Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?
Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.
Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!
A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.
Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.
Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.
Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).
(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)
Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!
No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?
Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.
W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).
Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.
Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.