Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2012

jesionowe paranoje moje

Okłamałem Was ostatnio, bo Skyrim (a.k.a. The Elder Scrolls V Skyrim, w Neo Plus mieli kiedyś taką zasadę, że im dłuższy tytuł, tym gra kiepściejsza) oficjalnie wyszło jedenastego, ale wiadomo, że u nas jedenasty to święto, więc dystrybucja cichaczem podsyłała na dzień wcześniej. Moje szczęście, że specjalnie na tę okazję kupiłem PlayStation 3, bo nie musiałem czekać do oficjalnego systemowego pozwolenia, jak na PC, tylko od razu po pracy mogłem grać - dziesiątego czyli. W pracy, przecież nie mam w domu telewizora. Tak, spędziłem tamten weekend w biurze, tak, nie tylko tamten. Nie poszedłem na koncert Kobiet, będę pamiętał tę datę, koncertu na którym nie byłem, przeciwnie do tego sprzed spłonięcia filozoficznej, który przekonał mnie do sprawy. Myślę, że gdybym urodził się Chińczykiem, miałbym szansę umrzeć w gamingowej kafejce - byłbym tym jednym z trzech na pewnie już blisko półtora miliarda, o którym napiszą w mediach.

Może ktoś jeszcze pamięta Młota, on to czasem czyta, to pozdrowię i pochwalę go, że mniej więcej na dwa tygodnie przed premierą wkręcił się w temat, dzięki czemu udręka oczekiwania była nieco lżejszą i miałem z kim dyskutować dobór perków, które do internetu przepisywali zachodni bywalcy tematycznych wystaw. Specjalnie zamówiliśmy w tym samym sklepie, żeby razem odebrać, godziny mijały, to wcale nie było jeszcze pewne, że będzie, a co jeśli nie, jeśli wszyscy już będą grać, a nam przyślą w poniedziałek? Na dwie godziny przed zamknięciem punktu odbioru, po kilku telefonach, zostawiałem Młota, kierując się do innego sklepu, straciłem wiarę i choć jednocześnie serce mi się darło, bo mieli tylko jedną kopię, to silniejszą była ta myśl, która często pojawia się w dyskusji o umowie kontrpodróbkowej: nie mogę czekać trzech dni, kiedy wszyscy już będą grali! Tak działamy w globalnym świecie, ja akurat w przypadku tej serii. Ale skończyło się happy endem, bo kiedy wysiadałem już do drugiego sklepu, przyszedł sms o możliwości odbioru, od razu dzwonił Młot, to jednak spotykamy się na miejscu.

Wsiadłem w metro powrotne i nawet zapomniałem o miłości, naprawdę, albo nie, ale jednak uparłem się zapomnieć, bo tak naprzeciw po prawej siedziała taka właśnie, jakich cały świat ma może kilka tysięcy, skoro w jednej Warszawie trafiłem trzy, a jedna nawet znów się ostatnio przyśniła, znów nic nie mówiła, chyba robiła imprezę, na której byli sami faceci, starałem się zgrywać rozluźnionego, kursowałem od niej do równie niemego towarzystwa, a ostatecznie jakaś zupełnie inna, nagła, kazała mi zaglądać w swój dekolt. Ta we śnie o już nie samych facetach i królowej, nie ta z metra, nic Wam o niej nie powiem, pewnie miała jakieś jesienne kozaki na niezbyt wysokim obcasie i blu jeansy, w szczegóły fizis uparłem się przecież nie wgłębiać. Słuchaj, to zabrzmi głupio, ale kocham cię od pierwszego wejrzenia, spoko jeśli ty mnie nie, bo ja bede grau w gre przez kilka miesięcy teraz, możesz się do mnie przyzwyczaić przez ten czas, oczywiście jeśli zgodzisz się spędzać ze mną weekendy w pracy, inaczej może być ciężko. Ale mamy fajny telewizor, piszesz się?
Jak fajosko wygląda kawał tekstu kursywą, może by się pisała, choć pewnie nie pozwoliłaby podróżować z Lidką. A przeglądarki różnie renderują tekst, może tylko u mnie tak. Tymczasem - niemalże leciałem do tego Sferisa, od Wierzbna do Sferisa na Dobrej jest kawałek, pewnie powinienem był wysiąść na Racławickiej, pewnie nie mogłem, skoro uciekałem przed powyższym scenariuszem. Ale i tak czekałem na Młota, bo jednak byłem pod sklepem pierwszy.

Więc największym rozczarowaniem nie jest ta z tych onych, które wyłączają mózgi, ani nie aż takim rozczarowaniem jest gra, ani nawet przegapiony koncert Kobiet nie jest rozczarowaniem, choć z siwobrodej (hahaha, kto łapie dowcip?) perspektywy czasu wiem, że jeśli już, to trzeba ją było przekonywać do siebie Radiowozami. Największym rozczarowaniem w sprawie Skyrima jestem ja sam, który zobowiązałem się wesprzeć redakcję tematycznego serwisu, ale po dwóch czy trzech pierwszych tekstach przestałem się wyrabiać w życiu z czymkolwiek i to mniej przez wzgląd na granie w grę, bardziej przez sześćdziesiąt nadgodzin w styczniu, trochę mniej w grudniu, ale z workshopami pracowymi i w ogóle. I uwalam kolejne terminy, choć zdawać by się mogło, że jak coś jest pasją, to się opracuje bez względu na wszystko. Ups. My bad, dałem ciała, ciągle jeszcze staram się pozbierać, mam nadzieję wyrobić się zanim przyjdzie jakiś mejl typu dzięki za taką pomoc, wypierdalaj z wesołej gromadki, sam bym na pewno miał ochotę takiego wysłać.

To ma być pisanie terapeutyczne, że jak się przyznajesz do problemu, to problem przepada, a w każdym razie łatwiej sobie z nim poradzić. Zadziałało świetnie z tymi nadgodzinami, kiedy na początku stycznia wszystkim wokół chwaliłem się chujowym wykresem zeszłorocznych wpływów, że moja życiowa refleksja sprowadza się do tabelek w excelu. Które skrupulatnie wypełniam od kilku lat i jeśli ktoś życzy sobie prześledzić zmiany cen pasztetu podlaskiego, służę pomocą, choć pewnie nie odnotowałem kiedy dokładnie z półek zniknęły większe puszki. Sam sobie wbijałem szpilę, żeby się zająć czymś oprócz pracy i trochę zadziałało, przez Katastrofę zamówiłem płytę ewy braun, przeczytałem dorwanego lata temu pdfa o myszach i ludziach Steinbecka, no i jest szansa, że znów będę częściej strzykał jadem w internecie.

W końcu nic się nie zmieniło, oczywiście to jest temat na jakąś współczesną powieść (bo w niewspółczesnych się zmieniało), wciąż nie wstaję do pracy, przy czym świat mam po swojej stronie, gdybym dziś wstał, to na roście Mota Groweckiego i tak się ktoś rozkraczył, stałbym w korku jak stałem, ale pewnie bez książki, którą do autobusu zaoferował brat - Człowiek z wysokiego zamku - a on wrócił do domu, kiedy mnie tam powinno dawno nie być. Wstęp o Dicku, wszędobylski LEM-komórka-KGB, w pracy widzą, mówią dobre, mówią Blade Runner i empatia, opieka nad elektrycznymi owcami, która świadczy, co znów łączy, zbiega się z Prytem i jest anegdotką po raz kolejny potwierdzającą słuszność podjętych działań, klik w mózgu. On pokazał dzisiaj kadr i napisał, że nie zdał testu, ja filmu nie widziałem, ale wiedziałem od razu, co to za maszyna, czyli że mamy wszyscy mózgu zwoje zmutowane nie tylko internetem, bez internetu też.

piątek, 3 września 2010

Wschód skontrolowany, akapity wciąż solaryczne

Wcale tego nie planowałem, nie mógłbym. Obudziły mnie dzisiaj czerwień i pomarańcza, otworzyłem oczy i byłem gdzieś nad Solaris - może to forma nagrody za niepamięć snów. Wczorajszy dzień kończył się późno i gwarno, w dzisiejszej dobie już, rodzeństwo się jakby rozbrykało, a ja się przewracałem z boku na bok i półprzytomnie komentowałem - nawet przybiłem z bratem żółwia. Pozbyłem się dwóch najwcześniejszych budzików, żeby dać sobie więcej czasu, ale niczym są moje plany wobec wyroków wszechświata, który uczynił poranek słonecznym ponad miarę - wschód wdzierał się pod moje powieki odbity od przedpokojowej boazerii.

Bo tak ogólnie, to ja mam okna w pokoju zwrócone na zachód.

Jest to pewien postęp w kojarzeniu, pamiętaniu przeczytanych książek, bo te pięć lat temu pomarańczy z Lemem nie kojarzyłem. Ale to tyle, wystarczy, trzy wpisy z rzędu z takim tagiem, etykietą, zlituj się.

Niezależnie od poczynionych błędów ortograficznych, wychodziłem z pracy bardzo podbudowany, wręcz rozważałem natychmiastowe zapisanie się do biblioteki. Poszedłem do Traffica, znalazłem na półce książkę Strachoty, wziąłem też Na fałszywych papierach w Chile Marqueza, tak mnie te pstrokate okładki ściągają. W świetle późniejszych wypadków okazuje się to bardzo sprytnym, proroczym na swój sposób posunięciem.

Przy kasie ironia losu, nie spotkałem koleżanki z IFK, który dwukrotnie przecież tego dnia wspominałem. Mało tego, była to koleżanka należąca podówczas, to jest na poddaszu, do frakcji kaszkieterów! Ale wczoraj kaszkietu nie miała, nie miałem też i ja, w ogóle nie widziałem jej twarzy, słyszałem jedynie słowa wymieniane z koleżanką, zwątpiłem w zdolność rozpoznawania słyszanych raz na dwa lata głosów i nie zaczepiłem. Głupio mi potem było, więc zaczepiłem przez fejsa, niech się do czegoś przyda - jasne że byłam. Wtedy zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio, kilka miesięcy temu miałem odwrotną sytuację z jej przyjaciółką - nie było mnie. Więc chyba dla świetego spokoju będę nosił klapki na oczach. A na Solaris to by się nazywało asymetriada.
Tfu, obiecałeś!

Wracałem spacerem trasą bardzo podobną do tej, którą kilka godzin później opowiedział brat. Różniła się takim szczegółem, że ja po zejściu Oboźną szedłem aż do WZ, wciąż przekonany, że lepiej nie widzieć głośnej ostatnimi czasy samowolki budowlanej na Krakowskim, żeby mnie to przypadkiem nie podzieliło. I za Starówką różnie, ja do Starzyńskiego tramwajem z mostu, on do Radosława. Mówił o tym w moim półprzytomnym czasie, opowiadał siostrze, że na skarpie u góry jest wzdłuż kampusu taka ścieżka, o której jakby nikt nie wie, nikt nie chodzi, tylko on sam tam był. Więc musiałem się wygrzebać z pościeli i przybiłem żółwia - dokładnie tam, w pierwszych dniach odległego października, utrwalałem starannie kaligrafowaną odmianę λόγος. Na Solaris to by się mogło nazywać symetriada.
Brak słów na takiego, obiecanki cacanki.

Zakłady Nowego Człowieka okazały się objętościowym rozczarowaniem. To ma swoje plusy, jest chyba nawet jak najbardziej wskazane, żeby pisarz przerzucający się z fajnych opowiadań na dłuższe formy, nie przesadzał z tą długością. Ale żeby książka wystarczyła mi ledwie na trzy przejazdy autobusem? Jakże to, Nowak z rowerem był wożony chyba przez miesiąc, a miał całkiem sporo obrazków, fajoskie zdjęcia z wyprawy, naprawdę ładne. Nic to, na poniedziałek mam Marqueza.

Kolejne rozczarowanie - opcja, że bohater jest testerem oprogramowania komputerowego w ogóle nie została wykorzystana. Jakież dramatyczne możliwości to stwarzało, jakie korporacyjne napięcia, łajza, brudas, niedorobiony, niespełniony programista - nic takiego nie ma. Do tego przesadza się w pisaniu o książce, że jest jakoś wybitnie warszawska - autora tekstu, w którym odkryłem zawód bohatera, rozgrzesza jedynie stwierdzenie, że Strachota ogólnie o Warszawie, nie tylko tutaj. Bo tutaj niewiele, rzecz dzieje się w miejscach, ale one same niewiele mają do rzeczy, wręcz potrafią dziwacznie ugodzić, kiedy w wyliczance studenckich zwyczajów, jak słabo zarysowane picie, picie i jeszcze trochę picia, pojawia się bardzo konkretne kino Iluzjon. Pewnie się na te warszawskie akcenty negatywnie uwarunkowałem, łajza, każdy z dziada pradziada warszawiak, ewentualnie student kulturoznawstwa, pokiwa przy tym głową. Tak, Iluzjon, takie zjawisko, takie historie i filmy, szkoda by go było, albo już go szkoda - była z nim jakaś niewyraźna sytuacja chyba?

I tyle narzekania, to na pewno przez zazdrość, bo przecież oprócz tego zadziwiająca jak na objętość ilość fajerwerków, opcje spotykane dotychczas jedynie w książkach o smokach, jak przetasowania czasoprzestrzenne, pewne podmiany rzeczywistości - tylko tam to było rozplanowane na tomy. Na pewno, będąc nastolatkiem, czytałem taką serię (ha, znalazłem, Opowieść o Królewskich Fechmistrzach) i wtedy to mnie zaskoczyło, a teraz też pasowało. Ostatniego rozdziału nie zabija nawet korekta. Ale! W wywiadzie Strachota odgraża się, że szykuje się z tego trylogia, to może ja zaczekam na wydanie zbiorcze trzech książeczek w jednym tomie.

Aha, dla wszystkich fanów nowej literatury - liczba rzucanych kurew rośnie wraz z rozwojem wypadków, ale nie do przesady.

czwartek, 2 września 2010

Jakieś piosenki też, ale już nie Gloria Estefan

Jak to składać teraz, trzy nudne dni, że chciałoby się wszystko na raz. W poniedziałek na pewno jeszcze aż tak nie padało, bardzo ładnie zorganizowany dzień, zakupy, bułki na kanapki do pracy przez cały tydzień, gotowanie i na rower. Zapomniałem kupić salami, przez co moje rachunki żywieniowe zamknąłem w sierpniu o grosz poniżej napoczęcia kolejnej setki. Na rower, świat już oddycha, lekko mży, czyli wreszcie odpoczywa od natrętnych ludzi, którzy przez ostatnie dwa miesiące tłoczyli się na nadwiślańskich ścieżkach, których teraz nie muszę mijać swoim słabo skrętnym rowerem. On jest może słabo skrętny, ale sny podpowiadają, że da się z nim wyskoczyć z balkonu, więc jest bardziej niż spoko.

We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?

Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.

Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.

Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.

Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.

Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.

Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.

To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.

Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.

Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!

Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

We like the sol

Trzeba było soboty, żebym przyjechał na rowerze do pracy - od razu wiedziałem, że dokładnie o to chodzi, za to nie wiem, dlaczego nie wiem tego zanim przyjeżdżam. Dobra, wstałem później niż w tygodniu trochę, to istotna różnica. Pogoda utrzymuje się jesienna, dziś zmieniłem koc na ciepłą kołdrę, bo wczoraj obudziłem się zmarznięty lekko. Ciężej się spod niej wstaje. Jestem zadowolony, że udało mi się wykorzystać ostatnią być może szansę, żeby od razu, bez okresu adaptacji, czuć się w pracy dobrze. Jasne, zawsze można rowerem, wszystko można, tylko moja kondycja psychiczna pozostawia o poranku wiele do życzenia i wciąż nie wiem, jak mogę to zmienić.

Chciałem kupić książkę, ale poczekam z tym do września. Chodzi o to, żeby nie naginać zbytnio założonego planu finansowego - i tak już przekroczonego. Złapałem więc Solaris, które - jak się okazuje - leży w domu od ponad czterech lat. Czytałem je na pierwszym roku studiów, oczywiście zrobiło wielkie wrażenie, trochę się później podłamałem, bo z jakiegoś artykułu okołosolarycznego wynikało, że Lem je po prostu napisał. Po prostu to znaczy bez planu, to znaczy, że usiadł i zaczął pisać. Fajnie, że sam to potwierdza, jednak nie piszę bez sensu, tylko mało ufam samemu sobie. Ta pozycja wydaje mi się zupełnie przyzwoita, komentuje, uśmiałem się, czytając tę kwestię, prawie łzy pociekły. Złapałem, bo brat mówi o oddawaniu, ja mówię - Jej, takie to było krótkie, a takie budziło emocje. Lepsze czytadło niż filmy budujące atmosferę chamskimi dźwiękami i muzyką. Smoczy na to często marudzi, a mnie to nie przeszkadza, skoro film, to ma więcej środków. Nie widziałem żadnej ekranizacji, ciekawe jak tam z muzyką, bo w książce stacja jest dla mnie cicha (chyba, że akurat wysila się wentylacja).

Jednak nie czytałem dziś Solaris w autobusie. Dziwne - wsiadłem tam, jakieś dziewczęta siedziały, wcale nie wybitnie atrakcyjne, ani trochę interesujące, spojrzała na mnie któraś i pozostawiła mi wrażenie bycia obserwowanym. Więc jechałem jak takie cielę, gapiąc się w zakorkowany świat, zamiast w książkę.

Prześladowanie to może jakaś senna reminiscencja, nareszcie jakieś sny bez kobiet, za to sporo w nich uciekania. Oraz wysokości. Z piątku na sobotę już nic nie wiem, był samolot, byłem z kimś, musieliśmy odlecieć stąd, maszyna była stara, starodawna wręcz, jak pierwsze próby braci Wright z kreskówkowym napędem rowerowym. Udało się, bez strachu.

Dzisiejszy pamiętam od balkonu mieszkania. Noc. To mogły być jakieś Kabaty, taki blok niezbyt wielki, przestronne wnętrza. Oczywiście to któraś późna część snu, na pewno najmniej ciekawa ze wszystkich, prawie zawsze tak jest, że nie wiem, z czego sytuacja wynika. W mieszkaniu typ, na balkonie kobieta, zmiana ujęcia - blok szturmują specjalne oddziały policji, antyterroryści z tarczami, wbiegają po schodach. Więc pojawiam się i ja, wbiegam do mieszkania, typ jest chyba zaskoczony, przepraszam go, chyba się znamy, wylatuję na balkon. Słuchaj, mówię do niej, nikt nas tu nie może zobaczyć, nikt nas nie może znaleźć, trzeba wiać, rozdzielmy się. I skaczę przez balkon, zawijam na balkon piętro niżej - okazuje się, że wszystko jest zbiegiem koszmarnym okoliczności, bo niby jesteśmy poszukiwani, ale ja miałem melinę piętro niżej. Oni lecą do mieszkania wyżej, ale na pewno też sprawdzą okoliczne. Mam duży, jasny pokój, stoi w nim mój rower, jakoś wydostaję się z nim na zewnątrz, być może znowu przez balkon. Jadę trawnikiem wzdłuż ulicy, przypomina mi to trochę KEN.

Dojeżdżam na Pragę, do ulicy, którą kojarzę z innych snów, bardzo już odległych w czasie. Przecina łukiem miasto w okolicy Dworca Wileńskiego, jest brukowana i jeżdżą po niej tramwaje. Na ogół gwarna, tym razem pusta - tylko wóz strażacki. Strażak jest sam i pokazuje mi, jak się rozkłada tę wielką drabinę. Typ jest sympatyczny, ale szkolenie słabo mu idzie, bo nic z tego nie rozumiem. Wysyła mnie do strażackiego ośrodka szkoleniowego, gdzie kolejny tłumaczy mi już bardziej składnie. Ta drabina jest bardo lekka, ale bardzo wytrzymała. Wystarczy pociągnąć i się będzie rozkładać, jak nóż sprężynowy. Faktycznie, mogę odciągnąć drabinę jedną ręką, tylko że mnie się ona bardzo chybocze - coś robię źle. Przychodzi jeszcze więcej strażaków, chcą mi pomóc, razem prostujemy drabinę, która ciągnie się teraz za wozem jak ogon. Ja stoję u jej końca, napinam, przeciągam, czekam, żeby się wyprostowała i odskoczyła do góry, i przypomina mi się, że przecież mam lęk wysokości. Nie ma opcji, żeby ona się tam u góry nie chybotała, to raczej kiepski będzie ze mnie strażak. Chyba w ogóle na nią nie wejdę.

Nie chciało mi się wczoraj robić zakupów, znowu tnę w Morrowinda, wiedziałem, że przerwa w zasilaniu zaowocuje tworzeniem nowej postaci - bez sensu, a mnie z tym dobrze. Przychodzę rano, jeszcze dwa tygodnie temu przychodziłem godzinę później i prawie natychmiast był typ z kanapkami. Dzisiaj specjalnie nie chciałem robić herbaty, żeby żołądka nie budzić, ale wpadła koleżanka z szarlotką. To dobra wróżba na tydzień.

Strażackie sny sponsorowane niewchodzeniem wczoraj na fejsa - gdzie Maki obwieszczają strażacki singiel Remiza. Byłyby inne koszmarki.