Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

sobota, 21 stycznia 2012

!UR gonna be alone again, roboczo niewidziane filmy

Doczekałem się, dziesiątego listopada wyszło Skyrim, od tej daty rozgrzeszam się za niebycie, może trochę przed, albo w ogóle się rozgrzeszam, bo to żaden grzech nie być, żaden grzech również walić w świat skojarzeniami i dygresjami, więc choć pomyślałem, że może to bez sensu, to jednak znów wrzucę kursywą Czy Erich Fromm wiedział jak żyć i nie będę szukał w internecie, czy na pewno tak. W ogóle nic ostatnio nie słuchałem, Myslo też nie, jakieś jutubki, nawet robiłem listę odtwarzania Ewa Braun, ale zmienili tam layout i nie chciało mi się szukać, gdzie to teraz. Zepsuły mi się słuchawki i nie kupiłem nowych, zepsuł mi się niby to niezniszczalny iRiver T10, myślę, że wcale się nie zepsuł, tylko ten włącznik coś się na mnie obraził, już wcześniej dawał znaki, trzeba było dociskać pod kątem lekko. Chętnie bym uciekł w internet szukać remedium, bo przecież jak to, znowu się wdrażać w pisanie, na pewno się nie uda.

Wdrażać się, na takie przedstawienie sprawy brak mi słów.

Mam wprawdzie drugie słuchawki, ale one mają trzy metry kabla i są otwarte, ten kabel jest pozawijany wokół okołobiurkowych struktur w pracy, która o wiele bardziej jest ostatnio dla mnie domem niż miejsce zameldowania, więc gdzieżby tam je wynosić. I szkoda ich, wielkie i wygodne, nawet dubstep daje radę, choć charakterystyka, o której więcej kiedyś czytałem, niż sam jestem w stanie ocenić, nie jest w ogóle basowa. W pracy buczało ostatnio Twin Prix, z dotarciem do którego mam historię, cieszę się na tę myśl, bo to jest łącznik między pół roku temu i dziś. Srsly, to ważne, naprawdę się cieszę, mam ciepło w coraz wątlejszej, korporacyjnej klatce piersiowej (guess what: znów piszę z(za) biur(k)a), cieszę się, bo mogę się przyznać, że rozważałem zamknięcie interesu i przeniesienie się pod jakiś adres w stylu pantonieja-dot-blogspot-dot-kom (Kto z was zna takiego?). I nie chodzi o Was, o Ciebie, Ciebie, Ciebie, kimkolwiek jesteś (dzień okularnika, dzień okularnika), tylko o mnie, bo miałem wrażenie, że się nie udałem.

O, blogger się zmienił od mojej ostatniej bytności, kiedyś nie musiałem wstawiać znaczników do akapitów. Tak, po każdym wpisanym wciskam Podgląd i podważam, rozważam. Muszę kupić marchewkę, może jutro w drodze do zameldowania.

Łącznik to znów historia o internecie, pewnie w tym czasie ładniejszą byłaby o jakiejś pipie, ale nie, chodzi o fejsa, wiecie, gdzie całe dnie spędzają ludzie i wysyłają zaproszenia do znajomości i nawet już przestałem się nad tym zastanawiać, kto z nich mnie interesuje, bo po usuwaniu znów zapraszali, powiadamiali. Nie spodziewałem się tam Marcina Pryta, to oczywiście znaczy, że wcale nie jestem internetowym wyjadaczem, bo w internecie po pierwsze nie należy się spodziewać, a już na pewno nie należy być zaskakiwanym czymkolwiek na fejsie ani podchodzić do niego nazbyt poważnie, co niby wiem, ale jednak wciąż boli mnie klikanie w przyciski interfejsu typu "Odrzuć" zaproszenie, przecież nie chcę nikogo odrzucać, mam inne plany zwyczajnie. Czyli kiedy do znajomości zaprasza mnie Marcin Pryt, to w pierwszej chwili mam wrażenie, że chodzi konkretnie o mnie, że wie o mnie, choć skąd niby, a nie o przynależność do grup 19 Wiosen i lubienie Trypa. Przetrawiłem tę nobilitację i w sugerowanych wydarzeniach doszły mi muzyczne Marcina, właśnie stąd mam Twin Prix. Dzięki, Marcin, nieźle izoluje od korpoświata wokół.

A skoro pozwalamy już sobie na dygresje, to przez chwilę jednak czułem się ostatnio dinozaurem. Kiedy zobaczyłem oburzonego Julesa, zastanawiałem się, kto wyciągnął z sieciowego lamusa goatse. A to po prostu urocza piosenka, którą w czasach (nomen omen ktoś nawet do mnie powiedział ostatnio) usuwania znajomości większość świetnie czuje.

Wyszedłem wczoraj z pracy, to już jest cenne, że wyszedłem, bo przestało to być w moim przypadku oczywiste, Katastrofa zapraszał na kręgle, wykręciłem się z poprzedzającego je filmu 3D, może to źle, katastrofa by była jeszcze wspanialsza. Kręgielnia w Galerii Mokotów to w ogóle nie jest moje miejsce, jest skrajnie nie moje, no i zawsze zostaje jeden kręgiel, jakże to tak. Przez większość wieczoru czułem się źle, obudziłem się pod koniec, bo zwęszyłem wyjście, szedłem wreszcie zadowolony, przez pasy po białych pasach. Mówię Katastrofie (nomen omen napisałem już dzisiaj), że słyszę Greka Zorbę - Ale gdzie, gra gdzieś? Nie, po prostu słyszę. Ostatnio słyszałem go na weselu Herbacianej i Bazyla, nasze pokolenie nie zna kroków. Nie oglądałem, nie czytałem. Może nadrobię, dziś nadrobiłem młodego rudego Sinatrę, co wzięło się z dyskutowania zjawiska filmów noir z Protestanką, w wyniku czego zgłosiłem się do Głaza po tytuły. Czy to nie jest piękne, powiedzieć Bogart, Sokół maltański, a dostać Rzymskie wakacje i Śniadanie, o którym dzień wcześniej gdzie indziej pisałem: nie oglądałem*? Przecież Głaz ma Audrey na ścianie.

Dzięki za uwagę, wszyscy poszukujący dat okularników, dzięki Asterix, może to nie będzie ostatni raz, kiedy ktoś odkopuje archiwa, może będzie jeszcze więcej archiwów, tyle przede mną katastrof. Keep calm and fus ro dah, uprzedzam, pewnie będę coś pisał też o grach. Tylko nadrobię zaległości w pisaniu o grach, bo inaczej nie wypada opowiadać.

*Ale trochę wiedziałem o co chodzi, bo przecież bawiłem się w robienie plakatów. Więcej ich było, Daimos też! Nie pochwaliłem się tam, to przynajmniej tu się przypomnę, wszystko aktualne poza datą - trzeciego lutego!

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

środa, 30 marca 2011

Weekend, marudzenie, krach systemu, Tryp

Naród rozmraża się w wakacje! - powtarzała Mimbla, bo ona i jej urodzeni z trzydniowym odstępem, całkiem niedawno urodziny Dwóch Kalorii, a przecież Małpolud też zapraszał na urodziny, z miesięcznym wprawdzie opóźnieniem, ale wpasowuje się w trend. W ogóle się na początku nie przyznał, że impreza jest urodzinowa i nie bardzo miałem czas kombinować prezent, dostał tylko pół prezentu, ale przynajmniej luksusowego - kilo cukru. Wyszło na to, że jestem pierwszym gościem, poznałem żonę, podejrzałem dokładniej jak oni fajnie ze sobą żyją, i jak fajnie urządzają świat wokół. Niepoważne rozmowy, w kuchni tablica z różnymi wycinkami - zrobili z Prezesa Wiedźmina, a jak grał w grę, to specjalnie starał się tak, żeby nie spać z żadną z dziewczyn, choć nie do końca wyszło, no ale i tak go nie skończył. Przydałby się stroboskop - Małpolud wyciąga z szuflady niby butelkę, ale jednak jest obita jak dyskotekowa kula, bo zdejmują ją kiedy przyjeżdżają rodzice, niech myślą że żyją poważniej. To nie jest tak, że po dwóch godzinach nie chciałem wychodzić, bo wciąż byłem jedynym gościem (reszta tego wieczoru wybitnie spóźnialska), tylko tak, że lubię z nimi siedzieć. A ja nie z każdym umiem siedzieć, na ogół nie umiem.

Na szczęście, kiedy już się zbierałem, zadzwonił domofon, już wcześniej sugerowałem dowcip, żeby jak kto wejdzie, sprawiali wrażenie, jakby nikogo jeszcze nie było (O tak! Ja będę płakać, rozmazana cała!), a że głupio byłoby tak poznawać kogokolwiek, mijając się w drzwiach, to poszedłem schodami. W drodze na tramwaj przybiłem piątkę kibicom, trzech, rozkrzyczani i rozpici - na szczęście krzyczeli komu kibicują, mniejsze to niebezpieczeństwo, wykpiłem się tą piątką i okrzykiem. Za chwilę telefon od Mimbli - Gdzie jesteś, czekamy z tortem! Godzina jedenasta, impreza trwa ze cztery godziny, trzydzieści osób w lokalu, a oni czekają z tortem na mnie? Jaki wstyd, że nie umiem się rozdwajać, byłbym w obu miejscach na raz. Impreza do rana, podłoga nie robi się jakoś bardziej miękka od pościeli, ale jednak wysypiam się na tyle dobrze, że w niedzielę idę jeszcze na rower i jest mi całkiem ciepło z tym wszystkim.

Ale znów przychodzi poniedziałek, tylko gorszy, no bo co z tego, że jest siódma dwadzieścia na zegarze, jeśli trzy dni wcześniej to była szósta? Zmiana czasu mnie kompletnie rozbraja, dołożył się do tego pierwszy tej wiosny megakorek, siedzę w pracy wypruty z sił i drażliwy na wszystko, w słuchawki wrzucam muzykę ostrzejszą niż na ogół (a przez ostatni miesiąc świetnie mi się pracowało przy The King of Limbs), do tego głośniej niż na ogół, żeby się tylko odciąć od otoczenia. Wstać, zjeść śniadanie, rowerować, to nie jest kwestia ciepła, bo rower łatwo rozgrzewa, jeśli mamy już powyżej zera. Świadomość nie rejestruje pierwszego budzika. Przy drugim budziku słychać, że ktoś się kręci po domu - kto wie, czy to nie zniechęca do wstawania bardziej niż wczesna godzina. Jak spać, żeby mózg tak nie mrowił z rana? A przecież 2008 nie jest tak odległy, to jak wczoraj. Ciągle nie ogarnąłem jeszcze, co się zmieniło - ubiegły rok zmarnowałem w autobusach. A rano spod Rawy przyjechał tata - czyli musiał wyjechać koło piątej. Nie ogarniam. Zapisuję ten akapit i zastanawiam się, jaki jest sens publikować tak marudny akapit, rezygnuję z dopisywania innych - idę spać. Tak, znów są budziki. Nie - nie wstaję z ostatnim. Jeszcze tylko chwilka. Budzę się za pół godziny, dom jest pusty, ja, wyspany i spóźniony, spokojnie składam kanapki, obieram marchewkę, jadę do pracy i czuję się tak dobrze, że mam to za zwycięstwo.

Akurat dzisiaj nie wypadało się spóźnić, bo dla podniesienia słupków Great Work Place szef wymyślił wyjście do kina. Z pompą, ankieta z filmami w intranecie, popcorn i cola, zarezerwowana cała sala. I poszliśmy - ankietę wygrał Jeż Jerzy.

Wszystko co wcześniej wiedziałem o Jeżu - wiedziałem z opowieści. Sam nie znałem komiksów, miały być podejścia, obiecanki cacanki. Film niby chwali Wojciech Orliński, ale dopiero po obejrzeniu zauważyłem to niby. No bo jest tak, że fajnie podłożono głosy, że jeż jest Jeżem Jerzym, tłucze się z Zenkiem, ma złego klona. Ale film jest kiepski. Chłopaki dostali najlepsze klocki, wszystkie zginacze i technicsy z silniczkami, ale zrobili z nich kupę. Tak, śmiałem się. Nie, nie jestem usatysfakcjonowany. Jeśli, jak pisze za Arystotelesem Orliński, film kieruje mnie w stronę Dobra, to chyba tylko dlatego, że chciałbym uwierzyć, że Jeży naprawdę jest fajnym gościem i pewnie kiedyś sięgnę po komiksy. Do tego nie rozumiem, dlaczego wśród latających nad Warszawą lalek z sex-sklepu nie było ani jednego Baranka Bożego? Może był jakiś?

No ale - tu też jest zwycięstwo. Jeż nie był pozycją w momencie oddania firmowej ankiety do wypełniania. Jeszcze było przed premierą, kino nie miało go na liście. Ale interweniowałem i raptem pół godziny później się pojawił. I wygrał. Więc poszliśmy na Jeża na koszt korpo, zaproszono różnych ważniaków, sztywniaków z HR, był azjatycki przełożony. Co tam, że film kiepski, jeśli szef musi teraz udawać, że od początku spodziewał się kurew, kopulacji, urywanych głów i pewnie nawet wielkiego czarnego rysunkowego członka?

Całkiem jest ładnie. Wiosna. Ciepło. Do kina szedłem w samej kurtce, bez bluzy. Sześć lat temu z początkiem wiosny wydawało mi się, że miłość tłucze mnie obuchem po głowie. Rok temu wydawało mi się, że to nie we mnie uderzył samolot. W tym roku wreszcie wydaje mi się, że jestem odpowiednio przygotowany: przez internet do mózgu sączy się Tryp.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Jak kruchy sopel lodu

Sprytny się sobie dzisiaj wydaję jak mało kiedy. Wczoraj bolała mnie głowa, to sprytnie położyłem się spać wcześnie, po czym obudziłem się bez bólu i znów pół nocy przeleżałem bezsennie, ale te kolejne kilka godzin snów (szkoda, że nie wiadomo jakich) naładowało mnie na cały dzień już. Jasne, zimno, ale przecież zjadłem w domu śniadanie, a to się zdarza kilka razy w roku, a do tego zrobiłem tonę kanapek, już od rana zakładając, że nie wracam na swoje przedmieście przed nocą. I piszę teraz z pracy, przypomina mi się taki prawie wierszyk, który bardzo podobał mi się rok temu, wymyśliłem go w autobusie, był to siedemnasty grudnia, uratowałem sobie tym podróż:
spadł śnieg już
niepierwszy tej jesieni
kierowcy utknęli w korkach
i autobusem też jedzie nienawiść
To znaczy oczywiście, że zawstydziłem sam siebie, jak Turbodymoman albo Chuck Norris, albo ktokolwiek inny, nie widziałem ostatnio, żeby ktoś był na topie. Wydaje mi się, że żeby to był prawdziwy wierszyk, to nie to, że powinien mieć rymy, ale chociaż odwrotne schodki - trudno. Pasuje i dzisiaj, bo śnieg sypie od soboty, tak widocznie, bo przymiarki były nawet wcześniej, tylko nie sypał na tyle gęsto, żeby otulić świat. Szalenie mi przykro, że nudzę jak wszyscy inni, to jest o śniegu, choć w drugiej dobie zimy na fejsie pojawiają się wreszcie jakieś ironiczne komentarze - Czy ktoś jeszcze nie zauważył, że pada śnieg? Sam od czasu do czasu odpalam Śnieżne reggae.

Przygotowuję się do przeczytania tej biografii Chopina, czyli też go słucham, już dawno temu Cytat dostarczył pliki. Staram się zapamiętać, że to co mi się podobało, to jest Etiuda C-dur. Odkrywam, co to w ogóle jest etiuda, kiedy dziwię się krótkim utworom na plejliście - okej, utwory wirtuozerskie, popisówa. Ładne, ta akurat jest trochę chyba lżejsza niż inne, pewnie dlatego zapada w pamięć.

Staram się też na bieżąco sprawdzać warszawskie serwisy informacyjne, co tam jest przejezdne, czy cokolwiek, czy może jednak próbować przezimować na Kabatach. Tak trafiam na Ciekawy przypadek Henryka - człowieka, który czyta. Jako najzwyklejszy w świecie korporacyjny żuczek zawsze jaram się historiami o ludziach żyjących poza systemem. Meteo zapowiada minus dwadzieścia w tym tygodniu, tam w squacie, w centrum miasta żyje kilka osób, to będzie zakończenie jak w Into the Wild, czy jednak delikatniej trochę, jak w widzianym dwa tygodnie temu w Lunie Nothing Personal? Oba mi się podobały, ale nie rozpiszę się o żadnym jak o Pielgrzymie, bo mi dzisiaj Młot zażartował, że fajna recenzja. Ten typ, co to widział setki filmów niekoniecznie z Hollywood, Lars von Trier i kina koreańskie, albo w ogóle alternatywy od alternatywy, zna się na rzeczy, a w każdym razie mówi o nich z pasją i wymienia się przez płot z Cyganem. Ja się nie znam, więc proszę mi tu plakietki recenzja nawet w żartach nie przyklejać. Lubię po prostu, kiedy ktoś mi ładnie opowiada jakąś historię (filmy poza światem), a nawet lubię, kiedy w filmie historia jest umowna, ale fajnie się tłuką.

Chyba sam siebie tu w jakiś kozi róg zaganiam, pewnie chodzi o to, że z jednej strony podoba mi się luz, a z drugiej boję się cokolwiek robić poważnie. Tak sobie myślę, w końcu jest zima, nie ma lepszego czasu na myślenie. Pewnie za tydzień i tak przejdzie, a na pewno do świąt!

W piątek byliśmy na koncercie, przekonałem do wspólnego wyjścia trzy osoby (czwarta dotarła niespodziewanie!) i to raczej nie ulotkami na fejsie. I tak od początku wiedziałem, że słaby ze mnie będzie ambasador marki, za mało bywam w towarzystwach. Ale przynajmniej miałem frajdę. W lokalu byliśmy jeszcze przed dziewiątą - przywitał nas zespół, który o osiemnastej grał próbę. Nawet pozwolili się dosiąść - tj. Zmywak pozwolił, a Maku się zmył za chwilę, więc może on jednak nie pozwolił. Mogłem z pierwszej ręki (Piotr Majszyk, basista) posłuchać o dolach i niedolach chłopców z gitarami, dla mnie takie opowieści to wciąż nowość. Mogłem podsunąć Kobiety do grania w knajpie, ale na szczęście didżejowanie musiało się skończyć, kiedy Maki wbiły na scenę. To znaczy Maki i Chłopaki, to znaczy Mistrzowie, niech się te rzeczy razem indeksują w googlu kiedyś.

Wcześniej Piotrek mówił, żeby ich o płytę lepiej nie pytać (Niepoprawni optymiści!), czyli koncerty wciąż jedynym źródłem piosenek. Jeden jest tutaj i jeśli jesteś jednym z dwóch czytelników, którzy jeszcze go nie mają, to koniecznie nadrabiaj zaległości. Najwyżej się, jak Scott, nie spodoba. Ale! Jeśli jesteś tym z dwójki, któremu również się Scott podobał, to możesz sobie darować - zdaje się, że już próbowaliśmy. Jaka ładna symetria. A dla mnie są Mistrzami. I wiem już, o co chodzi z muzyką z księżyca - dzięki! Dobrze było w tej przerwie od koncertów przybić piątkę, myślę, że widzimy się tam w piątek, będzie więcej piątek, a może usłyszę jakąś historię.

No i teraz tak - nie wyczerpałem jeszcze limitu słowa Mistrz na wpis, nie ma limitu na wpis, może jest jakiś limit roczny, ale przecież go nie nadużywałem do tej pory. Muzyka Końca Lata to też są Mistrzowie. Dalej google, indeksuj! No weź no! Miej duszę, bezduszny algorytmie! Po Makach nie miałem już głosu wrzeszczeć czy dopingować, przecież nie przy każdej ich piosence wrzeszczałem, bo przez ograniczoną dostępność nie każdą znam, ale jednak stał się cud i dałem radę krzesać z gardła charkot, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać wrzaskiem. Moi towarzysze dygali, czyli mogłem charczeć z czystym sumieniem, a nawet mogłem mieć ich wsparcie, kiedy po epizodzie z oświadczynami Zmywak obwieszczał piosenkę dla tych, co nie mają tak dobrze i nagle miałem ich dłonie na ramieniu, i patrzyli na mnie, bo oczywiście w XXI wieku ręka położona na ramieniu to jest trochę prześmiewczy gest, to już nie do końca wsparcie czy współczucie, ale tu akurat było tyle sympatii i frajdy, że - tak to sobie ujmę - Fenoloftaleina.

I publiczność też dopisała i dostała trzy piosenki na bis. Jedna piramidowa - zainspirowana pierwszymi czterema płytami King Crimson. Masz, a ja znam tylko tę pierwszą trochę. W tym momencie szyderca Maku krzyczy ze sceny - Bo wszyscy kochamy King Crimson - jakoś tak. Nie wiesz o co chodzi z szyderą, ja to tak rozumiem, że publiczność MKL to z jakiegoś powodu (ładne piosenki) głównie młode dziewczęta, a Robert Fripp z ekipami (bo to się zmieniało jak kojarzę) puścił cztery pierwsze płyty zanim się te dziewczęta urodziły i trzeba być na innym levelu bycia tru, żeby kojarzyć. Może przesadzam?

No bo tak, ja nie tak dawno też nie wiedziałem, że jest coś takiego, sprawdzenie zaproponował rok temu zapoznany na koncercie w CBA znajomy. Ale hej, świat jest wielki, uczymy się go po trochu. Dobre to.

poniedziałek, 22 listopada 2010

I'm in love with my sadness

Przez ostatni tydzień wyrobiłem normę za pół roku oglądania filmów. Jakoś nie mogę się przekonać do literek, do tego gdzieś w środku czuję potrzebę pogrania w coś, a to gwarantuje miesiąc bez społecznych interakcji. Na razie jeszcze się opieram, ale dzisiaj obejrzałem Scott Pilgrim vs. the World, gdzie z pokonanych złych ludzi wypadają monety, a walki wyglądają bardziej jak ze Street Fightera niż wyglądały w jego filmowej adaptacji z Van Dammem. Więc balansuję na granicy nieodparcia.

Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.

Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.

Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Skalpele, dissiki, rowerki

Gdyby ktoś się nade mną zastanawiał, co się dzieje i takie tam, to wypadałoby wytłumaczyć się, albo rzucić przynajmniej jakieś ładne łgarstwo - żeby napisać jedno zdanie, należy przeczytać tysiąc stron, jakoś tak. Nie da się ukryć, że z czytelnictwem się opuściłem, w autobusie wciąż Wilk stepowy, a to nie jest długa książka. Czytałem ją już, ale przecież jestem w zupełnie innym miejscu w życiu teraz, więc odczytuję lekko inaczej, nie będę zostawiał. Toż to nie Ulisses, ale jakby kto pytał, skąd wzięła się w mojej głowie pierwsza o książce Joyce'a wzmianka, to właśnie z okładki Wilka. Oczywiście muszę kiedyś przez niego przebrnąć, będę mógł przestać nad nim biadolić, albo może będę jakoś sensowniej biadolił, bo przecież nie może być tak, że samego siebie tutaj zaczynam zanudzać.

Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.

Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.

Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.

Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.

W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.

Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.

Wtem!

Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!

Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.

sobota, 9 października 2010

Nirvana at last

Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.

Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.

Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?

W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.

Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.

Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.

Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"
Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.

wtorek, 28 września 2010

Woody Allen spotyka Todda Howarda

W sobotę miała być podróż do Podróży do źródeł czasu pozostawionej przypadkiem w pracy, ale jednak wciąż był katar i pewnie nie będę miał jaj, żeby iść jeszcze w tym roku na rower. Odpoczywałem więc, tak najlepiej, bezmyślnie, to znaczy przy Morrowindzie. Blog na tym cierpi, bo z książek zawsze można sobie coś zapamiętać, zaznaczyć do wynotowania i udawać łamanie głowy. Dajmy na to: w każdym czasie ludzie lubią pisać, że wyznaczona nam została era, albo że żyjemy w wieku czegoś, dajmy na to zen. Oto jesteśmy, piszę ja, choć nie czas jeszcze na podsumowania. Podsumowania będą być może w książkach do języka ojczystego, albo o kulturze jakichś, albo może ktoś tam jednak stwierdzi, że naprawdę już nie ma co podsumowywać po XX wieku. Alejo Carpentier, podobno prekursor realizmu magicznego, już na samym początku kombinuje tak:
Wyznaczona nam została era Człowieka-Pszczoły, lub Człowieka-Zera, kiedy dusz nie sprzedaje się diabłu, lecz Księgowemu albo Dozorcy Galerników.
Ledwie to zacząłem, ale już są fajne sceny, kiedy stary i kaszlący mentor, konserwator instrumentów ściska bohatera, odnośnie jego młodości - fajny kontrast, ta starość i młodość, ideały w jednym. Bo bohater jest nijaki, niby wyzwolony, ale bez sensu, ma pracę, żeby nie myśleć - Rozumiejąc daremność buntu.

Udało mi się iść do kina, Katastrofa odpadł, trudno. Annie Hall, strasznie dużo ludzi. Allen robi prawie wszystkie filmy takie same, widziałem kilka nowszych, ten jest z 1977, czyli nawet nie było mnie w planach. Myślałem, że dla odmiany będzie to film nie o starym i brzydkim Allenie, tylko może o po prostu brzydkim, ale on już w średnim wieku, łysiejący. Jak zawsze podziwiam obytą widownię, bo wszyscy śmiali się ze wspomnianego kilka razy Mansona, znaczy kiedy go wspominano, a ja musiałem sprawdzić, że to był w tamtym czasie w Ameryce głośny przestępca i nawet chcieli na jego procesie Beatlesów.

Tego wieczoru Woody Allen spotkał się z Toddem Howardem. Ten drugi jest może trochę mniej znany, bo robi gry, miał spory wkład w robienie Morrowinda, oraz później Obliviona, czyli głównie na nim wiesza się za niego psy. No ale sam sobie w kolano strzelił - jak to tak można, żeby na tle tajemniczego, koszmarno pokracznego i bardzo swojego Morro, z legendarnymi skrzekaczami i wielkimi netechami, zrobić kolejną część w myśl zasady fantasy to rycerz w lśniącej zbroi i na koniu.

Zdarzyło się to tak, że kiedy czekałem na Rozdrożu (po drodze wiadomo, pomarańcze i miasto nocą, co lubię), podszedł taki żulik do mnie, a ja go odpędziłem, bo rozmawiałem z Cytatem przez telefon i raczej o ważnych rzeczach. On usiadł na przystanku, a ja naiwnie później zagadnąłem, czy mogę pomóc, bo wpadło mi do głowy, że może to jednak niekoniecznie żulik, żeby nie oceniać po okładce (tak tylko z kobietami), on mógł chcieć zapytać, czy w tej późnej przecież godzinie nie uciekł mu autobus. No ale on od razu z historią, że może poratuję złotówką, bo ledwie go z Kolskiej wypuścili i nie ma jak wrócić. Jakbym ja wiedział, czy Kolska jest w okolicy Rozdroża (nie jest!), no ale niech ma, dwa nawet złote, wsiadł do tego samego autobusu, jeszcze wyżebrał pół złocisza i naprawdę wyglądał, jakby miał ten bilet kupić, bo stanął przy kierowcy. Gdzie tam, po prostu wysiadł na kolejnym przystanku. Chytre!

Przez chwilę czułem się wyrolowany, ja bardzo rzadko udzielam datków na ulicy, raz kiedyś kupiłem bułkę i parówki typowi, to się czuję na całe życie rozgrzeszony, do tego na jakieś instytucje dla biednych to chyba już płacę w podatkach. Szkliste miał oczy, miał rozkrwawioną wargę, taki zabiedzony, no tu mnie miał - o Cyganach mówili, że niezły biznes mają z biednej stylizacji, ale o takich swojakach już mniej. Ale od razu przypomniałem sobie ten śmieszny film, który skończył się pół godziny wcześniej. Ojciec Alvy'ego, to jest Stary Singers (kto to w ogóle są Starzy Singers i czy Moretti to ten ucieszony typ z Miczów?), tak komentował fakt bycia okradanym:
To Murzynka z Harlemu, kogo ma okradać, jak nie nas?
No właśnie. Tutaj wchodzi Todd Howard i mogę się rozwodzić nad czymś, o czym cokolwiek wiem. Kiedy zaczyna się Morrowinda, pierwszą napotykaną postacią jest dla większości Fargoth. Z jakiegoś powodu uważa się go za największe zło, ludzie kręcą na youtube specjalne filmy z mordowaniem go, bo w jakiś sposób irytujący z niego kurdupel. W ogóle leśne elfy cieszą się w środowisku znikomym poważaniem - niezależnie od możliwości utworzenia najbardziej morderczego pierwszolevelowego builda postaci: znak zodiaku z premią do szybkości, zwinność w ulubionych współczynnikach, celność, skradanie się i przywołanie w głównych umiejętnościach, zaklęty długi łuk i można wystrzelać wszystko, zanim zdąży podejść, a jeszcze lepiej z premią do obrażeń ze skradania się. FTW! To może być mój pomysł na rozbicie cytadel rodu Dagoth pierwszolevelową postacią.

Nie wiem, czy to zamierzone, ale w dodatku pojawia się postać żebraka Gaenora, również leśnego elfa i takiego ciapy trochę. Prosi o jakiś datek, raz, drugi, coraz to większy, do niewyobrażalnych kwot, w końcu się obraża i zwymyśla rzekomo niezbyt pomocnego bohatera. Kilka dni później nie jest już ciapowaty, wyskakuje na bohatera ubrany w jeden z najlepszych pancerzy, ma umiejętności najlepszych wojowników i jest prawdopodobnie najcięższą do pokonania postacią w całej grze - bo właściwie nie idzie w niego trafić. Mądrzy ludzie podejrzeli jego statystyki, ma siedem razy więcej szczęścia niż dla gracza to legalnie osiągalne. Tak jakby na złość.

No więc mam nadzieję, że moje skromne datki nie są wróżbą jakiegoś napadu.

Z innej beczki - Pustki mają nowy singiel, który trochę mniej brzmi jak oni, jest taki bardziej lofi i indie, ale i tak fajny. Ja się wprawdzie na płyn Lugola nie załapałem (nie wspominał o nim chyba w swojej książce o mutantach Strachota, więc szukałem na wiki), ale Wigry 3 i BMX'y rozumiem. Fiu fiu.

poniedziałek, 6 września 2010

Paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem

Miałem dzisiaj w ciągu dnia bardzo złudne wrażenie, że nic się nie dzieje i nareszcie odpocznę od bloga. Skoro lato się skończyło, skoro do kaszkietu wziąłem z półki szalik, skoro coraz wcześniej świecą pomarańcze. Dobra, o pomarańczach nie pomyślałem, bardziej byłem zadowolony, że daszek kaszkietu faktycznie chroni okulary przed deszczem, ale to jeszcze nie powód, żeby się tutaj rozwodzić. Byzydura. Za oknem jest jesień, węszę pewne odwrócenie ról, widzę wykręconą sinusoidę zaplecioną na kole pór roku - noszę w torbie pamiętnik z papieru, wracam, macam, coś tam będzie.

Na wieść, że planuję wybrać się do kina, koleżanka proponowała załatwienie biletów - pracuje tam jej znajoma. Jasne, niech załatwia, zawsze to siedem złotych do przodu. Nie załatwiła, zapomniała, co nawet oszczędziło kłopotu czy niezręczności, bo to miał być jakiś bilet na dwoje. A i tak jestem do przodu - Cygan oddał mi dwójkę, wsadziłem ją w kieszeń, przy kasie pani pytała właśnie o dwójkę, bo ciężko jej się dwudziestka rozmieniała, więc mam teraz w kieszeni piątaka. Czary! Kino Luna jest już pewnie o wiele mniej kultowe, niż było ze dwa lata temu, ale tam mnie właśnie zagnało. Faktycznie, co to za kult, gdzie tu off, jeżeli mają w planie film Allena sprzed dwóch lat. Film w sam raz dla mnie, bo u nas wyświetlany był rok temu, kiedy akurat nie wpadłem nigdzie na Niedodzwanialną. Zgranie, czytam w internecie relację z Barcelony, a film ma to w tytule przecież też.

Byłem już kiedyś w Lunie, chyba zanim zmieniała właścicieli, właśnie z Niedodzwanialną. Rzutem na taśmę, czyli wpisem na forum, dostałem wejściówkę na premierę Manny i to faktycznie trochę mogło być offowe, bo na pewno nie miało nawet promila budżetu filmów Allena. Nie miałem pojęcia, co to jest Brokeback Mountain, gdzieś tam wspominane, później dopiero sprawdziłem, skąd taka wesołość na sugestię odnośnie - taki już ze mnie zapalony kinoman. Nie wiedziałem, dokąd mam wejściówkę, że to kino tak blisko roboty, nic po prostu nie wiedziałem. W ubiegłym tygodniu pogodziłem się z pomysłem pójścia tam, wszedłem na stronę internetową i zachwyciłem się przystępnymi cenami w poniedziałek. I przeglądałem filmy, Miłość w czasach zarazy, hej, przecież jest taka książka Marqueza, musiała leżeć gdzieś obok czytanych w autobusie Na fałszywych papierach w Chile! Ale jednak Allen wygrał w tym tygodniu, po co mi film, skoro i tak kiedyś kupię książkę.

Cygan mówił, że był na Vicky Cristina Barcelona ze swoją, że to nie za bardzo jest film dla niego do kina, że można obejrzeć w domu, ale w kinie się marnuje pieniądze. Chodziło mu o brak ładnych efektów, jakby najfajniejsze filmowe dziewczyny (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nich?) ostatnich lat przechadzające się po jednym z najpiękniejszych (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nim?) europejskich miast, były niedostatecznie widowiskowe. Tym bardziej się ucieszyłem, że tanizna. O dziwo nie potwierdził przegadania, jeszcze dziwniejsze, że film faktycznie nie jest przegadany - nie ma w nim samego Allena, ani nikogo allenopodobnego. Myslałem o przegadaniu, bo to częsty zarzut wysuwany przez znajomych, Smoczy nie przebrnął przez pierwsze minuty Anything Else.

No i zbierałem się do tego kina jak jakiś pryszczers na pierwszą randkę (dobra, jakieś pryszcze są), albo jak do jeża, bardzo niepewnie i niewprawnie. Kwestia pójścia do kina z jakiegoś powodu bardzo w moich oczach urosła. Skąd taka ważność, żeby gdzieś wyjść? I niepewność, zaskoczyłem siebie pójściem, tak samo jak zaskoczyłbym prostym powrotem do domu. Taka właśnie nieświadomość, nieprzewidywalność. Równocześnie byłem w kinie i nie byłem w kinie, Kot Schrödingera.

O filmie się fachowo nie rozpiszę, bo żaden ze mnie allenolog i byłaby piąta woda po kisielu. Największy bajer, że bohaterowie się nie zmieniają. Bardzo mi się podobał, choć podejrzewam, że wszystko wzięło się z prostej myśli Okularnika - Taki już jestem sławny i władny, że ona i ona będą się całowały w moim filmie. Całe życie na to robiłem, dążyłem do takiej władzy, muszą.

Wychodzę z kina, do trasy, zaplatam sobie na szyi słuchawki, które wreszcie przyniósł Cytat. Wczoraj specjalnie ładowałem baterię do odtwarzacza, może grać, bujam się w drodze przy luzackim Electric Avenue, nie od Eddy'ego Granta, tylko gdzieś z Polinezji podobno. Wokół świecą pomarańcze, drzewa bardziej składają się z liści, niż świat składa się z drzew, kałuże mają nieokreśloną głębokość, ale już nie pada. Przełącza mi się piosenka i już nie ma siły na moje szczerzenie się - Pomarańcze kupię Ci!

To znaczy, że szafa gra.

W autobusie kontynuowałem przetrawione przez Marqueza wspomnienia Miguela Littína, nawet zaznaczyłem jakieś zdania do wynotowania - ładne:
Na targowisku życia i śmierci most Recoleta nad Mapocho jest obojętnym kochankiem: służy albo jarmarkom, albo pochówkom. W dzień kondukty pogrzebowe muszą torować sobie drogę wśród tłumu. Nocą, kiedy nie ma godziny policyjnej, jest to obowiązkowy szlak do klubów tanga, melancholijnych przytulisk na ponurych przedmieściach, gdzie mistrzami tańca są grabarze.
I dalej o przechodniach, o Paryżu i wreszcie:
(...) coś, co kiedyś usłyszałem w Madrycie: "Miłość rozkwita w czasach zarazy".
Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Power Rangers na krańcu świata

Wspomniałem historię o Cyganach kradnących rowery, po czym obejrzałem Snatch i Mickey mówił tak samo szybko i niezrozumiale. W ogóle się w gangsterskim filmie Cyganów nie spodziewałem, skoro się jednak pojawili - wiedziałem, że z zadymy wyjdą zwycięsko i oczywiście psa zjadającego diament też przewidziałem. Nie chełpię się - Strzelba Czechowa, film oglądany jak kreskówka, niemalże jak zwariowane odcinki Toma i Jerry'ego, ze skomplikowanymi mechanizmami prowadzonej wojny, albo jak The Incredible Macihne. Jedno zdarzenie uruchamiające ciąg przeplatających się wątków, kto się do czego nadaje, kto nie ma jaj, żeby za chwilę jednak mieć, to chyba największy bajer współczesnych opowieści - tych bajeranckich naturalnie. Pisałem już kiedyś, że wychowałem się na Power Rangers i to fajerwerki najbardziej do mnie przemawiają? No właśnie. Pewnie dlatego zupełnie nie rozumiem opinii wyrażonej kiedyś przez koleżankę o sławetnym Requiem dla snu - przeintelektualizowane. Pasowałby tu kolejny cytat z Cytata - Nigga, please... - gdybym nie wiedział, że dziewczyna jest dalece mądrzejsza i inteligentniejsza ode mnie.

Wciąż czytam Rowerem i pieszo przez czarny ląd, idzie mi średnio sprawnie, choć oczywiście o wiele sprawniej niż Ulisses. Pustynia, dżungla, pragnienie i deszcz, afrykańskie kobiety ze zmyślnymi fryzurami, krowi mocz do wszystkiego. Brak wszystkiego, wizyty w miastach, malaria i cudowne ocalenia. Książką zachwycił się Kapuściński, może dla odmiany poczuł się spadkobiercą misji Nowaka, a nie czyimś mentorem. Mnie podobały się myśli wspólne ze wspomnieniami Exupéry'ego (czy to nie błąd, dzielić nazwisko de Saint-Exupéry?) z pustyni, która pozostawia w człowieku pewne puste, tęskne miejsce. Nasz cyklista i francuski lotnik patrzą na świat ze skrajnie różnych perspektyw, ale obaj wymykają się na pustyni śmierci. Oczywiście nie znam chronologii powstawania pism Francuza - być może pisał o swoim pobycie na wielkiej górze gdzieś w pustkowiu świata i pewności, że jest pierwszym człowiekiem, który kiedykolwiek ogląda te kamienie, bo raczej wcześniej nie mieli jak się na nią dostać, zanim doświadczał pragnienia i miraży. Nowak na pewno kontynuuje wędrówkę pomimo świadomości niebezpieczeństwa, bo skąd niby miał wiedzieć, że ktoś zaopiekuje się nim w malarycznej gorączce. Sam pisze o tym tak:
A że wokół czai się śmierć, że pośród traw pełzają kobry, że ryk lwa zdaje się rozkołysał drzewa, to straszne wcale. Można przyzwyczaić się do tego szybciej, niż do bezrobocia, patrzenia na codzienną nędzę rodziny, na piec, który w mroźny poranek zimowy nie promieniuje ciepłem i nie ogrzewa dzieci, bo pieniędzy brak na opał...
Można odnieść wrażenie, że to nie tylko ucieczka do samotności, ale raczej ucieczka przed cywilizacją. Przecież miał żonę, miał córkę, relację z podróży publikowano w kilku tytułach, ciekawe, czy wystarczało z tego na opał w Polsce. A pieniądze musi mieć i na miejscu, przy przejściach granicznych, cło i wizy, najtańszy możliwy nocleg w miastach, uzupełnianie zapasów. Naprawdę trzeba mieć duszę podróżnika, żeby wybrać nędzę i malarię w świecie afrykańskich nierobów. To też jest ciekawy wątek, jakże różny od filozoficznych wywodów Exupéry'ego. Murzyn jest zupełnie od białego człowieka inny, myśli tylko o dzisiaj, nie pracuje na zapas. Nie myśli na zapas, jest faktycznie innym gatunkiem człowieka, co wcale nie znaczy, że gorszym - Nowak potępia wyzysk kolonizatorów. Komentarze murzyńskich zachowań też się powtarzają, a ja dzisiaj mam pomysł, dlaczego trochę mnie ta lektura nuży. Podróż Nowaka trwała pięć lat, ja męczę książkę w autobusie prawie dzień w dzień od miesiąca i mam przez to wrażenie, że te afrykańskie pustynie są dosyć tłoczne. Ale jego reportaż ukazywał się w prasie może raz na dwa miesiące - pustka czy pustota, samotność była pomiędzy listami.

Dzisiejsze podróżowanie wygląda zupełnie inaczej, odwrotnie niemalże. Niezależnie od środka transportu jesteśmy satelitami podpięci do wszechsieci, czy to przez gps, czy do internetu. Widziałem nawet prototypy telefonów-zegarków, wypisz wymaluj Power Rangers. Przekazywane wrażenia są bardziej zwarte i mają więcej fajerwerków. Chiny Christopha Rehage'a są twarzowe, a świat wszędobylskiego Matta roztańczony. Ale na pewno nie zmieniło się jedno - obaj musieli pokazać faka światu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

Przygoda Nowaka na wykończeniu, mam w planie kupić książkę Strachoty, tym bardziej, że dzisiaj przeczytałem takie zdanie: Bohaterem powieści (...) jest Julian Seratowicz, 31-latek pracujący jako tester oprogramowania komputerowego. Noż, lektura obowiązkowa!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Not a good day to die

Nie tylko mnie się udziela jesienny nastrój, skoro na drugi dzień po wpisie znajduję na fejsbuku taki skecz. Zrobiłem lubię to, a co! Albo jestem za młody, albo znowu za mało byłem ciekawy świata, żeby być widzem tych programów, tu jest Za chwilę dalszy ciąg programu, ale ja akurat najbardziej kojarzę MdM - bardziej niż Szansę na sukces, kiedy czytam sobie o Mannie w internecie i kiwam głową, no tak, fakt, jego to. Niedawno czytałem wywiad, poruszano również sprawę tuszy, że to niby miało być trudne, przebijać się w telewizji. Lekko mnie to skołowało, kiedy byłem dzieckiem raczej nie myślałem w takich kategoriach, wręcz teraz uderzyło mnie to - aha, no tak, on jest wielki. Ale dlaczego miałoby mnie to ciekawić? Może jeszcze nie odczułem na własnej skórze, że w XXI wieku pięknym trzeba być.

Jest tam również Krzysztof Materna, on jest również, jednak bardziej kojarzę, zwracam uwagę na Manna, więc pewnie sporo ściemniam z niezwracaniem uwagi.

Oddałem telefon, obiecałem wypisać jeszcze jakieś rzeczy z notatek, a tu klops. Niewiele tajemniczych nazwisk, jest Szostakowski, tego nigdzie nie mogę znaleźć, dlaczego kogoś takiego mógłbym szukać, to tajemnica. Ale już Tyrmand i Hłasko, banał, nawet mam Dziennik do przeczytania, wciąż wychodzę z założenia, że będzie czytany rocznicowo, datami, jeśli tylko Cygan sobie o nim nie przypomni. Marcuse - filozof i socjolog, musiał być gdzieś na początku Mieć czy być, kiedy jeszcze nie spodziewałem się, że nazwisk będzie milion, czyli daruję sobie sprawdzanie ich.

Wygląda na to, że na nic się te notatki nie zdały. Czekaj, wróć, przecież bloga zrobiłeś. Ale kwestie do sprawdzania, do zapamiętania, one rzadko były w użyciu. Dajmy na to zestawienie filmów - Once i Control, oba są razem, nawet wiem, że może tu wystąpić spory kontrast, wiem cokolwiek o nich, ale wcale mi nie jest spieszno do wypożyczalni, znajomych, internetu. Powinienem jeszcze dodać do listy dyskutowane kiedyś 500 dni miłości, krótka lista, czyli filmami interesuję się jeszcze mniej niż czymkolwiek innym. W weekend spędziłem trochę czasu z bratem, to był naprawdę dobry weekend, piątkowy wieczór na rowerach z ekipą jeszcze od gimnazjum, spacer po mieście w poszukiwaniu lodów włoskich, wbrew pozorom całkiem udany grill, niedziela nieroba. Może obejrzałbym te filmy od Głaza, ale tak, oczywiście się nie dało - dopiero dzisiaj przyszedł zasilacz do laptopa, ale bardziej prawdopodobne jest oglądanie Starship Troopers razem z bratem - też dostał lubię to. Jest to film mistrzowsko kiczowaty i z części na część coraz tańszy, przy trzeciej najwyraźniej mieli większy budżet na piosenkę niż całą resztę. Dla mnie w tym kiczu jest trochę pacyfistycznego przesłania, obrzydliwości wojny, cały patos do dupy. Ale nie znam się na dramatach wojennych, może przemawiają jeszcze wyraźniej.

Jest również notatka, którą zupełnie bez sensu przegapiłem poprzednio, przez co brakuje dokładnej daty. Znaczy - ona jest bez problemu do odzyskania, to notatka z kwietniowego wieczoru, kiedy nie widziała mnie Niedodzwanialna, ale właściwie po co to komu. Treść jej De samange przetradeo de rowere, a nie opowiedziałem dlatego, że w żadnym stopniu nie jestem w stanie powtórzyć uroczej historii kumpla z pracy, któremu z takimi słowami Cyganie dwukrotnie ukradli rower, kiedy jeszcze niezbyt ogarniał kwestie kradzieży, zakupów i pożyczania, w młodzieńczych latach w Półtusku. Jakie to ma mistrzowskie brzmienie - De samange przetradeo de rowere. Może chodzi o jakieś zasady, kodeks postępowania - opowiadanie cudzej historii byłoby nie fair. Zastanowiło mnie to, bo w sobotę była na imprezie jedna dziewczyna, która też się przed czymś hipotetycznie świetnym powstrzymywała.

Siedzieliśmy we czwórkę z dala od komarów, przyniosłem telefon z muzyką, mam tam zawsze neutralne Greatest Hits Michaela Jacksona, można odpalić gdziekolwiek i nikogo nie zaboli. Tutaj trafiłem na podatny grunt, od razu było widać, ale dopiero później gospodyni powiedziała mi jak bardzo. Dziewczyna po prostu rwała się do tańca, ale jednocześnie trzymała się na kanapie, przebierała nogami. Nie zatańczyła, zastanawialiśmy się, w której piosence mógł być moonwalk, bo przecież nie mamy szans po prostu pamiętać Billie Jean, nie było nas tu w 1983. Inna sprawa, że bardzo wybrakowane te moje grejtest hitsy. Wkrótce zmieniłem towarzystwo i okazało się, że ona tańczy(ła?) u Józka, jakiego Józka, No, Józefowicza. Więc to dlatego nie chciała tańczyć, stąd właśnie stwierdzenie nie tańczę przy obcych - żeby nie wyjść na szpanera, albo żeby im głupio nie było? Zastanawiam się, czy naprawdę tacy jesteśmy, żeby musieć w trosce o wzajemne dobre samopoczucie powstrzymywać się od tańca. Zawsze za duże o kimś wyobrażenie, o sobie, o nich, nie ma jak obejść tej przeszkody, nawet jeśli z telefonu śpiewa Michael, król popu, ale i bóg tancerzy chyba.

Ostatnia notatka to Prodigy Spitfire i tutaj należy się cytat z Cytata - Nigga, what?