Któregoś czerwcowego dnia miałem sen tak bajkowy, że Disney nie podskakuje. Oczywiście w ogóle już go nie pamiętam, trochę uciekania, przepychania się, trochę horroru też, ciemności w magazynach, skradanie się. Kiedy to mogło być, poprzedni, na pewno zanim cokolwiek pisałem, nawet niekoniecznie w tym stuleciu. A może w początkach. Że skradam się w ciemnym magazynie wśród klockowych konstrukcji, kolorowych, dziecinnych, chyba nie miałem takich klocków, ale są w każdej kreskówce czy amerykańskim filmie - kolorowe sześciany z literkami zamiast drewnianych skrzyń. Odkrywają mnie, pojawia się olbrzym i zaczyna mnie gonić, a ja żeby mnie nie sięgnął, muszę polecieć. I chwieję się w tym locie, to jest bardzo lekkie i bardzo ciężkie zarazem - uczucie bliźniacze temu, jakie wywołują niektóre kobiety. Lot koncentruje się w klatce piersiowej.
Dziś wpadłem na pomysł, że chwiejność lotu w moich snach ma źródło w grze Prehistorik 2, której bohaterowi zdarzało się latać na lotni. Nie mam pojęcia jak należy obchodzić się z prawdziwą, lęk wysokości nie zachęca mnie do wyszukiwania takich informacji, tą dwuwymiarową trzeba było manewrować na zmianę w górę i w dół, żeby nie spaść. Brat się niedawno nudził, uruchomił jakąś flashówkę z dżomonster, z pingwinem to nie działało już tak dobrze.
Czerwcowy sen bajkowy też kończył się lotem, choć już nie tak samodzielnym. Wyobraźcie sobie powietrzny statek, taki właśnie, któremu nawet Disney nie podskoczy, nawet kosmiczna Planeta Skarbów (nie wiem nic o Wyspie), choć bardzo ją lubię. To cały latający kompleks, drewno, para, śmigła, mechanizmy i przekładnie, bajkowy steam punk, z wielkimi błoniastymi skrzydłami. Tam właśnie dzieje się całe ganianie, jest ktoś wielki, choć nie aż tak olbrzymi jak kiedyś, nas jest paczka i nocą skradamy się po pokładzie. Żeby nas nie złapał. Kiedy zaczyna świtać - jesteśmy na łące, jest wiosennie zielona trawa, są majestatyczne chmury, wypychamy z hangaru samolot, mniejszy, ale utrzymany w tej samej poetyce, co cały kompleks - bracia Wright i brązowe, błoniaste skrzydła, przez które przeziera słońce. Więc może to już taki późniejszy poranek. Prawdopodobnie udało nam się zdystansować wroga, rozpędzamy się spokojnie, odrywamy od trawy, lecimy.
W tym momencie odnajduje się wróg, ciemna, kulista postać, nagle bardzo ucieszona i jak najlepiej nam życząca. Radośnie biega po całym statku i krzyczy - Lećcie! - jakby była pełnym dumy rodzicem.
Wierzcie albo nie, ale o tym, że rodzic może być dumny z dziecka, pierwszy raz przeczytałem we wstępniaku pierwszego numeru Neo Plus, gdzie Gulash produkował się o rozstaniu z redakcją Secret Service i tak mi się to zawsze kojarzy - z pisklęciem opuszczającym rodzinne gniazdo (młody orzeł?). Oczywiście nie mam wątpliwości, że rodzice bywali ze mnie dumni trochę wcześniej nawet, po prostu nie widziałem. Niewiele widzę poza czubkiem własnego nosa, wciąż staram się z tym pogodzić. Przykład - to powyższe jest najważniejszym chyba, co działo się w czerwcu, skoro od tego zaczynam. Co wybrać innego, tego jeszcze nie wiem - wyjdę teraz z biura, może uda się kupić przedłużacz, może uda się napisać coś o dzisiaj, a później wrócę do wcześniej.
***
Nie da się niestety o zakupach napisać nic ciekawego. Akurat nie spałem w autobusie, wysiadłem do Oszołoma, może to jest jakoś nowe, bo straszliwie nie chciało mi się tam robić zakupów od sam nie wiem kiedy - i kornflejksy kupował mi brat na zlecenie, przy okazji większych zakupów. Pewnie przedłużacz też mógłby kupić i pewnie nawet kupiłby od razu dobry. Ja kupiłem zły, zorientowałem się po wstawieniu mikrofalówki na lodówkę, nawet powstrzymałem się od szpetnych przekleństw. I dobrze - znalazłem w domu inny, który pasował, zamieniłem je miejscami, wszystko gra, znaczy świeci się, rano spróbuję zrobić zapiekanki.
***
Ciągle nie jeżdżę rowerem do pracy, w ogóle rowerem za bardo nie jeżdżę, da się policzyć na kciukach moje czerwcowe wypady. Raz, na początku, zajechałem do Aleksandrówki pod Mińskiem, było ognisko i wchodziłem na drzewo. I na koniec, kiedy odezwał się do mnie Ziomek, czy może nie jadę na masę. Ostatnio byłem dwa lata temu, na pewno też w okresie wakacyjnym, czasem powtarzam, że na masę krytyczną należy czasem pojechać, żeby przypomnieć sobie, dlaczego się nie lubi jeździć na masę - przestoje i tłok. Tym razem masa nie była w ogóle męcząca, więc korzyść podwójna, bo moje tegoroczne spotkania z Ziomkiem też da się policzyć na kciukach, wystarczy jedna ręka. Urwałem się chwilę wcześniej z pracy na tę okazję, wpadłem do domu po rower, a na Zamkowym zarzekałem się, że to ma być rytuał przejścia, po masie znów zaczynam jeździć rowerem do pracy.
Sami widzicie, że pogoda nie zachęca, a do tego nie widzieliście, jak straszliwie kichałem od ostatniej niedzieli czerwca. I osłabić musiała mnie właśnie masa, bo przecież nie nocne spacery z psami po Gocławiu. Skąd wywiozłem książki, to na pewno już był rit de passage, bo do mnie idealnie stosuje się stwierdzenie o konieczności przeczytania tysiąca stron dla zapisania jednej. Jeśli nie czytam, to nie piszę, kropka. Zmuszajcie mnie proszę do czytania.
Oświecona podrzuciła mi Kamczatkę (Marcelo Figueras). Głowę daję, że miałem już tę książkę w rękach, prawdopodobnie przeglądając tanie opcje na Wileńskim. Ona też kupiła taniej - za dychę, sądząc po naklejce. Mnie wtedy po prostu nie zainteresował tytuł. Jak to dobrze, że jest Oświecona! Jak ta książka jest śliczna, piękna, poruszająca i tak dalej. W Argentynie dziewczyna Supermena to nie jest amerykańska Lois, tylko Luiza. Może się tłumacz zapomniał? Podobnie Lukas przynajmniej raz jest Łukaszem. Nie czepiam się, takie wybicia z rytmu po prostu najmocniej mi uświadamiają, że totalnie pogrążyłem się w lekturze. Lukas jest od Harry'ego osiem lat starszy i dyskutuje z nim o takich rzeczach jak wyższość postaci Batmana nad Supermanem. Co przypomina mi, jak kiedyś nie rozumiałem głoszonej przez Wujka wyższości Trójki Drombo nad Yattamanami. I warto przeczytać posłowie - które tłumaczy dodatkowo, dlaczego książka jest tak dobra. Bo nie jest o tym, o czym miała być.
Hej, to co najmniej równie ważne jak sen. Dobranoc.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sny. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 lipca 2011
wtorek, 3 maja 2011
Biały barbarzyńca w Korei (podróbka)
Zorganizowano mi wyjazd szkoleniowy, ma się już ku końcowi, rzeczy śmieszne i mniej śmieszne na miejscu, np. okazało się, że służbowego laptopa nie mogę przez ten czas wynieść z biura, czyli odpocząłem od internetu. Naprawdę wolałbym go móc wynieść, bo ja nigdy nie byłem typem turysty, zresztą po kilkunastu godzinach niekoniecznie ma się ochotę. Rozważałem wypad do Seulu w niedzielę, ale jednak fajniej było spać do piętnastej. Piętnasta tutaj to jest ósma w Polsce.
Ale przecież, że coś napiszę. O tym, że wciąż gubię się na lotniskach, zawsze jestem za wcześnie, nie czaję o co chodzi z odprawami, naoglądałem się w telewizji, że się ludzie spóźniają, albo zapominają czegoś, zawsze jakiś problem na lotnisku. Zresztą, poprzednio, w grudniu 2008, leciałem do Indii, to nie przelewki taki lot, ciężko chyba szukać alternatywnych połączeń na drugą stronę świata. Co innego po Europie - wczoraj przy kolacji rozmawialiśmy z typem, który sporo czasu spędza na Florydzie, opowiadał o ewakuacjach na okoliczność huraganów i tornad, o częstych burzach. My na to, że w Europie nie trzeba kataklizmu w kraju, żeby był kataklizm, starczy wspomnieć łamiący języki wulkan. Zaśmiał się, tak, mieliśmy wtedy w Paryżu jednego człowieka, trzy dni urlopu na koszt firmy, zazdrocha. Też mieliśmy wtedy ludzi rozstawionych po Europie, pchali się do pociągów po prostu. Do Indii czy Korei tak się nie da - chyba że jesteś Hugo-Bader i jeszcze możesz sobie pozwolić na miesiąc czy dwa w kolei Trans Syberyjskiej.
O tym, że pierwszy samolot był strasznie kiepski, nawet kanapek nie dali. I o bloku, w którym mieszkam w Polsce, że jest z niego taka żarówa, że już wiem, gdzie uderzy pierwsza bomba obcych, gdyby mieli ochotę kiedyś przeprowadzić inwazję. I że w Helsinkach, wbrew zapowiedziom, wcale nie z każdego kąta wyglądają Muminki. O bólu głowy w drugim samolocie, dzięki któremu właściwie przespałem lot - to moja zwyczajowa taktyka, podobno zyskałem na tym, bo ogólnie słabo się w samolotach śpi. A jak już usnąłem, to miałem taki sen (od razu zapisałem):
Tysiące metrów w dół Chiny, ale już niewiele ich zostało. Śniadanie nad morzem, obniżanie lotu, widać wyspy, miasta, domy, platformy i statki. Po wyjściu z samolotu w miejsce odbioru bagażu jedzie się metrem. Autobus, który zawiezie nas do hotelu co godzinę, musimy poczekać. Dopiero z jego okna widzę, że jestem daleko, że ziemia kształtowała się tu inaczej - pofalowana, pełno wzniesień, część wygląda jak wyciosana, schodkowane zigguraty, pomiędzy nimi osiedla wielkich bloków. Miasta pełne billboardów i neonów, zasada jest zdaje się taka, że na obiektach usługowych przytwierdzają je w dowolnej ilości i wielkości, za to na mieszkalnych wcale. Kiedy bywalcy opowiadali mi, że Suwon, miasto w którym firma ma swoją twierdzę, jest pod Seulem, wyobrażałem je sobie jak Warszawę i Legionowo. Zapomniałem o skali, powinienem był wyobrażać je sobie jak Seul i Warszawę 2.0. Taką, jaką może będzie za trzydzieści lat, kiedy będziemy już mieli wszystkie mosty i obwodnice. No i światła zmieniające się co pięć minut pewnie też - spacer z hotelu do pracy zawiera w sobie więcej postojów niż chodzenia. Ulice mają szersze, ale chodniki węższe. Wszędzie jeździ pełno rowerów, wszędzie pełno stojaków. Z chodników wyziera wiek, nie są dziurawe, ale porysowane, popękane i pomarszczone, rzadko kiedy równe. Falujące jak cały ten teren. Domy stawiane jak najciaśniej, jak najwięcej i jak najwyżej - nie liczyłem pięter, ale wieżowce mieszkalne pewnie mają bliżej dwudziestu niż dziesięciu. Mniejsze uliczki to same drogi, bez chodników i krawężników. Nad nimi gęsto upięte kable. Z wrażeniem niekontrolowanego chaosu, potęgowanym chyba przez nieumiejętność odczytania koreańskich znaków, kontrastuje karność mieszkańców, którzy do autobusów ustawiają się w równiutkich kolejkach. Bardzo fajnie, że wszędzie upychają zieleń, drzewka i kwiaty, albo sportową infrastrukturę: kosze, jakieś siłowe przyrządy. Jak nie ma gdzie upchnąć, to da się nad parkingiem, ma u góry wysoką siatkę.
Ale przecież, że coś napiszę. O tym, że wciąż gubię się na lotniskach, zawsze jestem za wcześnie, nie czaję o co chodzi z odprawami, naoglądałem się w telewizji, że się ludzie spóźniają, albo zapominają czegoś, zawsze jakiś problem na lotnisku. Zresztą, poprzednio, w grudniu 2008, leciałem do Indii, to nie przelewki taki lot, ciężko chyba szukać alternatywnych połączeń na drugą stronę świata. Co innego po Europie - wczoraj przy kolacji rozmawialiśmy z typem, który sporo czasu spędza na Florydzie, opowiadał o ewakuacjach na okoliczność huraganów i tornad, o częstych burzach. My na to, że w Europie nie trzeba kataklizmu w kraju, żeby był kataklizm, starczy wspomnieć łamiący języki wulkan. Zaśmiał się, tak, mieliśmy wtedy w Paryżu jednego człowieka, trzy dni urlopu na koszt firmy, zazdrocha. Też mieliśmy wtedy ludzi rozstawionych po Europie, pchali się do pociągów po prostu. Do Indii czy Korei tak się nie da - chyba że jesteś Hugo-Bader i jeszcze możesz sobie pozwolić na miesiąc czy dwa w kolei Trans Syberyjskiej.
O tym, że pierwszy samolot był strasznie kiepski, nawet kanapek nie dali. I o bloku, w którym mieszkam w Polsce, że jest z niego taka żarówa, że już wiem, gdzie uderzy pierwsza bomba obcych, gdyby mieli ochotę kiedyś przeprowadzić inwazję. I że w Helsinkach, wbrew zapowiedziom, wcale nie z każdego kąta wyglądają Muminki. O bólu głowy w drugim samolocie, dzięki któremu właściwie przespałem lot - to moja zwyczajowa taktyka, podobno zyskałem na tym, bo ogólnie słabo się w samolotach śpi. A jak już usnąłem, to miałem taki sen (od razu zapisałem):
Lot dłużył się głównie przez bolącą głowę, do tego jakiś dziad tłukł się na krześle za mną, kłócił namiętnie, płakały dzieci - jak to w słoniowym samolocie. Przysnąłem, Papcio ostrzegał przed niewygodą foteli, ale ja, mając wybór: siedzieć z bólem głowy albo obudzić się z bólem karku - wybrałem jednak to drugie.
Kiedy się przebudziłem, rzeczywistość wykręciła się już znacznie, wlecieliśmy w zupełną noc, pokazują to zawsze na monitorach. Może nawet przelecieliśmy nad Chińskim Murem, a że Chiny są wielkie, to mają środki, żeby budować samolotowe autostrady. Wyjrzałem za okno i faktycznie, samolot jechał po ciemnym asfalcie, droga uciekała pod skrzydłem jak w Lost Highway. To oszczędność paliwa, bardziej opłacało się wybudować drogę, niż latać. I ta droga jest już aż do Korei, więc patrzę, jak to będzie wyglądać.
Z ciemności wyłonił się wieżowiec - fosforyzujący szklany dom, bardziej zielony niż niebieski. W połowie wysokości miał wielkie niebieskie logo - Samsung. A więc to już prawie na miejscu! Jedziemy dalej, a budynków robi się coraz więcej, stoją po dwa, po trzy, każdy z tych samych materiałów, podobnej wysokości i z logiem po środku. Wyskakują z ciemności jak upiory. Kiedy przejeżdżamy pomiędzy dwoma, mam wrażenie, że to kopia wież WTC. Myśl wypowiada towarzyszący mi Głaz - Ale nie podobają mi się, jedna wyglądała jak Wieża Eiffla. Ale w sumie dobrze, żeś znów wśród żywych.
Właściwie każdy budynek może przypominać inny, z filmowych panoram Nowego Jorku, albo z komiksów ze Spider-manem, który często rozmawiał z gargulcami. Głaz zauważa celnie - Upierdolili wszystkie te aniołki.
Obudziłem się, bo dotarło do mnie, że nie z Głazem zaczynałem tę podróż.
Tysiące metrów w dół Chiny, ale już niewiele ich zostało. Śniadanie nad morzem, obniżanie lotu, widać wyspy, miasta, domy, platformy i statki. Po wyjściu z samolotu w miejsce odbioru bagażu jedzie się metrem. Autobus, który zawiezie nas do hotelu co godzinę, musimy poczekać. Dopiero z jego okna widzę, że jestem daleko, że ziemia kształtowała się tu inaczej - pofalowana, pełno wzniesień, część wygląda jak wyciosana, schodkowane zigguraty, pomiędzy nimi osiedla wielkich bloków. Miasta pełne billboardów i neonów, zasada jest zdaje się taka, że na obiektach usługowych przytwierdzają je w dowolnej ilości i wielkości, za to na mieszkalnych wcale. Kiedy bywalcy opowiadali mi, że Suwon, miasto w którym firma ma swoją twierdzę, jest pod Seulem, wyobrażałem je sobie jak Warszawę i Legionowo. Zapomniałem o skali, powinienem był wyobrażać je sobie jak Seul i Warszawę 2.0. Taką, jaką może będzie za trzydzieści lat, kiedy będziemy już mieli wszystkie mosty i obwodnice. No i światła zmieniające się co pięć minut pewnie też - spacer z hotelu do pracy zawiera w sobie więcej postojów niż chodzenia. Ulice mają szersze, ale chodniki węższe. Wszędzie jeździ pełno rowerów, wszędzie pełno stojaków. Z chodników wyziera wiek, nie są dziurawe, ale porysowane, popękane i pomarszczone, rzadko kiedy równe. Falujące jak cały ten teren. Domy stawiane jak najciaśniej, jak najwięcej i jak najwyżej - nie liczyłem pięter, ale wieżowce mieszkalne pewnie mają bliżej dwudziestu niż dziesięciu. Mniejsze uliczki to same drogi, bez chodników i krawężników. Nad nimi gęsto upięte kable. Z wrażeniem niekontrolowanego chaosu, potęgowanym chyba przez nieumiejętność odczytania koreańskich znaków, kontrastuje karność mieszkańców, którzy do autobusów ustawiają się w równiutkich kolejkach. Bardzo fajnie, że wszędzie upychają zieleń, drzewka i kwiaty, albo sportową infrastrukturę: kosze, jakieś siłowe przyrządy. Jak nie ma gdzie upchnąć, to da się nad parkingiem, ma u góry wysoką siatkę.
niedziela, 3 kwietnia 2011
¡Viva España!
Tak mi się weekendy teraz układają, że co i rusz jeżdżę 509, to jest autobus na Gocław, na osiedle mojego dzieciństwa. Raz zajechałem do końca, akcja z marzanną. Wczoraj tylko do połowy, przesiadka na Starzyńskiego, planszowy wieczór spędzony u Dwóch Kalorii, ale na Gocław i tak dostałem się we śnie:
Jestem na Gocławiu, gdzie kiedyś mieszkałem. Wchodzę do bloku i przekradam się korytarzami – widzę dziewczynę, myślę, że może to Oświecona, nie jestem pewien, więc żeby przekraść się jak najbardziej niepostrzeżenie, ślizgam się cicho po podłodze. Ale słyszę, jak mówi do kogoś, że może ja to ja, czyli jednak ona to ona. Ganiamy się przez chwilę po tych korytarzach, śmiech, zabawa, łapię ją i przewracamy się tak, że leży plecami na mnie. No i nowa zabawa – jestem transportowcem i muszę ją dostarczyć z powrotem. Dosiada się druga z sióstr, idzie mi w miarę gładko, ale kiedy jestem już pod drzwiami, siły zaczynają mnie opuszczać. No i mdleję, budzę się na trawie przed blokiem, myślę, że to znowu restart, jak w grze, dajmy na to w Final Fantasy VII, kiedy się spędziło za dużo czasu na lodowcu, bohater mdlał z wycieńczenia. Nie czuję się źle, a ktoś znajomy od razu przyprowadza dzieciaka, którym się trzeba zaopiekować. Idziemy więc na spacer, przez różne osiedla, robi się z nas cała ekipa. Ktoś wyraża obawę, że na osiedlu przed nami to się gada i krzyczy po hiszpańsku, jakby każde z osiedli miało mieć swój język i kulturę, i toczyły ze sobą walki. Faktycznie, słychać krzyki, chłopaki grają w piłkę w przejściu pod blokiem, ale mówię spoko, damy radę. Przechodzimy przed jedną z bramek pełni napięcia, kiedy gra się na chwilę uspakaja, słyszę krzyk, ale jestem pewien, że to jest rzucone do współgraczy: poczekajcie chwilę. Czyli że możemy przejść bez zaczepiania. Aż nagle jedna z piłek, a grają takimi piłkami do tenisa, wpada pod nogi kogoś z naszej drużyny i zaczyna się walka o nią – biegniemy na placyk za blokiem, wymieniamy podania, a oni starają się ją nam odebrać. Podają do mnie, słaby ze mnie gracz, ale dzięki temu zaskakujący, jakoś się przy niej utrzymuję. Zostaje mi ostatni przeciwnik do okiwania, jest bardzo wysoki i tyczkowaty, więc obmyślam taktykę dużej zwrotności, bo on na pewno długo nawraca. I wygrywamy, wracają na swoje boisko pod blokiem. Drużyna zadowolona, że bez żadnych strat idziemy dalej, a ja biorę piłkę w rękę, trochę starmoszoną i mokrą od kałuż i wracam na tamto boisko, zostawiam ją na skraju, mówiąc, że teraz ma również nasze kopnięcia i wszyscy rozumiemy, że to jest znak pokoju i sojuszu między nami a Hiszpanami. Akrobatycznie, biegnąc trochę po ścianach, doganiam swoją ekipę, która osiągnęła już jeziorka nad rzeką – ciepło, można rzucić się do wody. Część już w rzece, np. mój brat, pytam, czy woda nie zimna – zimna. No to nie ma mowy, ja nie wskakuję.W piątek na pewno nie byłem miłym towarzyszem dla nikogo, nie lubię, kiedy tak ze mnie wyłazi, że mam zły humor. Pod koniec dnia, kiedy atmosfera się rozluźniła i ekipa była radośnie zaczepna, rozdawałem nawet jakieś faki, odczepcie się, zostawcie. Nie jestem z siebie dumny. W domu trafiłem na ładny film, miałem kiedyś się na niego wybrać do Luny, ale akurat chyba wyskoczyło firmowe spotkanie, My Blueberry Nights. Historia o historiach - uspakajające. Skończyłem, odebrałem wiadomość: Ja wytrzymałem do 7 sekundy :P Jak długo Ty wytrzymasz??. Dwie dziewczyny i kubek, jak widać jeszcze nie każdy zdążył się na to natknąć, choć internet taki stary. I jak tu skutecznie pozbywać się gówna z pokładu?
wtorek, 22 lutego 2011
Kolejne piętnaście minut
Dzisiaj nawet obudziłem się na minutę przed szóstą, czyli przed pierwszym budzikiem, nawet przeszło mi przez myśl, żeby wstać i iść do pracy na godzinę wcześniej, ale nie. Szósta trzydzieści, czterdzieści pięć - a ja śpię. Od siódmej piętnaście śnię do tego.
I dwa bonusy:
A to Protestanka, która nie zważając na moją uszczypliwość i zaczepność znajduje na blogu wpis sprzed dwóch miesięcy prawie, bo miała mi tam wrzucić cytat, co się jej podobał i pasuje, cytat spotęgowany, bo to jest Kapuściński cytujący Konfucjusza, czyli teraz jest Protestanka cytująca Kapuścińskiego, cytującego Konfucjusza.
Jestem znów dzieckiem (bardziej niż teraz) i idę z zakupami. Obok idzie mama, idziemy tym terenem, na którym jeszcze nie ma ani ulicy Strumykowej, ani osiedla przy Stefanika. Jakieś wykopy, przygotowania. Mam wrażenie, że właśnie wróciłem kilkanaście lat wstecz i będę mógł naprawić całe życie - przede wszystkim zastanawiam się, które koleżanki z osiedla wyrosną na ładne dziewczyny. Przed nami idzie kuzynka, ale za chwilę już jedzie rowerem. Chcę ją dogonić, też mam rower, ale nie mogę - po tym jak wolno jadę i po widoku siostry za wzniesieniem orientuję się, że naprawdę jestem małym chłopcem, bo ona taka jeszcze mniejsza.Nie pamiętałem tego wcześniej, ale przecież miałem przynajmniej jedno noworoczne postanowienie - poczytać sobie Dzienniki Tyrmanda, zgodnie z datowaniem. Oczywiście nie dałem rady, już dawno się z datami rozjechałem i ciągle siedzę w styczniu. Jemu też czasem coś się śni - przywołuje wtedy Freuda i Junga, ale za chwilę pisze o systemie (wielki czarny pies wgryzający się w dupę, że boli albo nie). To by mieli ubaw w XXI wieku - gry, kreskówki, komiksy, fantazje. Do zastanowienia - czy śniłem kiedyś jakieś postaci książkowe? Czy jednak na tyle mam leniwą wyobraźnię, że nie wyglądają i nie mają jak się we śnie pojawić?
Dochodzimy do osiedla, kuzynka pakuje zakupy do samochodu, to jest Skoda, ale czerwona tym razem, oni chyba mają wyjechać. Mnie przechwytuje tata, podchodzimy do ogłoszenia o koncercie, że mógłby mnie zabrać. To jakiś zespół elektroniczno metalowy - mówię mu, że tego to ja nie słucham i podziękuję. Cięcie.
Po morzu płynie drewniany statek. Są na nim kobiety, są na nim dzieci powiązane z kobietami i ze sobą. Każda kobieta ma kilkoro. Nagle statek przepoławia się, wzdłuż kilu, jakby przecięty płetwą wielkiego rekina. Wszyscy krzyczą, wpadają do wody - panika, bo rekin. Jedna kobieta odrzuca od siebie dzieci, żeby jej było łatwiej uciekać - raczej nie mają żadnych szans związane ze sobą. Nie podoba mi się to, myślę o niej źle. I wtedy pojawia się rekin.
Staram się go utrzymać, nie wiem czy to ja tam jestem, czy sama moja wola. Chodzi o to, żeby trzymać go trochę nad wodą, bo wtedy jest podatny na ataki. Atakuje ktoś z daleka - magicznymi pociskami z kuszy. Są kolorowe, wbijają się w bok rekina. Mam wrażenie, że mam jakąś uzdę, wyrywa mi się, stara się tak wykręcić, żeby odgryźć mi nogi. Z jednej strony ma już wpakowane kilkanaście bełtów, więc staram się go wykręcić na drugą. Wtedy przebiega obok mnie Gutts, to on szyje do rekina z kuszy. Dziwię się, że biega po wodzie, ale orientuję się, że ma Buty Oślepiającej Szybkości (+200), czyli pewnie tak przebiera nogami, że może.
I dwa bonusy:
Ostatniego dnia napiszesz: "Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik..." Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja wykaże śmierć z wyczerpania.To Herbert o Tyrmandzie piszącym dziennik. Zważywszy na długość tych wpisów wcale bym się nie zdziwił.
A to Protestanka, która nie zważając na moją uszczypliwość i zaczepność znajduje na blogu wpis sprzed dwóch miesięcy prawie, bo miała mi tam wrzucić cytat, co się jej podobał i pasuje, cytat spotęgowany, bo to jest Kapuściński cytujący Konfucjusza, czyli teraz jest Protestanka cytująca Kapuścińskiego, cytującego Konfucjusza.
Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakas prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.No ba! Zawsze to wiedziałem. Żeby było zabawniej - cały akapit.
Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to też trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać, nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.Nawet Kapusta nie ciśnie mnie za bardzo za niewyglądanie poza czubek własnego nosa.
poniedziałek, 21 lutego 2011
Hallelujah bejbe!
Po długaśnej przerwie w zapisywaniu pamiętanych snów, przynajmniej takich, do których się przyznaję, że pamiętam (bo np. z Sylwestra na Nowy Rok miałem jeden traumatyczny o zamężnej kobiecie, którego nie wypada przedstawiać szerokiej publiczności), nieprzyzwoite opóźnianie wyjścia do pracy wreszcie się opłaciło. To mi się śniło pomiędzy ostatnim budzikiem o siódmej piętnaście, na który powinienem wstać, a siódmą trzydzieści, o której wstałem. Zawsze mnie to fascynuje, jak wielka fabuła mieści się przez chwilę w głowie, jak wielkie odległości tam przemierzam i jak niewiele z tego wszystkiego później pamiętam. Bo to raptem końcówka, a zrobione kilkanaście kilometrów.
Jesteśmy w Łodzi - ja, brat i Wujek, w domu chrzestnego ojca mojego jesteśmy, to jest blisko Stawów Jana. Są tam i domownicy, ale jak to często bywa, wszyscy mają się przenieść do domu Dziadka, to znaczy na Widzew. I tu zaczyna się konkurs.Jest w tym śnie zabawna przewrotność - bo takie jazdy na wyścigi często się przecież zdarzały, tylko odwrotne, kiedy rodzina pakowała się w dwa, trzy samochody i wyjeżdżała z Widzewa. Kto z kim, oczywiście myśmy z rodzeństwem zawsze chcieli jeździć z Wujkiem, ale nie zawsze się dało. Droga mierzona kościołami, bo to przy nich się zawsze skręcało, to znaczy nie zawsze, ale pamiętaliśmy wyjątki. Wujek twierdził, że najszybciej to i tak nie samochodem, a rowerem wzdłuż koryta łączącej okoliczne stawy Smródki. Na mapie jej tak nie podpisali.
Otóż przenosiny mają być wyścigiem tekturowych samochodów. Ja z Wujkiem i bratem jesteśmy jedną drużyną, jest też druga drużyna, to reszta ludzi. Tyleśmy ich widzieli - pojechali inną drogą. My jedziemy naszym kabrioletem i wcale nie przeszkadza nam, że jest zima. Prowadzi Wujek i robi to bardzo agresywnie - czasem jedziemy pod prąd, o włos unikamy czołowych zderzeń, telepiemy się po krawężnikach i torach tramwajowych. Ale jesteśmy spokojni. Kiedy coraz bardziej zbliżamy się do celu - zostaję w samochodzie sam i dopiero teraz jest naprawdę z tektury.
Na szczęście jest też na górce pośród osiedli, czyli mam miejsce żeby się rozpędzić, bo silnika też już żadnego nie ma. Taki tekturowy bobslej na kółkach. Nawet kiedy zjeżdżam już z górki, to on się ledwie co wlecze. Przejeżdżam wąskimi przesmykami między blokami, to już to miejsce, wielkie numery ulic wymalowane w kołach na ścianach. Wchodzę do domu, a tam wszyscy siedzą przy stole - cóż, przegraliśmy.
niedziela, 7 listopada 2010
Życie w szponach wyobraźni
Pokój, siedzę na kanapie z kimś, wchodzi koleżanka z czasów szkolnych. Opowiada, że odłożyła już sto tysięcy złotych na mieszkanie, przez trzy lata od kiedy się widzieliśmy. A ty ile odłożyłeś, pyta mnie. Migam się od odpowiedzi, komentuję, że pewnie więcej zarabiała, będąc w Ameryce, to musiałaś odkładać ze trzy kafle miesięcznie? W trakcie rozmowy siada na mnie, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi - erotyzm nie jest wliczony w tę przyjaźń. Inni wychodzą, a ja nagle wiem, że ona jest potwornie smutna i staram się na pociesznie przytulić. Jednak ona wyślizguje się wszelkim próbom, nie, nie opiera się, po prostu jest tak wiotka i jakby w jakimś śliskim dresie. Kiedy się ześlizguje, muszę ją podnieść z podłogi i spróbować jeszcze raz, w poszukiwaniu odpowiedniego układu ciał.Sen to czwartkowy, zanotowany na zebraniu, a później jakoś nie było czasu, żeby się tu podzielić. Dzisiaj miałem już kolejny, zupełnie inny, ale po drodze przecież się coś działo. Na przykład w ramach jednego fajnego projektu, który staram się zrealizować w pracy, wyważałem otwarte drzwi - no jestem amator, a nie programista, nie mam czasu zapoznawać się z pełną specyfikacją języka, więc wcale nie spodziewałem się, że funkcja do kopiowania plików nie to, że nie istnieje, tylko odmiennie od pozostałych funkcji powiązanych z plikami, nie zaczyna się na "f". Hej, dlaczego miałaby zaczynać się na "f", jeśli może nazywać się po prostu "copy"? Strasznie mi się to podobało, kiedy wpadłem na nią w chwilę po tym, jak ręcznie zrobiłem przepisywanie tych plików.
Później była firmowa impreza kręglowa, na której dla odmiany niewiele było żenady, bo większość koncentrowała się na meczu, a nie grze. Ja najpierw musiałem zapytać, czy nasi są biali, czy niebiescy, a później dowiedzieć się, w którą stronę którzy grają. Na szczęście na tyle jestem rozgarnięty, że kiedy słyszałem zachwycony ryk, to wiedziałem, że padła bramka, sam ryczałem i oglądałem powtórkę.
Ktoś rzucił hasło uczczenia zwycięstwa odpowiednio zwącym się browarem, ktoś inny, że jak poprzednio (nie wiem, kiedy to), na powietrzu, wprawdzie trochę padało, ale znalazło się niezłe miejsce pod przejściem nad jezdnią. Stoi pięciu chłopa, korporacyjny element, i z rozrzewnieniem wspomina, jak w liceum ukrywali browary po kieszeniach i plecakach, a później zeszyty do wyrzucenia, ale taka cena unikania przyłapania. Marudzą, tęsknią, jakie to życie mieli wtedy proste, a ja słucham i uśmiecham się, bo ja to jakimś sposobem wszystko ominąłem i nawet nie jestem pewien, czy tęsknić. Zawsze są jakieś problemy, tamte już przeżyte, więc pewnie dlatego tęsknią. W drodze powrotnej z Głazem dyżurny temat, kto gdzie mieszkanie i po ile, czy to już czas na kredyt, czy w ogóle zdolność kredytowa, czy trzeba czekać na kogoś, straszne. Wcześniej w kuchni dosiadł się do nas szef - O czym gadacie?
- Zbieramy na mieszkanie dla Głaza, cegiełka czterdzieści tysięcy!
Wczoraj po pracy plan na wytchnienie, nie dodzwoniłem się do Czarnej Mewy, jeszcze we wrześniu obiecywaliśmy jakieś wyjście. Odebrał za to niezawodny Katastrofa, tu bez wyjścia, z odwiedzinami. Na Kabatach również jego Smorka, nie spodziewałem się jej, mówił przecież, że się uczy, no ale skoro jest, to przecież, że uśmiechajmy się. Polecali jakąś książkę o wyłażących z głębin płaszczkach, ja sobie przypomniałem, że wikipedia ma artykuł o wielkich kałamarnicach sprzężony z artykułem o kaszalotach, bo gdyby ich nie zjadały, to pewnie byśmy nie wiedzieli, że takie są, a oni doszli, że z ryb czy stworzeń głębinowych faktycznie tam niewiele informacji - pewnie nie pisałem, że oboje dzielą zamiłowanie do biologii, więc mogą z takim oceanicznym tematem płynąć. Na szczęście nie na tyle daleko, żeby nie poczęstować obiadem, nie dość, że wyszedłem pełniejszy, to jeszcze z książką Iwaszkiewicza o Chopinie (płaszczki mnie jednak nie skusiły). Będzie jak znalazł, kiedy już przebiję się znów przez Hallera. Pożyczył mi to K2, on z kolei zajmuje się muzyką, widziałem kiedyś różne biografie u niego, więc w związku z Harrym szukałem Mozarta, ale na Fryderyka też jest okoliczność w tym roku.
I żadna z tych rzeczy nie tłumaczy dzisiejszego snu.
Wyglądam trochę jak Batman. Skrywam się w kurhanach, po kryjomu wyłapuję i pokonuję wrogów, którzy wdzierają się do ciągnących się pod nimi jaskiń. Wokół ciemność, noc, te kurhany się czasem zapadają, rządzę. Później szturm na siedzibę wroga, tym razem już w jakiejś armii, wielu nas. Przebijamy się przez korytarze, to dzieje się w kosmosie, musimy dotrzeć do centrum stacji, gdzie czeka na nas główny wróg, główny boss.
Wiadomo, że to ja go muszę rozwalić, wskakuję tam, ostrzeliwując się, pomieszczenie jest duże, okrągłe, walczymy. I kiedy ja mam wygrać, to on wdusza tajny przycisk, a podłoga w środku pomieszczenia otwiera się na kosmos i spadam w przestrzeń.
Prostuję się tylko, żeby lecieć szybciej, bo skądś wiem, na czym polega ta pułapka, oni specjalnie nas wpuścili do samego serca, żeby tym łatwiej nas zniszczyć. Spadam w przestrzeń a za mną spada bomba, jakie to słowo jest nieadekwatne do skali zjawiska - to jest pocisk atomowy, który zniszczy wszystko z czym przybyliśmy.
Myślę tylko, żeby zamknąć oczy, to może nie stracę wzroku, czuję wybuch i dwa smagnięcia po nich - nawet jeśli będę widział, to na zawsze zostaną mi pionowe znamiona na białkach.
niedziela, 31 października 2010
Gdy japko śpi snem kamiennym, wymyśla sobie historie
A ja znowu nieprzygotowany. Dzwonek do drzwi, patrzę na siostrę w przedpokoju, jak się szykuje do wyjścia, ale jeszcze nie jest wyszykowana, więc idę wyjrzeć przez wizjer, o co chodzi. Czy to może brat na nią czeka, wyszedł chwilę wcześniej. A tam trzy dziewczynki! Uciekłem, powiedziałem siostrze tylko, że jeśli coś ma, to może częstować, ale jeśli nie ma, to niech się chwilę wstrzyma z wyjściem. Rok temu w ogóle nie skojarzyłem o co chodzi i tylko się przed dziećmi wstydu najadłem, bo słodycze kupuję tylko na zapowiedziany poczęstunek, ostatnio kiedy Katastrofa ze Smorką byli u mnie. Teraz już tylko przed sobą. Hell no win.
Tak ze dwa lata temu zupełnie przypadkiem spędzaliśmy ten wieczór na mieście - Czarna Mewa, Smoczy i chyba Katastrofa. Pewnie żłopaliśmy litrowy browar za dychę w Wieżycy, na pewno kończyło się w okolicach McDonalda w centrum, który ma jakieś całodobowe okienko i tam do nas dotarła data, bo ludzie chodzili z czerwonymi rogami. Kiedy już prawie mogliśmy zamówić, czepiły się nas takie diaboliczne dziewczynki - z sugestią, że dżentelmen to by ustąpił miejsca w kolejce. To pierwszy epicki kontrast wieczoru, kiedy mówiono o dżentelmeństwie w ogonku do McDonalda, podobało mi się, więc włączyłem się do dyskusji, a nawet nieskromnie przyznam, że udało mi się ją uciąć:
- A czy Panie, jeśli można wiedzieć, są Damami?
- Nooo, nie.
- To wypierdalać.
Niestety, wesołość zapanowała tylko wśród moich towarzyszy, one niewyraźnie pokrzyczały, same siebie przekrzykiwały i gasły stopniowo, odchodząc jednak od nas.
Za kilkanaście minut Smoczy rozmawiał w autobusie z dziewczyną trzy razy większą od niego, która wcinała trzy razy większego hamburgera od niej i okazała się być studentką dietetyki. To ta druga epickość.
W tym roku spokojny dzień, już od wczorajszego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zacząłem skakać na youtube po linkach, bo Kobiety chwaliły się na profilu, że ktoś na jednym z trzech wymienionych ostatnio portali muzycznych je docenił, a ja przeczytałem jak docenia i okazało się, że właściwie napisał to samo co i ja. A dalej trafiłem na Yugoton, nie słyszałem tego dawno, może teraz bym sam poznał Nawrockiego W sercu miasta, zresztą całej płyty nie kojarzyłem jak wyszła, ale potwornie podobało mi się Gdy miasto śpi snem kamiennym Nosowskiej. I tak to się wszystko łączy, że pode mną, nade mną śpią, doskonale tracę czas i trafiam na Evę Braun, którą przecież ma w wyliczance Zmywak. Teraz też już widziałem. Może poszukam więcej, a może nawet założę na fejsie stronę Wciąż śpiewam piosenki zagranicznych zespołów po swojemu.
Na razie tylko po swojemu śnię dziwności:
Tak ze dwa lata temu zupełnie przypadkiem spędzaliśmy ten wieczór na mieście - Czarna Mewa, Smoczy i chyba Katastrofa. Pewnie żłopaliśmy litrowy browar za dychę w Wieżycy, na pewno kończyło się w okolicach McDonalda w centrum, który ma jakieś całodobowe okienko i tam do nas dotarła data, bo ludzie chodzili z czerwonymi rogami. Kiedy już prawie mogliśmy zamówić, czepiły się nas takie diaboliczne dziewczynki - z sugestią, że dżentelmen to by ustąpił miejsca w kolejce. To pierwszy epicki kontrast wieczoru, kiedy mówiono o dżentelmeństwie w ogonku do McDonalda, podobało mi się, więc włączyłem się do dyskusji, a nawet nieskromnie przyznam, że udało mi się ją uciąć:
- A czy Panie, jeśli można wiedzieć, są Damami?
- Nooo, nie.
- To wypierdalać.
Niestety, wesołość zapanowała tylko wśród moich towarzyszy, one niewyraźnie pokrzyczały, same siebie przekrzykiwały i gasły stopniowo, odchodząc jednak od nas.
Za kilkanaście minut Smoczy rozmawiał w autobusie z dziewczyną trzy razy większą od niego, która wcinała trzy razy większego hamburgera od niej i okazała się być studentką dietetyki. To ta druga epickość.
W tym roku spokojny dzień, już od wczorajszego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zacząłem skakać na youtube po linkach, bo Kobiety chwaliły się na profilu, że ktoś na jednym z trzech wymienionych ostatnio portali muzycznych je docenił, a ja przeczytałem jak docenia i okazało się, że właściwie napisał to samo co i ja. A dalej trafiłem na Yugoton, nie słyszałem tego dawno, może teraz bym sam poznał Nawrockiego W sercu miasta, zresztą całej płyty nie kojarzyłem jak wyszła, ale potwornie podobało mi się Gdy miasto śpi snem kamiennym Nosowskiej. I tak to się wszystko łączy, że pode mną, nade mną śpią, doskonale tracę czas i trafiam na Evę Braun, którą przecież ma w wyliczance Zmywak. Teraz też już widziałem. Może poszukam więcej, a może nawet założę na fejsie stronę Wciąż śpiewam piosenki zagranicznych zespołów po swojemu.
Na razie tylko po swojemu śnię dziwności:
Jestem w takim wielkim mieście, które bardzo przypomina Vivec z Morrowind, czyli to są wielkie klocki na wodzie połączone mostami. Odwiedzam w nim kilka miejsc, przemieszczam się pomiędzy kantonami, aż staję na jednym z górnych mostów z kilkoma innymi osobami, a na dole jakiś tłum. Teraz to już zupełnie jest gra, musimy w ten tłum rzucać, żeby nie przeszedł dalej i nasze pociski lecą torem parabolicznym, bo rzucamy jakby zza płota. Tylko ja nie mam odpowiednich pocisków.
Wyrzucam jeden, drugi, trzeci i zostaje mi tylko taki krzyż, ale nie chrystusowy, tylko mniej prosty, z otworem w środku, w typie amuletu. Rzucam nim, ostrzegając towarzyszy, że to raczej ma inne zastosowanie i nie wiadomo, co się będzie działo. Tam w tłumie jest jedna ruda kobieta, której teraz wystaje całkiem dorodna pierś, a cały tłum okazuje się tłumem kobiet. I ta jedna, zamiast ginąć, przedziera się na drugą stronę, moi towarzysze uciekają, a ja pokładam się na moście i myślę, że żeby się nie zorientowała, kto rzucił krzyżem, to będę udawał martwego.
Gdzie tam, podbiega do mnie coraz bardziej naga i coraz bardziej zadowolona, że się do mnie dobrała. Podnoszę ją i tuląc zaczynam biec znów przez całe miasto, odwiedzam kolejne już widziane miejsca, żeby znaleźć jakieś łóżko, ale albo drzwi są pozamykane, albo zbyt te łóżka na widoku. Przypomina mi się, że moje własne łóżko jest w drugim z kolei w domu pomieszczeniu, więc pewnie najbezpieczniejsze, ale czy i jak z niego skorzystaliśmy to już nie wiem, bo się obudziłem, kiedy starałem się tam dobiec.
czwartek, 14 października 2010
Ani jednej piosenki o miłości
Starałem się wczoraj być bardzo zen, więc przez kilka godzin przewracałem się na łóżku, zamiast komukolwiek zwracać uwagę na głośność społecznych interakcji. Telefon opacznie wziął ze mnie przykład i w myśl cichej zen nie zwrócił mi z rana uwagi, że wypadałoby wstać do pracy. Obudziłem się więc wyspany, wypoczęty i z tym pięknym uczuciem, że coś jest nie tak. Ciepło, przyjemnie, nie muszę roztrzęsiony zimnem szukać skarpetek - aha, to pewnie znaczy, że jestem spóźniony! A spóźniony nie ma powodu do pośpiechu, skoro spóźnienie już się technicznie dokonało. Okazuje się, że wychodząc z domu pół godziny później niż na ogół, zastaje się ulice puste, przejezdne. To wcale nie jest olśnienie, to po prostu przypomnienie, że matrix has you. Robię w tym tygodniu w pracy plakat, jest takie bardzo fachowe narzędzie do plakatów zwane Power Pointem, zainspirowałem się i zainspirowano mnie Warholem, o którym wiem tyle samo, co do wczoraj wiedziałem Mansonie, i teraz jestem bardzo dumny z oznaczenia krachu systemu cyfrowo zielonym kadrem z Matrixa. Ciekawe, czy przejdzie?
Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.
Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.
Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.
On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.
Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.
Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.
On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Około czterech postaci, prawdopodobnie Młotek pośród nich, no i ja też. Jesteśmy w białym pomieszczeniu, dachu nie ma. Perspektywa z góry - staramy się tam jak najlepiej ułożyć, dopasować. Chodzi o to, żeby wypełnić sobą całą przestrzeń. Patrzę na to z pewnej odległości, jak niezdarnie się tam przestawiamy, jak układamy się w tym pudełku po droższych cukierkach - są takie bardzo fajne metalowe pudełka, z pokrywkami, które dobrze nadają się na składowanie sentymentów.
W końcu udaje nam się i myślę, że to jest pełnia.
sobota, 11 września 2010
To nie będzie film
Obejrzę pewnie wkrótce jakiś film, to mogą być Chłopcy z ferajny, tylko muszę zaczekać, aż brat wyjdzie gdzieś w noc, tak się zapowiada. Na razie muszę cierpieć Wilki z głośników. Nie, żebym robił Gawlińskiemu jakieś osobiste wycieczki, po prostu od lat trzymam się takiej zasady, żeby nie lubić słuchanych przez siostrę rzeczy (najwyraźniej to ona zaszczepiła dzikich pchlarzy bratu). Na ogół się udaje - słuchała jeszcze HIM i Bon Jovi, gdzieś na przełomie wieków musiałem alergicznie reagować na It's my life, a później się chłopaki najwyraźniej skończyli. Zasada nie zadziała w przypadku Myslovitz, cóż - jakoś to przeżyję.
Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.
Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.
Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!
Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.
To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.
A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.
Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.
Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!
Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.
To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.
A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Zresztą moja potrzeba wymiany myśli (niech Pani rzuci okiem na standardowe blogi) jest równa zeru:Co przecież nie jest nawet w połowie tak dla mnie niszczące, jak wypowiedź na temat własnego malarstwa:
Tsheść co słychać?
Nudno qrwa
I tak dalej.
Co do grafiki, to ja nie mam tematów przewodnich, bo mnie chodzi o formę, a nie o temat. Robię twarz lub postać i tyle. Pretekst dla formy.Może to i dobrze, może to domknięcie okręgu, bo dla nas jego obraz był pretekstem dla pogodzenia konspektu prezentacji z wybranym przez Smoczego tematem. Za to domknięciem tematu imprezy jest dzisiejszy sen:
Jedziemy większą grupą autobusem, to na pewno już poranek, to na pewno po imprezie, skoro wzdłuż pojazdu szlaja się wybitnie najebany Czarna Mewa. My jesteśmy gdzieś z tyłu, a on z przodu się zatacza, pokazuje wszystkim faka i śmieje się przy tym perfidnie, jak to on.
W tym momencie zauważam, że jest jakby za taką przegrodą, która wygląda jak przynitowane okno samolotowe i z tamtej strony zaczynają do niego wstawać dresiarze. Siedzę jak sparaliżowany, wszyscy tak siedzimy, a dresiarzy robi się coraz to więcej, teraz już i po naszej stronie - dobijają się przez tą przegrodę, jest ich przynajmniej dziesięciu i każdy chce Mewie wpierdolić.
Wciąż paraliż, czy raczej pewnie strach, żeby mi okularów nie przetrącili i okolic twarzy przy okularach, oraz innych miejsc na ciele.
Później wywlekam go z autobusu, jest ze mną jeszcze ktoś, załamuje nad sprawą ręce, ja pilnuję, żeby autobus nie przejechał Mewie po nogach, układam jego głowę na swoich kolanach niczym zrozpaczona dziewica. On z tym samym najebanym uśmiechem, choć może już trochę mniej zadowolonym - Wpierdolili mi trochę.
sobota, 4 września 2010
Jednoznaczne dowody egotyzmu!
Jaka sprawa? Jaka chryja! Ale jakie ciepło we śnie. Otóż po wpisie na blogu zaskarżył mnie o obrazę czy coś takiego sam prezes. Wstałem, dojechałem do pracy i tam się o tym dowiedziałem, oczywiście pierwsze strony portali internetowych o tym, może nie bardzo nachalnie, ale to zawsze cenne, kiedy prezes pozywa internautę, więc są o mnie nagłówki w kolumienkach. Szybko wyjechałem z pracy, wykonywałem telefony, przecież muszę podjąć jakieś kontrdziałania. Oczywiście jednocześnie patrzę, co się z blogiem dzieje - z tamtych portali napływają ludzie. Oni są bardzo na luzie, mam same pochwalne komentarze i nikt nie zauważa niczyjej obrazy, ludzie skupiają się na wszystkim innym i jest mi bardzo miło.
Tym bardziej będę dawał odpór przed sądem!
To jeden, ale jeszcze dalej, po przerwie, znaczy po innych kwestiach. Szedłem do kina, obok była nieznajoma dziewczyna, nie szedłem z nią, ale trzymała się w taki sposób na krawędzi pola widzenia, że na pewno chciała ze mną iść, specjalnie się tak ustawiła, a ja tylko kombinowałem, czy nie trzeba jej zapytać - No, pewnie chcesz iść ze mną do kina?
Znalazł się senny amant, trzeba było dodać Kotek.
To pierwsza taka sobota, gdzie jak XXI-wieczny karierowicz słyszę stukanie i łupanie remontu elewacji i zwracam na nie uwagę. Nie boli, spałem wczoraj przed północą. Wstałem przed ósmą na to łupanie, za chwilę przyszedł sms, kto wysyła tak rano smsy, może brat coś chce - a to tak tak. Jakże to, skąd oni wiedzą, że już wstałem? Nigdy chyba tak wcześnie nie wysyłają, logiczne, gdyby mnie obudzili, to by była obraza i marka by cierpiała.
Jakby mało było sennego skandalu - Strachota uświadomił mi prześladowanie. Ja się wprawdzie urodziłem sporo po tym wybuchu w elektrowni, trzeba by ustalić, czy w matczynym brzuchu byłem już sobą, czy jeszcze nie, bo dla mnie chyba nie, ale dla mamy na pewno tak. Ale jednak jestem prześladowany - często widuję tych samych ludzi na przystanku. Na Rozdrożu na przykład w ten sam autobus wsiada z dzieckiem matka, chłopczyk ma ze cztery latka, ona taka maks trzydziestka. Widziałem ich i w ubiegłe wakacje, i na jesieni, dzień w dzień, nawet chłopca przepuszczałem na krawężniku, kiedy jechał po nim jakimś swoim samochodzikiem (autko to okropne słowo). No i wczoraj też byli, nawet odezwałem się do tej pani, która sadzała pod przeciwnym oknem chłopca - Przepraszam, przepraszam? Może pani chce tutaj usiąść z dzieckiem? Usiadła, ja się dosiadłem do takiej babci, która wyglądała bardzo podejrzanie i faktycznie wysiadła na Zamkowym. Jechałem i czytałem, a dopiero wieczorem mnie olśniło!
Przecież ja teraz wracam z pracy godzinę wcześniej. Wstaję do niej wcześniej, to i wracam, logiczne. Skąd więc ta kobietka z dzieckiem? Dlaczego siada tak blisko? Przecież męża nie szuka! Śledzi mnie? W jednym filmie była podobnie skonstruowana para zabójców.
Tym bardziej będę dawał odpór przed sądem!
To jeden, ale jeszcze dalej, po przerwie, znaczy po innych kwestiach. Szedłem do kina, obok była nieznajoma dziewczyna, nie szedłem z nią, ale trzymała się w taki sposób na krawędzi pola widzenia, że na pewno chciała ze mną iść, specjalnie się tak ustawiła, a ja tylko kombinowałem, czy nie trzeba jej zapytać - No, pewnie chcesz iść ze mną do kina?
Znalazł się senny amant, trzeba było dodać Kotek.
To pierwsza taka sobota, gdzie jak XXI-wieczny karierowicz słyszę stukanie i łupanie remontu elewacji i zwracam na nie uwagę. Nie boli, spałem wczoraj przed północą. Wstałem przed ósmą na to łupanie, za chwilę przyszedł sms, kto wysyła tak rano smsy, może brat coś chce - a to tak tak. Jakże to, skąd oni wiedzą, że już wstałem? Nigdy chyba tak wcześnie nie wysyłają, logiczne, gdyby mnie obudzili, to by była obraza i marka by cierpiała.
Jakby mało było sennego skandalu - Strachota uświadomił mi prześladowanie. Ja się wprawdzie urodziłem sporo po tym wybuchu w elektrowni, trzeba by ustalić, czy w matczynym brzuchu byłem już sobą, czy jeszcze nie, bo dla mnie chyba nie, ale dla mamy na pewno tak. Ale jednak jestem prześladowany - często widuję tych samych ludzi na przystanku. Na Rozdrożu na przykład w ten sam autobus wsiada z dzieckiem matka, chłopczyk ma ze cztery latka, ona taka maks trzydziestka. Widziałem ich i w ubiegłe wakacje, i na jesieni, dzień w dzień, nawet chłopca przepuszczałem na krawężniku, kiedy jechał po nim jakimś swoim samochodzikiem (autko to okropne słowo). No i wczoraj też byli, nawet odezwałem się do tej pani, która sadzała pod przeciwnym oknem chłopca - Przepraszam, przepraszam? Może pani chce tutaj usiąść z dzieckiem? Usiadła, ja się dosiadłem do takiej babci, która wyglądała bardzo podejrzanie i faktycznie wysiadła na Zamkowym. Jechałem i czytałem, a dopiero wieczorem mnie olśniło!
Przecież ja teraz wracam z pracy godzinę wcześniej. Wstaję do niej wcześniej, to i wracam, logiczne. Skąd więc ta kobietka z dzieckiem? Dlaczego siada tak blisko? Przecież męża nie szuka! Śledzi mnie? W jednym filmie była podobnie skonstruowana para zabójców.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
We like the sol
Trzeba było soboty, żebym przyjechał na rowerze do pracy - od razu wiedziałem, że dokładnie o to chodzi, za to nie wiem, dlaczego nie wiem tego zanim przyjeżdżam. Dobra, wstałem później niż w tygodniu trochę, to istotna różnica. Pogoda utrzymuje się jesienna, dziś zmieniłem koc na ciepłą kołdrę, bo wczoraj obudziłem się zmarznięty lekko. Ciężej się spod niej wstaje. Jestem zadowolony, że udało mi się wykorzystać ostatnią być może szansę, żeby od razu, bez okresu adaptacji, czuć się w pracy dobrze. Jasne, zawsze można rowerem, wszystko można, tylko moja kondycja psychiczna pozostawia o poranku wiele do życzenia i wciąż nie wiem, jak mogę to zmienić.
Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).
Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.
Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.
Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.
Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.
Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.
Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.
Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).
Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.
Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.
Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.
Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.
Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.
Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.
czwartek, 19 sierpnia 2010
Make Adjustments, Go Get It Energized!
I żeby następnym razem śniła mi się może jakaś kobieta, którą przynajmniej znam - nie odpukałem, wykrakałem, że hej. Największa, najfajniejsza nieprzygoda we śnie sensacyjnym. Sny trzeba opisywać, żeby były zapamiętywane, czasem robię to w telefonie, kiedy jadę autobusem, a później rozwijam tu czy tam. A jeśli nie rozwinę, to zostają wśród notatek takie:
Jakie fajoskie rzeczy się musiały dziać, ale zrozumiała jest już tylko ta szczeniacka chęć bycia zauważonym, jak z serialu dla nastolatków. Dobrze myślę o tym śnie, ciekawe, jak będę myślał o dzisiejszym, który mogę zapisać dokładniej.
Jakie brzydkie otwieranie ognia do kogoś, przeskok do otwierania ognia dla kogoś. No!
No tak, przy śniadaniu pojawił się temat FFVII, więc może koloryzuję. A może się przydał, żeby zapisać.
04/03/2009
M, podróż, plecaki z ogniwami, most nad przepaścią, winda z trzema osobami, więcej, problemy z odjazdem, dwie osoby urywają się na pierwszym piętrze, nie zauważam M, udaję, zmieniłem się, ona ma zauważyć, Smoczy, park, festyn, zielone koszulki ja, S i M, ziomalskie powitanie, maraton, drużyna, krzyczę do S patrząc na koszulki i nie na M. Festyn, występy, koncerty, wydurniamy się z S głośno, teraz zdaje się, że M mnie dostrzega na chwilę, woda, rusztowanie, podwieszany pociąg, przedstawienie zderzenie, ja się tego boję, fala jak z filmu uderzeniowa. Kebab keczup portfel Cytat.
Jakie fajoskie rzeczy się musiały dziać, ale zrozumiała jest już tylko ta szczeniacka chęć bycia zauważonym, jak z serialu dla nastolatków. Dobrze myślę o tym śnie, ciekawe, jak będę myślał o dzisiejszym, który mogę zapisać dokładniej.
Ona nie jest jakąś zwykłą dziennikarką. Wiesz, pęknięte rury i zakorkowane miasto. Ciężko ją znaleźć, bo raczej nie potrafi usiedzieć w miejscu i najbardziej interesuje się tą całą wojną. Więc tam szukam, chodzę pomiędzy niskimi białymi budynkami i pytam. Mówią, że jest trochę inna, dziwna. Że siedzi w samym środku tego wszystkiego.
Widzę trochę świata z góry, to bardziej mapa niż świat, są góry, jest wojna, szlaki i przełęcze. Tam widzę, gdzie ona jest, gdzie jest jej dom.
Wyruszam z oddziałem, to bardziej najemnicy niż żołnierze, nie trzymamy konkretnego szyku, idziemy przez pustynię. Dostaję broń, długi karabin, bo przecież każda para rąk się przyda. Już za chwilę skaczę w przepaść, a oni za mną, każdy zwisa na krawędzi, na jednej ręce. Przed nami przestrzeń, pod nami nie wiadomo, bo wszyscy patrzą w górę, w błękit nieba, tam są różne maszyny, samoloty, wylatują znad krawędzi. I otwieramy do nich ogień, ja strzelam pierwszy.
Jakie brzydkie otwieranie ognia do kogoś, przeskok do otwierania ognia dla kogoś. No!
Znajduję ten dom, a drzwi otwierają się dla mnie. Dom jest na półwyspie, to znowu widok na mapę, półwysep oddzielony od kontynentu górami, jak z gry, jak z mapy, w takie miejsca dostaje się daleko, głęboko w grze, to na ogół dosyć skomplikowane.
No tak, przy śniadaniu pojawił się temat FFVII, więc może koloryzuję. A może się przydał, żeby zapisać.
Więc ona otwiera i chyba nie mówi. Ma psa, jest noc, ale ten pies jest spokojny. Ja jestem zmęczony, w ogóle jestem tam, bo najwyraźniej nie ma innego miejsca. Nie mam gdzie iść. Ona wskazuje dla mnie łóżko, to nie jest jej łóżko, ale nie tak daleko. Jestem trochę spokojniejszy. Nie tak, że zupełnie, ale spokojniejszy niż przed chwilą na progu.
To w końcu całkiem blisko. No i ona patrzy.
piątek, 30 lipca 2010
Smutkarabin, pourywapaćkanie, strumieniosik, strumieniobryzg
Bardzo dziś intensywnie śniłem, pewnie zawsze to robię, tylko dzisiaj więcej świadomości zostało. Jakieś kolejki, jakieś zdarzenia i ląduję pod murem. Może grzebię w torbie, pochylony, może w przyklęku, a wtedy podchodzi kobieta, po której jadę wzrokiem od stóp w jakichś paskowanych butach, czyli przyjmijmy japonki, przez odkryte kostki i długą spódnicę w jakimś odcieniu zieleni, tam do twarzy i rudych włosów.
Jest w niej jakieś pytanie, bardziej w oczach niż słowach, mam też przykre wrażenie, że to trochę pochylanie się nad bezpańskim kundlem. Chyba wstaję, chyba staram się ogarnąć, pokazać jakiś kawałek stanowczości i pewności i wyrażam zgodę, mówię okej, dam radę.
Na pewno mam ochotę powiedzieć coś innego, ale widać w tamtym świecie pewne rzeczy się nie zmieniają, mówię co muszę, skoro kobieta jest z tego. Ona odchodzi, ja się wybudzam i myślę wu-te-ef, skąd ona, a do tego z zamiarem dołowania się przez cały dzień.
W przerwie w pracy postanawiam oszczędzić towarzystwu marudzenia i układam się do snu, muzyczka w słuchawkach, ale też się nie da, bo przy ulubionym kawałku o dzikach prujących ziemię dzwoni telefon, a ja głupi zawsze muszę odebrać, zamiast olać i oddzwonić później. Jakby bzyczenie telefonu mogło kogokolwiek w tej pracy irytować.
To Smoczy dzwoni, żebym przyjechał z laptopem, że może byśmy w coś pograli jutro w kilka osób, a dzisiaj może nawet rower. Jeśli się uda, to jak dziecko, jak z gimnazjum, przez tydzień rozbijać się z kumplami w okolicy na rowerach - środa, czwartek, piątek. Smoczego nie było ostatnio w kraju i chętnie posłucham o północy.
Idę do kuchni po herbatę i tam mnie zgarnia Głaz na spacer. Oczywiście ma w tym spacerze ukryty cel, idzie po zamówione filmy gangsterskie, ulubione, jeden ma w tytule przekręt, drugi w miarę prosty, choć tego samego typa, a trzeci strasznie przekręcony. Więc rozmawiamy sobie o tych filmach i np. kto takie lubi, co w bolesny sposób łączy się z tym cholernym snem. Nie wywołuj wilka z lasu!
Żeby to się tak dało kogoś wywołać, ile byłoby prościej. Ja czasem wywołuję, myślę o postaci przez miesiące nie widzianej i sama dzwoni w autobusie, albo wczoraj - jedziemy ekipą wałem, ja myślę, że na pobliskim osiedlu gdzieś mieszka koleżanka z liceum, którą w zakorkowany poniedziałek miałem na trasie marszu. Więc masz, pięćdziesiąt metrów dalej idzie ona, może z rodzicami, ścieśniają się, żeby nas przepuścić, a ja mówię kumplowi, no więc to była koleżanka z równoległej klasy z bardzo ładnymi oczyma wtedy i bardzo brzydkim papierosem w zębach teraz.
Chciałbym, żeby żałość ze snu mi się tak potwornie nie podobała, to może bardziej byłbym do życia i żeby następnym razem śniła mi się może jakaś kobieta, którą przynajmniej znam.
Jest w niej jakieś pytanie, bardziej w oczach niż słowach, mam też przykre wrażenie, że to trochę pochylanie się nad bezpańskim kundlem. Chyba wstaję, chyba staram się ogarnąć, pokazać jakiś kawałek stanowczości i pewności i wyrażam zgodę, mówię okej, dam radę.
Na pewno mam ochotę powiedzieć coś innego, ale widać w tamtym świecie pewne rzeczy się nie zmieniają, mówię co muszę, skoro kobieta jest z tego. Ona odchodzi, ja się wybudzam i myślę wu-te-ef, skąd ona, a do tego z zamiarem dołowania się przez cały dzień.
W przerwie w pracy postanawiam oszczędzić towarzystwu marudzenia i układam się do snu, muzyczka w słuchawkach, ale też się nie da, bo przy ulubionym kawałku o dzikach prujących ziemię dzwoni telefon, a ja głupi zawsze muszę odebrać, zamiast olać i oddzwonić później. Jakby bzyczenie telefonu mogło kogokolwiek w tej pracy irytować.
To Smoczy dzwoni, żebym przyjechał z laptopem, że może byśmy w coś pograli jutro w kilka osób, a dzisiaj może nawet rower. Jeśli się uda, to jak dziecko, jak z gimnazjum, przez tydzień rozbijać się z kumplami w okolicy na rowerach - środa, czwartek, piątek. Smoczego nie było ostatnio w kraju i chętnie posłucham o północy.
Idę do kuchni po herbatę i tam mnie zgarnia Głaz na spacer. Oczywiście ma w tym spacerze ukryty cel, idzie po zamówione filmy gangsterskie, ulubione, jeden ma w tytule przekręt, drugi w miarę prosty, choć tego samego typa, a trzeci strasznie przekręcony. Więc rozmawiamy sobie o tych filmach i np. kto takie lubi, co w bolesny sposób łączy się z tym cholernym snem. Nie wywołuj wilka z lasu!
Żeby to się tak dało kogoś wywołać, ile byłoby prościej. Ja czasem wywołuję, myślę o postaci przez miesiące nie widzianej i sama dzwoni w autobusie, albo wczoraj - jedziemy ekipą wałem, ja myślę, że na pobliskim osiedlu gdzieś mieszka koleżanka z liceum, którą w zakorkowany poniedziałek miałem na trasie marszu. Więc masz, pięćdziesiąt metrów dalej idzie ona, może z rodzicami, ścieśniają się, żeby nas przepuścić, a ja mówię kumplowi, no więc to była koleżanka z równoległej klasy z bardzo ładnymi oczyma wtedy i bardzo brzydkim papierosem w zębach teraz.
Chciałbym, żeby żałość ze snu mi się tak potwornie nie podobała, to może bardziej byłbym do życia i żeby następnym razem śniła mi się może jakaś kobieta, którą przynajmniej znam.
sobota, 8 maja 2010
Rozedrgany kwiecień maj
Tak, to już ten dzień, to już ten piątek, kiedy zaczynamy kultywować kolejną świecką tradycję, wziętą być może z amerykańskich filmów, a być może od naszych ojców, w każdym razie pamiętam, że mój w ubiegłym roku, albo może jeszcze wcześniejszym pojechał i był, zresztą nie taki to kłopot, skoro wszyscy mają naszą klasę. Ten piątek zupełnie bez związku z przeszłością, żadna rocznica, ja mówię, że trzeba było wybrać datę egzaminu któregokolwiek, zresztą może przypadkiem, ale ktoś tam odpowiada, że zgadza się okres i basta i nic więcej nie trzeba. Ja wcześniej bardzo się zastanawiam, czy w ogóle iść, no bo z jakiej racji mamy sobą być zainteresowani teraz, jeśli nie byliśmy przez trzy lata wtedy, a już tym bardziej przez ostatnie pięć lat, kiedy jednego Ławka widziałem może trzy razy, z czego raz przypadkiem. - Co, nie lubiłeś ich? - zapytuje ktoś, może Głaz, a ja mu na to z tym uśmiechem szelmy, czyli że niezbyt poważnie, czyli że to było po prostu i nie chodzi o rzucenie kamieniami, czy przezywanie Pocahontaz za plecami, tylko może bardziej o krzyk do kumpla z równoległej i znalazł sobie przyjaciela dopowiedziane przez miejscowych, tak było po prostu, byłem, więc mówię mu z tym uśmiechem dającym do zrozumienia - To oni mnie nie lubili! I siedzę i czekam, bo wracać do domu bez sensu, można poczekać, można oglądać Meeting The Natives polecone przez Cygana, choć raczej poprzestanę na jednym odcinku, bo w końcu wyszedłem przed czasem na spacer. I od razu zobaczyłem taki kształt jakby sprzed pięciu lat, przeszedłem obok i później sobie uświadamiałem, że to mogła być Ona, czyli nie ta, co miała oczy i jednak nie była brana pod uwagę, tylko ta od przewracania się na schodach, dzięki której osiągałem szczyt egzaltacji, a ona nie poszła do teatru, przez co nauczyłem się, że szczyt to jeszcze nie koniec, cały kosmos jest tam wyżej, jeśli tylko chcę, jeśli tylko mam ochotę. Miałem. Więc idę niespiesznie (a jakże), Marszałkowską, widzę szczątki wieloryba, na chwilę staję na przystanku w stronę przeciwną, to znaczy - rozkojarzony; i orientuję się za trzy sekundy, że to trochę głupio, że zupełnie jak pięć lat wcześniej przy okazji jeszcze innej, a teraz przecież nie chodzi o żadną, no chyba, że to była Ona. Kilka godzin później Ławek ma w opisie "A teraz wstecz", kilka godzin później mówi - Stęskniłem się za tymi mordami. Może ma trochę racji, w końcu zebrała się nas jedna trzecia, co jako klasa matematyczna często powtarzaliśmy, chyba głównie po to, żeby nie było tak cicho jak z początku. Zebrała się taka jedna trzecia, która sprawiała wtedy wrażenie bardziej ogarniętej, a w każdym razie stabilniejszej psychicznie, mniej inwazyjnej, dobrej? Ta mała dziewczyna, która dwudziestego siódmego sierpnia dwa tysiące czwartego przyśniła się jako wielka dobroć i łapana za kolana, nie, nie tak, obejmowana jak bogini i bez erotyzmu, która wprawdzie później okazała się jak one wszystkie, ale jednak należy do lepszych wspomnień. Poszliśmy na pizzę, kogo nie ma i co się z nimi dzieje, żona nie puści, żona, dziecko, taksówkarz w Irlandii, jak to skończyłeś studia terminowo, oszuście! Wszyscy wokół muszą widzieć, że to oszustwo, ja to odbieram jako oszustwo, no bo nawet w pizzerii robimy rundkę wokół lokalu, zanim nam znajdują miejsca - przedstawienie. Więc dlaczego niby się nie przedstawimy, dlaczego każdy nie wstanie i nie da świadectwa, kim teraz jest? Siara, siara, cicho, siedź, nawet w żartach, nie! Kiedy dla mnie siara tak siedzieć, w myśl świeckiej tradycji po latach razem, kiedy nie mam nic do powiedzenia o piwie, kiedy staram się słuchać o erasmusach i obrączkach i w myśl postanowienia z tramwaju - idź i uśmiechnij się, i popatrz po prostu, co się przez te pięć lat zmieniło - uśmiecham się i staram nie patrzeć nikomu w oczy, nie każcie mi ze sobą rozmawiać, nie chcę tu powiedzieć głośno, że oto zainicjowaliśmy swoje uczestnictwo w tej świeckiej tradycji, polegającej na unikaniu niezręcznej ciszy, oby to było za dwadzieścia lat następnym razem.
Oczywiście to tylko taka projekcja, to ja tak miałem, a wy się tam bawcie dobrze. Ławek, mordo, z tobą się spotkam zawsze. Ale z nimi mi nie każ, nie.
Oczywiście to tylko taka projekcja, to ja tak miałem, a wy się tam bawcie dobrze. Ławek, mordo, z tobą się spotkam zawsze. Ale z nimi mi nie każ, nie.
czwartek, 22 kwietnia 2010
Czy ty wiesz, jaki dźwięk ma pęknięcie? - no proszę, wcale się go tu nie spodziewałem.
Życie niewyśnione. Geometria świata (to bardzo lubię) i horoskopy, ezoteryka i sekty, religia i sens życia, ile tak można strzelać pojęciami? Szukasz czego, sensu dla siebie, czy sensu wyższego - strzelmy tu słowem uniwersalny. Na ile robisz to specjalnie, czy może w ogóle tego nie dostrzegasz? Albo ja przyuważyłem za wcześnie, może powinienem dopiero jutro, po tym, jak już się stanie co ma być, bo coś będzie przecież. Coraz mniej wierzę, że to będzie spotkanie, wiesz, za dużo się naoglądałem filmów, przecież naprawdę niewiele filmów oglądam, taki po prostu jestem.
Nigdy nie pisz pamiętnika, dziennika, a w każdym razie nie rób tego z dokładnymi, dziennymi datami, godzinami (godziny pewnie zacząłem pisać, kiedy zacząłem czytać blogi). Jeśli coś dzieje się po prostu na wiosnę, to dzieje się po prostu, zawiera się w pojęciu wiosny i rozmywa w nim jak widma w niepewnym czasie. Za to jeśli dzieje się w tym samym układzie dnia i miesiąca, wtedy tylko nabiera mocy, znaczenia, przestań używać słowa tylko, przestań składać tak banalne zdania. To może w ogóle przestań składać zdania, jeśli nie wolno popadać w ton, wiesz kto pierwszy użył tego słowa, ambonalny.
Dlaczego to zostało wtedy zapisane, czy to był sen Kasandry, czy to był niezbyt udany film, czy to był film niezrozumiany, czy ikrę trzeba mieć w sobie, na szczęście nie znam się w ogóle na filmach, więc nie wypowiadałem się zbyt szeroko. Obejrzałem, przetrzymałem, szło to. A może to był dobry sen, już mówiłem, że nie wiem zupełnie nic o tych złych, tylko widziałem kiedyś, jak wyglądają na zewnątrz.
Wiesz co? To nie jest tak, że mnie denerwuje brak słowności. Słowność była jednym z podstawowych pojęć w kontekście życia społecznego, to w końcu wszystko jest jakaś umowa. Podręczniki do WOSu, gimnazjum (tfu!). To nawet nie jest tak, że nagle irytuje mnie próżnia wieczorna, ona się zapełni, można nie usmażyć mięsa, oglądać serial o Glinie, gapić się w sufit. Tak się ten świat przelewa. Irytuje poczucie braku, czyli niespotkanie. Za szybko wydaje mi się, że coś mam...
Ała, to jest naprawdę wielkie zdanie, pierwszy raz tak o sobie myślę, to zebranie (czwartek, wiadomo, że mnie zebranie nie interesuje i myśli płyną) musiało się odbyć, skoro trochę jakby rozważam okolice miłego przeznaczenia i straszliwego fatum.
Za szybko wydaje mi się, że coś mam. Ała, jakie to jednak jest głupie, jeśli jednak chodzi o to, żeby pękło. Zdaje się, że Janerka raczej dorabiał teksty do pisanej muzyki, zdaje się, że to najmniej poważana jego płyta, zdaje się, że to właśnie jej słuchałem, a do historii podwodnych mam bliżej w kontekście filmu o żółtej łodzi, za to nie mam pojęcia, czy obie rzeczy mają inny jakiś wspólny, wynikowy związek z Lechem (Nie! Liczba odsłon rośnie! A to nie ten, nie ten!). Czy Erich Fromm wiedział jak żyć, jej wynik jest wciąż tą samą grą.
Z czego by wynikało, że do porządku dziennego przechodzi się zawsze z porządku dziennego, nawet jeśli ów był porządkiem podkurwionym. Dlaczego w jednym tygodniu jesteś dwukrotnie podkurwiony dokładnie tym samym brakiem? Może dlatego, że wcale nie był wyśniony.
Nigdy nie pisz pamiętnika, dziennika, a w każdym razie nie rób tego z dokładnymi, dziennymi datami, godzinami (godziny pewnie zacząłem pisać, kiedy zacząłem czytać blogi). Jeśli coś dzieje się po prostu na wiosnę, to dzieje się po prostu, zawiera się w pojęciu wiosny i rozmywa w nim jak widma w niepewnym czasie. Za to jeśli dzieje się w tym samym układzie dnia i miesiąca, wtedy tylko nabiera mocy, znaczenia, przestań używać słowa tylko, przestań składać tak banalne zdania. To może w ogóle przestań składać zdania, jeśli nie wolno popadać w ton, wiesz kto pierwszy użył tego słowa, ambonalny.
Dlaczego to zostało wtedy zapisane, czy to był sen Kasandry, czy to był niezbyt udany film, czy to był film niezrozumiany, czy ikrę trzeba mieć w sobie, na szczęście nie znam się w ogóle na filmach, więc nie wypowiadałem się zbyt szeroko. Obejrzałem, przetrzymałem, szło to. A może to był dobry sen, już mówiłem, że nie wiem zupełnie nic o tych złych, tylko widziałem kiedyś, jak wyglądają na zewnątrz.
Wiesz co? To nie jest tak, że mnie denerwuje brak słowności. Słowność była jednym z podstawowych pojęć w kontekście życia społecznego, to w końcu wszystko jest jakaś umowa. Podręczniki do WOSu, gimnazjum (tfu!). To nawet nie jest tak, że nagle irytuje mnie próżnia wieczorna, ona się zapełni, można nie usmażyć mięsa, oglądać serial o Glinie, gapić się w sufit. Tak się ten świat przelewa. Irytuje poczucie braku, czyli niespotkanie. Za szybko wydaje mi się, że coś mam...
Ała, to jest naprawdę wielkie zdanie, pierwszy raz tak o sobie myślę, to zebranie (czwartek, wiadomo, że mnie zebranie nie interesuje i myśli płyną) musiało się odbyć, skoro trochę jakby rozważam okolice miłego przeznaczenia i straszliwego fatum.
Za szybko wydaje mi się, że coś mam. Ała, jakie to jednak jest głupie, jeśli jednak chodzi o to, żeby pękło. Zdaje się, że Janerka raczej dorabiał teksty do pisanej muzyki, zdaje się, że to najmniej poważana jego płyta, zdaje się, że to właśnie jej słuchałem, a do historii podwodnych mam bliżej w kontekście filmu o żółtej łodzi, za to nie mam pojęcia, czy obie rzeczy mają inny jakiś wspólny, wynikowy związek z Lechem (Nie! Liczba odsłon rośnie! A to nie ten, nie ten!). Czy Erich Fromm wiedział jak żyć, jej wynik jest wciąż tą samą grą.
Z czego by wynikało, że do porządku dziennego przechodzi się zawsze z porządku dziennego, nawet jeśli ów był porządkiem podkurwionym. Dlaczego w jednym tygodniu jesteś dwukrotnie podkurwiony dokładnie tym samym brakiem? Może dlatego, że wcale nie był wyśniony.
sobota, 27 marca 2010
Jak grom z raju, a jasnego nieba już nie było, więc siedząc - nie dostąpiłem iluminacji
W ramach uzupełniania teorii spiskowej o kradnącej sny pracy - prawdopodobnie dzwonił dzisiaj z rana jakiś budzik. Prawdopodobnie trzy, bo tyle mam ustawionych. Na pewno je wyłączyłem i pewnie przez kilka sekund byłem tam świadomy, ale to jednak za mało, żeby wstać. Nie wstałem - więc śniłem.
Wstawanie z budzikiem objawia się mrowieniem czaszki. Średnio poetycko mawiam o tym uczuciu tak - zapierdalające albo nachrzaniające (w zależności od chęci użycia przekleństwa lżejszego/mocniejszego, wiem, ogólnie nie powinienem) po powierzchni mózgu karaluchy. Najbardziej daje się we znaki przy samej pobudce, choć jeszcze nie mam na to obrazowej metafory. Koncentruje się wtedy na samym czubku głowy, można dopowiedzieć sobie tutaj cokolwiek, że to najsłabszy punkt człowieka, że dziecku się zrastają kości głowy, że energia kosmosu przez nas płynie i przez czubek głowy idzie ten nurt. I przy pobudce nienaturalnej, budzikowej, niechcianej - mózg otwarty na wszechświatowe feng szui wypuszcza z siebie różne rzeczy, fajne, cenne, dajmy na to sny. Jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, dlaczego nie miałbym sobie tak banalnie mitologizować życia?
Więc dziś znowu nic nie uciekło, bo spałem sobie radośnie do ósmej rano. Działo się a działo, choć obrazki zostały dwa. Pierwszy to dom nad morzem, pomiędzy morzem i jeziorem. Wyglądam na jezioro, ale wychodzę na morze, ktoś, chyba wujek, ma motorówkę. Jest wybajerzona, później dowiaduję się, że właściwie można w niej nawet mieszkać, ale ja po prostu chwytam za stery, niby był przykaz ostrożności, ale i tak wciskam gaz do dechy. Nie urywa głowy tylko dlatego, że to sen, nie wyśniłem owiewki, za to wyśniłem manewrowanie pomiędzy jakimiś innymi statkami, taki rejs testowy, potwierdzam moc łajby, wysiadam.
Drugi obrazek jest smutny, bo pojawił się w nim obiekt, z którym toczyłem rozmowę bardzo przyjemną. W autobusie, niestety nie mam pojęcia o czym, za to mam poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zainteresowania, czyli wygląda to obiecująco. Może za łatwo i za bardzo nieżyciowo, musi się coś zepsuć - umawiamy się na przystanku Płochocińska. I jadę autobusem, który się tam nie zatrzymuje, myślę, że spoko, bez paniki, przejechał przystanek, ale zatrzyma się na następnym, to spokojnie zawrócę, lekko tylko spóźniony. No i figa, dalej nie wiem, co było, ale na pewno jej nie spotkałem. I usłyszałem od kogoś, albo pomyślałem, że jestem w ciekawej sytuacji - to jest moment obudzenia, kiedy z zaciekawieniem patrzę na godzinę, choć już wiem, że będę dzwonił o spóźnieniu.
Nikt się tym nie przejął, luźno się pracowało, grał jakiś kawałek z "Electric Avenue", ale ani Eddy Grant, ani Velvet, tylko reggae z okolic polinezyjskich, o których mało kto wie, czyli tym bardziej nie ja. Wyszedłem do Rozdroża, usiadłem na krawężniku i patrzyłem na napinających zewsząd rowerzystów. Zazdrościłem im, ale spoko, przecież mam dętkę, już wkrótce i ja powinienem jeździć. Ale iluminacja przyszła dopiero za dwadzieścia minut, kiedy już siedziałem w 503, obiekt czytający jakieś hiszpańsko wyglądające notatki zmył się z autobusu, a przenajpiękniejsza Meme mazała po ścianach czymś niestosownym (ja np. mazałem kiedyś kredkami). Przejechały radiowozy, zrobiło się gwarnie - no dobra, żadna to iluminacja, ale żaden też ze mnie bohater Coelho, w ogóle to chyba wolno mi pisać o zastrzykach światła? - po prostu wbiłem się z autobusem w przejazd rowerowej masy krytycznej. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych ucieszyłem się, chwyciłem za telefon sprawdzić, czy Bazyl przypadkiem właśnie nie wyjeżdża spod kolumny, nie wyjeżdżał, ale przypomniał o urodzinach Gargulca. Znaczy - kazał bardziej się zastanowić, czy to dzisiaj, zasugerował. Więc zacząłem kombinować datę, po drodze tłumacząc siedzącej naprzeciwko pani, że to taka akcja społeczna z tą masą, przyjmując na klatę jej brak ciepłych uczuć dla rowerzystów w zaistniałej sytuacji (ale jednak się uspokoiła po wyjaśnieniu, pozytyw). A datę wykombinowałem tak:
W 2004 byłem pod koniec marca na konwencie w Białymstoku. W weekend, ale wyruszyłem w podróż już w piątek, celowałem w konkretny pociąg, którym jechała z Katowic i Łodzi część ekipy. I wtedy też były urodziny Gargulca, odwiedziłem go przed wyjazdem. Musiałem przestawić kilkadziesiąt miesięcy w kalendarzu telefonu (nie znalazłem opcji przestawiania lat) żeby okazało się, że faktycznie, sześć lat temu dwudziesty szósty to też był piątek. Więc oddzwoniłem do Bazyla, że jak najbardziej, że widzimy się pod bramą i idziemy odwiedzić.
Powiedziałem tam pewnie przynajmniej połowę z zapisanych tu przez ostatni miesiąc rzeczy, czyli wyjaśnia się cel istnienia - mało kto ma mnie ochotę słuchać. No i dobrze, muszę wykombinować nazwisko tej jedynej słusznej fizyczki, przy której nie nie znosiłem fizyki, w ogóle nie gadamy o polityce, raczej o pracy, albo chęci na Teatr Telewizji, albo przegapionym przeze mnie "Mistrzu i Małgorzacie" w BOKu. Nie rozchodzimy się do domów po wyjściu, tylko robimy rundkę do pętli, Światowida, Mehoffera i rozstajemy się na równych prawach, tam przy światłach, gdzie odległości do klatek zawsze wyglądały na podobne.
Wstawanie z budzikiem objawia się mrowieniem czaszki. Średnio poetycko mawiam o tym uczuciu tak - zapierdalające albo nachrzaniające (w zależności od chęci użycia przekleństwa lżejszego/mocniejszego, wiem, ogólnie nie powinienem) po powierzchni mózgu karaluchy. Najbardziej daje się we znaki przy samej pobudce, choć jeszcze nie mam na to obrazowej metafory. Koncentruje się wtedy na samym czubku głowy, można dopowiedzieć sobie tutaj cokolwiek, że to najsłabszy punkt człowieka, że dziecku się zrastają kości głowy, że energia kosmosu przez nas płynie i przez czubek głowy idzie ten nurt. I przy pobudce nienaturalnej, budzikowej, niechcianej - mózg otwarty na wszechświatowe feng szui wypuszcza z siebie różne rzeczy, fajne, cenne, dajmy na to sny. Jakkolwiek by to głupio nie brzmiało, dlaczego nie miałbym sobie tak banalnie mitologizować życia?
Więc dziś znowu nic nie uciekło, bo spałem sobie radośnie do ósmej rano. Działo się a działo, choć obrazki zostały dwa. Pierwszy to dom nad morzem, pomiędzy morzem i jeziorem. Wyglądam na jezioro, ale wychodzę na morze, ktoś, chyba wujek, ma motorówkę. Jest wybajerzona, później dowiaduję się, że właściwie można w niej nawet mieszkać, ale ja po prostu chwytam za stery, niby był przykaz ostrożności, ale i tak wciskam gaz do dechy. Nie urywa głowy tylko dlatego, że to sen, nie wyśniłem owiewki, za to wyśniłem manewrowanie pomiędzy jakimiś innymi statkami, taki rejs testowy, potwierdzam moc łajby, wysiadam.
Drugi obrazek jest smutny, bo pojawił się w nim obiekt, z którym toczyłem rozmowę bardzo przyjemną. W autobusie, niestety nie mam pojęcia o czym, za to mam poczucie spokoju, bezpieczeństwa i zainteresowania, czyli wygląda to obiecująco. Może za łatwo i za bardzo nieżyciowo, musi się coś zepsuć - umawiamy się na przystanku Płochocińska. I jadę autobusem, który się tam nie zatrzymuje, myślę, że spoko, bez paniki, przejechał przystanek, ale zatrzyma się na następnym, to spokojnie zawrócę, lekko tylko spóźniony. No i figa, dalej nie wiem, co było, ale na pewno jej nie spotkałem. I usłyszałem od kogoś, albo pomyślałem, że jestem w ciekawej sytuacji - to jest moment obudzenia, kiedy z zaciekawieniem patrzę na godzinę, choć już wiem, że będę dzwonił o spóźnieniu.
Nikt się tym nie przejął, luźno się pracowało, grał jakiś kawałek z "Electric Avenue", ale ani Eddy Grant, ani Velvet, tylko reggae z okolic polinezyjskich, o których mało kto wie, czyli tym bardziej nie ja. Wyszedłem do Rozdroża, usiadłem na krawężniku i patrzyłem na napinających zewsząd rowerzystów. Zazdrościłem im, ale spoko, przecież mam dętkę, już wkrótce i ja powinienem jeździć. Ale iluminacja przyszła dopiero za dwadzieścia minut, kiedy już siedziałem w 503, obiekt czytający jakieś hiszpańsko wyglądające notatki zmył się z autobusu, a przenajpiękniejsza Meme mazała po ścianach czymś niestosownym (ja np. mazałem kiedyś kredkami). Przejechały radiowozy, zrobiło się gwarnie - no dobra, żadna to iluminacja, ale żaden też ze mnie bohater Coelho, w ogóle to chyba wolno mi pisać o zastrzykach światła? - po prostu wbiłem się z autobusem w przejazd rowerowej masy krytycznej. W przeciwieństwie do większości zgromadzonych ucieszyłem się, chwyciłem za telefon sprawdzić, czy Bazyl przypadkiem właśnie nie wyjeżdża spod kolumny, nie wyjeżdżał, ale przypomniał o urodzinach Gargulca. Znaczy - kazał bardziej się zastanowić, czy to dzisiaj, zasugerował. Więc zacząłem kombinować datę, po drodze tłumacząc siedzącej naprzeciwko pani, że to taka akcja społeczna z tą masą, przyjmując na klatę jej brak ciepłych uczuć dla rowerzystów w zaistniałej sytuacji (ale jednak się uspokoiła po wyjaśnieniu, pozytyw). A datę wykombinowałem tak:
W 2004 byłem pod koniec marca na konwencie w Białymstoku. W weekend, ale wyruszyłem w podróż już w piątek, celowałem w konkretny pociąg, którym jechała z Katowic i Łodzi część ekipy. I wtedy też były urodziny Gargulca, odwiedziłem go przed wyjazdem. Musiałem przestawić kilkadziesiąt miesięcy w kalendarzu telefonu (nie znalazłem opcji przestawiania lat) żeby okazało się, że faktycznie, sześć lat temu dwudziesty szósty to też był piątek. Więc oddzwoniłem do Bazyla, że jak najbardziej, że widzimy się pod bramą i idziemy odwiedzić.
Powiedziałem tam pewnie przynajmniej połowę z zapisanych tu przez ostatni miesiąc rzeczy, czyli wyjaśnia się cel istnienia - mało kto ma mnie ochotę słuchać. No i dobrze, muszę wykombinować nazwisko tej jedynej słusznej fizyczki, przy której nie nie znosiłem fizyki, w ogóle nie gadamy o polityce, raczej o pracy, albo chęci na Teatr Telewizji, albo przegapionym przeze mnie "Mistrzu i Małgorzacie" w BOKu. Nie rozchodzimy się do domów po wyjściu, tylko robimy rundkę do pętli, Światowida, Mehoffera i rozstajemy się na równych prawach, tam przy światłach, gdzie odległości do klatek zawsze wyglądały na podobne.
piątek, 12 marca 2010
Na pewno nie obudzisz się przed budzikiem, jeśli tylko wyłączysz budzik
Warszawski sen, sen na ulicach miasta. Z szeregiem ludzi, ale z twarzy i interakcji to tylko Głaz, właściwie nie mógł się trafić nikt lepszy. Najpierw szliśmy na południe, to od razu jest jasna metafora, jasna dla mnie, bo czytałem "O bohaterach i grobach", oraz czytałem teksty tematyczne, żeby dotarły do mnie kierunki świata. Na południe od Białołęki to jest Gocław, czyli moje dzieciństwo.
Żeby tak od początku było wiadomo, o co we śnie chodzi, niby słabe. Ale czasem w ogóle nie wiadomo, to może jednak się tym ucieszę.
Trafiamy na miejsce i przez chwilę celebrujemy sukces. Wpadamy na pomysł, że można go celebrować w jakimś klubie dla panów - o klubie dla panów wspominał w pracy szef, masz ci los, żeby mi się od razu musiał przyśnić. I idziemy, ale tylko z Głazem, tym razem na wschód. Na wschodzie ostatnio byłem na rowerze, nie mam tam nic innego do roboty, nikogo tam nie znam, tyle co jeżdżę. Marsz jest długi, świat jest jasny.
Opuszczamy blokowiska, wchodzimy między jakąś niską zabudowę, prawie że ogródki działkowe i drogę zastępuje nam wielki czarny pies. Więc geograficznie musimy być na Grochowie pod torami, bo właśnie tam mnie kiedyś pogonił pies - wprawdzie nie wielki i bardziej bury, ale to nic fajnego jechać rowerem z takim szczekaczem skaczącym do nóg. Nie stoimy, uciekamy, od razu wiedziałem, że będzie gonił. Dobrze, że przynajmniej w snach człowiek biega szybciej od psa, jeśli nie ma do dyspozycji roweru.
Pies goni nas na zachód, staramy się go zgubić, skręcamy w jakieś boczne uliczki, wbiegamy w miasto. Obaj oglądaliśmy filmy z ucieczkami biegiem przez miasto, ale nic nie przewracamy. Kiedy wydaje się, że jest okej i zwalniamy - odwracam się i krzyczę, że jednak nie, że dalej trzeba wiać. Jestem przy tym zadowolony z formy, bo biegniemy tak bez opamiętania i niespecjalnie się męczymy. Mówiłem za dnia, że całkiem szybko biegam, jeśli przed kimś uciekam.
Docieramy do stacji kolejowej, ale bez torów, znowu wokół sporo ludzi, i pojazd na tej stacji, który (to jakaś senna tradycja) ma właścicielkę. Pojazd jest wielki jak osiemnastokołowiec z amerykańskiej drogi. Porusza się dosyć powoli, my ciągle jeszcze biegniemy i ja wskakuję na bok tego pojazdu. Mam jakieś oparcie dla nóg, trzymam się wystającej rurki, czuję się jak Yattaman na Yatta-Psie. I mam z tego frajdę, więc mówię właścicielce, że przecież od dziecka tak chciałem. Zatrzymujemy się i wpychamy do kokpitu, tam są ledwie dwa miejsca, więc ja się wpycham pierwszy.
Koniec.
W pracy koleżanka zwierzyła mi się ze swojego snu. Ja się w nim jej śniłem, jak przyszedłem do jej domu w jej rodzinnym miasteczku z poleceniem wykonania jednego zadania. Polecałem tonem raczej rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Koleżanka na to dobijanie się do drzwi odpowiedziała, że przecież jest sobota, na co ja nałożyłem kaszkiet i odwróciłem się na pięcie. Proszę, jak mi łatwo przemówić do rozumu i jak szybko się z cudzą argumentacją godzę.
Żeby tak od początku było wiadomo, o co we śnie chodzi, niby słabe. Ale czasem w ogóle nie wiadomo, to może jednak się tym ucieszę.
Trafiamy na miejsce i przez chwilę celebrujemy sukces. Wpadamy na pomysł, że można go celebrować w jakimś klubie dla panów - o klubie dla panów wspominał w pracy szef, masz ci los, żeby mi się od razu musiał przyśnić. I idziemy, ale tylko z Głazem, tym razem na wschód. Na wschodzie ostatnio byłem na rowerze, nie mam tam nic innego do roboty, nikogo tam nie znam, tyle co jeżdżę. Marsz jest długi, świat jest jasny.
Opuszczamy blokowiska, wchodzimy między jakąś niską zabudowę, prawie że ogródki działkowe i drogę zastępuje nam wielki czarny pies. Więc geograficznie musimy być na Grochowie pod torami, bo właśnie tam mnie kiedyś pogonił pies - wprawdzie nie wielki i bardziej bury, ale to nic fajnego jechać rowerem z takim szczekaczem skaczącym do nóg. Nie stoimy, uciekamy, od razu wiedziałem, że będzie gonił. Dobrze, że przynajmniej w snach człowiek biega szybciej od psa, jeśli nie ma do dyspozycji roweru.
Pies goni nas na zachód, staramy się go zgubić, skręcamy w jakieś boczne uliczki, wbiegamy w miasto. Obaj oglądaliśmy filmy z ucieczkami biegiem przez miasto, ale nic nie przewracamy. Kiedy wydaje się, że jest okej i zwalniamy - odwracam się i krzyczę, że jednak nie, że dalej trzeba wiać. Jestem przy tym zadowolony z formy, bo biegniemy tak bez opamiętania i niespecjalnie się męczymy. Mówiłem za dnia, że całkiem szybko biegam, jeśli przed kimś uciekam.
Docieramy do stacji kolejowej, ale bez torów, znowu wokół sporo ludzi, i pojazd na tej stacji, który (to jakaś senna tradycja) ma właścicielkę. Pojazd jest wielki jak osiemnastokołowiec z amerykańskiej drogi. Porusza się dosyć powoli, my ciągle jeszcze biegniemy i ja wskakuję na bok tego pojazdu. Mam jakieś oparcie dla nóg, trzymam się wystającej rurki, czuję się jak Yattaman na Yatta-Psie. I mam z tego frajdę, więc mówię właścicielce, że przecież od dziecka tak chciałem. Zatrzymujemy się i wpychamy do kokpitu, tam są ledwie dwa miejsca, więc ja się wpycham pierwszy.
Koniec.
W pracy koleżanka zwierzyła mi się ze swojego snu. Ja się w nim jej śniłem, jak przyszedłem do jej domu w jej rodzinnym miasteczku z poleceniem wykonania jednego zadania. Polecałem tonem raczej rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Koleżanka na to dobijanie się do drzwi odpowiedziała, że przecież jest sobota, na co ja nałożyłem kaszkiet i odwróciłem się na pięcie. Proszę, jak mi łatwo przemówić do rozumu i jak szybko się z cudzą argumentacją godzę.
piątek, 5 marca 2010
Albo nie wiedziałem, że "Acid Food" ma tekst, albo chodziło mi o inny kawałek
Odpalam Mogwai, bo chcę mieć coś w słuchawkach, a CSU nie jest jak Mogwai, pewnie to to. Ktoś szeroko tłumaczył, skąd wziął się post rock, oraz że najbardziej rozpowszechniony pogląd cisza-hałas stanowi ułamek, wtedy do mnie dotarło, że faktycznie, słowo post może sobie znaczyć zerwanie ze schematem zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo, refren, czy coś takiego, przy czym wcale nie oznacza wpadania w bojaźń diabła (jaką ja miałem wtedy frajdę, że zaczęli od long way from home i skończyli ostatnią z jedynej ogarniętej płyty). Okej, robienie nowych rzeczy ze starych, to coś jak Sonic Youth i używanie pałeczek od perkusji na gitarowych strunach? Mieli coś takiego.
Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.
Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?
Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.
Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.
Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.
Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).
Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.
Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.
Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.
Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.
Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.
Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.
Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.
Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.
Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.
Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.
I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.
Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".
Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.
Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.
Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.
Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?
Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.
Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.
Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.
Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).
Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.
Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.
Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.
Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.
Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.
Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.
Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.
Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.
Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.
Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.
I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.
Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".
Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.
Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.
wtorek, 2 marca 2010
środa, 24 lutego 2010
don't let them fix your head
Pamiętam fragmenty dzisiejszego snu. Jest do tego teoria spiskowa - na później.
Kontekst firmowy, wokół postaci z pracy, ale nikt konkretny - jeśli konkretni, to dalsi, dalecy, jak menadżer jednej z grup (sen proroczy, bo dzisiaj uczestniczyłem w spotkaniu z jego udziałem). Jest nas trzech i idziemy na jakieś firmowe wydarzenie, cały świat musi już być firmą, bo droga prowadzi przez kolejową bocznicę, czy inne cmentarzysko pociągów. I musimy po tych pociągach przechodzić wierzchem. Spoko, fajnie, tylko jeden rusza w trakcie przechodzenia, a przecież niebezpiecznie tak zeskakiwać w drodze. Mówię, że pewnie i tak się zatrzyma na Zachodnim, trudno, lekko się spóźnimy - i rozpłaszczam się na dachu pociągu, jest to słabo proporcjonalny pociąg, bo mogę go objąć rękoma i nogami, żeby nie spaść. Moi towarzysze są jakby bardziej ogarnięci i zwyczajnie siadają na dachu, bez potrzeby trzymania się.
Patrzę w stronę przeciwną do kierunku jazdy - za nami jakiś mały, biały pojazd. - Drezyna! - krzyczę do kumpli, spoko, nie musimy jechać do dworca, ściągną nas. Mają cały sprzęt alpinistyczny, linki, stelaże, nie my pierwsi utknęliśmy na dachu pociągu. Nie trzeba mi zresztą tych linek, nagle jestem bardzo sprawny i opuszczam się do drezyny przez wąskie okienko.
Impreza jest na moście nad rzeką, nie jest to żaden określony most, bo nie ma miejsca dla żadnych pojazdów. Jest noc, są jakieś kobiety, ktoś łowi ryby. Na moście jest fajnie, bo on jest zupełnie nigdzie, można się nie przejmować, można być głośno, nikomu nie przeszkadzamy. Myślę o tym przez chwilę, bo nie ma kobiet, na które miałbym ochotę zwrócić uwagę, w ogóle - wysiadam, wychodzę z imprezy. Może łowienie ryb i kobiety z kieliszkami szampana mnie nie kręcą.
Siadam na ławce nad rzeką, za mostem, obok mam kobietę - mostu właścicielkę. To jednak nie do końca taki zwykły most, to most, który można wynajmować na przykład na imprezy. Ekipa na moście o coś się z nią sprzecza, przekrzykuje, z lądu dociera więcej ludzi i usiłują wynegocjować bilet grupowy. Kobieta już ma się zgodzić, ale z drugiego brzegu wpada ogromna masa azjatów, tak zwana wycieczka, zwielokrotnienie każdej wycieczki, którą w życiu widziałem. I ta pani mówi, no, niestety, ich jest tak dużo, że ich wpuścimy za darmo, a wy się z tym grupowym zmywajcie.
Całe szczęście już nie jestem na moście, tylko idę ulicą Książkową, jest wieczór, idę w stronę Mehoffera, naprzeciw dwie ciemne sylwetki, jakoś się trącamy przy mijaniu, odwracam się i coś burczę, ale to ojcowie moich przyjaciół szkolnych - więc jednak nie burczymy, pokój.
Teoria spiskowa zaczyna się od tego, że zaspałem do pracy. Nie to, że się spóźniłem, ale zaspać zaspałem, potrafię zaspać i się nie spóźnić, a dzień wcześniej nie zaspać i się spóźnić, może mniej w tym moich umiejętności, a więcej humorów miasta. W każdym razie - nie pamiętałbym żadnego snu, gdybym nie zaspał. Nie byłoby snu. Codzienna praca w korporacji - ona kradnie sny. I przychodzi przypadek, przychodzi obniżenie biorytmu, czy mniej sprzyjający (firmie) układ gwiazd, ja nie mogę wstać - śnię. Trochę proroczo nawet. I przechodzę do rzeczywistości na tyle płynnie, że coś pamiętam, coś zostaje. Fajnie, bardzo lubię swoje sny, dobrze wiedzieć, że jeszcze są.
Kontekst firmowy, wokół postaci z pracy, ale nikt konkretny - jeśli konkretni, to dalsi, dalecy, jak menadżer jednej z grup (sen proroczy, bo dzisiaj uczestniczyłem w spotkaniu z jego udziałem). Jest nas trzech i idziemy na jakieś firmowe wydarzenie, cały świat musi już być firmą, bo droga prowadzi przez kolejową bocznicę, czy inne cmentarzysko pociągów. I musimy po tych pociągach przechodzić wierzchem. Spoko, fajnie, tylko jeden rusza w trakcie przechodzenia, a przecież niebezpiecznie tak zeskakiwać w drodze. Mówię, że pewnie i tak się zatrzyma na Zachodnim, trudno, lekko się spóźnimy - i rozpłaszczam się na dachu pociągu, jest to słabo proporcjonalny pociąg, bo mogę go objąć rękoma i nogami, żeby nie spaść. Moi towarzysze są jakby bardziej ogarnięci i zwyczajnie siadają na dachu, bez potrzeby trzymania się.
Patrzę w stronę przeciwną do kierunku jazdy - za nami jakiś mały, biały pojazd. - Drezyna! - krzyczę do kumpli, spoko, nie musimy jechać do dworca, ściągną nas. Mają cały sprzęt alpinistyczny, linki, stelaże, nie my pierwsi utknęliśmy na dachu pociągu. Nie trzeba mi zresztą tych linek, nagle jestem bardzo sprawny i opuszczam się do drezyny przez wąskie okienko.
Impreza jest na moście nad rzeką, nie jest to żaden określony most, bo nie ma miejsca dla żadnych pojazdów. Jest noc, są jakieś kobiety, ktoś łowi ryby. Na moście jest fajnie, bo on jest zupełnie nigdzie, można się nie przejmować, można być głośno, nikomu nie przeszkadzamy. Myślę o tym przez chwilę, bo nie ma kobiet, na które miałbym ochotę zwrócić uwagę, w ogóle - wysiadam, wychodzę z imprezy. Może łowienie ryb i kobiety z kieliszkami szampana mnie nie kręcą.
Siadam na ławce nad rzeką, za mostem, obok mam kobietę - mostu właścicielkę. To jednak nie do końca taki zwykły most, to most, który można wynajmować na przykład na imprezy. Ekipa na moście o coś się z nią sprzecza, przekrzykuje, z lądu dociera więcej ludzi i usiłują wynegocjować bilet grupowy. Kobieta już ma się zgodzić, ale z drugiego brzegu wpada ogromna masa azjatów, tak zwana wycieczka, zwielokrotnienie każdej wycieczki, którą w życiu widziałem. I ta pani mówi, no, niestety, ich jest tak dużo, że ich wpuścimy za darmo, a wy się z tym grupowym zmywajcie.
Całe szczęście już nie jestem na moście, tylko idę ulicą Książkową, jest wieczór, idę w stronę Mehoffera, naprzeciw dwie ciemne sylwetki, jakoś się trącamy przy mijaniu, odwracam się i coś burczę, ale to ojcowie moich przyjaciół szkolnych - więc jednak nie burczymy, pokój.
Teoria spiskowa zaczyna się od tego, że zaspałem do pracy. Nie to, że się spóźniłem, ale zaspać zaspałem, potrafię zaspać i się nie spóźnić, a dzień wcześniej nie zaspać i się spóźnić, może mniej w tym moich umiejętności, a więcej humorów miasta. W każdym razie - nie pamiętałbym żadnego snu, gdybym nie zaspał. Nie byłoby snu. Codzienna praca w korporacji - ona kradnie sny. I przychodzi przypadek, przychodzi obniżenie biorytmu, czy mniej sprzyjający (firmie) układ gwiazd, ja nie mogę wstać - śnię. Trochę proroczo nawet. I przechodzę do rzeczywistości na tyle płynnie, że coś pamiętam, coś zostaje. Fajnie, bardzo lubię swoje sny, dobrze wiedzieć, że jeszcze są.
Subskrybuj:
Posty (Atom)