Jejku, jej, ile dzieje się. Jeżdżę, nie sam, bo bałem się robić prawo jazdy, pełen przekonania, że sterowanie wielką metalową puszką na trasie innych wielkich metalowych puszek wymaga o wiele więcej zaufania do siebie i innych niż kiedykolwiek będę miał, więc właściwie jestem wożony, choć niekoniecznie w swoich sprawach. Przeprowadzaliśmy siostrę, kilkaset kilometrów zrobione, trudny, wymagający czas, jak to bywa z rodziną. Piękne krajobrazy, aż się dziwię nieco, bo przecież Jelenia Góra piękna była. Ale może nie na tyle piękna, żeby chciało się łazić non stop po tych górach? I zimno podobno.
No to teraz będzie trochę bardziej płasko.
Może być taki plus tej sytuacji, że zacznę spać znów w ludzkich godzinach, bo wstawałem przez kilka dni około szóstej, podczas gdy wcześniej niewiele przed szóstą to udawało mi się usnąć. Teraz cała sztuka w tym, żeby nie pozwolić organizmowi się za bardzo przestawić. W końcu ten sen nocny ponoć zdrowy. Mnie by się przydało trochę zdrowia, jeśli to po trzydziestce możliwe.
A tu boli wszystko - na migreny jem kubełki lodów miętowych, na zwichnięty w połowie lata nadgarstek smaruję rozgrzewające, na dziwne rwanie gdzieś między kolanem a stopą nie wiem, wczoraj miałem wsiąść na rower, ale niepewna ta noga była. No tak, wsiadłem na rower dwa dni wcześniej, pierwszy raz po aferze z ręką, zrobić test, czy już sobie poradzi oparta na kierownicy. Zdała.
Ale może jednak za długą była przerwa w jeżdżeniu - ile to mogło być, ze dwa miesiące? - i inne elementy składowe buntują się na brak sensownej rozgrzewki.
Na Koniec Świata jedzie się ode mnie przepięknie, bo wzdłuż Solidarności dojeżdża się do Wisły i wzdłuż niej od lat jest już taki szlak, że mucha nie siada. Wyklepali, podregulowali, zrobili kładkę nad Kanałem Żerańskim, nie ma przeszkód żadnych, świateł, powrotów do cywilizacji, dopóki człowiek nie zjedzie z wału gdzie mu pasuje - czyli mnie akurat dopiero na Tarchominie. Bawią mnie zawsze wymalowane na szlaku ślimaki z hasłem "zwolnij", w odpowiednich miesiącach po deszczu ślimaki wyłażą na ścieżkę i staram się je omijać, ale przecież że zawsze coś chrupnie. Wątpię żeby hasło tyczyło się ślimaków, po prostu za kanałem blisko wału są osiedla, jest przecięcie szlaków, pewnie o taką ostrożność chodzi. Ale miło pomyśleć, że ktoś tu wyraża zmartwienie również o głupie ślimaki, bezmyślnie pakujące się pod koła.
W obie strony tak jechałem, powrót był już przez mrok, nawet rozważałem, czy nie odbić trochę, nie pojechać jednak wzdłuż Modlińskiej i później obok EC Żerań wzdłuż torów, w końcu to ulubiona trasa. Ale jak pomyślałem ile świateł jest na Modlińskiej, to mi się odechciało. Fajniej tak jechać bez przeszkód jednak - chyba że przeszkodą miałby być oświetlony rowerowymi ledami jelonek, jak około północy, kiedy przed zwichnięciem wracałem na Białołękę z domu po finale Anglia - Włochy. Straszliwie zestresowałem też wtedy przy EC kota, nie wiedział co ze sobą zrobić, kilkadziesiąt metrów dawał z siebie wszystko, biegnąc mi przed rowerem, zamiast po prostu skoczyć w krzaki.
Pewnie dobrze, że nocą nie spotkałem jeszcze dzika, dzików na Białołęce dużo, przy EC mijałem je kiedyś za dnia.
I miałem o tym napisać w piątek rano, że dobrze się dzieje, bo wreszcie znów rower, tak myślałem, że znów zrobię coś niespodziewanego i niecodziennego i opiszę jakieś przygody nie późno w nocy, tylko przed śniadaniem, to będzie motywacja żeby nie spać do trzynastej, żeby trzymać się w ryzach. Że na Białołęce byłem w punkt, usmażyłem naleśniki, towarzyszyłem w odbiorze dzieci, przegoniłem w tę i we w tę, w punkt, bo w domu, a jakże, migrena. W sobotę znów tam jadę na kilka dni zaopiekować się kotami, będę budował mechy z LEGO dzieciarni, poprzednie wreszcie zniszczyli, należą się nowe.
No ale co, migrena przyszła i do mnie, poranek był paskudny, ratowałem się dokładnie tak jak nie należy, bóle głowy zajadam lodami, ciastkami z jabłkiem, maślanymi rogalikami. Whatever works, czyż nie? Tylko jeszcze trzeba iść po nie do sklepu zawsze, bo, jak to po trzydziestce, na co dzień unikam, nie chcę wymieniać garderoby.
Ale głowa chyba już przeszła, obudziłem się dziś przed szóstą, to za mało snu, ale skorzystajmy, wróćmy do planu. Zróbmy coś niespodziewanego, choć przecież planowanego od kilku dni: wpis na bloga. Nie szkodzi że bez piosenek. Choć przyznaję, nie w pełni się wywiązałem, notuję już po śniadaniu.
Zostało wrażenie niedoziewania, utrzymuje się od tygodnia, może dłużej, ciąży. Jakby wiercił się tam ślimak, po ślimaczemu, zgubił drogę, przesuwa się o milimetry czasem, blokuje przepływ powietrza. Pewnie nie ułatwi utrzymania się na powierzchni, ale liczę, że jednak nie wrócę pod kołdrę, jak w piątek.