Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mistrz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mistrz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 kwietnia 2012

Coming out

Śpiewam. Bardziej na głos i mniej na głos, ale jednak. We wtorek podśpiewywałem w domu przez cały wieczór - pierwsze prawo samotności, tańce i swawole, na które nikt by sobie w towarzystwie nie pozwolił. Może i ktoś z domowników był w dalszym zakątku mieszkania, no ale ja miałem swój kawałek podłogi i żałosne popiskiwania z głośniczka laptopa, odległość była bezpieczna. Zresztą śpiewałem już kilka dni wcześniej - na pewno w niedzielę, zaprosili mnie Bazyl z Herbacianą, chwaliłem się, że kupię płytę, no bo wreszcie będzie, czekam od jesieni. A jaką? Dni Mrozów, Makiego i Chłopaków. To Ci z Hydrozagadki? Jaskółeczki? Tak właśnie. To ja też chcę!

A no to słuchajcie, jest w internecie do słuchania już, słuchajmy.

Przy tej okazji przypominają mi się różne rzeczy, niekoniecznie wtedy, choć wtedy też, od wtedy. Bazyl przypomniał mi, że właściwie przestałem ostatnio słuchać piosenek. Pewnie kiedy umarły słuchawki, albo kiedy umarł T10, już obiecałem kupić nowe. Jemu się bardzo podoba fragment o plakatach, Pistolety i Róże i Żelazne Dziewice, nie pamiętam, żeby kiedyś miał plakaty, ale na pewno wciąż lubi patatajki. Mnie się tak bardzo podoba chyba głównie dlatego, że nigdy nie byłem takim chłopakiem, o jakich się w tych piosenkach śpiewa, ale jeśli miałbym być jakimś innym niż byłem, to właśnie takim. To na szczęście nie ma sensu, nie szkodzi, że się ze wszystkim spóźniałem, albo że nic nie ogarniałem. Bazyl nawet próbował dzielić się ze mną muzyką, przyjmijmy, że za małolata, nie będę pisał dokładnie, bo przecież wstyd, ale np. - puścił mi z kasety Nightwisha. No okej, gra jakaś gitara, wtem - śpiewa Tarja! Ja się śmieję, pierwszy raz coś takiego słyszę, operowy metal. Nie żebym kiedykolwiek znał jakikolwiek metal. Kilka miesięcy później już mi nie przeszkadzało, byłem po pierwszym konwencie, NW słuchał Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów, słuchali ludzie z forum, zasymilowałem i po kolejnych kilku miesiącach słuchałem tych wszystkich zespołów z paniami na wokalu, które wyskoczyły nam z Bazylem przypadkiem w propozycjach na YT. Namiętnie, z czcią i uwielbieniem, nawet dorobiłem się czarnego swetra, choć na konwent przyjechałem w najlepszych spodniach mojego życia, z odpinanymi nogawkami, ale odpinanymi pod kolanami, w sumie były trochę dresowe, dopiero na forum "wyjaśnili" mi, jakie to było faux pas. Ja niewinny jak nieobsrana łąka, pewnie dlatego bardziej od NW poszedłem w stronę ********, ************** i ********** niż, powiedzmy, nie wiem, czegokolwiek z growlem. Therion?

Więc u Bazyla okazało się, że lubimy teraz kompletnie inne rzeczy i ciężko nam przetrzymać utwór zapuszczony przez drugą stronę. Mnie było trudniej, bo przecież się nie interesuję, on ma jakieś nowe rzeczy, ale nie powtórzę nazw. Ewa Braun, płyta jest w napędzie w pracy, mówię, szpanuję, że odwrócony noise, muzyka drogi - to jeszcze było na pograniczu zainteresowań, przesłuchane. Jemu podoba się nowa Coma, przeciwnie do wcześniejszej, koncepcyjnej, ja mówię, że Rogucki śpiewa w takich rejestrach, że rozumiem co drugie słowo i nie kupuję wesołych piosenek od nich. Okej, to puszczę ci smutną - też jej nie kupuję, bo przecież dla mnie smutne to jest Portishead. Przychodzi Herbaciana - Ojejku, brzmi jakby się miała popłakać zaraz. Ale ja też Wam puszczę piosenkę, ulubioną. I wskakuje Barry White. Mam po tym wieczorze melancholię i jeszcze nie mam nieskończonego smutku. Nie uczę się niczego nowego, ale przynajmniej przypominam sobie, że można się nowych rzeczy uczyć.

Oczywiście najbardziej pewnie jara mnie napomknienie Bazyla, że może bym mu tego Morrowinda przyniósł, przygotowuję paczkę z dodatkami, patchami i modami, a kiedy źle się wgrywa na serwer i pada decyzja o użyciu dysku - duch zwycięża materię. Na wszelki wypadek zgrywam pliki dwa razy. Bazyl instaluje z komunikatem - sic! - Katastrofalny błąd! Walczymy z tym przez chwilę, po czym okazuje się, że druga kopia plików nie ma tego problemu.

Kiedy lata wstecz zacięliśmy się wysoko w windzie, to będzie kilka metrów w górę, 9/10, jak się okazało po wyciągnięciu, poza żartami o zerwanej kabinie mówiliśmy o Morro, ja początkujący, wydawało mi się, że KP 70 to dużo, szybko wyprowadzono mnie z błędu. Bazyl czekał, aż nas ktoś z tej windy wyciągnie i zupełnie bez związku, po prostu gdzieś z tamtego czasu, najładniejsze co mi się o nim przypomniało to dwudziesty siódmy czerwca zero pięć, kiedy odbieraliśmy żałosne miejscami wyniki (nowych, więc żałosne po trzykroć) matur. Przecież nawet wiem, która to mniej więcej była godzina, bo dyrektorka mnie ochrzaniała, że jestem po czasie pracy sekretariatu, czyli po piętnastej. Pamiętam ważne czasy, dokładnie siedem lat temu to była długa przerwa, w pół drogi między jedenastą a dwunastą, a z wynikami jechaliśmy Ikarusem w pół drogi między trzecią a czwartą i w pół drogi między dwoma mostami na Jagiellońskiej świat był tak bezbrzeżną możliwością, że usiedliśmy na schodach (tego się nie da zrobić w tych wszystkich neoplanach) i wznieśliśmy toast butelkami soku marchwiowego.

Ale to wciąż nie to, o czym miałem napisać. Otóż miałem napisać, może nawet zacytować najdonioślejsze osiągnięcie literackie, piątkowe opowiadanie z lat jeszcze wcześniejszych, niż usłyszałem Tarję, czyli zanim w ogóle wiedziałem, że ktokolwiek może się poważnie interesować muzyką. Przynajmniej wiedziałem, że można się poważnie interesować PlayStation. Z braku źródła zreferuję krótko, ale jestem prawie pewien, że mam je w którejś szafie.

Opowiadanie jest o wakacyjnej, rodzinnej przygodzie. Nie ma w nim krwi, ale jest pot, nawet chyba są łzy. Rodzina przyjeżdża do górskiego miasteczka i wyrusza na podbój szczytu. W drodze natyka się na przeszkody, jak podejście łagodne i podejście coraz mniej łagodne, lęk wysokości i wreszcie - deszcz. Ten ostatni zawraca rodzinę spod samego szczytu, kiedy podejście w ogóle już nie jest łagodne, a najmłodsi bywają paraliżowani widokami. Tego samego dnia rodzina odjeżdża, tu jestem prawie pewien, że cytuję, gdyż było to clue całego opowiadania, które aż do ostatniego zdania mogło się rozgrywać gdziekolwiek: - A nad nimi wznosił się stary rycerz zaklęty w kamieniu - Giewont.

Ba dum tss.

I koniecznie chciałem się przyznać, że zarówno na podejściu łagodnym, jak i łagodnym coraz mniej, słuchałem z walkmana Vengaboys, choć starałem się zapętlać nie Ibizę, ale raczej któryś z takich. Jako muzykę drogi, można rzec. Poszukam kiedyś jeszcze, jak były skomponowane ich kasety, mam wrażenie, że kawałek zaczynał którąś stronę, albo kończył, ostatnia godzina na YT nie pozwoliła mi go jednoznacznie zidentyfikować.

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Jak kruchy sopel lodu

Sprytny się sobie dzisiaj wydaję jak mało kiedy. Wczoraj bolała mnie głowa, to sprytnie położyłem się spać wcześnie, po czym obudziłem się bez bólu i znów pół nocy przeleżałem bezsennie, ale te kolejne kilka godzin snów (szkoda, że nie wiadomo jakich) naładowało mnie na cały dzień już. Jasne, zimno, ale przecież zjadłem w domu śniadanie, a to się zdarza kilka razy w roku, a do tego zrobiłem tonę kanapek, już od rana zakładając, że nie wracam na swoje przedmieście przed nocą. I piszę teraz z pracy, przypomina mi się taki prawie wierszyk, który bardzo podobał mi się rok temu, wymyśliłem go w autobusie, był to siedemnasty grudnia, uratowałem sobie tym podróż:
spadł śnieg już
niepierwszy tej jesieni
kierowcy utknęli w korkach
i autobusem też jedzie nienawiść
To znaczy oczywiście, że zawstydziłem sam siebie, jak Turbodymoman albo Chuck Norris, albo ktokolwiek inny, nie widziałem ostatnio, żeby ktoś był na topie. Wydaje mi się, że żeby to był prawdziwy wierszyk, to nie to, że powinien mieć rymy, ale chociaż odwrotne schodki - trudno. Pasuje i dzisiaj, bo śnieg sypie od soboty, tak widocznie, bo przymiarki były nawet wcześniej, tylko nie sypał na tyle gęsto, żeby otulić świat. Szalenie mi przykro, że nudzę jak wszyscy inni, to jest o śniegu, choć w drugiej dobie zimy na fejsie pojawiają się wreszcie jakieś ironiczne komentarze - Czy ktoś jeszcze nie zauważył, że pada śnieg? Sam od czasu do czasu odpalam Śnieżne reggae.

Przygotowuję się do przeczytania tej biografii Chopina, czyli też go słucham, już dawno temu Cytat dostarczył pliki. Staram się zapamiętać, że to co mi się podobało, to jest Etiuda C-dur. Odkrywam, co to w ogóle jest etiuda, kiedy dziwię się krótkim utworom na plejliście - okej, utwory wirtuozerskie, popisówa. Ładne, ta akurat jest trochę chyba lżejsza niż inne, pewnie dlatego zapada w pamięć.

Staram się też na bieżąco sprawdzać warszawskie serwisy informacyjne, co tam jest przejezdne, czy cokolwiek, czy może jednak próbować przezimować na Kabatach. Tak trafiam na Ciekawy przypadek Henryka - człowieka, który czyta. Jako najzwyklejszy w świecie korporacyjny żuczek zawsze jaram się historiami o ludziach żyjących poza systemem. Meteo zapowiada minus dwadzieścia w tym tygodniu, tam w squacie, w centrum miasta żyje kilka osób, to będzie zakończenie jak w Into the Wild, czy jednak delikatniej trochę, jak w widzianym dwa tygodnie temu w Lunie Nothing Personal? Oba mi się podobały, ale nie rozpiszę się o żadnym jak o Pielgrzymie, bo mi dzisiaj Młot zażartował, że fajna recenzja. Ten typ, co to widział setki filmów niekoniecznie z Hollywood, Lars von Trier i kina koreańskie, albo w ogóle alternatywy od alternatywy, zna się na rzeczy, a w każdym razie mówi o nich z pasją i wymienia się przez płot z Cyganem. Ja się nie znam, więc proszę mi tu plakietki recenzja nawet w żartach nie przyklejać. Lubię po prostu, kiedy ktoś mi ładnie opowiada jakąś historię (filmy poza światem), a nawet lubię, kiedy w filmie historia jest umowna, ale fajnie się tłuką.

Chyba sam siebie tu w jakiś kozi róg zaganiam, pewnie chodzi o to, że z jednej strony podoba mi się luz, a z drugiej boję się cokolwiek robić poważnie. Tak sobie myślę, w końcu jest zima, nie ma lepszego czasu na myślenie. Pewnie za tydzień i tak przejdzie, a na pewno do świąt!

W piątek byliśmy na koncercie, przekonałem do wspólnego wyjścia trzy osoby (czwarta dotarła niespodziewanie!) i to raczej nie ulotkami na fejsie. I tak od początku wiedziałem, że słaby ze mnie będzie ambasador marki, za mało bywam w towarzystwach. Ale przynajmniej miałem frajdę. W lokalu byliśmy jeszcze przed dziewiątą - przywitał nas zespół, który o osiemnastej grał próbę. Nawet pozwolili się dosiąść - tj. Zmywak pozwolił, a Maku się zmył za chwilę, więc może on jednak nie pozwolił. Mogłem z pierwszej ręki (Piotr Majszyk, basista) posłuchać o dolach i niedolach chłopców z gitarami, dla mnie takie opowieści to wciąż nowość. Mogłem podsunąć Kobiety do grania w knajpie, ale na szczęście didżejowanie musiało się skończyć, kiedy Maki wbiły na scenę. To znaczy Maki i Chłopaki, to znaczy Mistrzowie, niech się te rzeczy razem indeksują w googlu kiedyś.

Wcześniej Piotrek mówił, żeby ich o płytę lepiej nie pytać (Niepoprawni optymiści!), czyli koncerty wciąż jedynym źródłem piosenek. Jeden jest tutaj i jeśli jesteś jednym z dwóch czytelników, którzy jeszcze go nie mają, to koniecznie nadrabiaj zaległości. Najwyżej się, jak Scott, nie spodoba. Ale! Jeśli jesteś tym z dwójki, któremu również się Scott podobał, to możesz sobie darować - zdaje się, że już próbowaliśmy. Jaka ładna symetria. A dla mnie są Mistrzami. I wiem już, o co chodzi z muzyką z księżyca - dzięki! Dobrze było w tej przerwie od koncertów przybić piątkę, myślę, że widzimy się tam w piątek, będzie więcej piątek, a może usłyszę jakąś historię.

No i teraz tak - nie wyczerpałem jeszcze limitu słowa Mistrz na wpis, nie ma limitu na wpis, może jest jakiś limit roczny, ale przecież go nie nadużywałem do tej pory. Muzyka Końca Lata to też są Mistrzowie. Dalej google, indeksuj! No weź no! Miej duszę, bezduszny algorytmie! Po Makach nie miałem już głosu wrzeszczeć czy dopingować, przecież nie przy każdej ich piosence wrzeszczałem, bo przez ograniczoną dostępność nie każdą znam, ale jednak stał się cud i dałem radę krzesać z gardła charkot, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać wrzaskiem. Moi towarzysze dygali, czyli mogłem charczeć z czystym sumieniem, a nawet mogłem mieć ich wsparcie, kiedy po epizodzie z oświadczynami Zmywak obwieszczał piosenkę dla tych, co nie mają tak dobrze i nagle miałem ich dłonie na ramieniu, i patrzyli na mnie, bo oczywiście w XXI wieku ręka położona na ramieniu to jest trochę prześmiewczy gest, to już nie do końca wsparcie czy współczucie, ale tu akurat było tyle sympatii i frajdy, że - tak to sobie ujmę - Fenoloftaleina.

I publiczność też dopisała i dostała trzy piosenki na bis. Jedna piramidowa - zainspirowana pierwszymi czterema płytami King Crimson. Masz, a ja znam tylko tę pierwszą trochę. W tym momencie szyderca Maku krzyczy ze sceny - Bo wszyscy kochamy King Crimson - jakoś tak. Nie wiesz o co chodzi z szyderą, ja to tak rozumiem, że publiczność MKL to z jakiegoś powodu (ładne piosenki) głównie młode dziewczęta, a Robert Fripp z ekipami (bo to się zmieniało jak kojarzę) puścił cztery pierwsze płyty zanim się te dziewczęta urodziły i trzeba być na innym levelu bycia tru, żeby kojarzyć. Może przesadzam?

No bo tak, ja nie tak dawno też nie wiedziałem, że jest coś takiego, sprawdzenie zaproponował rok temu zapoznany na koncercie w CBA znajomy. Ale hej, świat jest wielki, uczymy się go po trochu. Dobre to.