Niespodziewanie rześki poranek, przyjemne pięć stopni od kilku dni i historyjka-rebus na tablicy w pracy, gdzie mieliśmy już rozpracowywane o wiele trudniejsze hasła: na złe to i kura piardnie czy czas nie guma, budzik nie sanki. Teraz jest wiosenne i jest jednocześnie internetowym memem. Okazuje się być nadspodziewanie trudne, a wydawało mi się oczywiste. Prosta rzecz a uczy, czy może przypomina, o pokorze, o bogactwie świata, który każdy widzi inaczej i gdzie indziej, i nie ma się co dziwić, że nie słyszał jeszcze hasła Wiosno, napierdalaj!
Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.
Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.
A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.
Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.
Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.
No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.
Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 marca 2011
czwartek, 9 września 2010
Perturbacje i paralaksy
Przetrząsając pudło z książkami siostry (nie to, żeby była zwolenniczką trzymania książek w pudle, po prostu ma przemeblowanie), odrzuciłem leżące na wierzchu podejrzanie wyglądające wydawnictwa (wydawnictwo Fronda?) i trafiłem na BEX@, Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim.
Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.
Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.
Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.
Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.
Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.
Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.
Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.
Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.
Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.
Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.
Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.
Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.
Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.
Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.
Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.
Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.
czwartek, 2 września 2010
Jakieś piosenki też, ale już nie Gloria Estefan
Jak to składać teraz, trzy nudne dni, że chciałoby się wszystko na raz. W poniedziałek na pewno jeszcze aż tak nie padało, bardzo ładnie zorganizowany dzień, zakupy, bułki na kanapki do pracy przez cały tydzień, gotowanie i na rower. Zapomniałem kupić salami, przez co moje rachunki żywieniowe zamknąłem w sierpniu o grosz poniżej napoczęcia kolejnej setki. Na rower, świat już oddycha, lekko mży, czyli wreszcie odpoczywa od natrętnych ludzi, którzy przez ostatnie dwa miesiące tłoczyli się na nadwiślańskich ścieżkach, których teraz nie muszę mijać swoim słabo skrętnym rowerem. On jest może słabo skrętny, ale sny podpowiadają, że da się z nim wyskoczyć z balkonu, więc jest bardziej niż spoko.
We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?
Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.
Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.
Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.
Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.
Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.
Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.
To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.
Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.
Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!
Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.
We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?
Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.
Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.
Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.
Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.
Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.
Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.
To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.
Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.
Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!
Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Na temat słowa ekwilibrystyka rysunkowa
Zgubiłem swoje nie do końca rowerowe rękawiczki, po tamtej ulewie wrzucałem je chyba do wanny, musiały się gdzieś w łazience walać i teraz nie wiem. Drugi raz już jeździłem bez nich, myślę, że to nie jest powód, przez który bardzo szybko wróciłem do domu, po kilkunastu kilometrach raptem. Nie był nim też siąpiący deszczyk, chciałoby się napisać, że jesiennie, ale bądźmy poważni - jeszcze niemal miesiąc lata przed nami! Może lepiej, żeby ta pogoda spoważniała, zaduch taki, choć na zewnątrz i tak jest milion razy lepiej niż w biurze.
Szukając rękawiczek trafiłem na niebiesko umazaną kartkę i rozczuliłem się nad studiami siostry. Kartka stanowi dowód jedynego eksperymentu o którym wiem na pewno, że na mnie przeprowadziła, bo uczciwie się przyznała co robi i o co chodzi. O reszcie nie wiem, ale przecież każdy, kto ma w programie różne psychologie, pedagogiki i filozofie w pewnym momencie musi je na kimś wypróbować. W tym jednak wypadku przygotowywała się do zajęć z kreatywnego myślenia i żeby może mniej się tam stresować wymyśliła sobie zrobić ze mnie królika doświadczalnego. Mówi do mnie weź kartkę, weź ołówek, no dobra, może być długopis (co ja, student architektury, żeby ołówkiem koniecznie rysować?) i musisz mi teraz narysować symbol erudycji. Jeszcze nie miałem wtedy przyswojonego cytatowego Nigga, what? więc raczej starałem się, żeby nagła pustka w głowie nie odmalowała się za bardzo na mojej twarzy, zresztą zostałem przecież mile połechtany - siostra ufa, że znam znaczenie takich słów.
Żeby nie było za łatwo, najpierw sobie to zapisałem. To pewnie mogło zepsuć całe ćwiczenie, przecież symbol jest znakiem, grafiką, a ja tu z literami zaczynam. Tak pomyślałem, więc szybko zmusiłem się do zmiany toku rozumowania - narysowałem taki prawie kwadrat. Prawie kwadrat w moim wykonaniu bardziej przypomina kwadrat niż konkurencyjne prawie koło przypomina koło, chodziło mi o coś prostego. Następnie pomyślałem słowo geometria, to zacząłem rysować więcej kwadratów, przekątnych, siecznych i innych takich w okolicach pierwszego, walcząc jednocześnie z łopoczącą się po głowie sową w akademickiej czapce i okularach. Sowa to na ogół symbol mądrości, oczytania, jest to jakoś pokrewne z erudycją, ale jednak to drugie wydawało mi się pojęciem szlachetniejszym, wymagającym prostoty, estetyki. Najwidoczniej rozumiem je mniej nawet niż erudycję - przesadziłem z paćkaniem kresek.
Pomysłem na ponowne uproszczenie rysunku było zakolorowanie losowych części. Może wyjdzie z tego jakieś fajne logo, co z tego, że symbol na ogół jest czymś konkretnym, tą sową na przykład, lisem czy wężem, po prostu popłynąłem z tematem. Jednocześnie szkoda mi było pierwszych kresek, przerysowałem je i nawet miałem do tego filozofię specjalną, że to będzie naprawdę szlachetny symbol, bo ostatecznie na pewno będzie czymś prostym i fajnym, ale do tej prostoty prowadziła kręta ścieżka, znaczy się symbol będzie szlachetniejszy i prawdziwszy.
Tak to wyglądało, ale kreski psuły wrażenie, więc ponownie trzeba było przerysować. Po przerysowaniu nawet zaczęło mi się podobać, no, jest nieźle, może jeszcze nie jest to dizajn apple, ale na pewno jestem na dobrej drodze. Postanowiłem poszukać w takim kształcie idei odbicia czegoś rzeczywistego.
Pierwsze rozwiązanie zupełnie odcięło mnie od innych ewentualności, bo to była jedna z najpiękniejszych rzeczy pod słońcem.
Jak daleko padło jabłko od jabłoni, jak daleko od mądrej sowy, jak daleko od wybranego na początku prawie kwadratu, porzucone prawie koło, para ich okazała się trafniejszym rozwiązaniem. Tylko jakoś nie miałem pewności co do spodziewanej szlachetności, to zdaje się niezbyt poprawne politycznie w jakikolwiek sposób koncentrować uwagę na częściach ciała wybrakowanych z kobiety, więc jak takie coś pokazać siostrze? Można spróbować dorysować kobietę, zresztą na co komu cała ta erudycja, na co komu cokolwiek, jeśli nie dla zdobywania kobiet? Podjąłem się wyzwania narysowania jakiejś fajnej laski, talia osy, zwiewna sukienka, obcasy, to znaczy pewnie, że znowu popłynąłem i do tego z miernym efektem.
Cała operacja trwała już dobrych kilkanaście minut, przeraziłem się, że słabo wypadnę, jak tu wyjść z twarzą z tej sytuacji? Erudycja, erudycja, hmm, geometria i mądrość, filozofie, coś po środku wszystkiego, coś co czerpie ze wszystkiego, myśl szlachetna, ładna myśl... Hmm, kiepska ta kobieta, jakieś dziwne przeszczepy zamiast obcasów... Tacy filozofowie pewnie byli niezłymi erudytami kiedyś, w prześcieradłach i sandałach. Tak, może być sandał. Ale tego już zupełnie nie umiałem narysować, prób narysowania sandału wstydzę się bardziej niż powyższej śliczności.
Dla wszystkich, którzy przebrnęli przez powyższe - wyjaśnienie. Obiecałem się wypsztykać z tematów, słowa dotrzymałem, ale przecież nikt tego nie zobaczy, jeśli nie napiszę większej bzdury niż do tej pory. Tak się huśtam przez ostatnie dni, że nie ma sensu nic innego pisać, chyba że w pamiętniku, który na chwilę odwiedziłem ze dwa dni temu, pierwszy raz od dwóch miesięcy. To i tak nic dziwnego w wakacje, od zawsze mam tam dziurawy pamiętnik. Nałożyły się na to przetasowania komputerowe, mój komputer już nie będzie tylko mój, nasz stary komputer pojechał do rodziców, bo zepsuł się ich komputer, trzeba było zainstalować skaner i drukarkę. Stąd we wpisie straszą rysunki.
Oczywiście za inspirację dziękuję siostrze - elo!
Szukając rękawiczek trafiłem na niebiesko umazaną kartkę i rozczuliłem się nad studiami siostry. Kartka stanowi dowód jedynego eksperymentu o którym wiem na pewno, że na mnie przeprowadziła, bo uczciwie się przyznała co robi i o co chodzi. O reszcie nie wiem, ale przecież każdy, kto ma w programie różne psychologie, pedagogiki i filozofie w pewnym momencie musi je na kimś wypróbować. W tym jednak wypadku przygotowywała się do zajęć z kreatywnego myślenia i żeby może mniej się tam stresować wymyśliła sobie zrobić ze mnie królika doświadczalnego. Mówi do mnie weź kartkę, weź ołówek, no dobra, może być długopis (co ja, student architektury, żeby ołówkiem koniecznie rysować?) i musisz mi teraz narysować symbol erudycji. Jeszcze nie miałem wtedy przyswojonego cytatowego Nigga, what? więc raczej starałem się, żeby nagła pustka w głowie nie odmalowała się za bardzo na mojej twarzy, zresztą zostałem przecież mile połechtany - siostra ufa, że znam znaczenie takich słów.
Żeby nie było za łatwo, najpierw sobie to zapisałem. To pewnie mogło zepsuć całe ćwiczenie, przecież symbol jest znakiem, grafiką, a ja tu z literami zaczynam. Tak pomyślałem, więc szybko zmusiłem się do zmiany toku rozumowania - narysowałem taki prawie kwadrat. Prawie kwadrat w moim wykonaniu bardziej przypomina kwadrat niż konkurencyjne prawie koło przypomina koło, chodziło mi o coś prostego. Następnie pomyślałem słowo geometria, to zacząłem rysować więcej kwadratów, przekątnych, siecznych i innych takich w okolicach pierwszego, walcząc jednocześnie z łopoczącą się po głowie sową w akademickiej czapce i okularach. Sowa to na ogół symbol mądrości, oczytania, jest to jakoś pokrewne z erudycją, ale jednak to drugie wydawało mi się pojęciem szlachetniejszym, wymagającym prostoty, estetyki. Najwidoczniej rozumiem je mniej nawet niż erudycję - przesadziłem z paćkaniem kresek.
Pomysłem na ponowne uproszczenie rysunku było zakolorowanie losowych części. Może wyjdzie z tego jakieś fajne logo, co z tego, że symbol na ogół jest czymś konkretnym, tą sową na przykład, lisem czy wężem, po prostu popłynąłem z tematem. Jednocześnie szkoda mi było pierwszych kresek, przerysowałem je i nawet miałem do tego filozofię specjalną, że to będzie naprawdę szlachetny symbol, bo ostatecznie na pewno będzie czymś prostym i fajnym, ale do tej prostoty prowadziła kręta ścieżka, znaczy się symbol będzie szlachetniejszy i prawdziwszy.
Tak to wyglądało, ale kreski psuły wrażenie, więc ponownie trzeba było przerysować. Po przerysowaniu nawet zaczęło mi się podobać, no, jest nieźle, może jeszcze nie jest to dizajn apple, ale na pewno jestem na dobrej drodze. Postanowiłem poszukać w takim kształcie idei odbicia czegoś rzeczywistego.
Pierwsze rozwiązanie zupełnie odcięło mnie od innych ewentualności, bo to była jedna z najpiękniejszych rzeczy pod słońcem.
Jak daleko padło jabłko od jabłoni, jak daleko od mądrej sowy, jak daleko od wybranego na początku prawie kwadratu, porzucone prawie koło, para ich okazała się trafniejszym rozwiązaniem. Tylko jakoś nie miałem pewności co do spodziewanej szlachetności, to zdaje się niezbyt poprawne politycznie w jakikolwiek sposób koncentrować uwagę na częściach ciała wybrakowanych z kobiety, więc jak takie coś pokazać siostrze? Można spróbować dorysować kobietę, zresztą na co komu cała ta erudycja, na co komu cokolwiek, jeśli nie dla zdobywania kobiet? Podjąłem się wyzwania narysowania jakiejś fajnej laski, talia osy, zwiewna sukienka, obcasy, to znaczy pewnie, że znowu popłynąłem i do tego z miernym efektem.
Cała operacja trwała już dobrych kilkanaście minut, przeraziłem się, że słabo wypadnę, jak tu wyjść z twarzą z tej sytuacji? Erudycja, erudycja, hmm, geometria i mądrość, filozofie, coś po środku wszystkiego, coś co czerpie ze wszystkiego, myśl szlachetna, ładna myśl... Hmm, kiepska ta kobieta, jakieś dziwne przeszczepy zamiast obcasów... Tacy filozofowie pewnie byli niezłymi erudytami kiedyś, w prześcieradłach i sandałach. Tak, może być sandał. Ale tego już zupełnie nie umiałem narysować, prób narysowania sandału wstydzę się bardziej niż powyższej śliczności.
Dla wszystkich, którzy przebrnęli przez powyższe - wyjaśnienie. Obiecałem się wypsztykać z tematów, słowa dotrzymałem, ale przecież nikt tego nie zobaczy, jeśli nie napiszę większej bzdury niż do tej pory. Tak się huśtam przez ostatnie dni, że nie ma sensu nic innego pisać, chyba że w pamiętniku, który na chwilę odwiedziłem ze dwa dni temu, pierwszy raz od dwóch miesięcy. To i tak nic dziwnego w wakacje, od zawsze mam tam dziurawy pamiętnik. Nałożyły się na to przetasowania komputerowe, mój komputer już nie będzie tylko mój, nasz stary komputer pojechał do rodziców, bo zepsuł się ich komputer, trzeba było zainstalować skaner i drukarkę. Stąd we wpisie straszą rysunki.
Oczywiście za inspirację dziękuję siostrze - elo!
sobota, 21 sierpnia 2010
Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej
Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.
Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?
Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.
Mars Volta, Rzeszut poleca
Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
Diagnoza mp3
19/05/2008Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
mikegowinband.republika.pl
31/07/2008Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
Laska nekedy boli
16/09/2008Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
Koszula m
01/05/2009Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
Chotomów złota - aleja legionów
18/10/2009Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
30/10/2009Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.
Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
24/11/2009Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
02/02/2010Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?
czwartek, 8 kwietnia 2010
Przepraszam wszystkie dzieci Trzeciego Świata
Jest zebranie, wiadomo, że one są co tydzień, więc czwartkowe wpisy mają szansę przerodzić się w jakąś tradycję. Dziś zaczynam bez tytułu, nie żebym zawsze go miał, ale nie mam w głowie tematu ani pomysłu, nawet obszaru poszukiwań. Pewnie wczorajszy ból głowy mnie ze wszystkiego wyprał, zdecydowanie za często boli mnie głowa.
Mamy w biurze jakieś odwieczne problemy z klimatyzacją, można powiedzieć, że są tu trzy biura na trzech piętrach, najstarsze istnieje prawie dziesięć lat. Głupio to brzmi, że ludzie z administracji nie potrafili tego dobrze przez dekadę zorganizować.
Mamy w biurze nieodwiecznego szefa, któremu często zwracamy uwagę na tę kwestię, a on sobie już tylko żartuje. Że w jego poprzednim dziale było to samo, tam na tym najstarszym piętrze. Jemu fajnie tak sobie żartować, a mnie prawie codziennie boli głowa, jakby miała spękać pod wpływem wewnętrznego ciśnienia. Nie eksplodować, to będzie jedna, albo dwie rysy, przez które zacznie wyciekać nagły nadmiar tkanki mózgowej. Niech tylko ktoś lekko przyciśnie, to jak wypełniona wodą reklamówka, nie mam pojęcia, przy jakiej okazji lało się do siatek wodę, wcale nie na Dyngusa, ale chyba każdy to kiedyś robił. Jeśli była nieszczelna, to ciekło sobie pokracznie, ale przyciśnij, sik jak z armaty. Po co mi taka praca, która zabija życie, ojej, jaki biedny, a goń się leszczu, spróbuj w takim stanie wsiąść na rower, a wywrócisz się na lewo.
Nie mówi się głośno takich rzeczy, bo są zbyt banalne, ale przecież w liście do nikogo konkretnego spokojnie mogę. Przynajmniej nikomu na żywo nie będę marudził, że bez pracy nie ma środków do życia, ale po pracy i tak nie ma życia. Rzadko zachowujemy pożądany stan trójdzielnej równowagi - osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu na cokolwiek, ogarnięcie pokoju. Nie wypominaj mi proszę Afryki, gdzie ludzie harują całe dnie i noce, a garnki puste. Nie rozumiem tego, u nas opowiada się kawały o wysyłaniu do ich dzieci słomek w charakterze śpiworków. Ciekawe jak to się ma do Człowieka, o którym pisał ten straszny Exupéry.
Anegdota! Podczas pierwszych studiów, pierwszej próby w mieście Łodzi, musiałem zdać egzamin z języka angielskiego. Trafił się temat o katastrofach współczesnego świata, bardzo szeroki, bo obejmował i klęski żywiołowe i problemy, czy choroby cywilizacyjne. Trzeba było napisać tekst o wypunktowanych zjawiskach. Dziś potrafię z tej listy wymienić tylko jedno, o którym nie napisałem, bo słowo starvation zupełnie nic mi nie mówiło. No nie znałem, pierwszy raz przy egzaminie je przeczytałem. Ale wykpiłem się trochę bezczelnie w podsumowaniu, które brzmiało mniej więcej tak:
Wydaje mi się, że w ten sposób zarobiłem piątkę, ale może banalniejsze hasło: "naprawiając świat, zaczynaj od siebie" też by zdało egzamin. Ale tej klimatyzacji to żywcem nie mam jak sam ruszyć.
Mamy w biurze jakieś odwieczne problemy z klimatyzacją, można powiedzieć, że są tu trzy biura na trzech piętrach, najstarsze istnieje prawie dziesięć lat. Głupio to brzmi, że ludzie z administracji nie potrafili tego dobrze przez dekadę zorganizować.
Mamy w biurze nieodwiecznego szefa, któremu często zwracamy uwagę na tę kwestię, a on sobie już tylko żartuje. Że w jego poprzednim dziale było to samo, tam na tym najstarszym piętrze. Jemu fajnie tak sobie żartować, a mnie prawie codziennie boli głowa, jakby miała spękać pod wpływem wewnętrznego ciśnienia. Nie eksplodować, to będzie jedna, albo dwie rysy, przez które zacznie wyciekać nagły nadmiar tkanki mózgowej. Niech tylko ktoś lekko przyciśnie, to jak wypełniona wodą reklamówka, nie mam pojęcia, przy jakiej okazji lało się do siatek wodę, wcale nie na Dyngusa, ale chyba każdy to kiedyś robił. Jeśli była nieszczelna, to ciekło sobie pokracznie, ale przyciśnij, sik jak z armaty. Po co mi taka praca, która zabija życie, ojej, jaki biedny, a goń się leszczu, spróbuj w takim stanie wsiąść na rower, a wywrócisz się na lewo.
Nie mówi się głośno takich rzeczy, bo są zbyt banalne, ale przecież w liście do nikogo konkretnego spokojnie mogę. Przynajmniej nikomu na żywo nie będę marudził, że bez pracy nie ma środków do życia, ale po pracy i tak nie ma życia. Rzadko zachowujemy pożądany stan trójdzielnej równowagi - osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu na cokolwiek, ogarnięcie pokoju. Nie wypominaj mi proszę Afryki, gdzie ludzie harują całe dnie i noce, a garnki puste. Nie rozumiem tego, u nas opowiada się kawały o wysyłaniu do ich dzieci słomek w charakterze śpiworków. Ciekawe jak to się ma do Człowieka, o którym pisał ten straszny Exupéry.
Anegdota! Podczas pierwszych studiów, pierwszej próby w mieście Łodzi, musiałem zdać egzamin z języka angielskiego. Trafił się temat o katastrofach współczesnego świata, bardzo szeroki, bo obejmował i klęski żywiołowe i problemy, czy choroby cywilizacyjne. Trzeba było napisać tekst o wypunktowanych zjawiskach. Dziś potrafię z tej listy wymienić tylko jedno, o którym nie napisałem, bo słowo starvation zupełnie nic mi nie mówiło. No nie znałem, pierwszy raz przy egzaminie je przeczytałem. Ale wykpiłem się trochę bezczelnie w podsumowaniu, które brzmiało mniej więcej tak:
Oczywiście dzisiejszy świat zna setki innych problemów, wspomnijmy choćby starvation. Ale przecież każdy z nas ma na co dzień własne, od których trzeba zaczynać, większe czy mniejsze - dajmy na to egzamin z języka angielskiego.
Wydaje mi się, że w ten sposób zarobiłem piątkę, ale może banalniejsze hasło: "naprawiając świat, zaczynaj od siebie" też by zdało egzamin. Ale tej klimatyzacji to żywcem nie mam jak sam ruszyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






