niedziela, 15 maja 2011

[FB] Noc Muzeów - raport (obiecałem)

 Więc wyszedłem z pracy po dziewiętnastej, na dole czekał K., ucieszyłem się, że dał się przekonać, ale nie było z nim A., musiał mnie rozczarować, że ona chora i zaraz wraca do niej. Dostałem paczkę, zaproponowałem, że może mnie odprowadzić, opowiedział o rowerowaniu w Radomiu. Wtem! Objawiła się Marta, szefowa imprezy, przywitała, pierwszym zdaniem podsumowała całego Krzyśka, że serialowy chłopiec i może dlatego więcej się nie odezwał, tyle że pożegnał.

Przeszliśmy przez bramę, przywitałem się z Fryckiem, że od roku się nie widzieliśmy. Daję sobie prawo mówić mu per Frycek, bo pół roku temu czytałem biografię. A rok temu sezon w Łazienkach otwierały diabelskie kontrabasy. To ładne, że tak mają tam zaprojektowaną estradę, żeby Szopen czuwał nad wydarzeniami. Jeszcze ładniejsze, że potrafi mienić się zielono niebieskimi smugami (Matka mówi: zmienia wymiary), albo że świecą na te drzewa wokół czymś, co sprawia, że mam wrażenie przesuwających się po nich chmur. Takie myśli, kiedy panowie grają jazz, sprawdźcie sobie kto, jeśli w tym siedzicie, jeśli Was to interesuje, ja pamiętam Czarka Konrada, no bo głosem Anny Marii Jopek bywa przedstawiany na końcu koncertu w słuchawkach.

Skończyli, ściemniło się. Wtem! Wierzba nad Szopenem rozcapierzyła się, ni to złowieszczo, ni to pokracznie, żylasta, trupia dłoń, rosnące po śmierci paznokcie. Płaszcz się Fryckowi wystrzępił i wyrosły czerwone rogi. Nad estradę wstąpił Szoptan, musiał, bo pojawił się Steve Hackett z elektrykiem. Scena pobłyskała, ludzie poklaskali, a on powiedział, że Jimi Hendrix. I zagrali "Voodoo Child". Nie "Voodoo Chile", jak może Ci zaproponować wyszukiwarka, ale właśnie "Voodoo Child", Jimi Hendrix, gitara elektryczna, to znaczy, że miało być fajnie.

A w ogóle to widziałem dziś fragmenty wywiadu z Pustkami, Basia wypowiadała się, że chłopaki mówią kodem, a pieróg to obciachowa gitarowa solówka.

I szybko przestało być fajnie. Wyszedł taki pan, co wychodził już wcześniej, obwieścił, że trzy minuty przerwy, bo się artyści muszą rozstawić. A atrakcyj Hackett wymienił gitarę na akustyczną. I tak sobie zaczęli plumkać, we trzech. Szopen, który podczas wymiany instrumentów na scenie wrócił do zwyczajowej pozy, na te sielskie dźwięki aż się uśmiechnął, wierzba aż się wyprostowała. I choć atrakcyj wspomniał, że chyba jednak przeznaczony jest elektrycznej, nie wrócił już do niej. Sprzęt zmienił raz trąbkarz, na fujarkę, prawdopodobnie taką, jaką w bajce pochwalić się mógł grajek. Tak myślę, bo Fryckowi spod tuniki wybiegło stado szczurów i tańczyły, jak im zagrano - w przeciwieństwie do publiki.

No dobra, trochę kłamię, trochę koloryzuję, może to wstyd, że nie dotrwaliśmy do końca koncertu? Oj tam, oj tam.

wtorek, 3 maja 2011

Biały barbarzyńca w Korei (podróbka)

Zorganizowano mi wyjazd szkoleniowy, ma się już ku końcowi, rzeczy śmieszne i mniej śmieszne na miejscu, np. okazało się, że służbowego laptopa nie mogę przez ten czas wynieść z biura, czyli odpocząłem od internetu. Naprawdę wolałbym go móc wynieść, bo ja nigdy nie byłem typem turysty, zresztą po kilkunastu godzinach niekoniecznie ma się ochotę. Rozważałem wypad do Seulu w niedzielę, ale jednak fajniej było spać do piętnastej. Piętnasta tutaj to jest ósma w Polsce.

Ale przecież, że coś napiszę. O tym, że wciąż gubię się na lotniskach, zawsze jestem za wcześnie, nie czaję o co chodzi z odprawami, naoglądałem się w telewizji, że się ludzie spóźniają, albo zapominają czegoś, zawsze jakiś problem na lotnisku. Zresztą, poprzednio, w grudniu 2008, leciałem do Indii, to nie przelewki taki lot, ciężko chyba szukać alternatywnych połączeń na drugą stronę świata. Co innego po Europie - wczoraj przy kolacji rozmawialiśmy z typem, który sporo czasu spędza na Florydzie, opowiadał o ewakuacjach na okoliczność huraganów i tornad, o częstych burzach. My na to, że w Europie nie trzeba kataklizmu w kraju, żeby był kataklizm, starczy wspomnieć łamiący języki wulkan. Zaśmiał się, tak, mieliśmy wtedy w Paryżu jednego człowieka, trzy dni urlopu na koszt firmy, zazdrocha. Też mieliśmy wtedy ludzi rozstawionych po Europie, pchali się do pociągów po prostu. Do Indii czy Korei tak się nie da - chyba że jesteś Hugo-Bader i jeszcze możesz sobie pozwolić na miesiąc czy dwa w kolei Trans Syberyjskiej.

O tym, że pierwszy samolot był strasznie kiepski, nawet kanapek nie dali. I o bloku, w którym mieszkam w Polsce, że jest z niego taka żarówa, że już wiem, gdzie uderzy pierwsza bomba obcych, gdyby mieli ochotę kiedyś przeprowadzić inwazję. I że w Helsinkach, wbrew zapowiedziom, wcale nie z każdego kąta wyglądają Muminki. O bólu głowy w drugim samolocie, dzięki któremu właściwie przespałem lot - to moja zwyczajowa taktyka, podobno zyskałem na tym, bo ogólnie słabo się w samolotach śpi. A jak już usnąłem, to miałem taki sen (od razu zapisałem):

Lot dłużył się głównie przez bolącą głowę, do tego jakiś dziad tłukł się na krześle za mną, kłócił namiętnie, płakały dzieci - jak to w słoniowym samolocie. Przysnąłem, Papcio ostrzegał przed niewygodą foteli, ale ja, mając wybór: siedzieć z bólem głowy albo obudzić się z bólem karku - wybrałem jednak to drugie.

Kiedy się przebudziłem, rzeczywistość wykręciła się już znacznie, wlecieliśmy w zupełną noc, pokazują to zawsze na monitorach. Może nawet przelecieliśmy nad Chińskim Murem, a że Chiny są wielkie, to mają środki, żeby budować samolotowe autostrady. Wyjrzałem za okno i faktycznie, samolot jechał po ciemnym asfalcie, droga uciekała pod skrzydłem jak w Lost Highway. To oszczędność paliwa, bardziej opłacało się wybudować drogę, niż latać. I ta droga jest już aż do Korei, więc patrzę, jak to będzie wyglądać.

Z ciemności wyłonił się wieżowiec - fosforyzujący szklany dom, bardziej zielony niż niebieski. W połowie wysokości miał wielkie niebieskie logo - Samsung. A więc to już prawie na miejscu! Jedziemy dalej, a budynków robi się coraz więcej, stoją po dwa, po trzy, każdy z tych samych materiałów, podobnej wysokości i z logiem po środku. Wyskakują z ciemności jak upiory. Kiedy przejeżdżamy pomiędzy dwoma, mam wrażenie, że to kopia wież WTC. Myśl wypowiada towarzyszący mi Głaz - Ale nie podobają mi się, jedna wyglądała jak Wieża Eiffla. Ale w sumie dobrze, żeś znów wśród żywych.

Właściwie każdy budynek może przypominać inny, z filmowych panoram Nowego Jorku, albo z komiksów ze Spider-manem, który często rozmawiał z gargulcami. Głaz zauważa celnie - Upierdolili wszystkie te aniołki.

Obudziłem się, bo dotarło do mnie, że nie z Głazem zaczynałem tę podróż.

Tysiące metrów w dół Chiny, ale już niewiele ich zostało. Śniadanie nad morzem, obniżanie lotu, widać wyspy, miasta, domy, platformy i statki. Po wyjściu z samolotu w miejsce odbioru bagażu jedzie się metrem. Autobus, który zawiezie nas do hotelu co godzinę, musimy poczekać. Dopiero z jego okna widzę, że jestem daleko, że ziemia kształtowała się tu inaczej - pofalowana, pełno wzniesień, część wygląda jak wyciosana, schodkowane zigguraty, pomiędzy nimi osiedla wielkich bloków. Miasta pełne billboardów i neonów, zasada jest zdaje się taka, że na obiektach usługowych przytwierdzają je w dowolnej ilości i wielkości, za to na mieszkalnych wcale. Kiedy bywalcy opowiadali mi, że Suwon, miasto w którym firma ma swoją twierdzę, jest pod Seulem, wyobrażałem je sobie jak Warszawę i Legionowo. Zapomniałem o skali, powinienem był wyobrażać je sobie jak Seul i Warszawę 2.0. Taką, jaką może będzie za trzydzieści lat, kiedy będziemy już mieli wszystkie mosty i obwodnice. No i światła zmieniające się co pięć minut pewnie też - spacer z hotelu do pracy zawiera w sobie więcej postojów niż chodzenia. Ulice mają szersze, ale chodniki węższe. Wszędzie jeździ pełno rowerów, wszędzie pełno stojaków. Z chodników wyziera wiek, nie są dziurawe, ale porysowane, popękane i pomarszczone, rzadko kiedy równe. Falujące jak cały ten teren. Domy stawiane jak najciaśniej, jak najwięcej i jak najwyżej - nie liczyłem pięter, ale wieżowce mieszkalne pewnie mają bliżej dwudziestu niż dziesięciu. Mniejsze uliczki to same drogi, bez chodników i krawężników. Nad nimi gęsto upięte kable. Z wrażeniem niekontrolowanego chaosu, potęgowanym chyba przez nieumiejętność odczytania koreańskich znaków, kontrastuje karność mieszkańców, którzy do autobusów ustawiają się w równiutkich kolejkach. Bardzo fajnie, że wszędzie upychają zieleń, drzewka i kwiaty, albo sportową infrastrukturę: kosze, jakieś siłowe przyrządy. Jak nie ma gdzie upchnąć, to da się nad parkingiem, ma u góry wysoką siatkę.