Nowa norma wygląda tak, że w poniedziałki o tej godzinie jestem na zajęciach rytmiczno-fitnessowych (jakie to zabawne nie chcieć reklamować na porzuconym blogu wprost czegoś co jest na jakiejś tam licencji, no ale przyjmijmy że tak tu sobie robię), ale nowa norma doprowadziła ostatnio do tego, że łydki mam spięte i napuchnięte jakbym brał jakiś doping i właściwie takie podstawowe funkcje życiowe jak pójście do biedry niemal mnie przerastają od tygodnia czy dwóch. Znaczy że może jednak to nieco za dużo, znaczy że jednak człowiek znów przerabiał niedawno urodziny, lepiej już było.
Ale na zajęcia chodzę, choć wiem, że powinienem czasem odpocząć. Zmuszam się dziś, kiedy mnie zamówiono na dawny skraj miasta do opieki nad kotami. Jakub Żulczyk by powiedział, że to uzależnienie ucieczkowe i oczywiście miałby w tym rację. Nie szkodzi, na pewno można mieć gorsze uzależnienia niż sala fitness dziesięć godzin w tygodniu. A przecież i tak odpuściłem przy kontuzji kciuka, przez którą tylko te tańce zostały. Mam zresztą wrażenie, że czułem się bardzo dobrze dopóki nie zostały same tańce, przeplatanie tego jogą na pewno jakoś pomaga na stawy i regenerację. Ech. Jeszcze chwila, jeszcze trochę i znów pójdę robić psa z głową w dół, zupełnie jak piękny pies Tofu, który gościł u mnie przez kilka wiosennych miesięcy.
W każdym razie czuję się tak źle w ścięgnach, kolanach, stawach, mięśniach, że dzisiaj nie poszedłem, a będę czuł się tylko gorzej, bo, łudzę się, dobrze mi to robi na głowę, kicanie do rytmu, jak żyć bez tego? Np. przychodząc o tu. Bo przecież trzeba odblokować słowa, ostatnio na naszego bloga o giereczkach nawet nie jestem w stanie się odblokować, choć tam niby o wiele łatwiej i o wiele konkretniej być powinno. Nie chciałbym robić takich rzeczy pod przymusem, co się kojarzy z najgorszymi czasami w korporacji i laniem wody o zbędnych i nieważnych sprawach, którymi zajmowaliśmy się w zespole.
A w ogóle to patrząc na moje dwadzieścia lat grania w Dance Dance Revolution, zawsze kiedy trochę miałem ochotę wrócić do formy, to pewnie nie należy się dziwić nowej zajawce. Choć tak naprawdę to czasem wcale nie jest łatwo tam wrócić, to skomplikowane, zawsze tak straszliwie skomplikowane, kiedy myślisz o swoim miejscu wśród ludzi. Staram się mniej. Czy dziś naprawdę już wszystko musi być tak skomplikowane, dlaczego nie umiem się nauczyć że większość świata w ogóle nie jest o mnie?
A kiedy się na chwilę zbliżam w to miejsce, to się okazuje, że jednak jakoś jest, traktuje się mnie w tym jak dziecko i jeszcze na dokładkę śmierdzę. Ugh, to była trudna chwila, ale zmieniłem antyperspirant i podobno jest lepiej. A trenerka woła "więcej potu" przecież! No to daję z siebie wszystko.
Chciałbym zrobić o tym komiks, choć nie umiem rysować. Ale znajomi komiksiarze mnie ostatnio pięknie inspirowali, więc może chociaż sobie scenariusz rozpiszę?
Pewne skomplikowane rzeczy niedawno uprościłem, kandydatem na tytuł wpisu było brutalne, ukradzione z Wipeoutów, o których ścieżce dźwiękowej fajowy dokument ostatnio oglądałem, wypowiadane przetworzonym, robotycznym głosem "CONTENDER ELIMINATED", ale przecież to nie było tak drastycznie, było odwrotnie niż w Wipeoutach, powoli, ślamazarnie, coraz wolniej, coraz zimniej, no i innego końca nie będzie niż ten że zamiast pytać, czy jesteśmy kochankami, jak pytano z początku, zastanawiam się czy jednak nie po prostu, jak mówił ojciec, kolegami. Bo śni mi się co i rusz, że ktoś pyta, kim jesteśmy, jak przecież pytałem już kilka lat temu, opodal koncertu, bez jednoznacznych wniosków.
Była kiedyś taka chwila, kiedy popatrzyła na biednego, przygarniętego z zadupia kota i powiedziała "chcę tamtego", którego podrzucono kiedyś pod drzwi i wspólnie spędzili pół życia, nawet ja się na chwilę załapałem, włączając w to bycie obsikiwanym z transportera i bycie podawaczem przedostatnich leków. Często w ostatnich latach myślałem, że czuję się takim właśnie kotem, tylko tak samo jak z kotem, mówi mi to słowami, których nie chcę lub nie mogę zrozumieć.
No to nie jesteśmy. I już się też nie śni.
Ostatnio to nawet mi się przyśniło, że kto inny mnie sobie odpuścił, choć w tej sprawie nigdy nie zadawaliśmy żadnych pytań! Choć są pewne szanse że w dniu urodzin zostałem spławiony gestem jakim inna koleżanka spławia chłopców z Tindera. Co byłoby cudowne, gdyby było i i tak jest przecież całkiem cudowne, nawet jeśli nie jest, bo wszystko tylko w mojej głowie, w tych chwilach kiedy nie rozumie, że nie cały świat jest o mnie, nawet kiedy na kolejnych zajęciach powtarza się sygnał, że "to na pożegnanie". Ale to też jest do komiksu, może to bezpieczniejszy sposób na przepracowywanie emocji niż zapomniany blog.
Chodzi mi po głowie coś z piosenki, tylko nie mam pojęcia której, że przepraszam, dziękuję i pozdrawiam gorąco. Może jednak całuję? Byłoby to coś z zespołu księżycowego? Miałem go ostatnio na playlistach, przerabiam starego laptopa na odtwarzacz multimedialny, tj. chciałbym ograniczyć siedzenie w sieci bez sensu, więc przerabiam komputer który już nie umie być w sieci na takie cudo. Może nawet znajdę jak mu wyświetlać jako animowaną tapetę transformację Generała Daimosa, jako cyfrową ramkę, hmm?
Przepraszam, dziękuję i pozdrawiam gorąco. Serio-serio, tj. jest, mimo wszystko, jakby lepiej. Skąd to wiem?
To już minęło kilka tygodni, jedyny na razie raz pojechałem na zajęcia w nowe miejsce z ultra śliską podłogą, ale tego dnia cała muzyka brzmiała inaczej. Jeszcze na rozgrzewce się nie zorientowałem, ale za chwilę była taka piosenka niezbyt dynamiczna, a ja mimo to miałem wrażenie, że to jakaś alternatywna wersja, spowolniona względem dwóch dni wstecz. Ale jednak nie, tego dnia wszystkie piosenki słyszałem już jakby były puszczane w zwolnionym tempie, miałem w sobie radość i łapałem piękny flow, choć żaden ze mnie tancerz przecież. W drodze na drugą godzinę wrzuciłem pierwszy raz w tym roku wyższy bieg, zdążyłem zaliczyć prysznic, bawiłem się jeszcze pyszniej i miałem uśmiech na buziu w drodze powrotnej.
To nie jest tak, że każdy dzień tak wygląda teraz, ale jednak pojawiają się. I mam takie poczucie, jakbym przez ostatnie lata widział co drugą klatkę z filmu, jakby leciał na przyspieszeniu, jakby się przewijał, bruździł i zniekształcał, jak taśma VHS. Częściowo myślę, że może trochę szkoda, częściowo że nie wypada, bo przepraszam i dziękuję i z głębi serca tego zdrowia też, chcąc się trzymać tego, że jednak prawie do samego końca walczyliśmy. Wiem o sobie i jakoś się wstydzę, że ja na samym końcu już nie. Ale może to też było potrzebne, żeby nastąpił.
Ale kiedy pędzę przez noc Mostem Gdańskim, który na ścieżce rowerowej bywa słabiej oświetlony i zdecydowanie potrzebuję nowej lampki na przód, po tym jak poprzednią pożarł piękny Tofu, albo kiedy zatrzymuję się na chwilę na zawsze ulubionym i zupełnie pustym po późnych zajęciach na Gdańskim Rynku Nowego Miasta, mam w sobie też takie nieco łzawe "lepiej późno niż później". I przybiegam o tu, w to miejsce o którym Młot powiedział w dawnym życiu, że przecież ja uwielbiam to całe "I'm in love with my sadness" (a w urodziny na spacerze prawie wszedłem do lokalu z którego grało 1979), z nadzieją, że jakoś tam wreszcie wracam do siebie.
Nawet jeśli chwilowo podpisuję się pod zasłyszaną - przepraszam, podsłuchałem to zupełnie nieumyślnie - na ulicy mantrą...
P.S. Na drugi dzień o poranku już wiem, że żaden księżycowy zespół, tylko Róże Europy w Liście do Gertrudy Burgund, ten rytm miałem w głowie; ale zapewne mam w tym nałożone kilka piosenek na siebie, bo przecież oni nie mają żadnego "przepraszam" tam. Ale jednak "całuję"! Jej, z jakiegoś powodu pasuje w tym wpisie też wers "przez ten twój cholerny nałóg"!