę być jakimś dekadentem wśród tych drzew i mgieł, mogę być poza światem, choć oczywiście najbardziej chodzi o zieloność, która przecież uspokaja.

To jest oczywiście najlepszy moment, żeby się zorientować, że pedał jest pęknięty i trochę jakby zmienił geometrię. Pamiętaj! Jeśli szorujesz z prędkością trzydziestu na godzinę po asfalcie, to coś się na pewno zepsuło. Rower nie ma rękawiczek.

(Ale jechał i oto jestem.)

sobota, 20 marca 2010

do byle gdzie

Czyli opowiem, jak powinna wyglądać pierwsza wycieczka rowerowa w sezonie. Złośliwi mogliby wytknąć mi wizytę przy budowie Północnego w ubiegłym tygodniu, ale tacy tu nie zaglądają, no i wszyscy wiedzą, że liczy się dopiero od byle gdzie i nowinek. Tam wszędzie już byłem, mogę opowiedzieć kiedy indziej, nawet jeśli wyglądało to zupełnie inaczej niż dziś albo tydzień temu, bo w most nikt nie wierzył.

Żeby nie było za łatwo - wycieczka powinna rozpocząć się wizytą. Odwiedź kogoś, kogo dawno nie widziałeś, a jest tak blisko, że aż wstyd napinać doń rowerem. Natknij się na wózek przed wejściem i przywitaj się z dzieciakami - niewielu jest takich ludzi, z którymi dokładnie wiesz, ile razy się w życiu przywitałeś. To jest drugi raz. Przywitaj się z matką i odkryj, że ojciec przycina drzewkom gałęzie. Pogadajcie o zbliżających się urodzinach (ale kogoś nieobecnego), po czym zaproponuj, że pojeździsz tym wózkiem po działce. Pomyśl, że pokażesz dzieciakom kawał świata, przejdź dziesięć metrów, zatrzymaj się, przykucnij, popatrz tam gdzie dzieci i powiedz - Więc teraz widzicie wielkie, piękne, choć zasnute chmurami niebo. Niebo ma to do siebie, że jest wielkie i piękne a za chmurami nawet niebieskie.
Przejdź jakieś piętnaście metrów, naucz się skręcać wózkiem, zatrzymaj, przykucnij, upewnij się, że perspektywa się dzieciakom nie zmieniła i powiedz - Więc teraz widzicie wielkie, piękne, choć zasnute chmurami niebo. Niebo ma to do siebie, że jest wielkie i piękne a za chmurami nawet niebieskie.
Postaraj się dostać szklankę wody, pogadaj jeszcze z ojcem i kiedy odstawi dzieci do domu możesz ruszać w trasę.

Pojedź Mehoffera, obok jakiegoś nowego sklepu w miejscu, gdzie kiedyś była fabryka mebli. Napoć się podjeżdżając pod wzniesienie w lesie, to dla Twojego dobra, trzeba jakoś wrócić do formy. Skręć w lewo przed samymi torami i jedź aż do stacji, która w sumie też jest dosyć nowa. Przejedź zaraz za nią przez tory, ciekawe, kiedy zaklajstrują skutecznie ten przejazd, który już niby powinien być niesprawny, ale widać przecież, że nie pierwszy dzisiaj tędy jedziesz.

Dalej na wschód, nie śpiesz się, bo w sumie jest błoto, ta droga jest strasznie nierówna i masz przed sobą jakiś samochód, który chlapie. Pomyśl, że w takim terenie na rowerze można szybciej, ale nie pchaj się, on i tak za chwilę skręci. A Ty dojedź do płytówki odbijającej na północ i zachwyć się, jaki widać na niej tłok. Będzie taka tłoczna tylko dzisiaj, jutro i przez trzy dni kiedy już naprawdę przyjdzie wiosna, później ciężko zobaczyć na raz więcej niż te dziesięć osób teraz. Zmień chwyt na kierownicy, odblokuj amortyzator z nadzieją, że on cokolwiek daje w rowerze za niewygórowane przecież pieniądze i przez następnych kilka kilometrów pomyśl kolejno o górze Księżyc, spotykaniu saren, Małgorzacie, równej, równoległej drodze niepłytowej trochę bardziej na wschód, ale ona nie jest w lesie, o ptakach, których na razie więcej i tak słychać w nielesie, może trzeba było wziąć słuchawki. Dojedź tak do zwykłej drogi z pędzącymi samochodami i zdziw się, że jakaś para trafiła się przy drugim końcu płytówki, bo przecież to mniej ludna okolica.

Jedź do Legionowa i przejedź pod wiaduktem. Zastanów się, gdzie miał być ten dobry kebab, pewnie gdzieś z drugiej strony, trzeba kiedyś będzie. Przejedź obok trzech typów z piwem, dostań się do podziemnego przejścia na perony - rozpoznasz je po tabliczce "wyjście do miasta" u dołu schodów. Zastanów się, gdzie niby to miasto, bo widziałeś je dopiero kilometr dalej, w żadnym razie u szczytu schodów. Oceń, że tunel słabo przypomina ten przy Wschodnim, czyli nie wsiadaj na rower, tylko go doprowadź do wyjścia z drugiej strony. Usłysz, jak kobieta literuje dzieciom "wyjście do miasta" i miej frajdę z tego, że ona też musiała zwrócić na tabliczkę uwagę zmierzając w odwrotnym kierunku od wskazywanego.

Nie jedź przy torach, tylko uliczkami. Nie skręcaj za często, uciesz się, że znasz jednego typa z tych okolic, który znaczy, że nie samo piwne dresiarstwo tu mieszka. Rób taki zygzak lewo-prawo, jak ze starych gier, kiedy ludziki chodziły po kwadratach, czyli przemieszczenie się pomiędzy stykającymi się rogami wymagało dwóch ruchów, bo na ukos nie. Wyjedziesz w ten sposób z miasta, wyjazd będzie ekstra, bo tabliczka stoi w okolicy linii drzew - taki tam mur. Patrz na mijane tabliczki z nazwami ulic i zorientuj się, że przypadkiem trafiłeś do punktu styku trzech miejscowości - wyjazd z Legionowa, wjazd do Jabłonny, ale jeszcze tabliczka z insygniami Chotomowa. Ale istnieje możliwość, że gdzieś tam po drodze była sekwencja lewo-lewo-prawo, więc pewnie się zgubiłeś.

Dojedź do ulicy chyba na K, której nazwę pamiętałeś w wakacje jeżdżąc nad Narew. Nie jedź już do Chotomowa, bo to pierwsza wycieczka w sezonie, jesteś jeszcze leszczem, nie masz plecaka z piciem, i tak ledwie wrócisz do domu. To bardzo gładka droga, fajosko się na niej pedałuje, więc pociśnij jeszcze trochę. W Jabłonnej podczep się pod typa w pro rowerowym kombinezonie i wyprzedź go, bo nie to, że jesteś jakimś kozakiem, ale jednak jedzie tak z kilometr za wolno na Twoje tempo i wygodniej będzie jechać przed nim. Miej nadzieję, że nie odbierze tego jako afrontu, plamy na honorze, tak jak Ty to zawsze robisz, kiedy wyprzedza Cię inny bajker, najczęściej jakiś zasuszony dziadek w jeszcze bardziej pro kombinezonie niż ten typ miał.

Dojedź do Leśnej Polanki i zjedź z górki do Światowida. Wbij się na ścieżkę w nielegalnym miejscu i przed nosem 516. Nie miej już siły na wyprzedzanie kogokolwiek, po prostu postaraj się utrzymać na ogonie typa przed tobą. Powoli odbij na swoje osiedle i wystukaj kod do klatki. Nie czekaj na windę, ktoś ją przetrzymuje, a to chytre pomęczyć jeszcze nogi wnoszeniem na trzecie (zaledwie przecież). Kiedy okaże się, że brat kupił mleko, a Ty masz kornflejksy - będziesz naprawdę zadowolonym człowiekiem.

środa, 10 lutego 2010

Dźwina Wisła

Mieszkałem kiedyś przez kilka miesięcy w Rydze - piąta klasa podstawówki. To fajne, jak szkoła organizuje wspomnienia w czasie. Raczej byłem za młody na zwiedzanie, do tej pory nie jestem fanem zwiedzania (nieukierunkowane spacery są ok), ale nie musiałem, bo mieszkaliśmy na Starówce i było przepięknie - trzy kościoły, uliczki, mamie podobał się bazar z drugiej strony, gdzie w wielkich halach można było przed zakupem spróbować sera, nam podobał się park z takimi wodospadami i kamulcami, po których się biegało.

Dźwina płynie przez Rygę szeroko, to już blisko do morza, a ja przecież byłem mniejszy niż teraz, więc była jeszcze szersza niż jest naprawdę. I poszliśmy z rodzicami na spacer przez most, wielki, długi, nowoczesny, Warszawa później takie dostała, ale nie tak ładne. Chodziło tylko o to, żeby przejść i wrócić - koniec lata, słońce i przestrzeń, jakiej nie widziałem. Prawie tam płakałem, albo mam lęk przestrzeni, albo mam lęk wysokości, szedłem sam, z przodu, żeby jak najszybciej. Jeszcze wtedy nie miałem okularów, więc nie było niebezpieczeństwa, że gdzieś ulecą, ale miałem czapkę z daszkiem, którą przez wzgląd na wiatr niosłem w ręku. W obu rekach, przyciśniętą do brzucha. Taki byłem przytłoczony, taki byłem przerażony, każdy podmuch wiatru groził mi strąceniem.

Tam wszędzie na mapach była Daugava, Dźwina to nasze.

Lubię czasem przejść się mostem, choć ciągle mnie to tak samo przeraża. Żeby spokojnie iść mostem muszę go kilkukrotnie oswoić - bez bólu pokonuję nawet Grota, za to odległy Siekierkowski, niby taki wygodny, ten jest jakby bardziej chwiejny.

Myślę, że dzisiaj oswoiłem most nad Dźwiną. Autobus wlókł się z Białołęki, cały brudny, jeszcze przed ósmą, ale już po wschodzie słońca (to nie jest oczywiste zimą, że jeździ się autobusem po wschodzie już). I ta brudna szyba fantastycznie mi przefiltrowała świat za oknem - Wisła zrobiła się dwukrotnie szersza, potężna, z wyspą drzew po środku, tak była szeroka jak Dźwina z dziewięćdziesiątego siódmego. Ucieszyłem się, to wcale nie był zaawansowany efekt graficzny, mamy na rzece lód i na lodzie śnieg, mamy linię drzew po praskiej stronie, mamy za linią drzew kawał pola również pokrytego śniegiem i mamy fakturę brudu na szybie, przez którą i rzeka i pole są o wiele szerszą rzeką. Ekstra.

Jeśli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć o sobie - przejdź się wieczorem mostem Grota we mgle.

czwartek, 4 lutego 2010

Pomarańczowa 8:05 - jednak powroty i dojazdy (w tej kolejności)

To bardzo nie na miejscu - odbierać metro jako toczącego miasto robaka - ale ciężej stworzyć jakąś organiczną metaforę, która przywoływałaby pozytywne myśli. Wielka bakteria w miejskiej tkance (kultury baterii są nie tylko w jogurtach), ale przecież mało kto wie, jak wyglądają bakterie. Ja nie wiem. Czasem zastanawiam się, co było pierwsze - wielkie robaki, czy wielkie metro, pewnie metro w różnych innych miastach, ludzie ginęli pod kołami, a Frank Herbert wymyślił czerwia pustyni. Ile osób skojarzyło sobie Midgar Zoloma z czerwiem? Ja Diunę czytałem dopiero w tym roku.

Oczywiscie na pewno wielkie robaki były dużo wcześniej, Uroburos, to akurat wąż, chodzi o kształt, nie?

Zwykła kolej się nie liczy, zwykła kolej to dziki zachód i przestrzenie, metro jest w środku, więc podziemny robak. Ale tak na sto?

Wiadomo, że codziennie jeżdżę metrem w dwie strony. Zawsze staram się wsiąść na końcu, bo to wygodniej do pracy, albo wygodniej wsiąść na końcu po pracy. Nie ja jeden tak robię - często widzę tych samych ludzi. Ale kosmos, no, to widzę nieczęsto. Mogę za to wytłumaczyć jak.

Końcowy wagon wcale nie jest koniecznym warunkiem, ważne, żeby jakikolwiek i żeby w miarę pusty - ludzie mogą siedzieć, kilka osób może stać, ale ważna jest przestrzeń. Należy podeprzeć sobą ścianę i nie należy patrzeć w podłogę. To może być ta trudniejsza część, trzeba znaleźć jakiś punkt zaczepienia dla wzroku na wprost. I kiedy to już jest, a pociąg rusza, wtedy rozpraszamy wzrok. Rozpraszanie wzroku polega na tym, że przestajemy patrzeć na punkt zaczepienia, ale jednak nie patrzymy w podłogę. Nie patrzymy też na obiekty (brzydkie słowo), jeśli by ktoś pytał - tu może być skucha, więc polecam małą analizę składu osobowego przed próbą odlotu w kosmos. Żeby wszystko się udało, rozproszenie wzroku nie może zostać rozproszone obiektem.

Widzisz to? Czujesz? Pociąg jedzie, a ja nie widzę nic konkretnego, widzę wiele więcej niż jest, bo nie jesteśmy już w tunelu, pędzimy przez przestrzeń kosmiczną i żadne nad czy podświetlne tunele z filmów sci-fi nie mają do tego startu. Co to w ogóle za frajda tunel kosmiczny, że skróty i szybciej, przecież nie można na skróty.

To było raz, ale przecież nie wypada prezentować sprawy jednowymiarowo.

Trafił mi się niepokojąco jasno oświetlony pierwszy wagon (tym razem do pracy). Podobno nie są to najfajniejsze z wagonów, zgrzać się można, pewnie tam skąd pochodzą mają sroższe zimy. Światło jest sterylne, robi wrażenie przychodni lekarskiej - wymyśliłem sobie, że to światło zabiera cienie. A cień to jest trzeci wymiar ("każdy ma swój kawałek cienia"), bez cienia zostają dwa. Stojąc w tym samym miejscu, z którego dzień wcześniej widziałem przestrzeń - widzę bizantyjską ikonę, ludzie tacy płascy, kolorowi, wyraźne osiem zero pięć na drugim krańcu wagonu.

Mamy linię północ-południe, ale z zachodem ma wspólną przestrzeń, ze wschodem ikony. No.