poniedziałek, 20 stycznia 2025

Ósemki na trzecim planie

Podglądam sam siebie w nagraniu. Nie ustawiam jeszcze sam telefonu, choć wiem, że to pomaga, popatrzeć i przemyśleć, ale podglądam siebie z ciekawością, kiedy wystąpię u kogoś. Najśmieszniej było kiedyś, kiedy kamera złapała, jak się poddaję i kręcę w chwilowej rezygnacji głową. Tych chwil jest wiele, ale staram się ich aż tak nie akcentować.

Raz i dwa, i trzy, i cztery jest po prostu zapamiętane. Niezbyt zgrabne, ale przecież jeszcze o poranku siódmego grudnia pewnie przez chwilę upierałbym się, pełen konfuzji, że to jest raz-i-dwa-i-trzy-i-cztery-i-pięć-i-sześć. Ale uczyliśmy się liczyć w tych ósemkach i już tak nie zrobię. W pięć i sześć majaczy sens - te biodra wiedzą, że mają już choreograficzny obowiązek zrobić coś takiego, co na wdzięcznych planach pierwszym i drugim dzieje się już od raz. Moje biodra spoglądają, na razie jeszcze bez wdzięku, w tym kierunku, ale to całkiem dużo, myślę.

W siedem i osiem dzieje się ruch nogą i ruch rękoma na raz, podobnego kilka tygodni wcześniej nie zobaczył u mnie Busta Rhymes, choć był męczony przez dwie godziny nawet. Na drugiej nawet trochę wymawiałem się przed samym sobą zbyt bliską ścianą, cwaniak.

A teraz to jest na siedem i osiem, wszystkie kończyny działają wspólnie, z zawahaniem, ale wciąż bez paniki.

Na następne raz i dwa pojawia się na trzecim planie ktoś, kogo nie poznaję. Wystawia rękę, mniej więcej jak mu kazano. Wystawia nogę, mniej więcej jak mu kazano. Ten ktoś pamięta, że w sumie co chwila mylił, która noga pierwsza, ale mówił sobie - co mi tam, ostatecznie to nic nie szkodzi.

Ten ktoś nie pamięta jednak, żeby ktoś mu kazał coś więcej tam robić z ciałem. Przecież nawet sam sobie nie kazał. A jednak na chwilę ciało na trzecim planie działa samo z siebie. Tupie może nieco mocniej, niż sugerowano, ale przecież tak słyszy. Klatka piersiowa przez sekundę kręci się i spina delikatnie, w pół drogi między lewą i prawą ręką, ale wcale nie ze spięcia, tylko dlatego, że przez sekundę-dwie, płynie sama z siebie, być może przez chwilę czując. Nie: słysząc, reagując, podglądając.

To są ze dwie ósemki, kiedy ten ktoś zdaje się obcy, bo nie walczy o życie w ramach choreografii, tylko, uwierzyłbym, tańczy.

Bohaterka pierwszego planu, stosując tzw. magię kinematografii, przedłuża tę radość, bo siedem i osiem w trzecim zestawie przeskakuje po montażu, to inna próba. Podejście w którym wprawdzie robię coś nieco innego niż bohaterka planu drugiego, którą wcześniej poprosiłem o zamianę miejsc, żebym mógł od niej ściągać, ale jednak cokolwiek tam zrobiłem, wciąż przecież pasuje i nie ma powodu do przejmowania się, czy tu należało jeszcze obrócić rękę, czy dodać innej dekoracji.

Panika jest dopiero za kolejną ósemkę. Rzeczy zupełnie nowe-dzisiejsze, których nie pomieściła głowa, mimo wstępnych sukcesów po rozgrzewce. Nagle robię już coś tak bardzo innego, że może jednak wstyd;  widzę dokładnie, kiedy to nadchodzi, bo w pierwszym kroku naprzód razem z nogą jest jakiś ruch ręką, a w drugim kroku ręce już zacięte, w ciało wkrada się paraliż. Za chwilę pojawia się też stary wróg, falowanie, więc już naprawdę sypie się wszystko niby domek ze słomy zdmuchnięty przez wilka.

Panika na wilka, pawnilka, nazwijmy ją dla oswojenia. Nie szkodzi. Rusza mnie te kilka ósemek w środku. Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył. I z tym starym wrogiem też się kiedyś dogadam.

środa, 8 stycznia 2025

Soundtrack mojej ucieczki

Skok wiary, Salto mortale (07/08.12.2024)

Cudowna może trochę nas tam wzięła pod włos, kiedy tak mówiła - mam takie marzenie - no ale skoro mówię na nią tak jak mówię, to nie mogłem nie wziąć w tym udziału. Tak nam mówiła, jak do dzieci w przedszkolu prawie, a mam to skojarzenie z przedszkolem zapewne dlatego, że opowiadała kiedyś, że w piwnicy trzymają trumny i ubawiło mnie, że to hurtowe trumny na dzieci muszą być, skoro wymiar na dorosłego.

Halloween to było.

Marzenie, że po dwóch miesiącach kursu (tu przynajmniej byłem na całym, to będzie z dziesięć czy dwanaście godzin zajęć) wystąpimy na pokazie grup szkolnym. Kiedy ja ostatnio występowałem? Bez wahania, wiadomo, choć w wiecznym zawahaniu, skoro to improwizacja i mimo trzech lat prób, ciągły strach przed sceną. W szkole tańca to odwrotnie - dokładnie wiesz co masz robić, albo prawie dokładnie, po prostu, jeśli jesteś mną, to jeszcze (powtarzam sobie) nie umiesz. Ale jednak z improv pozostało gdzieś to przekonanie, że trzeba tam wyjść na parkiet pomimo strachu, więc odpowiedziałem bez wahania - no jasne że wystąpimy.

Na drugim kursie byłem nawet krócej, bo dołączyłem kiedy ponownie skasowali mi w klubie fitness z grafiku trening funkcjonalny i zwolniło się miejsce. Jezu, jak się cieszę! Szkoła tańca miała pomagać w zajęciach na licencji z klubu, może się już przestańmy z tym migać, że się lubi zumbę (Will Smith śmiał się z Margot Robbie), no ale okazało się że zumba została inspiracją do jeszcze cudowniejszych i cudaczniejszych wygibasów. Więc priorytety są zmienione - tańce above all.

I pewnie dlatego dzisiaj nawet nie ubolewałem jakoś specjalnie, że na samą jogę poszedłem, bez wycieczki na Promenadę. Trzeba czasem pielęgnować kolana, kiedy pojawia się nowa zajawka, to łatwiejsze.

Więc miesiąc temu daliśmy dwa pokazy, nie mogę patrzeć na nagrania z tego, myślę nawet nie o sobie, tylko jak zaprezentowałem Cudowną, tak uparcie pracującą żeby mi wbić cokolwiek o baunsie, zawsze lekkim ugięciu kolan i liczeniu ósemek, że przez poprzedzający występy tydzień zorganizowała dodatkowe godzinki szkoleniowe. Bo Cudowna ewidentnie kocha co robi i mnie to super porywa i jak nigdy wierzę, że mimo postępujących zakoli i postępującej siwizny, wolno mi się tym bawić a przestrzeń do poprawy nie ma końca, nawet jeśli na występ idę mając zaufanie jedynie do jej oceny sytuacji, w żadnym razie do samego siebie.

Rozwinięcie zajawki na DDR przesunięte o dwadzieścia lat, ot.

Dostałem też ostatnio tabletki nasenne, które w ulotce są również antydepresyjne i one przypomniały o tym wiecznym strachu przed sceną, ale też przed wszystkim, o lekarce zwracającej uwagę, jak się trzęsę, kiedy mi przecież tylko bada bóle szczęki, dekadę temu ponad to już musiało być i trochę mi wyszło na to, że to jednak może być jakoś inaczej i może ja potrzebowałem czegoś takiego już wtedy, albo nawet jeszcze wcześniej (spotkania ze szkolną psycholog wcale nie były łatwiejsze, ale komu ona próbowała pomóc, nie mnie, tylko tej która mnie tam skierowała), że wcale nie musiałem na tę scenę wychodzić w wielkim strachu i przerażeniu, trzęsąc się cały, mimo upływu lat, bo ta odwaga wyjścia na scenę niczego tu nie naprawi.

Nie mam już więcej tych happy pills, niech już będzie tak jak jest teraz, bo jest lepiej.

Przeżyłem oba występy, miałem ze sobą t-shirt z Generałem Daimosem, jako symboliczne wsparcie, dostałem go kiedyś od przyjaciół z Krańca Świata. Że nie liczyłem ósemek, żeby przynajmniej lecieć do rytmu na reggaetonie to sobie nie wybaczę już, ale Wiedząca Czego Chcąca błyszczała na szczęście, może nikt nie zwrócił uwagi za mocno na mnie. Nie lubię tego opisu, że muszą powiedzieć, że od dziesięciu czy dwunastu zajęć, to brzmi, jakby wiedzieli jak źle wypadnę zanim zaczęliśmy. Trudno. Dużo emocji, znów powracające od czasu pierwszej zumby wspomnienie końca lat dziewięćdziesiątych i wyśmiewających mnie w zagranicznej szkole dzieci, kiedy próbowałem powtórzyć co tam ćwiczyły do szkolnego występu. Inne traumy i uświadomienia, dlaczego te dziewczęta w tańcu robią aż takie wrażenie - bo to w tańcu zrozumiałem że pewne wspólne miejsce już nie istnieje.

Emocje to wygłupy, poprosiłem Cudowną o zdjęcie na pamiątkę z wieczoru, są na nim grupy wszystkie które prowadziła, a miała dwa występy z amatorami i jeden z profesjonalną, biorącą udział w zawodach, grupą choreograficzną, która potrafi w tańcu nawet salta. Wydrukuję sobie do ramki, na razie mam w niej jedynie zdjęcie z Mimblą (mogła mieć i inne xywki na tym blogu, trudno, ta pierwsza przyszła) z dzieciarnią, będzie drugie. Nie zbieram zdjęć, jeśli zapełnię wszystkie pięć czy sześć slotów to może pora zakrzyknąć chwilo trwaj.

Z imprezy uciekłem, kiedy ekipa poszła na parkiet, zbyt mało jeszcze traum przepracowanych, żebym i ja tam szedł, za dużo wygłupów, żeby nie zastanawiać się, czy Salto tak aby nie patrzy, bo jakiś debil się przypałętał, wystarczy jedno takie Salto i znajomi wężykiem puszczeni przodem na parkiet, na który ich nie gonię i zostaję sam, i zaczynam mieć poczucie, że idę nocą przez jakiś las i wszędzie siedzą sowy i wszystkie patrzą i są sowami, więc są takie mądre i w tych wielkich oczach wiedzą o tym strachu, więc uciekam, uciekam, uciekam, uff.

Zapewne myląc się w tym wszystkim okrutnie i do tego zapewne zupełnie intencjonalnie (to obrona, jak z tym paplaniem przy Wiedzącej Czego Chcącej), nie byłby to pierwszy raz w tym roku. Byle nie wpaść w takie sidła jak poprzednio.

Dwa występy to dość dużo odważnych rzeczy na jeden wieczór więc może nawet tchórz sobie, tchórz.

Akapit jak lodowa cegła (31/01)

Chwilo trwaj nie krzyczałem w ostatnim dniu roku, kiedy siekła we mnie najgorsza migrena od miesięcy. Serio, nie pamiętam przez ostatnie pół roku żebym w ogóle miał choć jedną, ale może o tym się chętnie zapomina (na pewno pod koniec czerwca jedna była). Czy to jakieś tym razem zupełnie nieuświadomione zgryzoty, że nie ma planów, że raczej nikt nie proponował planów (bo pytania rzuconego na czatową grupę organizującą tańce raczej nie odebrałem żeby było do mnie, no ale uczciwie odnotujmy), czy może znów Salto, bo mieliśmy dzień wcześniej trening łączony z grupą wymiataczy, przez niską frekwencję w okresie świątecznym, no nie wiem. W głowie łupało tak że nawet za bardzo nie zwracałem uwagi na fajerwerki. Wtedy wziąłem ostatni kawałek nasennej happy pill, może to mnie jakoś uratowało, bo było wprawdzie straszliwie źle i zimno, i potliwie, i nie miałem siły wyjść spod kołdry po lodową cegłę z zamrażarki, ale już łupanie za oknem w ogóle mnie nie obeszło. Próbowałem, zanim mnie tak zmogło, odrobić dla Cudownej zaległą pracę domową. Nie dałem rady, mimo ewidentnych postępów ("Intimidated", mogę wyciągnąć rękę, spojrzeć za nią i nie pomylić kroków) nie daję rady patrzeć na siebie samego, daleko temu do tańca. Dziś sobie tłumaczę, że to już była ta pełzająca migrena. W tamtej chwili zależało mi, żeby tak skończyć rok, żeby to było dobitne i wyraźne dziękuję, bo jestem w takim miejscu, że chodzę przeżywać te nowe i śmieszne czasem przygody (kiedy na nagraniu widzę jak na chwilę się poddaję, a obok wywijaja przypadkowo uchwycona Wiedząca Czego Chcąca) ponieważ chcę i jest w tym wykrystalizowana radość, a nie dlatego, że tylko to mnie utrzymuje na powierzchni, jak bardzo długo było z klubem fitness. Co oczywiście nie znaczy, że zumba jakaś gorsza, po prostu jestem w innym, lepszym miejscu wreszcie. W którym mogę też mieć jakieś proste noworoczne cele-postanowienia: spojrzeć kiedyś na siebie bez nienawiści, z czułością i wyrozumiałością i to może być poprzez nagranie z lustrem pod koniec zajęć kiedyś. Myślę że jestem na dobrej drodze.

Nowy Rok

Powrót do pracy to jakieś dobre emocje dla odmiany. Prawie skończyliśmy projekt, poprzednio to był haj, kosmiczny zastrzyk endorfin, pozytywna adrenalina. Pewnie naiwna nadzieja, bo w firmie jednak wszystko rozeszło się po kościach, nie przełożyło się to na żadne awanse czy choćby sensowniejsze pieniądze, to ważniejsze. Więc tym razem projekt już bez emocji (i bez nieodpłatnych nadgodzin, prawie) zupełnie - a te dobre odczucia są po prostu dlatego, że po skończonym projekcie od razu jest następny, więc jest i praca wciąż, co w tej branży nie jest oczywistością ostatnio. Jak to się mawia, chujowo ale stabilnie. A przecież bez pracy nie ma zajęć tanecznych, c'nie?

Uciekam od internetu pożerającego czas tak bardzo bez sensu, że nawet człowiek działający w stronę rzeczy zbytecznych ma go już dość. Na razie jeszcze nie w gry komputerowe (ciężko się zdecydować, ale przynajmniej znów usunąłem Nuclear Throne, pożeracz czasu), ale zaskoczyłem sam siebie, bo obejrzałem chyba więcej filmów już niż przez ubiegły rok. "Quigley na Antypodach", bo jakiś klip wpadł w oko, tak o, impulsywnie. "Bękarty wojny" wreszcie. "Trzech Muszkieterów" w których za mało Evy Green, trzeba będzie znów obejrzeć ulubionych z Yorkiem i Welch, i Oliverem Reedem, który zdaje się zmarł przy kręceniu Gladiatora, i Chamberlainem, w którym się wszystkie kiedyś kochały, mewiła. I na raty "Van Helsinga", ależ był okropny. Współlokatorka...

(Dlaczego jeszcze nie ma xywki, hmm? Salty może, skoro nie lubiła żartu z sugar mommy, choć sama go wymyśliła!) 

Salty jako fajne kino przygodowe poleca Piratów z Karaibów, co niestety chyba znaczy, że współczesna młodzież naprawdę nie dorobiła się fajnego kina przygodowego, a nie że ja nie umiem nowych filmów przygodowych znaleźć. W końcu na Piratów to i ja w młodości chodziłem do kina. A wychodzi na to, że zanim mi wrzucą na streamingi drugi film o muszkieterach, w którym może i nawet będzie nieco więcej Evy Green, to trzeba szukać w produkcjach starszych niż kojarzy młodzież.

Wiedząca Czego Chcąca polecała "Prawdziwy ból" dopiero co (nie zastanawiaj się skąd się ta rozmowa, której uczestnikiem przecież nie byłeś, wzięła, na pewno nie stąd że dobrze się kłamie w miłym towarzystwie i mandarynki), może to, choć to zupełnie inna przygoda? Tytuł jak do filmu o migrenie, to może być coś dla mnie.