piątek, 5 lipca 2024

Dzień bez kicania, bez pisania, ale i bez migreny!

 No i co, nie pojechałem wczoraj na zajęcia, tj. miałem po południu wrażenie, że bolą mnie kolana od siedzenia samego, nic ambitniejszego nie muszę z nimi robić. Nie obyło się bez walki, tj. na godzinę przed spoglądałem wciąż na wolne miejsca w aplikacji, choć dwie godziny wcześniej tak odpowiedzialnie się wypisałem. Czy było warto?

Nie, nie było. Dziś kolana jeszcze gorzej, po okropnej nocy. Foch.

Próbowałem położyć się wcześniej, na chwilę się udało, usnąłem na pół godziny, później wybudziłem, przewracałem się z boku na bok ze dwie godziny do pierwszej-drugiej. Gdyby to jeszcze nie było oczywiste, poświęciłem tego dnia nie tylko zajęcia, ale również wpis na bloga, bo powstała w głowie durna myśl, żeby ćwiczyć te słowa, choćby o zupełnie niczym, dzień w dzień teraz. Tutaj można.

To może dzisiaj będą dwa, huehue.

Przez cały dzień zajmowałem się głównie jakimiś rzeczami ucieczkowymi, czyli sprzątałem jakieś sprawy które tego w ogóle nie wymagają. Ikony na pulpicie poprzestawiałem trochę. Wyczyściłem fejsa do cna niemal, odznaczając się ze zdjęć i kasując treści (część kopiując z wsteczną datą w to archiwum życia, przecież i tak już pełne ściemy, ale lubię ją), bo irytuje mnie ostatnio reklamowaniem słabej jakości pornografii. Przecież ja nigdy nie klikam w porno na fejsie, a do tego jaki on skołowany, kiedy mu dużo blokuję te kobietki, to albo zaczyna mi podsuwać wartości chrześcijańskie (przez co od razu żałuję że nie klikałem w kobietki), albo muskularnych mężczyzn, samotnie lub w parach, co może mi jakoś osobiście nie wadzi, ale spośród dostępnych opcji ostatecznie jednak wolałem te kobietki.

No ale trzyma mnie przy fejsie kontakt z tymi kilkoma osobami, lista starych znajomych z którymi w ogóle nie ma innego kontaktu czy ewentualnej szansy na kontakt (bo realnie to max dziesięć osób się uzbiera z którymi się odzywamy) i blog Nie wszystek ogram oczywiście. Myślę sobie - zamiast wchodzić na główną, zrobię sobie jakiś skrót bezpośrednio do profilu bloga i oprócz messengera ze strony jako takiej nie będę już korzystał może? Tak już od lat jest, że przecież nie korzystam, tylko czasem scrolluję bez sensu.

Marudzę tu, a przecież dzień mógł potoczyć się o wiele gorzej, tj. w środę zaliczyłem aurę migrenową. Wstępnie wpadam wtedy w panikę, depresję, uciekają chęci do życia, ale uczę się brać się w garść, odsapnąć wtedy, albo wypić kawę (o dziwo, czasem pomaga), oddychać głęboko, postarać się rozluźnić wiecznie spięte kark i szyję. Jeszcze nie łupnęło we mnie, czyli ogólnie należy się cieszyć, że jest dobrze!

środa, 3 lipca 2024

Dzień bez niedźwiedzia spod góry

 Napiszmy dla odmiany, że bywam może jeszcze nie mądry, ale przynajmniej minimalnie niegłupi, bo zostawiłem sobie na śniadanie jednego naleśnika. No ale teraz to już dramat, tzn. ewentualny powrót do domu oznacza konieczność gotowania, bo nic nie ma nawet w zamrażarce.

Nie umiem wstawać przed siódmą trzydzieści ostatnio niestety, może to nierealne, jeśli się nie usypia przed północą. A okolice północy to przecież jak na mnie i tak nieźle całkiem. Jest tu jakiś konflikt interesów, było cudownie czasem, kiedy usypiałem przed dziewiątą i budziłem się automagicznie, bez budzika, w okolicach czwartej-piątej, ale przecież to nierealne, jeśli się zasuwa na godzinę dwudziestą pierwszą na zajęcia taneczne.

Wybory, wybory, to trudne.

Mógłbym dojeżdżać na zajęcia taneczne do trenerki w inne miejsca i chodzić spać wcześniej? Niby tak, ale najpierw to trzeba zacząć wstawać wcześniej. No i w sumie całkiem nieźle pasuje mi obecny grafik (nieobecny, bo odpoczywam, ha!), ale też tęsknię do dobrego samopoczucia.

Przyjechałem dziś do kotów na rowerze, bo o wiele łatwiej tak się ewentualnie dostać do brata, no i być może jutro skoczę znów na zajęcia na Gdański, już bez mylenia autobusowych przystanków, bo pedałując. A może nie, zobaczymy jak kolana to znoszą, biorę pod uwagę już wcale w tym tygodniu nie iść, a nawet jeśli jutro, to na pewno później już nie. Byłoby solidnych kilka dni przerwy do kolejnego wtorku.

Załatwiałem dzisiaj sprawunki dla gospodarzy, trzeba było odebrać z pralni marynarkę. Właściwie sam powinienem oddać do pralni garnitur, na weselu braciszka się nie oszczędzałem, nawet jeśli marynarkę w krytycznym momencie zostawiłem na krześle, tj. w momencie podrzucania bratem do sufitu. Przeszedłem się spacerowo ten kawałek, Myśliborską i Książkową, obok klatki w bloku żarówie, gdzie mieszkaliśmy kiedyś, a który doskonale widać dzięki temu z samolotu. Zastanawiałem się, czy nie wpadnę na kogoś znajomego, czy w ogóle z kimś z tego starego osiedla byśmy się rozpoznali, przychodzi do głowy Niedźwiadek, tylko czy on tam wciąż mieszka? Wielki Elektronik na działce kawałek dalej. Nikogo, to zresztą byłoby największe zaskoczenie świata, wpaść na Niedźwiadka, kiedy się nie odzywa do nas nigdy, a zawsze mu Herbaciana wysyła fotkę z uśmiechem, jak się tu u Bazylego spotykamy grupką pamiętającą szkołę podstawową.

Co ja bym temu Niedźwiadkowi powiedział? Słuchaj, pamiętasz jak się tłukliśmy godzinami w Tekkena 3 albo w CTRa, gdzie podglądałem na split screenie którędy jedziesz, żeby paskudnie celować bombą przez całą długość levelu w gzyms ze skrzynką? No to wiesz, sam teraz też pracuję przy grach video i to, jak wszystko, ma górki i dołki, ma plus i minus, ale ogólnie jest całkiem w porządku i na pewno o wiele szczęśliwiej niż kiedyś w korpo się czuję. Nawet wydaliśmy drugą grę studia w pudełku, tylko jeszcze nie było okazji, żeby mi kopię podesłano, czekam niecierpliwie na tę pamiątkę - moja (nie tylko, wiadomo, ale niewiele tam jest obszarów w których nie grzebałem) gra na PlayStation.

Zamiast tego w drodze powrotnej przyuważyłem jakiegoś małolata podskakującego przy paczkomacie, bez namysłu przeciąłem ulicę w nielegalnym miejscu i uratowałem sytuację, ściągając mu pudło z najwyższej komórki. Taki ze mnie bohater!

wtorek, 2 lipca 2024

A na blogu o giereczkach też był dziś wpis, jestem w gazie!

Byłem przekonany, że dzisiejszy dzień nie ma szans przynieść nic ciekawego, tj. skoro jestem na zesłaniu, sam jeden, w miejscu gdzie gębę mogę otworzyć co najwyżej do kota, to co się może w takim dniu wydarzać. Co najwyżej na wieczór, kiedy pojechałem na zajęcia. No co, odpoczywam, czyli nie chodzę codziennie, ale ze dwa razy w tygodniu to może jednak można?

Dziwnie łapie aplikacja bloggera na telefonie enter z klawiatury, uważa że to zatwierdzenie całego pola tekstowego. Nie powinno dziwić, że dziwnie działa, pewnie nikt tego nie używa już od lat. No a ja będę! To najdziwniejszy setup na jakim pisałem, telefon z wpiętą kablem klawiaturą. Bo mi się nie chciał sparować przez BT i nie mam chęci na razie szukać, dlaczego taki z niego złośnik. W końcu jestem w domu tylko na chwilę.

Niby nie miało się nic wydarzać na Krańcu Świata, a jednak wydarzyło się pukanie do drzwi. Zawsze myślę, że to jacyś koledzy przybyli po chłopców na plac zabaw czy boisko, ale ostatnio zaskakują mnie sąsiedzi z jakimiś swoimi sprawami i stoją przed drzwiami, biedni, skołowani, kiedy otwiera zupełnie obca twarz. Zawsze jednak staję na wysokości zadania: poprzednio wygrzebałem robota kuchennego, bo Pan chciał pichcić urodzinowego torta. Dzisiaj przybyła Pani, że potrzebuję coś wydrukować. Już widziałem w oczach strach, że nic z tego nie będzie, a jednak okazało się, że mój komputer jest już dawno z miejscową drukarką sparowany i też się wszystko pięknie udało. Śmieję się, że znam ten dom lepiej niż jakby mieli gosposię, no ale jak może być inaczej, jeśli pół czasu zamknięcia pandemicznego spędziliśmy wspólnie, a do tego ja często odpowiadałem za obiady.

Głupi jestem, to w drodze na zajęcia nie pomyślałem, że przecież z Białołęki mam tramwaj do metra i na Dworzec Gdański mógłbym tym sposobem dotrzeć, pewnie byłoby najszybciej. A ja sobie ubzdurałem, że 518 jeździ bezpośrednio, ale on ma teraz w jakimś innym miejscu przystanek, więc ostatecznie jechałem prawie jak do siebie, tj. 509 do Starzyniaka i tam w tramwaj. I tak byłem sporo za wcześnie, nie lubię tego, niezbyt elegancko się integruję z pozostałymi uczestnikami zajęć, więc często wolę wyczekać startu w szatni. Ale jak czekam za długo, to mi dobre miejsca na sali zajmują. Co robić, jak żyć. Choć ostatnio to i mniej mi zależy na miejscach z przodu, skąd lepiej widać weteranki i prowadzącą, po prostu mam upatrzone miejsca z łatwym dostępem do wody i ręcznika.

Dzisiaj zresztą kicałem bardzo oszczędnie dla stawów i kolan, nawet niezbyt często trzeba było do nich latać. Lubię tę salę za oświetlenie, mniej rażę samego siebie w lustrze.

Dzisiejszy nocleg w domu, dostałem zlecenie żeby wysłać matce pięknego Tofu paczkę, co normalnie robi współlokatorka, ale wyjechała o wiele dalej niż ja. Sprawnie to załatwiłem, wyciągnąłem zachomikowanego w niedzielę naleśnika z zamrażarki, mam nadzieję za wpis na blogu dostać choć w połowie tak obfity zastrzyk endorfin jak wczorajszy (wiem, wiem, tak się nie da), jutro zabieram się z rana znów na Białołękę. Trzeba kiedyś wybadać, czy da radę odpalić bloggera w przeglądarce w wersji desktop (tj. na telefonie wciąż, bo czasem apki google się buntują), wpis przez apkę z fizycznej klawiatury to istna katorga. Tym bardziej powinienem być dumny z siebie! 

poniedziałek, 1 lipca 2024

Za dużo Kapitana Jacka, za dużo Kapitana Jacka, za dużo Kapitana Jacka

Nowa norma wygląda tak, że w poniedziałki o tej godzinie jestem na zajęciach rytmiczno-fitnessowych (jakie to zabawne nie chcieć reklamować na porzuconym blogu wprost czegoś co jest na jakiejś tam licencji, no ale przyjmijmy że tak tu sobie robię), ale nowa norma doprowadziła ostatnio do tego, że łydki mam spięte i napuchnięte jakbym brał jakiś doping i właściwie takie podstawowe funkcje życiowe jak pójście do biedry niemal mnie przerastają od tygodnia czy dwóch. Znaczy że może jednak to nieco za dużo, znaczy że jednak człowiek znów przerabiał niedawno urodziny, lepiej już było.

Ale na zajęcia chodzę, choć wiem, że powinienem czasem odpocząć. Zmuszam się dziś, kiedy mnie zamówiono na dawny skraj miasta do opieki nad kotami. Jakub Żulczyk by powiedział, że to uzależnienie ucieczkowe i oczywiście miałby w tym rację. Nie szkodzi, na pewno można mieć gorsze uzależnienia niż sala fitness dziesięć godzin w tygodniu. A przecież i tak odpuściłem przy kontuzji kciuka, przez którą tylko te tańce zostały. Mam zresztą wrażenie, że czułem się bardzo dobrze dopóki nie zostały same tańce, przeplatanie tego jogą na pewno jakoś pomaga na stawy i regenerację. Ech. Jeszcze chwila, jeszcze trochę i znów pójdę robić psa z głową w dół, zupełnie jak piękny pies Tofu, który gościł u mnie przez kilka wiosennych miesięcy.

W każdym razie czuję się tak źle w ścięgnach, kolanach, stawach, mięśniach, że dzisiaj nie poszedłem, a będę czuł się tylko gorzej, bo, łudzę się, dobrze mi to robi na głowę, kicanie do rytmu, jak żyć bez tego? Np. przychodząc o tu. Bo przecież trzeba odblokować słowa, ostatnio na naszego bloga o giereczkach nawet nie jestem w stanie się odblokować, choć tam niby o wiele łatwiej i o wiele konkretniej być powinno. Nie chciałbym robić takich rzeczy pod przymusem, co się kojarzy z najgorszymi czasami w korporacji i laniem wody o zbędnych i nieważnych sprawach, którymi zajmowaliśmy się w zespole.

A w ogóle to patrząc na moje dwadzieścia lat grania w Dance Dance Revolution, zawsze kiedy trochę miałem ochotę wrócić do formy, to pewnie nie należy się dziwić nowej zajawce. Choć tak naprawdę to czasem wcale nie jest łatwo tam wrócić, to skomplikowane, zawsze tak straszliwie skomplikowane, kiedy myślisz o swoim miejscu wśród ludzi. Staram się mniej. Czy dziś naprawdę już wszystko musi być tak skomplikowane, dlaczego nie umiem się nauczyć że większość świata w ogóle nie jest o mnie?

A kiedy się na chwilę zbliżam w to miejsce, to się okazuje, że jednak jakoś jest, traktuje się mnie w tym jak dziecko i jeszcze na dokładkę śmierdzę. Ugh, to była trudna chwila, ale zmieniłem antyperspirant i podobno jest lepiej. A trenerka woła "więcej potu" przecież! No to daję z siebie wszystko.

Chciałbym zrobić o tym komiks, choć nie umiem rysować. Ale znajomi komiksiarze mnie ostatnio pięknie inspirowali, więc może chociaż sobie scenariusz rozpiszę?

Pewne skomplikowane rzeczy niedawno uprościłem, kandydatem na tytuł wpisu było brutalne, ukradzione z Wipeoutów, o których ścieżce dźwiękowej fajowy dokument ostatnio oglądałem, wypowiadane przetworzonym, robotycznym głosem "CONTENDER ELIMINATED", ale przecież to nie było tak drastycznie, było odwrotnie niż w Wipeoutach, powoli, ślamazarnie, coraz wolniej, coraz zimniej, no i innego końca nie będzie niż ten że zamiast pytać, czy jesteśmy kochankami, jak pytano z początku, zastanawiam się czy jednak nie po prostu, jak mówił ojciec, kolegami. Bo śni mi się co i rusz, że ktoś pyta, kim jesteśmy, jak przecież pytałem już kilka lat temu, opodal koncertu, bez jednoznacznych wniosków.

Była kiedyś taka chwila, kiedy popatrzyła na biednego, przygarniętego z zadupia kota i powiedziała "chcę tamtego", którego podrzucono kiedyś pod drzwi i wspólnie spędzili pół życia, nawet ja się na chwilę załapałem, włączając w to bycie obsikiwanym z transportera i bycie podawaczem przedostatnich leków. Często w ostatnich latach myślałem, że czuję się takim właśnie kotem, tylko tak samo jak z kotem, mówi mi to słowami, których nie chcę lub nie mogę zrozumieć.

No to nie jesteśmy. I już się  też nie śni.

Ostatnio to nawet mi się przyśniło, że kto inny mnie sobie odpuścił, choć w tej sprawie nigdy nie zadawaliśmy żadnych pytań! Choć są pewne szanse że w dniu urodzin zostałem spławiony gestem jakim inna koleżanka spławia chłopców z Tindera. Co byłoby cudowne, gdyby było i i tak jest przecież całkiem cudowne, nawet jeśli nie jest, bo wszystko tylko w mojej głowie, w tych chwilach kiedy nie rozumie, że nie cały świat jest o mnie, nawet kiedy na kolejnych zajęciach powtarza się sygnał, że "to na pożegnanie". Ale to też jest do komiksu, może to bezpieczniejszy sposób na przepracowywanie emocji niż zapomniany blog.

Chodzi mi po głowie coś z piosenki, tylko nie mam pojęcia której, że przepraszam, dziękuję i pozdrawiam gorąco. Może jednak całuję? Byłoby to coś z zespołu księżycowego? Miałem go ostatnio na playlistach, przerabiam starego laptopa na odtwarzacz multimedialny, tj. chciałbym ograniczyć siedzenie w sieci bez sensu, więc przerabiam komputer który już nie umie być w sieci na takie cudo. Może nawet znajdę jak mu wyświetlać jako animowaną tapetę transformację Generała Daimosa, jako cyfrową ramkę, hmm?

Przepraszam, dziękuję i pozdrawiam gorąco. Serio-serio, tj. jest, mimo wszystko, jakby lepiej. Skąd to wiem?

To już minęło kilka tygodni, jedyny na razie raz pojechałem na zajęcia w nowe miejsce z ultra śliską podłogą, ale tego dnia cała muzyka brzmiała inaczej. Jeszcze na rozgrzewce się nie zorientowałem, ale za chwilę była taka piosenka niezbyt dynamiczna, a ja mimo to miałem wrażenie, że to jakaś alternatywna wersja, spowolniona względem dwóch dni wstecz. Ale jednak nie, tego dnia wszystkie piosenki słyszałem już jakby były puszczane w zwolnionym tempie, miałem w sobie radość i łapałem piękny flow, choć żaden ze mnie tancerz przecież. W drodze na drugą godzinę wrzuciłem pierwszy raz w tym roku wyższy bieg, zdążyłem zaliczyć prysznic, bawiłem się jeszcze pyszniej i miałem uśmiech na buziu w drodze powrotnej.

To nie jest tak, że każdy dzień tak wygląda teraz, ale jednak pojawiają się. I mam takie poczucie, jakbym przez ostatnie lata widział co drugą klatkę z filmu, jakby leciał na przyspieszeniu, jakby się przewijał, bruździł i zniekształcał, jak taśma VHS. Częściowo myślę, że może trochę szkoda, częściowo że nie wypada, bo przepraszam i dziękuję i z głębi serca tego zdrowia też, chcąc się trzymać tego, że jednak prawie do samego końca walczyliśmy. Wiem o sobie i jakoś się wstydzę, że ja na samym końcu już nie. Ale może to też było potrzebne, żeby nastąpił.

Ale kiedy pędzę przez noc Mostem Gdańskim, który na ścieżce rowerowej bywa słabiej oświetlony i zdecydowanie potrzebuję nowej lampki na przód, po tym jak poprzednią pożarł piękny Tofu, albo kiedy zatrzymuję się na chwilę na zawsze ulubionym i zupełnie pustym po późnych zajęciach na Gdańskim Rynku Nowego Miasta, mam w sobie też takie nieco łzawe "lepiej późno niż później". I przybiegam o tu, w to miejsce o którym Młot powiedział w dawnym życiu, że przecież ja uwielbiam to całe "I'm in love with my sadness" (a w urodziny na spacerze prawie wszedłem do lokalu z którego grało 1979), z nadzieją, że jakoś tam wreszcie wracam do siebie.

Nawet jeśli chwilowo podpisuję się pod zasłyszaną - przepraszam, podsłuchałem to zupełnie nieumyślnie - na ulicy mantrą...

P.S. Na drugi dzień o poranku już wiem, że żaden księżycowy zespół, tylko Róże Europy w Liście do Gertrudy Burgund, ten rytm miałem w głowie; ale zapewne mam w tym nałożone kilka piosenek na siebie, bo przecież oni nie mają żadnego "przepraszam" tam. Ale jednak "całuję"! Jej, z jakiegoś powodu pasuje w tym wpisie też wers "przez ten twój cholerny nałóg"!