Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dynie. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 stycznia 2011

Goń się, Hessczu!

Widząc moją minę, Mozart zaczął się głośno śmiać. Ze śmiechu fiknął w powietrzu koziołka i nogami wywijał trele. Krzyczał przy tym do mnie: - Hej, hej, młodzieńcze, nie pław się w męce, język cię swędzi czy w płucach rzęzi? A może myślisz o czytelnikach, molach książkowych i złych krytykach? O swych drukarzach, ścierwach, kacerzach, przeklętych szczwaczach i podżegaczach? Psiakrew, do czarta, rzecz śmiechu warta, śmiech do rozpuku ulży ci w brzuchu... O ty, serce w poniewierce, druk, czernidło to mamidło, czujesz wieczny żal do świata, gdzie człek człekiem wciąż pomiata, na pociechę dam ci świecę, zapal sobie, tak na hecę.
Wilk stepowy, Herman Hesse

Będzie smutek, pot i łzy. A co!

W tamtą środę, kiedy cudownie ozdrowiałem, znalazłem też zapomnianą w grudniu muzykę do uszu. Bez sensu takie zapominanie, skoro razem z Cytatem specjalnie kupowaliśmy pchełki pod zimowe czapki, zima naprawdę dokazywała, a do tego ja swoich jeszcze nie zgubiłem. Pierwszym utworem, który wskoczył, było dyniowe Tonight Tonight, co wydało mi się wcale dobrym omenem, bo bardzo je lubię i bardzo wiąże się z ładnymi historiami z ostatnich lat. Nie wiem, kto wymyślił popularne pojęcie soundtracku do życia, ale ten utwór by się pewnie mógł na moim znaleźć.

Na pilny projekt zareagowałem w tym tygodniu ze stoickim spokojem. Bardziej już martwiłem się, jak zareaguje grupa, której odbiera się szeroko swego czasu dyskutowany dzień wolny (a zdaje się nawet, że ów Lewiatan iście po diabelsku co i rusz zmienia zdanie, ustawa raz się podoba, a raz nie), ale znów - wyrażono gotowość. Plus pięć godzin w poniedziałek, plus cztery godziny we wtorek, na dziś też jest plan, do soboty właściwie, a może i do wtorku. Proza życia. No ale moje życie, poza soundtrackami i szablonowymi nadgodzinami, ma jeszcze leitmotiv braku snu. Więc jeśli po dwóch dobach, na które składało się między innymi siedem godzin przerywanego snu i dwadzieścia siedem pracy, spodziewałbyś się, że padnę niczym królik ze złej marki bateriami i w dodatku bez stosownego energetyka, to oczywiście się mylisz.

Cytat właśnie się pochwalił odnalezieniem słuchawek, ale ja nie będę tamtego zdania zmieniał. Bo nie i już! Ma chłop wyczucie czasu.

Tej nocy przeżywałem znów to samo rozczarowanie, szukałem w sobie nieszczerości, którą pewnie należałoby ukrzyżować i pewnie wtedy przyszedłby sen. Bo jakoś wierzę, że sen to podstawa zdrowia, nie mam ochoty znowu smarkać. Ale nie wiem, nic nie wiem, co jest grane. Bo przecież w dni wolne sypiam sobie smacznie, nawet Sylwestra przespałem, był tam świat obejmujący ninja i tańczenie poloneza. Może jakieś stresy w pracy? Głęboko zakopane we łbie? Cygan mówił o wykopach w miejscu, które rozważa jako niezłe do mieszkania. Znów widmo kredytu? Był i o tym raz sen. Głębiej się dokopać nie umiałem, to zacząłem przeklinać w duchu wszystkich znanych piewców wczesnego wstawania, darowując tym razem samemu systemowi.

Jednym z nich jest właśnie Herman Hesse. A w każdym razie zdarzało mu się być, bo o ile Wilk nie prowadził przesadnie uporządkowanego trybu życia (dzisiaj chyba już nie mówi się o mieszczańskich zwyczajach), to już Magister Ludi Józef Knecht dawał całkiem niezły przykład, zresztą do spółki z Wilhelmem Eco, bo czytałem te książki jedną po drugiej. Cholerni intelektualiści i idealiści, cztery godziny snu w klasztornej celi, a później składają wzory i rozwiązują zagadki, o jakich w Las Vegas się nie śniło. Przez chwilę chciałem chwycić się humoru, jak tonący brzytwy, fikający kozła Mozart jest przecież przepiękny, ale nie dało się. Knecht nie miał się czego chwycić. Próbowałem spokojnie wyśmiać swoją mieszczańską przeciętność, którą tak celnie na koniec XX wieku podsumowało Radiohead. Pasuje mi do otaczających zewsząd noworocznych postanowień. A pig... in a cage... on antibiotics. A Corgan wył: Despite all my rage I am still just a rat in a cage! Nocne skojarzenia, kiedy czuje się pulsowanie całego ciała, a na mózgu mrowienie jak tykanie - zostało tak mało czasu.

Rano znów założyłem na uszy muzykę i znów wskoczyły Dynie:
Today is the greatest
Day I've ever known
Can't live for tomorrow,
Tomorrow's much too long
I'll burn my eyes out
Before I get out
Naprawdę mam skuteczny soundtrack do życia. Zaś gdyby kto pytał, jakie kolory ma w styczniu widziany z autobusu świat o szóstej pięćdziesiąt sześć...


Życzę Wam w tym roku wiele zabawy, czy to z przekładania szklanych paciorków, czy z gier z figurkami. Nie tonąć za bardzo, na fali raczej być, a może pod prąd, zresztą na falę się chyba pod prąd wbija? - Fajnie jeśli w żaglach wyobraźni.

poniedziałek, 22 listopada 2010

I'm in love with my sadness

Przez ostatni tydzień wyrobiłem normę za pół roku oglądania filmów. Jakoś nie mogę się przekonać do literek, do tego gdzieś w środku czuję potrzebę pogrania w coś, a to gwarantuje miesiąc bez społecznych interakcji. Na razie jeszcze się opieram, ale dzisiaj obejrzałem Scott Pilgrim vs. the World, gdzie z pokonanych złych ludzi wypadają monety, a walki wyglądają bardziej jak ze Street Fightera niż wyglądały w jego filmowej adaptacji z Van Dammem. Więc balansuję na granicy nieodparcia.

Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.

Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.

Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.

sobota, 9 października 2010

Nirvana at last

Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.

Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.

Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?

W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.

Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.

Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.

Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"
Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.

niedziela, 5 września 2010

Zwoje Lotu Ikara

Morrowind, jak to jest bez sensu, jeszcze głupiej, niż ponowne przechodzenie Final Fantasy VII. Cisnę w niego od 2005, czyli to i tak było późno po premierze, wkręcił mi go znajomy w sytuacji zagrożenia życia. Jechaliśmy windą do Bazyla, na szóste piętro, podróż się dłużyła, aż w końcu winda się zacięła. To typ windy, która ma takie sunące drzwi w kabinie, a nie otwierane do zewnątrz w klatce schodowej, więc niewiele widać. Trochę pokrzyczeliśmy, ktoś przyszedł, poprosiliśmy o wezwanie pomocy i odwiedzenie numeru bazylego, żeby się nami za bardzo nie przejmował. Usiedliśmy, dowcipkowaliśmy sobie o spadaniu, albo wychodzeniu na zewnątrz i dopiero spadaniu, że same nogi spadają, w każdym filmie tak. No i o Morrowindzie, z którego do tej pory nie wyrosłem, podczas gdy mistrz mój i nauczyciel, zwany podówczas Mrocznym Krzysiem wyrósł i teraz dodatkowo wyrasta na architekta.

Kiedy pojawił się wytatuowany pan od serwisu, okazało się, że jesteśmy zacięci pomiędzy dziewiątym i dziesiątym. Patrzyliśmy na siebie tak, jakbyśmy mieli ochotę zwrócić ochoczo opowiadane żarty, uściskiem prawicy dziękowaliśmy za ratunek, wyglądał na nieprzyzwyczajonego do tego. I teraz sobie wkręcam, że ta trauma mnie do gry przywiązała, więc mogę wbijać poziomy aż do odkrycia całej mapy, czego pewnie i tak nie zrobię kolejnymi piętnastoma bliźniaczymi postaciami, które coraz mniej są odgrywaniem jakiejkolwiek roli.

To był wstęp przesiewowy, żeby przygotować na jeszcze gorsze rzeczy, tzn. rzeczy gorsze nawet, niż nieoglądanie Pulp Fiction. No co, takim zawsze towarzyski, że obejrzałem dopiero w 2008. A jak się śmiali ze mnie! Cytat i inni (którzy zdaje się są teraz jeszcze bardziej do przodu), a wtedy mogli bezkarnie robić Łe, nie oglądał "Pulp Fiction" oraz takich to mi nie żal.

Swoją drogą - weź tu wypracuj jakiś model, jakiś schemat dla cytatów i tytułów, zacząłem je pisać kursywą, bo ładnie to wyglądało w książce (prawdopodobnie nie bez znaczenia jest również fakt, że wyszukiwarki mogą bardziej na te frazy zwracać uwagę - mam jakieś wejścia odnośnie książki o Juliuszu, znaczy, tfu, Julianie Seratowiczu), ale nie spodziewałem się sytuacji, że tytuł będzie w cytacie. Jakie to jest ładne, skoro to właśnie Cytat mnie najbardziej z tego powodu wyśmiewał. Dwa lata później udaje mu się nieświadomie rozbić moją gardę na blogu. Mistrz. Oczywiście wcale nie musiałem tam wstawiać cudzysłowu, uniknąłbym zagonienia się w akademickie rozważania.

Chodzi o to, jak bardzo ładny był wczorajszy dzień. Wyszedłem na rower, chciałem chwycić jak najwięcej tego słońca. Wyszedłem zupełnie luźno, żeby kupić coś na mieście, w przedpokoju zawracałem po kłódkę. Pierwsza przecznica, może Bazyl by pojechał ze mną, nie pojechał - ma sprawy. Czwarty kilometr, osiedle Smoczego, ale on na wyjeździe, a do tego jak go znam, to jeszcze nie zmienił dętki z tyłu. Spod Grota dzwonię do Głaza, on tam trochę dalej z drugiej strony mieszka, pewnie by się ogarnął. Mówi, że by się ogarnął, gdyby tylko był w Warszawie. Nawet nie dzwoniłem do Cytata, mówił o egzaminach i nauce do nich, ja ostatni będę w tym temacie wodził na pokuszenie. W Trafficu nie mieli tej płyty, a w każdym razie nie mieli nikogo przy stoliku informacyjnym. Zaletą Traffica jest stojak na rowery już za drzwiami i fakt, że pan strażnik uważnie przyglada się wszystkim, którzy przy rowerach majstrują. W drugim sklepie dopiero udało mi się kupić i nawet rower na mnie czekał, choć mam wrażenie, że ktoś majstrował przy zapięciu. Mam wrażenie, że taki typek w adipaski, z daszkiem i fajkiem, który stał całkiem blisko, kiedy rower zapinałem, ale już nigdzie go nie było widać, kiedy odpinałem. Bo ja po tych ludzi dzwoniłem po drodze bardzo interesownie, żeby pod przykrywką sobotniej przejażdżki znaleźć kogoś, kto roweru upilnuje. Cieszę się oczywiście bardzo, że nie zniknął, ale jednocześnie łapię taką paranoję, żeby zostawiać rower w garażu pod pracą i jeździć po centrum komunikacją. Albo zamawiać wszystko z internetu, nie tak na ostatnią chwilę. Byłyby piękne, planowe zakupy, żadnych dodatkowych książek Marqueza - spełnione założenia budżetowe.

Dojechałem do domu i już jesteśmy w domu, to znaczy na miejscu, to znaczy przy tej najstraszniejszej, najładniejszej rzeczy, która przecież przebija nieznajomość Pulp Fiction. Jest to nieznajomość Sigur Rós.

Dobrze widzisz, aż wytłuściłem. Wpadłem na pomysł, żeby tak sobie zaznaczać również nazwy zespołów, jakoś wyróżniać, a w każdym razie wtedy, kiedy jest jasno mowa o jakimś zespole. Bo nie zawsze jest jasno, Herbacianej objawiłem kiedyś pierwszą zasadę współczesnego blogowania - jeżeli nie rozumiesz, o co chodzi, prawdopodobnie jest o tym piosenka. Do tego muszę zacząć opisywać chmurką odnośniki, bo odnośnik jest najmniej trwałym elementem internetu, a z chmurki wiadomo, do czego prowadził. Ale to tyle ze spraw technicznych, wróćmy do Islandczyków, którym wytłuszczenie należy się przecież niezależnie od wszystkiego.

O Sigur Rós przeczytałem na forum, a więc też z pięc lat temu, wszystko robiłem pięć lat temu, kiedy moderatorzy mniej dokręcali śrubę i każde forum, niezależnie od dziedziny, szybko wypruwało się z tematu i stawało się miejscem od wszystkiego. Dorwałem się do ich strony internetowej i łzawiłem przy Starálfur. Fajne. Wrzuciłem na odtwarzacz nawet, kiedy już miałem odtwarzacz i kilka miesięcy później dobrała się do niego Uszata, dzięki czemu dowiedziałem się, że to jedyna wartościowa rzecz w nim, a nie jakieś bzdety, jak na pewno również tam obecne Róże Europy i Smashing Pumpkins.

Wróciłem z roweru i przerzucałem katalogi muzyczne, żeby może grało coś innego, niż namiętnie eksploatowane ostatnio Kobiety. Taki poszukiwacz mi się załączył, żeby przegrzebać rozkradzione pliki - od kiedy pracuję mniej kradnę, trochę (troszeczkę, pamiętaj o założeniach budżetowych) kupuję, ale jeszcze ukradzionych nie skasowałem. No i tak trafiłem, że grają od wczoraj. Nic się z tego nie rozumie, bo język ichni, tytuły trzeba kopiować z internetu, żeby się kreseczki zgadzały. Czytałem kilka lat temu właśnie o Starálfur, o elfie i chłopcu, tak kojarzę, bajka. Dzisiaj wskoczyło Viðrar vel til loftárása, nie mam pojęcia, jak to na głos przeczytać, i nie miałem pojęcia, skąd brzmi tak znajomo. Może w jakimś filmie było, albo co? Kombinuję, pytam brata, czy nie kojarzy skądś, wtem olśnienie - a może było wśród tych kawałków, które mieli na stronie wtedy, dawno temu? Znalazłem stronę, już tu wcześniej zalinkowałem, wygląda prawie tak samo, jak wyglądała wtedy i piosenki też te same udostępnione.

O zespole rozmawiałem z jedną dziewczyną przez internet, oczywiście też ich uwielbiała, a dziewczyna, z którą rozmawiałem trochę mniej, ustawiała z nimi opisy. Czyli wszystko na swoim miejscu. W tym komiksie pojawiało się kilka zespołów, do których docierałem później, największą miałem frajdę z dostrzeżonego na plakacie Mogwai. Pisałem już, że udało mi się nie przegapić ich koncertu na Offie, dwa lata temu, za to nie miałem wtedy pojęcia, że wkrótce w Warszawie występują Sigur Rós. Szkoda, bo na tyle są mocni, że piszę sobie tutaj, zamiast grać w Morro.

Jeszcze wszystko przede mną.

sobota, 17 kwietnia 2010

O fundamentalnej różnicy pomiędzy dziś wieczór i tej nocy

Wracałem wczoraj późno, piątek przekalkowany z poprzedniego tygodnia, czy też nauczyłeś się, co znaczy deja vu z "Matrixa"? Poczekałem na Głaza, gość się nigdy nie nauczy kończyć o czasie, byliśmy w sklepie i gadaliśmy o tych samych rzeczach, głównie tych, których nie ma. Zamiast wsiadać w tramwaj przeszliśmy nad torami, dopiero tam rozdroże i ja szedłem dalej do Marymontu, okazuje się, że to dwa, nie jeden, przystanki z Grunwaldzkiego. Hop w autobus przed dwudziestą.

Zaraz przed wysiadką tknęły mnie kolory, szesnastego kwietnia o dwudziestej, powiedzmy, siedemnaście, kolory są w moim mieście mistrzowskie. To są różne światła, głównie żółto-pomarańczowe z ulicznych latarni, to są światełka samochodów, okna bloków i reklamy banków na tle zapadającej nocy, na tle w stylu gradient, czyli od horyzontu błękit pożerany przez noc. Patrzę na nie i myślę, że jak okładka dla płyty, że jak okładka płyty trzeciej Dyń, weź zostaw, za dużo razy już pisałeś tytuł, żeby powtarzać. Nie mam zbyt wielu płyt, więc zupełnie przypadkiem odkryłem w domu, że księżyc mamy taki sam jak na okładce Muzyki Końca Lata (drugiej).

Dzisiaj nie poszedłem na rower, cały dzień zimno jakoś, niech sobie termometr pokazuje piętnaście, a ja wiem swoje. Aż przyszło późno i jednak nabrałem ochoty na powietrze, ale niech będzie spacer, szczególnie, że to mniej więcej ta fajna, zauważona wczoraj godzina. Kiedyś dużo więcej spacerowałem niż dziś, dziś chyba się trochę tego boję, chyba starzeję się, bo widzę typów jadących rowerami pod prąd na pętli i wiem, że ja bym tak na pewno nie pojechał, albo widzę kobietkę, która po przebyciu przejścia idzie ścieżką rowerową i jestem pewien, że chodzi o to, żeby mnie za blisko nie mijać. Wszyscy się boimy.

Wracałem drugą stroną, przez las i zaraz przed wejściem do niego dotarła do mnie różnica pomiędzy wieczorem, który generalnie jest bezpieczny, a nocą, która już jakby mniej. Noc bezkresna jest, zawsze kochać będzie mnie, ale z tym bezpieczeństwem, to bym poza domem nie przesadzał. A wieczór potrafi być taki właśnie jak tytuł płyty. A prawdziwa noc jest jak las nocą, prawdziwej nocy nie ma w mieście, za to są skrawki lasu na obrzeżach. Już była bardziej noc niż wieczór, szedłem przez niego sam i pomimo, że ma bezbłędnie wydeptane ścieżki, w miarę jak słabło światło pozostawionych za plecami latarni, dojrzewałem do wyłączenia muzyki w słuchawkach. Która i tak nie grała głośno przecież, na tyle cicho, żeby słyszeć świat. Pomimo bezbłędnie wydeptanych ścieżek, przegapiłem tę najszybszą i jakoś zawracałem, przebijałem się do tych mostków myśląc, że ta ciemność to i tak tylko namiastka prawdziwej nocy, albo wyschniętej studni (no co, skończyłem czytać tego drugiego Murakamiego). Prawdziwą noc zobaczysz tylko poza miastem, może to być u babci, może to być po "Gwiezdnych wrotach" w telewizji, czyli filmie o jasnej, pustynnej planecie z piramidami, a ty oczywiście będziesz się bał, że z prawdziwej nocy wyjdzie coś jak z kosmicznej piramidy.

Dobrze tak złapać trochę oddechu. W domu nawet nie czujesz, że oddychasz, ale weź wyjdź, niech się zmieni powietrze. To może zacznij wietrzyć pokój? Wietrzę (czasem nawet sprzątam, odkurzam i inne takie!), tylko nie dzisiaj, pisałem już, że zimno dzień cały.