środa, 22 stycznia 2014

Pardon, to wciąż tu bywasz? Czyli katastrofy A.D. 2014.

Najważniejsze oczywiście jest, że kolega mi podrzucił informację o jakiejś zniżce na steamową wersję Morrowinda. Wyobraziłem sobie, jak instaluję mody bez konwertowania, a do tego wyobraziłem sobie, jak wszystko przechodzę jeszcze raz, bo inny język to trochę inny świat przecież, w sumie jakieś piętnaście złotych wyszło? No i złożyłem ulubionego herosa, niespiesznie zacząłem zgłębiać misje, czytając i podążając za sugestiami o znalezieniu sobie jakiejś przykrywki, po raz setny zbierając grzybki na bagnach. Złaziłem pół lochów, żeby tylko nie za szybko musieć odnieść legendarną dwemerową kostkę, nie pchałem się za drzwi poziom zamka 32, choć miałem już stosowne zaklęcie, przecież i tak dostanę później klucz. Wróciłem, zdałem raport, odłożyłem książki do poczytania... i następnego dnia gra zaczęła mi się wykładać od razu po załadowaniu save'a, kiedy stary cukrojad Caius mówi - Do you wan't something from me?

I nie działa nic, żadne wrye mash ani konsola, togglescripts pozwala wyjść i przenieść się gdziekolwiek, ale ponowne jego odpalenie wywala grę. Podobno popularny bug.

Luz, mam autosave przed operacją Arkngthand, z przyjemnością powtórzę za kilka dni.

Dzwoni dzisiaj ICE, czyli mama, choć akurat tata, że jedzie do mnie brat. No bo zgubił telefon, więc mi mówią. Aha. Nie denerwuję się za bardzo, to się kiedyś musiało stać, że ktoś zgubi telefon, który ja wypożyczam z firmy, bo tak możemy. Zobaczymy, jak się sprawa potoczy, a może się jednak jeszcze znajdzie? W każdym razie brat niepocieszony, ale oszamał tosty z czekoladą, bo on mi kupił toster na parapet i ustalenie jest takie, że zawsze ma tostowy dla niego być. Więc jest.

Później poszedłem na koncert i to chyba ma być główny punkt całej mojej tu obecności, nawet jeśli najważniejszy jest Morrowind, a poza nim najwięcej dumy na przestrzeni tygodnia przyniosła mi zwycięska przeprawa przez duet Ornstein & Smough. Poszedłem na Mszę Świętą w Altonie, odwiedzając ten kwartał w centrum miasta, którego nie znam wcale a wcale. Są takie kwartały, w których nigdy nie zdarzyło mi się szlajać i to jest przygoda na moją miarę. Jaki Gnuśny taka przygoda. Na miejsce szedłem wzdłuż koryta, którym teraz chyba za płotem jest Świętokrzyska, ale już wracałem z drugiej strony bloku, pierwszy raz szedłem z tamtej strony bloku. Może kiedyś nauczę się tej przestrzeni.

Na miejscu okazało się, że miejsce zajmuje powierzchnię na miarę przygód Gnuśnego. Oraz że porozkładane na krzesłach karteczki wcale nie znaczą, że już zajęte, więc miałem siedzące. I zaczęli jakimś jękiem, który może kojarzę ze Złej Krwi, a może z innych nagrań, ale później już było inaczej. Znaczy, poleciałem po bandzie w jakieś majaki, o ciężkim czasie w pracy, bohaterach książkowych i chyba jakichś mangowych też. Przysnąłem znaczy się w tym hałasie. Latka lecą, dopominam się wszystkich koncertów siedzących, będę mógł marudzić na braki atmosfery. Wcześniej do mnie jakoś nie dotarło, jaki jestem zmęczony, żyłem swoje zwykłe życie, załadowałem bilet po 280, bo zapomniałem o wyrabianiu hologramu, a tu masz, świsty, chroboty i zawodzenia, a ten jaki odprężony. Ciągle wiedziałem, że jestem na koncercie, ale wizualizacje miałem zupełnie niepodobne do tych z projektora (nie żadne komputerowe animacje, tylko optyka i dziwne wycinki, ścinki, materiały, pędzelki i płyny, hipnoza). No i za nieokreślony czas wracam osobistą optyką na koncert i myślę bardziej składnie - podoba mi się. Przed Prytem w Chmurach Zmywak coś reklamował, że materiał na cyberpunkową mangę czy co, chyba bardziej by mi tu Msza pasowała, 11 jest takie bardziej pierwotne, jak parszywy będzie świat, kiedy już skończymy ten świat, apokalipsy. Za to Dokalski z ekipą mogliby ilustrować jakieś cyberpunkowo-oniryczne orgie, jakby wymieszać przebitki z Matrixowego Zionu z pokręconym filmem Lyncha. Odbywamy pewną drogę, chłopaki stopniowo porządkują i organizują sample, Olgierd kombinuje przez chwilę z jakąś piszczałką zamiast trąbki, robi się transowy rytm i bit, a później dźwięki w ogóle wskakują na jakiś mistyczny-buddystyczny poziom, a z wizualizacji robi się czerwony kosmos gwiazd, który kojarzy mi się też z najwstydliwszym uniesieniem ever, czyli o jakichś piłkach i plastrach miodu w kosmosie. Funkcjonował gdzieś znów ten obrazek - człowiek idzie ulicą pełen dobrych co do życia przeczuć, przypomina sobie coś wstydliwego sprzed lat ośmiu, dalej idzie przygnębiony. Ale nawet się nie przygnębiłem. Nawet przez chwilę myślałem, czy osobiście nie wyrazić uznania, że przyszedłem tu taki zmęczony, a wychodzę wypoczęty i zadowolony, z przemyśleniami, że żadne nagrania nie oddają sprawiedliwości, ale jednak zwracanie się do obcego człowieka wciąż mnie bardzo przeraża. Uwaga, człowiek.

No i ostatecznie nie wiem, czy odjazdy, czy proza życia, chyba jednak nic nie wygra z prozą życia, bo kiedy koncert miał się ku końcowi i było to czuć mocno, to poczułem też telefon. Odrzuciłem, odpisałem "koncert. co tam!", poprawiłem się "?" i na wyjściu z lokalu dostałem tak:

nastawilem pralke, zasnalem. budzi mnie wkurwiona sasiadka z dolu. wstaje, patrze podloge, wszystko plywa. sasiadka drze japsko ze jej mieszkanie zalalem. ja w szoku. generalnie z pralki woda lala sie caly czas na mieszkanie i pod nie, zalewajac kolejne na dole. jest kurwa zle. [...]

To akurat nie brat mój, ale też go lubię. Szedłem do metra nową trasą, bo je było widać i z tej strony, było zimno, więc myślałem zimno dokładnie tak samo, jak ów człek we wrześniu albo październiku, ale jeszcze prawie było lato, powtarzał w lokalu "prawie, prawie, prawie, prawie", obwieszczając sukces, który tylko on sam widział, ale wszyscy inni wcale. Dopiero przyszedł po chwili i chyba trochę przypadkiem. Tylko mnie było zimno, więc powtarzałem zimno, nie wiem więc, co przyjdzie, jeśli to można jakkolwiek przekładać.