Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

poniedziałek, 7 marca 2011

Muumilaakson maaliskuu

Marudzenie moje przyniosło dziś bezbłędny odzew. Marudziłem na finiszu pracy, że ani mi się pracować nie chce, ani z pracy wychodzić, na co Wiedźma bez zastanowienia rzuciła - Idź kupić paluszki z makiem. I nie miała pojęcia, że przecież nie może być na moją niemoc lepszej odpowiedzi niż przypomnienie czegoś zapomnianego, bo odniosła wrażenie bycia gromioną wzrokiem, podczas gdy ja patrzyłem, porażony, jakby mi się jaka Pytia ukazała. Bo jakby się nie ukazała, to nie ma mowy, żeby mówiła z sensem. A tu proszę - już kiedyś na pewno wspominałem, że są w tej rodzinie czarowne historie, tak, miałaś, dziewczyno, podstawy obawiać się Tarota. No bo jak to tłumaczyć inaczej, skoro broniła się, że niby z Cyganem mówiliśmy o rowerach dzisiaj i stąd jakoś wzięły się paluszki? Co ma rower do paluszków? Okej, kupuję je czasem, właściwie jedynie przy Rynku Nowego Miasta, ale częściej chodzę tam z buta jednak.

Nie ma zresztą co marudzić - jestem kojarzony z rowerem i paluszkami z makiem, na pewno mogło być gorzej.

Do tego wrócił do mnie odtwarzacz, chyba przez miesiąc byłem na odwyku, zapomniałem go zabrać z domu - zacięcie na zorganizowanie ksywki - Mimbli, kiedy Dwie Kalorie zarządził poprzednio zabijanie bestii. Mimbla powiedziała, że zestaw daje radę, poza może Paktofoniką. Cóż, nie żebym ja sam jeszcze półtora roku temu widział czy słyszał cokolwiek w takiej muzyce, kiedyś na pewno się na nią krzywiłem, a teraz Motor co i rusz podsyła jakieś kawałki, które jednak mają trochę więcej treści niż, powiedzmy, samotne pierdolę to...

Tu przerwał, gdyż ponownie go rypło i miał z tego frajdę, że złożyło się w całość, wskoczyło na swe miejsce. Everything is from inside, tak pomyślał wieczorem w środę (o piosence, w której tego nie ma) i tak pomyślał w czwartek rano, co chyba pozwoliło mu iść do pracy na tę wcześniejszą godzinę, nie to żeby należało się tu od razu popularne hasło profit, ale na pewno to jakieś osiągnięcie. A w ogóle - przeprowadzanie biura wiązało się z porządkami i pakowaniem, i wtedy władował do torby antyczne już prawie papiery, które w pierwszej połowie ubiegłej dekady (dlaczego to słowo ma brzmieć dumnie?) wędrowały do szkoły, później ocenione do domu, później z niewiadomych przyczyn wylądowały u Smoczego i dopiero w ostatnich miesiącach zostały tam odkryte, ale znów, zamiast lecieć do jakiejś teczki czy pudła w domu, wylądowały w szufladzie roboczego biurka, gdzie czekały do przeprowadzki. Otóż te papiery miałem teraz na wyciągnięcie ręki, wypakowane miesiąc temu z torby, mam z nimi ten problem, że bardzo wstydzę się takiego siebie, jakim byłem wtedy, a jaki byłem, o tym jasno chyba świadczy zdanie z wypracowania z pierwszej liceum:
Są tacy, którym treści w stylu "pier**** rząd, pier**** matkę, ojca, babkę" lub "wczoraj zabiłem dziewczynę a dzisiaj znowu piję"* odpowiadają, ja jednak zdecydowanie do nich nie należę.
Byłoby to coś na kształt riserczu ziemkiewiczowskiego? W każdym razie, kontynuując przerwaną myśl, od dzisiaj wiem już, skąd się Motorowi wzięło sformułowanie Poczekalnia dusz, którym określa jedno zawodowe zagadnienie, a z fejsa wiem też, po kim powtarza czasem jakie to uczucie, gdy zawodzi człowiek. Tak mi się przynajmniej wydaje, że wiem, może to starsze jednak jest.

Intensywny weekend, właściwie cały tydzień, już poprzednio pisałem od Katastrofy, do domu wróciłem w piątek po pracy, ze strasznym bólem głowy, który przeszedł po darowanym naleśniku, chińskiej zupie i kąpieli, na szczęście, bo w perspektywie był większy - wieczór u Wielkiego Elektronika, który jest jedyną osobą z tamtego świata, którą chętnie spotykam. Fajne ma dzieciaki, nawet jeśli się mnie boją, trzy miesiące temu głównie się przewracały, teraz głównie uciekają. Leniwy wieczór, w tle film z wesela, przekonujący mnie o tym, że sam nie chcę czegoś takiego nigdy organizować, niepewne siebie towarzystwo, oczy chcą widzieć więcej, brak zaufania. Wreszcie upragniony sygnał - zostawiliśmy ich, otworzyłem bramę, wyjechali, zawróciłem jeszcze, podbiegłem do Elektronika, nie dla niego rzucone w przestrzeń cześć, trzeba się pożegnać jak należy. A u Smoczego historie - o Finlandii, prohibicji, nocach polarnych i samobójstwach, które statystycznie są tam pierwsze, ale drugie po nich są wylegujące się na drogach renifery. Co powtarzam w domu Mimbli, bo przecież ona to studiuje, a o poranku (w nocy olewanie bestii i obserwacja wielkich radości, naprawdę ładne to dla mnie było) słucha fińskiego radia. Podobno pierwszy raz tak o poranku, kiedy grają chyba stare rzeczy, bo kojarzą mi się z dwudziestoleciem, na co słyszę - A wiesz, że pierwszy fiński film był o pędzeniu bimbru? Ale się nie zachował.

Więc jeśli wydział ugrofinistyki UW kiedyś zrobi remake tego filmu, to wiedzcie, że pomysł był mój. Ciekawe, że Muminki Tove Jansson pisała po szwedzku, skoro fińskie Muumilaakson marraskuu brzmi sto razy ładniej niż oryginalne Sent i november. Marraskuu to listopad, ja potrzebowałem do wpisu marca - świat chciał, że brzmi praktycznie tak samo. Maaliskuu. Znów klik w głowie, bo inne miesiące nie brzmią aż tak podobnie, żeby nie było.

Wyszedłem z pracy kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie chodzi mi tu o nieudolne opisywanie majestatycznych okoliczności przyrody, bo na finiszu zimy najbardziej cieszymy się, kiedy słońce jest w zenicie i cieplutko wali w okna, i to raczej takiemu by się należało. Po prostu robiło się już szaro, na tyle szaro, że nie mogłem się za bardzo przyglądać twarzom mijanych dziewcząt - podobno ludzie bez wad wzroku bardziej dają wtedy radę? I szedłem Kruczą, zdawało mi się, że przy kolejnej przecznicy dziewczyna tuli się do faceta. Wgapiłem się w płotek, przeszedłem kilkadziesiąt metrów - krzyk. Bo to jednak dwóch facetów, jeden o głowę niższy, większy w bojowym nastroju, a obok trzeci. Odpychają się, walka nie jest pewna, w ogóle nic nie jest pewne, sytuacja do ominięcia z daleka, ale przecież - z lewa blok, z prawa płot, przeskoczyć to sprowokować, zawrócić chyba też. Przeszedłem pomiędzy nimi a tym trzecim - Walcz, kurwa!

Ale to nie do mnie. Każda studzienka na trasie z wyżłobieniem wokół - dwa razy bym skręcił kostkę. Syrenka na Rynku Starego Miasta jak pięść do nosa, zdaje się, że kiedyś była na Barbakanie i to było dobre miejsce. Paluszki Żerań mają teraz inne opakowanie, nie wiem, czy nie zmieniły się w smaku, bo nie było z makiem. Kupiłem dwa sznurki obwarzanków.

* Byłby to mocny kandydat na tytuł posta, gdybym nie ustalił go już wcześniej.

środa, 19 stycznia 2011

Fsiubździu, a niech sobie będzie

Na twarzoksiążce nastąpiły spodziewane z dawna zmiany, teraz już nie mogę wybrać, jak wygląda mój profil, oni bardzo chcą, żebym bardziej był zdjęciem niż słowem - wyraźny sygnał, żeby odezwać się tutaj. Nawet jeśli miałbym pisać o twarzoksiążce właśnie - bo zdarzyła się tam ładna rzecz, to dlaczego mam nie napisać. W piątek dostałem zupełnie niespodziewanego mejla od dziewczyny, z którą spotkałem się cały jeden raz w życiu, a był to mejl z noworocznymi życzeniami w formie kartek. Wydumałem sobie, że pewnie ma jakiś sprytny program czy aplikację do synchronizacji kontaktów z fejsa i stąd wie, gdzie słać mejla, bo ja jej przecież nie podawałem, a wątpliwe, żeby specjalnie wbijała na profil do mnie spośród kilku setek znajomych. Światowa to jest bardzo dziewczyna. Akurat obudziłem się po zejściu w pracy (to znaczy drzemce obiadowej, ale raczej kiepsko się wtedy czułem) i tak mnie ta niespodzianka ucieszyła, że wymyśliłem skomponować jakąś kartkę w odpowiedzi. Jaką miałem frajdę ze składania, a ona ponoć równie wielką frajdę z takiej odpowiedzi, oraz - jakie to wszystko było proste. Ładnie.

W jakimkolwiek miejscu bym nie pisał, choćby było to tylko i wyłącznie moje miejsce, po dłuższej nieobecności odczuwam obowiązek usprawiedliwienia się. Całe lata pamiętników, przerwa, powrót - No, więc, tego... Bez sensu. Coś tam pisałem po drodze, to jest udało mi się zarejestrować na forum, które kiedyś już wspominałem, towarzystwo jest dość hermetyczne, głowy pełne zupełnie nieżyciowych informacji (no bo komu na co się przyda dogłębna znajomość historii świata gry?), wciągnęło mnie to na kilka dni. Myślałem na przykład już w ubiegły poniedziałek, żeby coś napisać tutaj i najlepiej właśnie w poniedziałek, żeby mniej to było smutne, bardziej wyspane, ale zamiast tego analizowaliśmy kilkanaście zeskanowanych z zagranicznego periodyku obrazków. To znów odkrywanie Ameryki - jak to fajnie, że ktoś mnie czyta i odpowiada, dopowiada w temacie, który nas tam wszystkich naprawdę jara, nawet jeśli po czwórce do zapowiedzi podchodzimy sceptycznie.

Za to właśnie przed poniedziałkiem (tamtym) działo się dla odmiany prawdziwe życie, czyli tak zwane spotkania towarzyskie. Działo się już w tą marudną środę, bo udało się spotkać ze Smoczym, który przyjechał na kilka dni z Niemiec. Od pół roku nie było takiego spotkania, to znaczy właściwie od kiedy wróciłem w ubiegłym roku z Offa. Pełen skład, mieszkanie już chyba nie tak studenckie jak kiedyś, ale wciąż tak samo zaprzyjaźnione. Świetne uśmiechy dziewcząt, nawet pomysł, żeby iść na sanki, tylko jakoś sanek brak. Czarna Mewa już snuje plany wakacyjne, jechać gdzieś i bez niczego, i byczyć się wspólnie nad jeziorkiem. Żeby nie ten brak snu, to bym dłużej korzystał, a nawet korzystałbym pomimo braku snu - tylko że ja miałem niedomiar snu, ale nadmiar bólu głowy - odpadłem o północy i wreszcie coś śniłem przez więcej niż dwie godziny.

Nazajutrz drugi biegun - Dwie Kalorie zapraszał do kawiarni. Nigdy sobie siebie w kawiarni nie wyobrażałem, odwiedziłem chyba dwa razy w życiu z Niedodzwanialną, jestem zdecydowanym zwolennikiem herbaty w domowym zaciszu. Więc pewnie się zestresowałem, bo gdzie to i jak to znaleźć, i w ogóle przegapiłem wiadomość, że nie spotykamy się w kawiarni, tylko pod dworcem, skąd razem dotrzemy. Czyli oni czekali na mnie, a ja na nich - dobry początek! I to jeszcze oni docierali do mnie, strasznie kiepskie uczucie, kiedy czekasz na grupę, której w większości w ogóle nie znasz - lepiej na odwrót, kiedy się samemu dociera, wbija w spotkanie. A jednak - to też był dobry wieczór, na tyle dobry, że prawie zapomniałem o czynionych na forum rozkminkach, choć przecież był to pewien punkt przełomu w temacie. Inna sprawa, że po powrocie do domu przez dwie godziny tłumaczyłem wymyślony alfabet, upierając się przy samodzielnej zabawie, a nie na gotowe.

Może zacznę częściej pisać, kiedy już skończę do spółki z Katastrofą brnąć przez Lamerskie Wprowadzenie do Pythona. W ogóle nie opłacało się przestawać być studentem, skoro sesja mnie nie mija, ale cóż, na pewno trudniejsze to łamigłówki niż puzzle ze smoczego alfabetu.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Skalpele, dissiki, rowerki

Gdyby ktoś się nade mną zastanawiał, co się dzieje i takie tam, to wypadałoby wytłumaczyć się, albo rzucić przynajmniej jakieś ładne łgarstwo - żeby napisać jedno zdanie, należy przeczytać tysiąc stron, jakoś tak. Nie da się ukryć, że z czytelnictwem się opuściłem, w autobusie wciąż Wilk stepowy, a to nie jest długa książka. Czytałem ją już, ale przecież jestem w zupełnie innym miejscu w życiu teraz, więc odczytuję lekko inaczej, nie będę zostawiał. Toż to nie Ulisses, ale jakby kto pytał, skąd wzięła się w mojej głowie pierwsza o książce Joyce'a wzmianka, to właśnie z okładki Wilka. Oczywiście muszę kiedyś przez niego przebrnąć, będę mógł przestać nad nim biadolić, albo może będę jakoś sensowniej biadolił, bo przecież nie może być tak, że samego siebie tutaj zaczynam zanudzać.

Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.

Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.

Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.

Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.

W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.

Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.

Wtem!

Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!

Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.

wtorek, 14 września 2010

Ciepłe powietrze uniosło gdzieś pchlarzy - ekstra!

Zakatarzyłem się, po cichu liczę na to, że przeziębienie mam od ubiegłego tygodnia, tylko rozłożone na raty i wtedy była jakaś gorączka, bóle głowy, a teraz tylko nos. Śnię o wielkiej wodzie, pływam z kimś i bez kogoś, przez chaszcze po wyspach, ale jednak najwięcej wody - bo cieknie z nosa i łaskocze, budzi. Częściej jednak budzi komar, skąd go przygnało jesienią?

Jest mi bardzo przykro, że od lat pracuję, kiedy nie pracowałem, to w gorączce i chorobie pisałem najbardziej egzaltowane rzeczy, dajmy na to opowiadaniem rozważałem zakończony kilka miesięcy wcześniej związek, przeinaczając takie napisane dla kobiety z wielbiącego w odzierające ze złudzeń. Na szczęście nie znam teraz żadnej kobiety, oraz nie siedzę za długo po nocach, bo rano trzeba wstać. Nie wiem którego i czy w ogóle któregoś mi brakuje, chyba tego drugiego prędzej.

Jeśli mam wskazać jedną rzecz, w której zgadzam się z moimi zagranicznymi mocodawcami, to właśnie w podejściu do kataru. Oni akt smarkania nosa stawiają na równi z wymiotami. Jest to szczególnie bolesne podczas firmowego obiadu, kiedy siedzę obok takiego i smarczenie boli mnie podwójnie albo i potrójnie, bo na pewno boli jego, boli mnie samego, skoro nie lubię, ale jeśli jego boli już teraz, to może sobie o tym w jakimś nieodpowiednim momencie przypomnieć. Walczyłem jak lew, żeby się od obiadu wymigać, ale moją asertywność rozgromił ten zdrajca Głaz. To sytuacja analogiczna do tej z Czarną Mewą, na nic mocne postanowienia, nawet jeśli nie zawsze z sugerowanych zachowań wychodzi coś dobrego. Głaz wpadł kiedyś na pomysł, żebym może się ogolił, mówił - A może to zmieni twoje życie?
Ja brody nie goliłem od liceum, bo golenie się jest dosyć upierdliwą rzeczą, a do tego wyhodowanie czegokolwiek na kształt brody przy moim, tak mi się wydaje, średnio męskim zaroście, jest sukcesem, który szkoda marnować. Przeżyłem z brodą próbę na jednych studiach, drugich, trzecich, nawet próbę z jedną kobietą, aż padła kamienna sugestia i okazało się, że bez brody naprawdę lepiej wyglądam. Choć życie mi to tylko utrudniło i częściej teraz wyglądam źle, i wiem o tym, a wcześniej to nie.

A później do autobusu zapomniałem kupić chusteczek i to już w ogóle była porażka, pociąganie nosem, to jeszcze gorsze niż wysmarkiwanie się przecież - bo widać, że ciamajda, chusteczek nie ma.

Oczywiście w związku z katarem spadła moja wydajność w czytaniu, rano jestem zupełnie nie do życia. No bo ja jednak lubię się czasem przespać, a tu katar i komar, ka do kwadratu, katastrofa. Dzisiaj skończyłem Beksińskiego - wciąż ekstra. Czytałem i potakiwałem, aż pojawiła się niepokojąca myśl - czy to aby społecznie pożądane, albo pożądane młodzieńczo, bo ja jestem młodzieniaszek, żeby taki jeszcze nie ćwierćwieczny człeczyna myślał jak siedemdziesięciopięcioletni Beksa. Dobra - najwyżej wydaje mu się, że myśli podobnie.

W pracy wyskoczył ostatnio temat pamiętników, których podobno każdy kiedyś próbuje, ale na ogół nie daje rady uciągnąć. Na zapytanie, na czym taki pamiętnik polega, odpowiedziałem, że na byciu emo, egzaltacji i nieosiągniętych kobietach. Później pomyślałem, że chyba chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym nie jest do niczego potrzebny, kiedy słów jest coraz mniej. Daleko mi jeszcze do tego, nawet jeśli więcej się produkuję ostatnio tutaj. Klawiatura jest szybsza, ale papier bardziej cierpliwy i można nań bezpiecznie smarkać.

Tylko jakoś ładniej to myślałem, tam w biurze, na odcinku między boksem i windami.

Ja pamiętnika próbowałem już w podstawówce, to mogła być piąta, albo szósta klasa. Wymusiła to na nas polonistka i wychowawczyni zarazem, a ponieważ jeszcze bardziej żyłem wtedy we własnym świecie - podszedłem do pisania pamiętnika równie poważnie, co teraz, że nikt nie ma wstępu, że to tajne i pisane w piwnicy, po złożeniu szatanowi stosownej ofiary. Mój pamiętnik na zebraniu dostała mama, przy czym raczej nie miała wcześniej pojęcia, że się w tej formie sprawdzam, ani tym bardziej, że w ogóle nie przyszło mi do głowy traktować tego jak każdego innego zadania domowego - gdzie sprawdziłaby moje ortografy. Dostałem albo dwóję, albo pałę, mama odbyła rozmowę z wychowawczynią, z której dowiedziała się, jakim jestem leniem, a ja pomyślałem sobie o tej zdrajczyni polonistce, że jest świnią.

Na odcinku między boksem i windami było jeszcze coś o odzieraniu siebie ze złudzeń. Pokora. Co mi z tego, że mnie nie ma, skoro i tak mam katar? Może za bardzo byłem, z Bazylem i Mrocznym Krzysiem na rowerach w sobotę. Wiem teraz, gdzie jest najmniejszy dom w Warszawie, oraz dom na Saskiej Kępie występujący ponoć w każdym podręczniku architektury, no i gdzie siedzi Osiecka.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Na temat słowa ekwilibrystyka rysunkowa

Zgubiłem swoje nie do końca rowerowe rękawiczki, po tamtej ulewie wrzucałem je chyba do wanny, musiały się gdzieś w łazience walać i teraz nie wiem. Drugi raz już jeździłem bez nich, myślę, że to nie jest powód, przez który bardzo szybko wróciłem do domu, po kilkunastu kilometrach raptem. Nie był nim też siąpiący deszczyk, chciałoby się napisać, że jesiennie, ale bądźmy poważni - jeszcze niemal miesiąc lata przed nami! Może lepiej, żeby ta pogoda spoważniała, zaduch taki, choć na zewnątrz i tak jest milion razy lepiej niż w biurze.

Szukając rękawiczek trafiłem na niebiesko umazaną kartkę i rozczuliłem się nad studiami siostry. Kartka stanowi dowód jedynego eksperymentu o którym wiem na pewno, że na mnie przeprowadziła, bo uczciwie się przyznała co robi i o co chodzi. O reszcie nie wiem, ale przecież każdy, kto ma w programie różne psychologie, pedagogiki i filozofie w pewnym momencie musi je na kimś wypróbować. W tym jednak wypadku przygotowywała się do zajęć z kreatywnego myślenia i żeby może mniej się tam stresować wymyśliła sobie zrobić ze mnie królika doświadczalnego. Mówi do mnie weź kartkę, weź ołówek, no dobra, może być długopis (co ja, student architektury, żeby ołówkiem koniecznie rysować?) i musisz mi teraz narysować symbol erudycji. Jeszcze nie miałem wtedy przyswojonego cytatowego Nigga, what? więc raczej starałem się, żeby nagła pustka w głowie nie odmalowała się za bardzo na mojej twarzy, zresztą zostałem przecież mile połechtany - siostra ufa, że znam znaczenie takich słów.

erudycja01
Rys. 1 wstęp do rysowania, Niebiesko umazana kartka papieru

Żeby nie było za łatwo, najpierw sobie to zapisałem. To pewnie mogło zepsuć całe ćwiczenie, przecież symbol jest znakiem, grafiką, a ja tu z literami zaczynam. Tak pomyślałem, więc szybko zmusiłem się do zmiany toku rozumowania - narysowałem taki prawie kwadrat. Prawie kwadrat w moim wykonaniu bardziej przypomina kwadrat niż konkurencyjne prawie koło przypomina koło, chodziło mi o coś prostego. Następnie pomyślałem słowo geometria, to zacząłem rysować więcej kwadratów, przekątnych, siecznych i innych takich w okolicach pierwszego, walcząc jednocześnie z łopoczącą się po głowie sową w akademickiej czapce i okularach. Sowa to na ogół symbol mądrości, oczytania, jest to jakoś pokrewne z erudycją, ale jednak to drugie wydawało mi się pojęciem szlachetniejszym, wymagającym prostoty, estetyki. Najwidoczniej rozumiem je mniej nawet niż erudycję - przesadziłem z paćkaniem kresek.

erudycja02
Rys. 2 kreski napaćkane, Niebiesko umazana kartka papieru

Pomysłem na ponowne uproszczenie rysunku było zakolorowanie losowych części. Może wyjdzie z tego jakieś fajne logo, co z tego, że symbol na ogół jest czymś konkretnym, tą sową na przykład, lisem czy wężem, po prostu popłynąłem z tematem. Jednocześnie szkoda mi było pierwszych kresek, przerysowałem je i nawet miałem do tego filozofię specjalną, że to będzie naprawdę szlachetny symbol, bo ostatecznie na pewno będzie czymś prostym i fajnym, ale do tej prostoty prowadziła kręta ścieżka, znaczy się symbol będzie szlachetniejszy i prawdziwszy.

erudycja03
Rys. 3 atrament wśród kresek rozlany, Niebiesko umazana kartka papieru

Tak to wyglądało, ale kreski psuły wrażenie, więc ponownie trzeba było przerysować. Po przerysowaniu nawet zaczęło mi się podobać, no, jest nieźle, może jeszcze nie jest to dizajn apple, ale na pewno jestem na dobrej drodze. Postanowiłem poszukać w takim kształcie idei odbicia czegoś rzeczywistego.

erudycja04
Rys. 4 atrament bez kresek, Niebiesko umazana kartka papieru

Pierwsze rozwiązanie zupełnie odcięło mnie od innych ewentualności, bo to była jedna z najpiękniejszych rzeczy pod słońcem.

erudycja05
Rys. 5 idea z dziedziny piękna, Niebiesko umazana kartka papieru

Jak daleko padło jabłko od jabłoni, jak daleko od mądrej sowy, jak daleko od wybranego na początku prawie kwadratu, porzucone prawie koło, para ich okazała się trafniejszym rozwiązaniem. Tylko jakoś nie miałem pewności co do spodziewanej szlachetności, to zdaje się niezbyt poprawne politycznie w jakikolwiek sposób koncentrować uwagę na częściach ciała wybrakowanych z kobiety, więc jak takie coś pokazać siostrze? Można spróbować dorysować kobietę, zresztą na co komu cała ta erudycja, na co komu cokolwiek, jeśli nie dla zdobywania kobiet? Podjąłem się wyzwania narysowania jakiejś fajnej laski, talia osy, zwiewna sukienka, obcasy, to znaczy pewnie, że znowu popłynąłem i do tego z miernym efektem.

erudycja06
Rys. 6 zupełnie niepiękny kształt pięknej idei, Niebiesko umazana kartka papieru

Cała operacja trwała już dobrych kilkanaście minut, przeraziłem się, że słabo wypadnę, jak tu wyjść z twarzą z tej sytuacji? Erudycja, erudycja, hmm, geometria i mądrość, filozofie, coś po środku wszystkiego, coś co czerpie ze wszystkiego, myśl szlachetna, ładna myśl... Hmm, kiepska ta kobieta, jakieś dziwne przeszczepy zamiast obcasów... Tacy filozofowie pewnie byli niezłymi erudytami kiedyś, w prześcieradłach i sandałach. Tak, może być sandał. Ale tego już zupełnie nie umiałem narysować, prób narysowania sandału wstydzę się bardziej niż powyższej śliczności.

erudycja07
Rys. 7 podsumowanie wyzwania, Niebiesko umazana kartka papieru

Dla wszystkich, którzy przebrnęli przez powyższe - wyjaśnienie. Obiecałem się wypsztykać z tematów, słowa dotrzymałem, ale przecież nikt tego nie zobaczy, jeśli nie napiszę większej bzdury niż do tej pory. Tak się huśtam przez ostatnie dni, że nie ma sensu nic innego pisać, chyba że w pamiętniku, który na chwilę odwiedziłem ze dwa dni temu, pierwszy raz od dwóch miesięcy. To i tak nic dziwnego w wakacje, od zawsze mam tam dziurawy pamiętnik. Nałożyły się na to przetasowania komputerowe, mój komputer już nie będzie tylko mój, nasz stary komputer pojechał do rodziców, bo zepsuł się ich komputer, trzeba było zainstalować skaner i drukarkę. Stąd we wpisie straszą rysunki.

Oczywiście za inspirację dziękuję siostrze - elo!

poniedziałek, 10 maja 2010

Plastikowa apokalipsa, sztuka spadania i inne objawienia

Hej tam, słyszałeś o tych bankach dzisiaj? Że internetowe leżą i kwiczą, że prasa ma zgłoszenia o problemach z kartami, co z kolei banki dementują, dlaczego mam nie wierzyć bankom i nie iść na zakupy? To lepiej głodować? W dwudziestym pierwszym wieku, gdzieś w środku Europy? No bez przesady, nawet jeśli coś było z rana nie tak, to do wieczora musi być okej. Dzień mija na pracy, na spacerze w przerwie, na słońcu za oknem i deszczu po wyjściu, książce w autobusie i słońcu na pętli. No i jest ten sklep, poniedziałek, jeden z dwóch najgorszych dni na zakupy, ale jakoś nie dziś, szybki kurs miedzy półkami, wprawdzie zapomniałem migdałów, ale nawet kolejka nie taka długa, będę w domu bez opóźnienia. Zmierzam oczywiście do tego, że kartą się zapłacić nie dało, bankomat też nie odpowiadał, więc podziękowałem pani kasjerce za zakupy i wróciłem do domu mówić nie o szybkim przejeździe przez miasto, tylko straconej pół godzinie w sklepie. A jak. Przedłużyć ważność życia, po to jedzenie i zakupy przecież, inaczej śmierć głodowa (zapamiętaj: sprawdzić kiedyś Knuta Hamsuna).

Pytam brata o gotówkę, pożyczkę taką, ale płacił za parking. Za to siostra się lituje, ratuje banknotem o jakimś trudnym do ogarnięcia nominale, czyli nie muszę jeść tej plastikowej karty, mogę wrócić do sklepu i nie zapomnieć migdałów tym razem. Oraz dołożyć do nich orzechy laskowe i w ogóle zrobić większe zakupy. I mogę jechać rowerem, no bo nie jeździłem tydzień, co wypomniałem sam sobie w rozmowie z Pogańskim Bożkiem, należy się. Jakie to jest przewartościowanie, kiedy przez deszcz wracam z pracy i myślę, że buty do czyszczenia zaraz i nowe spodnie pewnie też się gdzieś upaćkają, a za chwilę jadę w jakichś starych obciętych gaciach (te nowe też będą kiedyś obcięte, jak jakieś lubię, to żyją po śmierci towarzyskiej) napinam przez kałuże z bardzo prostą myślą - Jeeee!

Ponieważ kałuże nie dokuczają za bardzo, proszę brata, żeby odebrał w klatce te wszystkie puszki, a ja sobie jeszcze pojeżdżę. Jest przecież nawet trasa na wieczorne wypady. Więc napinam, jest prawie pusto, mijam jakiegoś typa rowerującego ze słuchawkami na uszach i oczywiście jest tam myśl, czy w moim mijaniu jest element głupiej pierwotnej rywalizacji i pokazania się, zawsze mam taką myśl, choć generalnie wydaje mi się, że mijam innych, kiedy jadą wolniej niż ja. Ale dobra, nawet jeśli musiałem lekko przyspieszyć, żeby płynnie wyminąć i za chwilę zrzucę na niższy bieg, to chyba jednak będę jechał szybciej, nikt mnie za zawalidrogę nie weźmie. Takie mam problemy, przez chwilę, zaraz myślę, że mokry asfalt jest najfajniejszą nawierzchnią do jazdy, to jest jedzie się szybciej, choć pewnie nie jest najlepszą nawierzchnią do hamowania. Ale jest okej, jest ładnie wyprofilowany zakręt, który biorę bez zwalniania nawet na swojej słabo skręcającej maszynie. I jestem w domu, jest ekstra, cisnę dalej i trochę jakby lecę.

Dobra, tam powinno być jeszcze takie wiele wyrażające - Oż! - w myślach. Ewentualnie takie nie mniej wyrażające – Lecę! - ewentualnie najbardziej prawdopodobne i uczciwe - Wyjebię się! - kiedy koło mi zlatuje z asfaltu i drugie też i coś zaczyna się dziać z równowagą.

Naprawdę nie wiem, jak na prostej drodze można zjechać z asfaltu, do tego na słabo skręcającym bajku. Chętnie doszukałbym się w tym Bożego Palca, no bo najpierw karcę siebie w myślach za kombinowanie o pierwotnych instynktach i rywalizacji z innym bajkerem, a po minucie srrrru (to jest dźwięk szorowania o asfalt). Mogę to również przypisać niebywałej sile sprawczej, to ja kształtuję rzeczywistość, wcale nie rzeczywistość mnie, więc dlaczego miałbym się nie wyjebać, jeśli pomyślałem, że się wyjebię?

Ale za to jak! Trzydzieści na liczniku, pewnie ze trzydzieści trzy, może niedokładnie ustawiłem obwód koła, bo mam te prędkości imponujące jak na mnie, choć mówiłem, że mokro znaczy szybko, a do tego spinałem się trochę. I trochę jakby lecę, rower trochę jakby też leci na trawnik, a ja szoruję kawałek po asfalcie i najbardziej jestem dumny, że kiedyś miałem kaprys i kupiłem takie motocyklowe rękawiczki bez palców. Ani wtedy dużo nie jeździłem, ani nie miałem nic wspólnego z motocyklistami, ani z dzieciakami emo, tak po prostu, chciałem i kupiłem i łaziłem wszędzie z pół roku przybijając żółwiki zamiast się witać po ludzku. A gdyby chodziło tylko o rower, to nigdy bym rękawiczek nie kupił. I one okazują się najfajniejszą rzeczą pod słońcem, kiedy szoruje się po asfalcie, kiedy można sobie po tym asfalcie płynąć i wnętrzom dłoni nie dzieje się krzywda. Wnętrze dłoni to jest bardzo fajne, czułe miejsce, przejazd po asfalcie w rękawiczkach równa się ciepłemu łaskotaniu.

No ale postaram się więcej nie.

Wstałem, otrzepałem się, obejrzałem rower, typ ze słuchawkami zapytał, czy wszystko okej, ja odpowiedziałem, że spoko, machnąłem ręką i jazda dalej. Trochę brudniejszy, ale przecież to oznacza pełen luz, to oznacza nieprzejmowanie się błotem i kałużami, wyzwolony upadkiem mogłem napinać do lasu, i tak cały jestem do prania. A w lesie wiadomo, ptaszki, wilgoć, zieleńsza po deszczu zieleń, krzaki borówek przy drodze i unosząca się nad polaną mgła, rześkość. Czyli w głowie takie - Jeeee! Mogę być jakimś romantykiem, mogę być jakimś dekadentem wśród tych drzew i mgieł, mogę być poza światem, choć oczywiście najbardziej chodzi o zieloność, która przecież uspokaja.

To jest oczywiście najlepszy moment, żeby się zorientować, że pedał jest pęknięty i trochę jakby zmienił geometrię. Pamiętaj! Jeśli szorujesz z prędkością trzydziestu na godzinę po asfalcie, to coś się na pewno zepsuło. Rower nie ma rękawiczek.

(Ale jechał i oto jestem.)

czwartek, 8 kwietnia 2010

Przepraszam wszystkie dzieci Trzeciego Świata

Jest zebranie, wiadomo, że one są co tydzień, więc czwartkowe wpisy mają szansę przerodzić się w jakąś tradycję. Dziś zaczynam bez tytułu, nie żebym zawsze go miał, ale nie mam w głowie tematu ani pomysłu, nawet obszaru poszukiwań. Pewnie wczorajszy ból głowy mnie ze wszystkiego wyprał, zdecydowanie za często boli mnie głowa.

Mamy w biurze jakieś odwieczne problemy z klimatyzacją, można powiedzieć, że są tu trzy biura na trzech piętrach, najstarsze istnieje prawie dziesięć lat. Głupio to brzmi, że ludzie z administracji nie potrafili tego dobrze przez dekadę zorganizować.

Mamy w biurze nieodwiecznego szefa, któremu często zwracamy uwagę na tę kwestię, a on sobie już tylko żartuje. Że w jego poprzednim dziale było to samo, tam na tym najstarszym piętrze. Jemu fajnie tak sobie żartować, a mnie prawie codziennie boli głowa, jakby miała spękać pod wpływem wewnętrznego ciśnienia. Nie eksplodować, to będzie jedna, albo dwie rysy, przez które zacznie wyciekać nagły nadmiar tkanki mózgowej. Niech tylko ktoś lekko przyciśnie, to jak wypełniona wodą reklamówka, nie mam pojęcia, przy jakiej okazji lało się do siatek wodę, wcale nie na Dyngusa, ale chyba każdy to kiedyś robił. Jeśli była nieszczelna, to ciekło sobie pokracznie, ale przyciśnij, sik jak z armaty. Po co mi taka praca, która zabija życie, ojej, jaki biedny, a goń się leszczu, spróbuj w takim stanie wsiąść na rower, a wywrócisz się na lewo.

Nie mówi się głośno takich rzeczy, bo są zbyt banalne, ale przecież w liście do nikogo konkretnego spokojnie mogę. Przynajmniej nikomu na żywo nie będę marudził, że bez pracy nie ma środków do życia, ale po pracy i tak nie ma życia. Rzadko zachowujemy pożądany stan trójdzielnej równowagi - osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu na cokolwiek, ogarnięcie pokoju. Nie wypominaj mi proszę Afryki, gdzie ludzie harują całe dnie i noce, a garnki puste. Nie rozumiem tego, u nas opowiada się kawały o wysyłaniu do ich dzieci słomek w charakterze śpiworków. Ciekawe jak to się ma do Człowieka, o którym pisał ten straszny Exupéry.

Anegdota! Podczas pierwszych studiów, pierwszej próby w mieście Łodzi, musiałem zdać egzamin z języka angielskiego. Trafił się temat o katastrofach współczesnego świata, bardzo szeroki, bo obejmował i klęski żywiołowe i problemy, czy choroby cywilizacyjne. Trzeba było napisać tekst o wypunktowanych zjawiskach. Dziś potrafię z tej listy wymienić tylko jedno, o którym nie napisałem, bo słowo starvation zupełnie nic mi nie mówiło. No nie znałem, pierwszy raz przy egzaminie je przeczytałem. Ale wykpiłem się trochę bezczelnie w podsumowaniu, które brzmiało mniej więcej tak:

Oczywiście dzisiejszy świat zna setki innych problemów, wspomnijmy choćby starvation. Ale przecież każdy z nas ma na co dzień własne, od których trzeba zaczynać, większe czy mniejsze - dajmy na to egzamin z języka angielskiego.

Wydaje mi się, że w ten sposób zarobiłem piątkę, ale może banalniejsze hasło: "naprawiając świat, zaczynaj od siebie" też by zdało egzamin. Ale tej klimatyzacji to żywcem nie mam jak sam ruszyć.

czwartek, 18 marca 2010

Sto książek, których nie czytałem

Trafiłem przez blipa na takie zestawienie - większość ludzi czytała przynajmniej sześć ze stu wypisanych książek. Podoba mi się, gdyby tworzyć jakąś mitologię, numerologię internetu, to liczba sześć jest jedną z ważniejszych - trzeba maksymalnie sześciu podań ręki, żeby skontaktować się z dowolną osobą na świecie, wszystkie portale społecznościowe się z tego wywodzą. A pewnie mamy w sieci inne ważne szóstki - czy to znaczy, że internet jest diabłem?

Ludzie komentują, chwalą się, ile z listy przeczytali, obwieszczają np. czterdzieści sześć, ja ze swoimi dwudziestoma bym nie miał startu. Ale wcale nie muszę mieć, mam frajdę z odnajdywania sprytnej reguły w doborze książek do listy. Jest wystarczająco sprytna, żeby sprowokować kilka minut rozmowy w zespole, to się ceni.

Kolega dostał kiedyś książkę w stylu "Sto najlepszych filmów w historii", już dawno zapomnieliśmy o pomyśle obejrzenia ich wszystkich. Może taka lista zupełnie z kosmosu odnośnie książek będzie bardziej motywująca, książki czyta się samodzielnie, a internet jest całkiem niezłym źródłem tytułów dla człowieka, który już się nie uczy. Ale do rzeczy - jak działa ta lista?

Po pierwsze - żyjemy w tak bogatym świecie, atakuje nas tak wiele informacji, że ludzie, którzy w ogóle nie interesują się czytaniem, w ogóle do niej nie dotrą. A jeśli dotrą, to są tam trzy przenikające się kategorie książek, które po prostu muszą objąć każdego, kto umie czytać.

Największą, ale też w gruncie rzeczy najmniej mocną jest klasyka. Książki, o których mówi się, że nie wypada nie znać, arcydzieła literatury światowej. Odnoszę wprawdzie wrażenie, że głupio o czymkolwiek w XXI wieku mówić, że nie wypada nie znać (BBC w sumie marudzi, że czytano zaledwie sześć), wiem ile jest wszystkiego, ale jednak kupuję Marqueza. Do tego większość książek wywodzi się z kultury anglosaskiej, a kto ma być głównym odbiorcą BBC? Jasne, że potwierdzą. Ale to i tak najsłabsza kategoria.

Drugą są książki popularne, książki marki, zjawiska na równi biznesowe co kulturowe. Tutaj wpasowuje się i "Kod Leonarda Da Vinci" i "Cień wiatru". "Władca Pierścieni", "Opowieści z Narnii", teraz już nawet "Alicja w Krainie Czarów" - maszynki do zarabiania pieniędzy. Filmy, kolorowe wznowienia, nie musisz interesować się literaturą, żeby zetknąć się z reklamami w metrze, nadziewać na nie na najbardziej eksponowanych półkach w empiku. A dzieciaki chcą mieć takie piórniki i zeszyty, część pewnie i książkę przeczyta.

Tu mamy płynne przejście do trzeciej i najmocniejszej kategorii - książek dla dzieci, albo czytanych w dzieciństwie. Wspomniane już "Alicja" i "Narnia" (która jest bezczelnie na liście rozbita na dwie pozycje - całość i pierwszy tom), a kto nie dostał na Pierwszą Komunię obok wypasionego Wigry 3 wypasionego wydania Biblii? Same pozycje z czasów, kiedy nie w pełni świadomie wybieramy, co czytać, wystarczą na obsadzenie kilku miejsc z minimalnej szóstki. Wprawdzie jakoś przegapiłem "Anię z Zielonego Wzgórza", ale "Kubusia Puchatka" chyba się nie da w dzieciństwie ominąć. Nie ma na liście Muminków, też ominąłem, obiecałem sobie jednak kiedyś przeczytać - wygląda ekstra.

Więc właściwie żadna sensacja, czy licytacja, przekrzykiwanie się. Mogę sobie przypomnieć, że są rzeczy, o których słyszałem, rozważałem, ale nie było okazji. "Wielki Gatsby" pojawił się w którejś z książek Murakamiego, "Myszy i ludzie" u Myslovitz (a u siostry widziałem "Mieć czy być" Fromma), to wystarcza, tak sobie zbieram książki do czytania. Świat jest słowem, jest wielkim hipertekstem, niebieskie internetowe odnośniki ładnie wpisały się w schemat kontrolowanego chaosu w naszych głowach. Przy spotkaniach, na imprezach, każdy wspomina, że bał się Buki, bo to nas na pewno łączy, jest wspólne, rozumiemy się. Później lektury obowiązkowe przestają być obowiązkowe, z kumplem kłócimy się w liceum o Wertera, bo trafia w okres uczuciowych niestabilności, zakochań, ale innych rzeczy mamy wspólnych coraz mniej. Nowych uczymy się z losowych miejsc - czytam na czyimś blogu o "Wilku stepowym", kupuję i na okładce widzę "Ulissesa", to jedyny powód dla licznych prób przebrnięcia przez niego.