poniedziałek, 13 września 2021

Piąty, ósmy, pięćdziesiąty ósmy, sześćset trzydzieści

Jejku, jej, ile dzieje się. Jeżdżę, nie sam, bo bałem się robić prawo jazdy, pełen przekonania, że sterowanie wielką metalową puszką na trasie innych wielkich metalowych puszek wymaga o wiele więcej zaufania do siebie i innych niż kiedykolwiek będę miał, więc właściwie jestem wożony, choć niekoniecznie w swoich sprawach. Przeprowadzaliśmy siostrę, kilkaset kilometrów zrobione, trudny, wymagający czas, jak to bywa z rodziną. Piękne krajobrazy, aż się dziwię nieco, bo przecież Jelenia Góra piękna była. Ale może nie na tyle piękna, żeby chciało się łazić non stop po tych górach? I zimno podobno.

No to teraz będzie trochę bardziej płasko.

Może być taki plus tej sytuacji, że zacznę spać znów w ludzkich godzinach, bo wstawałem przez kilka dni około szóstej, podczas gdy wcześniej niewiele przed szóstą to udawało mi się usnąć. Teraz cała sztuka w tym, żeby nie pozwolić organizmowi się za bardzo przestawić. W końcu ten sen nocny ponoć zdrowy. Mnie by się przydało trochę zdrowia, jeśli to po trzydziestce możliwe.

A tu boli wszystko - na migreny jem kubełki lodów miętowych, na zwichnięty w połowie lata nadgarstek smaruję rozgrzewające, na dziwne rwanie gdzieś między kolanem a stopą nie wiem, wczoraj miałem wsiąść na rower, ale niepewna ta noga była. No tak, wsiadłem na rower dwa dni wcześniej, pierwszy raz po aferze z ręką, zrobić test, czy już sobie poradzi oparta na kierownicy. Zdała.

Ale może jednak za długą była przerwa w jeżdżeniu - ile to mogło być, ze dwa miesiące? - i inne elementy składowe buntują się na brak sensownej rozgrzewki.

Na Koniec Świata jedzie się ode mnie przepięknie, bo wzdłuż Solidarności dojeżdża się do Wisły i wzdłuż niej od lat jest już taki szlak, że mucha nie siada. Wyklepali, podregulowali, zrobili kładkę nad Kanałem Żerańskim, nie ma przeszkód żadnych, świateł, powrotów do cywilizacji, dopóki człowiek nie zjedzie z wału gdzie mu pasuje - czyli mnie akurat dopiero na Tarchominie. Bawią mnie zawsze wymalowane na szlaku ślimaki z hasłem "zwolnij", w odpowiednich miesiącach po deszczu ślimaki wyłażą na ścieżkę i staram się je omijać, ale przecież że zawsze coś chrupnie. Wątpię żeby hasło tyczyło się ślimaków, po prostu za kanałem blisko wału są osiedla, jest przecięcie szlaków, pewnie o taką ostrożność chodzi. Ale miło pomyśleć, że ktoś tu wyraża zmartwienie również o głupie ślimaki, bezmyślnie pakujące się pod koła.

W obie strony tak jechałem, powrót był już przez mrok, nawet rozważałem, czy nie odbić trochę, nie pojechać jednak wzdłuż Modlińskiej i później obok EC Żerań wzdłuż torów, w końcu to ulubiona trasa. Ale jak pomyślałem ile świateł jest na Modlińskiej, to mi się odechciało. Fajniej tak jechać bez przeszkód jednak - chyba że przeszkodą miałby być oświetlony rowerowymi ledami jelonek, jak około północy, kiedy przed zwichnięciem wracałem na Białołękę z domu po finale Anglia - Włochy. Straszliwie zestresowałem też wtedy przy EC kota, nie wiedział co ze sobą zrobić, kilkadziesiąt metrów dawał z siebie wszystko, biegnąc mi przed rowerem, zamiast po prostu skoczyć w krzaki.

Pewnie dobrze, że nocą nie spotkałem jeszcze dzika, dzików na Białołęce dużo, przy EC mijałem je kiedyś za dnia.

I miałem o tym napisać w piątek rano, że dobrze się dzieje, bo wreszcie znów rower, tak myślałem, że znów zrobię coś niespodziewanego i niecodziennego i opiszę jakieś przygody nie późno w nocy, tylko przed śniadaniem, to będzie motywacja żeby nie spać do trzynastej, żeby trzymać się w ryzach. Że na Białołęce byłem w punkt, usmażyłem naleśniki, towarzyszyłem w odbiorze dzieci, przegoniłem w tę i we w tę, w punkt, bo w domu, a jakże, migrena. W sobotę znów tam jadę na kilka dni zaopiekować się kotami, będę budował mechy z LEGO dzieciarni, poprzednie wreszcie zniszczyli, należą się nowe.

No ale co, migrena przyszła i do mnie, poranek był paskudny, ratowałem się dokładnie tak jak nie należy, bóle głowy zajadam lodami, ciastkami z jabłkiem, maślanymi rogalikami. Whatever works, czyż nie? Tylko jeszcze trzeba iść po nie do sklepu zawsze, bo, jak to po trzydziestce, na co dzień unikam, nie chcę wymieniać garderoby.

Ale głowa chyba już przeszła, obudziłem się dziś przed szóstą, to za mało snu, ale skorzystajmy, wróćmy do planu. Zróbmy coś niespodziewanego, choć przecież planowanego od kilku dni: wpis na bloga. Nie szkodzi że bez piosenek. Choć przyznaję, nie w pełni się wywiązałem, notuję już po śniadaniu.

Zostało wrażenie niedoziewania, utrzymuje się od tygodnia, może dłużej, ciąży. Jakby wiercił się tam ślimak, po ślimaczemu, zgubił drogę, przesuwa się o milimetry czasem, blokuje przepływ powietrza. Pewnie nie ułatwi utrzymania się na powierzchni, ale liczę, że jednak nie wrócę pod kołdrę, jak w piątek.

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

To(_)nie wszystko/Po co mi ta wojna

 19 Wiosen wrzuciło dziś na FB koncert, obserwuję ten profil wciąż, jako jeden z niewielu, choć minęło pewnie z dziesięć lat od ostatniego widzianego koncertu, a plakat z pomarańczowym astronautą siedzi zachomikowany w szafie, cierpliwie czekając na idealne miejsce na jakiejś ścianie - i moment kiedy wąż w kieszeni przepuści mnie, żeby kupić antyramę. Dramatyzuję, ostatnie wpisy na blogu to były jednak nieco mniej niż przed dekadą, pewnie Wiosny również.

W jakiś sposób naprowadziły mnie te Wiosny na Pustki, ciąg przyczynowo-skutkowy mógł wyglądać jakoś tak: mam tę ulubioną płytę Wiosen na półce, mam Tryp z największym hitem, Nikogo, choć niewiele mam płyt, w sumie nie wszystkie płyty kocham z całego serca, równie dobrze mógłbym część spróbować sprzedać większym miłośnikom od siebie na olx, jak ostatnio robię z częścią książek, hmm, mam Safari Pustek, szkoda że nie mam Końca kryzysu, bo jednak to ta jest ulubioną.

Och, nic nie szkodzi, jest odsłuch całości w sieci!

Pustki - Koniec Kryzysu (Oficjalny odsłuch albumu) - YouTube

Myślę że powinienem obok pięknego plakatu z Gagarinem powiesić jakąś płaską gablotkę z ładnie ułożonymi płytami, skoro płyt nie słucham już, to i mi żadne nie przybędą. A nie mam ich wiele, zgrabne by to było. Nie mogę zbyt emocjonować się takimi sprawami, ostatnio emocjonowałem się przemeblowaniem w pokoju, potencjalnym, to nie usnąłem pół nocy i tak to trwa od tygodnia, choć zasadniczo powód jest mi od lat znany: czuwam razem z księżycem w pełni, regały potencjalne raczej nie mają nic do rzeczy.

Słuchając Pustek pomyślałem o swoim ulubionym koncercie z czasów dawnych, tj. kiedy w Fabryce Trzciny wystąpił Kawałek Kulki, Muzyka Końca Lata i Pustki właśnie. Dziwny to był wieczór, trochę się gubiłem najpierw w poszukiwaniu miejsca, następnie gubiłem się w poszukiwaniu przejścia na drugą stronę Solidarności, jeszcze wtedy było Tesco, poszedłem coś zjeść, bo byłem o wiele za wcześnie. Wymyśliłem, żeby poszukać Fabryki Trzciny, gubiąc się, bo przecież mieszkam całkiem blisko. Oczywiście Fabryki dawno już nie ma, chodziło o spacer w okolice, bez sprawdzania adresu (Otwocka, teraz już wiem), bo może spacer pomoże ze snem. Biegałem w tym roku, później zwichnąłem nadgarstek, brakuje mi ruchu, jako tako już się wylizałem, zacznę znów od spacerów.

Zgubiłem się na prostej drodze, tj. Ząbkowską doszedłem do Kawęczyńskiej, przeciąłem Otwocką, która może i by mnie do poFabryki zaprowadziła, dotarłem na Zacisze. Nie wiem, nie znam, już dawno nie spaceruję, choć przecież tak blisko mam na piękne Zacisze, niedawno przejechałem się wzdłuż kanału, mniej więcej, na wspólnej wycieczce rowerowej, kiedy jechaliśmy z Krańca Świata do mnie. W drodze myślałem, zanim zawędrowałem pod torami do Zabranieckiej, że zrobię długaśny spacer, skręcę do Żaby, pójdę do Starzyńskiego, bo skoro aż tak daleko sięgam wstecz, to mogę i przejść się obok liceum. Na Zaciszu była jakaś impreza plenerowa na koniec lata, akurat startowała, zapowiadali artystkę z długim stażem, kiedy już niby oddalałem się w stronę Targówka - Małgorzata Ostrowska.

Co ja wiem o Małgorzacie Ostrowskiej?

Nic nie wiedziałem, ale jeśli pierwotnym celem wycieczki miała być przestrzeń koncertowa ze wspomnień, to właściwie czemu nie iść na koncert współczesny, choć częściowo z repertuarem starszym ode mnie. No i chciałem, bez zaglądania w telefon, sprawdzić, kim ta Ostrowska jest, przecież coś mi tam dzwoni w głowie. Musi jakiś hicior mieć, który znam!

Ech, długo trwało zanim coś się trafiło, co nie znaczy, że tam się jakoś wycierpiałem na koncercie akustycznym, raczej obok koncertu, siadłem na ławce opodal wydarzenia. Zebrało się kilkadziesiąt osób pod sceną, śpiewali refreny, Ostrowska, stara wyjadaczka, dobrą minę do złej gry robiła, jak zapewne większość doświadczonych artystów, których piosenki przestali w radiu puszczać w połowie lat dziewięćdziesiątych i tych co bardziej współczesnych prawie nikt nie zna. Piękny głos ma Ostrowska, pięknie kokietuje, opowiada że tę piosenkę napisali z Markiem Jackowskim i faktycznie, brzmiała w niej jakby to był Maanam. Nie szukajcie jej specjalnie, akustycznie brzmiała lepiej niż nagranie na YT, chwila minęła. Siedzę na tej ławeczce i kombinuję - może to kobieta od Konika?

Ej, nie, czekałem, ale później sprawdziłem, że od Konika to jednak Urszula (a wcześniej i tak kto inny). Luz blues, nie trzeba się znać na wszystkim jak na Morrowindzie.

W końcu pojawiło się coś znanego - Meluzyna. Co mnie skołowało, bo przecież Pan Kleks to Banda i Wanda? Figa, to też się nie zgadza, choć piosenki "filmowe dla dzieci" się zgadzają. No co, to też starsze niż ja, Banda i Wanda rozpadli się - jak atom? - w roku moich urodzin, w roku kiedy atom rozpadł się na pobliski świat.

Ach, wreszcie hicior nad hiciory - SZKLANA POGODA. To chyba zanim zespół Lombard kojarzył się z obciachem, ciekawe to, nawet mnie kojarzy się z obciachem, choć o wojnie między członkami sprzed lat - Ostrowska miała powiedzieć, że z tego powodu opuszcza zespół, że obciach - dowiaduję się dopiero teraz z internetu. Biorę w tej wojnie stronę Małgorzaty Ostrowskiej oczywiście, na koncercie Lombardu nigdy nie byłem (na pewno?), a z wokalistką niespodziewanie spędziłem wieczór, więc bawi mnie, że jej nazwiska jako wykonawczyni, ewidentnie celowo, nie ma na wiki, choć wymienia się twórców coverów.

Niech będzie i taki niespodziewany koncert w ramach spaceru. W końcu Pustek już nie ma, na Muzykę Końca Lata nie bardzo ja sam mam od lat melodię, chętniej usłyszałbym Jeziora, jeśli nie są jakimś żartem Zmywaka, no a Kawałka Kulki tym bardziej dawno nie ma, choć Król karierę zrobił taką, że występuje na Męskim Graniu. Dostałem ostatnio link do finałowego koncertu, nie wiem, nie znam się, ostatnio mogło mnie interesować, kiedy występowały, a jakże, Pustki, więc nie posłuchałem za bardzo. Niejaka Sochacka śpiewała piosenkę "Dla mnie to już koniec", co mi brzmiało jak "To dobry moment" Korteza zasłyszane kiedyś, rytmicznie, tematycznie, tekstowo i proszę bardzo, nie trzeba się wcale znać na niczym, ale choć na Męskim śpiewała (chyba, urywek tylko widziałem) sama, to w studiu nagrali tę piosenkę razem.

Mogło się skończyć gorzej, mogłem, choć niby to wczesny wieczór jeszcze, chwilę przed dziesiątą, plenerowe koncerty nie trwają wiecznie, dostać gdzieś w głębi Szmulowizny w papę, kiedy z drugiej strony ulicy słyszałem donośne "to nie on!", a już jakiś naburmuszony typ zdawał się zawracać się w moją stronę. A skończyło się tak, że przyszedłem tutaj.

Jeśli jest jakaś wersja mnie, którą kiedykolwiek lubiłem, to stety, niestety, jest to jedynie ta wersja, tutaj. O czym przypomniałem sobie średnio uważnie siedząc opodal koncertu, może zazdroszcząc Ostrowskiej, że jej pomysł na życie jakoś wypalił i od czterech dekad bawi się sceną, co do tego nie było wątpliwości, nawet jeśli jej rock'n'rolla, zadziornego dziś raczej w głosie niż treści, słucha najgorsza możliwa publiczność, przypadkowa zbieranina na dzielnicowym pożegnaniu lata i nawet bardziej przypadkowy typ, który zatrzymał się opodal, żeby roztrząsać, kto zacz, on i ona.