środa, 23 października 2024

Morning Mr. Magpie

 Jejku, jej, przespałem prawie całą noc. Wydawało mi się, że wybudziłem się znów gdzieś w środku, patrzę na zegar (w telefonie, nie mam ani jednego działającego zegara w domu, choć jeden na ścianie wisi, tak o, dekoracyjnie, brat kiedyś go zrobił z winylowej płyty), a tam nie pół do pierwszej a piąta trzydzieści!

Często mam takie senne kłopoty na przełomie lata i jesieni, ostatnie tygodnie były trudne. Dobrze wiedzieć coś o sobie, takie rzeczy tym bardziej, nie musisz się za bardzo irytować, kiedy współlokatorka za Twoją bezsenność wini za dużo godzin na sali tańców. A przecież przez ostatni czas, to już prawie rok fitnessu, sypiałem całkiem nieźle, mimo że zajęcia często po dwudziestej.

Albo nie musisz mieć wrażenia, że to znów jakieś upiorne zakochanie.

Współlokatorka się wyprowadza za dwa tygodnie, sprzedała mi tę wiadomość dość niespodziewanie, jako taki zimny prysznic, kiedy zdawało mi się, moszczę się w życiu nieco bezpieczniej. Nie ma w życiu bezpieczeństwa, są rachunki, podatki, a przecież niektórzy mają do tego bomby nad głowami, c'nie? Tak mi się wydawało przez chwilę, że będzie w miarę spoko, kiedy nowa współlokatorka do drugiego pokoiku ogłosiła, że się od listopada wprowadzi, tj. miałem w głowie takie proste sprawy nagle, że może się wymieni zlewozmywak, ogarnie dentystę, może nawet odłoży na zaległy od lat implant?

Haha. Nie.

Mój upór, że nie daję ogłoszeń, tylko lokatorów szukam przez znajomych. Ale na chwilę nawet mi błysło przed oczami, że może trzeba ten pokoik wystawić jako te znienawidzone na lewicy airbnb. Tylko na pewno nie, jeśli by nowej koleżance nie pasowało. Ech.

Zrobiłem sobie wczoraj nieco mniej typowy program dnia, z zajęciami na Promenadzie po pracy i Dworcu Gdańskim przed nocą. Myślę że chyba należałoby się pogodzić z koniecznością ogarnięcia karty miejskiej znów (a to znów te prozaiczne sprawy, że chciałoby się te wszystkie rzeczy konieczne do życia mieć opłacone z wynajętych pokoi, tylko że z jednego nie wystarczy), ostatnio miałem z dekadę temu. Do CH Promenada nie ma ode mnie bezpośredniego dojazdu, w ciepłe miesiące to nie kłopot, siada się na rower, ale teraz już mi się tak nie chce za bardzo. Dojazd niebezpośredni jest męczący, nie lubię przesiadek, więc wczoraj sprawdziłem jak to jest wbić się w tramwaj do Żółkiewskiego i przejść spacerem przez osiedla ten kilometr. Znośnie, ale z pewnością będzie coraz mniej znośnie z czasem coraz mocniej jesiennym.

Który ogólnie bardzo lubię, ale niekoniecznie kiedy spieszę się na zajęcia.

Czasem na bezsenne noce odpalam Deszczem wyszywane.

Zajęcia oczywiście cudowne, nawet jeśli prawdopodobnie znów udało mi się palnąć coś czego absolutnie nie powinienem, bo u trenerki Danse Macabre nie rozmawia się o trenerce Damie Pchełek, nawet jeśli dziewczyny razem jeżdżą na wakacje. Uczę się, że może to w ogóle nie powinien być mój problem, co one tam między sobą, kiedy ja po prostu mówię - znam tę piosenkę od tej drugiej, ciekawe jaki będzie układ twój.

A może przesadzam, może tym razem nie dostanę po łapach.

Dłuższa przerwa między zajęciami, wymyśliłem wejść do kerfa w Arkadii po sznurówki. Dojazd przez stare śmieci robocze, tj. przesiadka z autobusu na Metro Politechnika, stara robota już dawno w innej części miasta. Wziąłem dwa cebularze (ciekawe, że taniej je mają niż w moim kerfie) i sok marchewkowy, trzeba się zregenerować, c'nie?

Przy kasie przede mną dziewczyna z córką, córa sobie małpuje na barierce między kasami, zazdroszczę jej tego. Patrzę na kasę obok, czeka tam dziewczyna, przez sekundę widzę twarz, jest w niej coś znajomego. Nie mogę wymyślić, nie mogę, przez chwilę wydaje mi się, że poprawia włosy. Wiadomo, co my myślimy, kiedy dziewczyny poprawiają włosy. Na taśmie dwa wina, coś tam się od razu wymyśla na taki widok, że albo wieczór z koleżankami, albo ma być gorąco z jakąś osobą partnerską. Na co wskazywałby i mocny makijaż?

Chwilę później pomyślałem, że może to było to bezsenne letnio-jesienne zakochanie sprzed dekady, taka była smukła (napisałem najpierw "smutna", chyba jakby trochę też, ale może to jakaś forma zemsty) i zwiewna. Chyba bym rozpoznał?

Na mojej taśmie sznurówki, sok i dwa cebularze, czy ktokolwiek by wymyślił na taki widok, że będę za chwilę pół godziny siedział na ławeczce opodal klubu fitness, obżerając się i opijając (za dużo, za dużo, ciężki byłem straszliwie na tej drugiej godzinie zajęć), a jeszcze za chwilę, na ostatnie pół godzinki czekania, czytał "Błoto słodsze niż miód"?

I że sznurówki są do szalonego systemu montażu głośników jako uszu dla monitora?

Marne szanse.

Drugie zajęcia, mimo poczucia ciężkości, równie cudne. Pewnie znów ostatnio przesadzam, choć niby staram się robić częściej dzień czy trzy przerwy, a do tego zapisałem się na "zdrowe kolanka"!

sobota, 5 października 2024

Głowę obok w ziemię włóż

 Wróciłem wczoraj z zajęć z okrutną ochotą na słodycze. Wiadomo, godzina nawet najmniej umiejętnych tańco-skoków to od razu się załącza uzależnienie od cukru. Och, jak walczyłem ze sobą, żeby nie polecieć po jakiś przesłodzony napój. Bo mnie od cukru wysypuje od razu, nie lubię tego.

W tej walce wydarzyło mi się zatem mnóstwo katastrof, prowadzących, niestety, do sromotnej porażki.

Najpierw wymyśliłem, że może zamiast jakiegoś syfu, to może po prostu sok marchewkowy. Oczywiście nie mam soku marchewkowego, ale mam marchewki, to też moja próba oszukiwania samego siebie, że mam jakieś słodycze. Słabo działa, ale ogólnie i tak je lubię przecież. Problem w tym, że sokowirówki to ja nie mam, nawet właściwie nie bardzo bym chciał.

A może to błąd, hmm?

No okazało się, że żaden blender, a te mam dwa, nie daje rady marchewce. Do marchewki to po prostu trzeba mieć sokowirówkę, wychodzi. I wyszła mi jakaś taka breja, nie nadająca się na pierwszy rzut oka do niczego. Czyli to pierwsza katastrofa.

Myślałem jak to uratować i przypomniałem sobie, że z marchewki to czasem się nawet i ciasta piecze, sam nawet na soku marchewkowym raz już zrobiłem naleśniki, a współlokatorka to chyba i na patelni potrafi placek marchewkowy usmażyć. No to hej-ho, let's go! Dorzuciłem jajko, soli, mąki, mleka,  nawet sody oczyszczonej kapkę, wymieszałem i na patelnię.

I i tak poszedłem do sklepu po jakieś napoje przecukrzone, ech. Czyli katastrofa druga.

Trzecia katastrofa jest chyba dość oczywista - nie bardzo ten placek eksperymentalny wyszedł. Pewnie trzeba było mniej oszczędzać na czymś albo nie ruszać dłużej, bo może i przez chwilę bardzo ładnie sobie wyrastał, ale jednak ostatecznie oklapł i wyszedł zakalcowaty. Co nie znaczy że niejadalny, no ale nie będę tego typu eksperymentu już powtarzał bez przepisu. Improwizowane placki z banana - skuteczniejszego na cukrowe ciągoty niż marchewki - wychodzą o wiele sensowniej.

Żeby nie było, bawi mnie to jakoś, ta kuchenna przygoda. Najmniej przygód staram się mieć w życiu w kuchni, niejadek od najmłodszych lat, obojętny na eksperymenty.

Zaryzykuję, że chodzi tu w jakiś sposób o taką rzecz, że opowiedziałbym. Tylko komu?

Czas mija. Staram się nie zajechać kolan mocniej niż były w wakacje, odpoczywałem tam po drodze, a w poniedziałek nawet chyba uda mi się dotrzeć na zajęcia zdrowe kolanka. Zamarudziłem sobie ostatnio, kiedy robiłem te kilka dni przerwy znów, współlokatorce, że arrrrghhhhhh&@^%$&#^!@#%&$!@ (tak najlepiej mogę wyrazić brzmienie i sens tego dźwięku wstępnego), "drugi dzień nie poszedłem na żadne zajęcia". Mówi mi - zrób coś innego, na randkę idź.

Chyba już mógłbym powiedzieć, że nie mówię nie, tylko też nie wiem kto by nie powiedział nie, co przecież nie powinno mieć znaczenia aż takiego, tj. szuka się wtedy innej opcji, jak w amerykańskim serialu. W końcu dawno już za mną godne licealisty boleści z tagami z serialu typu make adjustments go get it energized.

Powtarzam sobie w głowie, że jak podgolę boki, to z daleka nawet można pomyśleć, że dziesięć lat młodszy. Mieszczę się w ulubione spodnie w kratę księcia Walii, a nawet mam nowe buty, testuję na krótszych dystansach ostatnio, ale myślę ogólnie, że są szałowe. Tymczasowa współlokatorka wrześniowa, ponownie matka od pięknego psa Tofu, też mówiła że spoko i właśnie do tych spodni.

Z drugiej strony - kupiłem słuchawki bezprzewodowe, tj. zostałem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku jakoś. Dlaczego? Bo jednak drażliwy jestem strasznie. I w moich przygodach typu fitness, bywało że miałem wrażenie, jakby się na mnie recepcja boczyła (o wrażeniach że towarzystwo na sali coś tam czasem ma, to już było, to już starałem się podregulować, ponaprawiać, uff, jest o niebo lepiej), więc żeby nie narażać recepcji na zapewne bezzasadne nastroje, zostałem człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku po dwakroć, bo wchodzę tam w słuchawkach i przez bramki przechodzę kodem QR z aplikacji na telefonie.

Jak to bezpiecznie, nie musieć się odezwać do nikogo. Miałem tam wcześniej taką sytuację, że koleżanka mówi - fajna koszulka, albo inna koleżanka pyta, czy przyniosłem dobry humor. I za każdym razem jak później chciałem tę koleżeńskość pociągnąć, to zdawało mi się, że wyszło straszliwie creepy. Stąd ta cofka.

Napisano tak o moim poczuciu humoru, że creepy, w okolicy przetasowań wiosenno letnich. I to było w pierwszej chwili zupełnie cool, tj. było grą w otwarte karty, kawa na ławę, wiemy na czym stoimy, można się pośmiać. No ale te informację zmoderowano. Co niestety, zrobiło na mnie wrażenie, że poczucie odnośnie mojego bycia creepy nie jest odosobnione, że może cały ten ptasi-team, który przecież ogólnie robi tam jakieś sympatyczne rzeczy typu urodziny dla prowadzącej, ma takie poczucie. Może za bardzo chciałem być w tym ptasim-teamie, że wyszło na odwrót. Okay, nie muszę - zresztą po kilku kolejnych miesiącach jest wyraźnie lepiej. Ba! Wracam na salę po trzech dniach przerwy i słyszę "nie było cię!". Znaczy ktoś zauważył, to miłe.

Trudno nie zauważyć oczywiście, ale przecież to i tak miłe, kiedy powiedziane głośno.

Dziękuję.

W każdym razie pomyślałem wtedy, na wiosnę jeszcze, że jestem tym typem od how do you do fellow kids. I teraz w kontaktach międzyludzkich co chwilę mi się zapala lampka ostrzegawcza - czy to aby nie creepy? Nie przejmowałbym się nią jakoś wybitnie, ale jednak zajęcia są tam przestrzenią wspólnego relaksu, nie potrzeba nikomu, żebym się z czymkolwiek narzucał, więc też cofka. Szukam tu jakiejś równowagi, tj. żeby nie było, że się za siebie wstydzę - ja z pełnym przekonaniem wciąż uważam, że żart, nie w pełni zresztą wymyślony przeze mnie, z piosenkami kłócącymi się pod fotkami na fejsie, był o wiele lepszy, jeśli to były piosenki kłócące się na fejsie, a nie że wszyscy wiedzą kto je pisze.

Ale przecież nie muszę, jeśli to komuś wadzi, prawda?

A zabawa w śledztwo i alternatywny Kapitan to wciąż czołówka najweselszych dni nie tylko roku, ale w ogóle całego życia. Więc, raz jeszcze.

Dziękuję!

Staram się wymyślać rzeczy, w związku z różnymi informacjami zwrotnymi od świata i siebie, które zaczynają się ode mnie. To pewnie wciąż najważniejsze z tych czasów okołolicealnych, c'nie? Dziękuję.