Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyrmand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyrmand. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 marca 2011

Szpile na mrozie

To, co zwie się w warszawskim argot "szpilą", jest tu w niezwyłym poważaniu: kto umie rozdzielać "szpile" na prawo i lewo, powodować właściwe napięcia i ciśnienia zawsze na pograniczu uszczypliwości i szyderstwa, lecz tak, by zawsze pozostawały punktem wyjścia do kontynuacji, do nie kończacej się szermierki "przyuważeń" bez popadania w otwartą kłótnię na serio - ten jest mistrzem. Może się go nawet niezbyt lubi za precyzję ciosów, lecz jego potrzeba jest nadrzędnego gatunku, bez niego ta tu towarzyskość nie funkcjonuje.
Dziennik 1954, Leopold Tyrmand

Pierwszy raz widzę to słowo - argot. Nigdy nie było mi po drodze z językami, w ogóle z mało czym poza książkami o smokach było mi po drodze, więc zdania Tyrmanda zdają się czasem rozdmuchane do granic możliwości, dziw, że wciąż przy tym ładne. Ale wracając do języków - czasem jestem jednak przymuszony do sprawdzenia, kiedy ktoś puentuje wypowiedź kursywą. Długi czas miałem pod monitorem powieszone a rebours.

Tam wyżej jest 31 stycznia tej straszliwej zimy, teraz już nawet jestem w lutym (wpisy zauważalnie krótsze z początku), nadrabiam, może do końca marca wyrównam. Od soboty siedzę u Katastrofy - w którejś z ostatnich rozmów przypomniano książki o smokach i on specjalnie dla mnie przyniósł cztery, z których pewny byłem, że czytałem tylko jedną. Przejrzałem drugą - aha, czyli ta przygoda jednak była rozpisana na dwa tomy. Wziąłem się za trzecią i dopiero po jakichś pięćdziesięciu stronach dotarło do mnie, że tą też już czytałem, tylko przygoda była tak kiepska, że nic w głowie nie zostawiła. A Wikipedia twierdzi, że autor (o nazwisku takim jak jedna kanadyjska wokalistka) ma już cykl zaplanowany do końca, jeszcze osiem książek. Zgroza. Wprawdzie dziesięć lat temu miałem wielką frajdę z pierwszych dziesięciu, ale dziś bez oporu zgodziłbym się, że trylogia to bezpieczne maksimum dla fantastycznych światów.

Czwarta ma już swoje lata, pisał ją gdzieś w okolicach tych pierwszych, czyli dam jej jeszcze szansę. Przy czym to też trylogia, znaczy to pierwsza część, i do tego trylogia białych kruków - Katastrofa licytował za setki złotych a wciąż brakuje mu środkowej.

Ciekawe, jak przebrnąłem wtedy przez te kilkadziesiąt książek ze Star Wars? Przecież wszystkim wystarczyłaby trylogia o Wielkim Admirale Mitth'raw'nuruodo. Tak, skopiowałem sobie to, nie dziwne, że mówili o nim Thrawn.

W każdym razie bardzo łatwo wchodzi mi teraz ten Tyrmand, może chodzi po prostu o to, że nie boli mnie głowa. Ale na swój sposób dopowiadam sobie pewne rzeczy i o dziwo sam siebie słucham. Bo w sobotę odwiedzili nas rodzice - ściągając przy tym z łóżek przed dziewiątą. No to posiedzieliśmy kilka ładnych godzin, całkiem ładnych, choć zdążyłem w tym czasie jakoś wściec siostrę, a wydawało mi się, że ogólnie pomagam. Cóż. Obiecali podrzucić mnie do metra, a że to sobota, to nawet nie przeszkadzało im jechać środkiem miasta - Armii Ludowej. Ja pracuję tam trzy lata, ale na Rozdroże zawsze chodzę na piechotę, więc niekoniecznie kojarzę dokładne rozmieszczenie przystanków - wydawało mi się, że jest jakiś pod Rondem Jazdy. Może dlatego, że jakiś czas temu z firmowego okna obserwowaliśmy dziwadło - przechadzającego się krawężnikiem samochodowego koryta typa i były tam rozważania, jak się tam dostał, pewnie z przystanku. A tu figa - przecież oba przystanki na górze! Nie wiemy jak się tam dostał, a ja nie miałem się gdzie wydostać, więc wysiadłem dopiero pod Niepodległości. I teraz zrozum, że gdybym wysiadł na odpowiednim przystanku, albo pół metra dalej nawet, to nie miałbym przed nosem tego:


Nie wypada się po takim objawieniu nie przyłożyć bardziej do lektury, niby o tych samych rzeczach co teraz są, jak zatłoczone autobusy, ale jednak w innej skali - bo myśmy, jadąc w poniedziałek na Rynek Starego Miasta, mieli do wyboru kilka połączeń, wyszło, że tramwaj będzie miał najlepszy stosunek zatłoczenia do czasu podróży, nawet Cytat mógł ze swoją chorą nogą usiąść. A później, za cztery godziny, nie miał problemu ze złapaniem taksówki. To było już po tym, jak Dwie Kalorie opowiedział kilka tuzinów anegdot, Protestanka obiecała przyłożenie się do roli wyroczni, a Młot zbudował tęczę z antymaterii. Schodząc do szatni nuciliśmy Marsz Imperialny, a posiwiały szatniarz zaczął nam dyrygować. Na zewnątrz już odczuwalny mróz, ale przecież nie minus dwadzieścia, chwila zabawy w berka - tu Protestanka nie miała szans, bo była w szpilkach.

A dziś, przeglądając niezadowolone ze smoków forum, trafiłem na ładne opowiadanie, to może zakolejkuję Śniadanie mistrzów.

wtorek, 22 lutego 2011

Kolejne piętnaście minut

Dzisiaj nawet obudziłem się na minutę przed szóstą, czyli przed pierwszym budzikiem, nawet przeszło mi przez myśl, żeby wstać i iść do pracy na godzinę wcześniej, ale nie. Szósta trzydzieści, czterdzieści pięć - a ja śpię. Od siódmej piętnaście śnię do tego.
Jestem znów dzieckiem (bardziej niż teraz) i idę z zakupami. Obok idzie mama, idziemy tym terenem, na którym jeszcze nie ma ani ulicy Strumykowej, ani osiedla przy Stefanika. Jakieś wykopy, przygotowania. Mam wrażenie, że właśnie wróciłem kilkanaście lat wstecz i będę mógł naprawić całe życie - przede wszystkim zastanawiam się, które koleżanki z osiedla wyrosną na ładne dziewczyny. Przed nami idzie kuzynka, ale za chwilę już jedzie rowerem. Chcę ją dogonić, też mam rower, ale nie mogę - po tym jak wolno jadę i po widoku siostry za wzniesieniem orientuję się, że naprawdę jestem małym chłopcem, bo ona taka jeszcze mniejsza.

Dochodzimy do osiedla, kuzynka pakuje zakupy do samochodu, to jest Skoda, ale czerwona tym razem, oni chyba mają wyjechać. Mnie przechwytuje tata, podchodzimy do ogłoszenia o koncercie, że mógłby mnie zabrać. To jakiś zespół elektroniczno metalowy - mówię mu, że tego to ja nie słucham i podziękuję. Cięcie.

Po morzu płynie drewniany statek. Są na nim kobiety, są na nim dzieci powiązane z kobietami i ze sobą. Każda kobieta ma kilkoro. Nagle statek przepoławia się, wzdłuż kilu, jakby przecięty płetwą wielkiego rekina. Wszyscy krzyczą, wpadają do wody - panika, bo rekin. Jedna kobieta odrzuca od siebie dzieci, żeby jej było łatwiej uciekać - raczej nie mają żadnych szans związane ze sobą. Nie podoba mi się to, myślę o niej źle. I wtedy pojawia się rekin.

Staram się go utrzymać, nie wiem czy to ja tam jestem, czy sama moja wola. Chodzi o to, żeby trzymać go trochę nad wodą, bo wtedy jest podatny na ataki. Atakuje ktoś z daleka - magicznymi pociskami z kuszy. Są kolorowe, wbijają się w bok rekina. Mam wrażenie, że mam jakąś uzdę, wyrywa mi się, stara się tak wykręcić, żeby odgryźć mi nogi. Z jednej strony ma już wpakowane kilkanaście bełtów, więc staram się go wykręcić na drugą. Wtedy przebiega obok mnie Gutts, to on szyje do rekina z kuszy. Dziwię się, że biega po wodzie, ale orientuję się, że ma Buty Oślepiającej Szybkości (+200), czyli pewnie tak przebiera nogami, że może.
Nie pamiętałem tego wcześniej, ale przecież miałem przynajmniej jedno noworoczne postanowienie - poczytać sobie Dzienniki Tyrmanda, zgodnie z datowaniem. Oczywiście nie dałem rady, już dawno się z datami rozjechałem i ciągle siedzę w styczniu. Jemu też czasem coś się śni - przywołuje wtedy Freuda i Junga, ale za chwilę pisze o systemie (wielki czarny pies wgryzający się w dupę, że boli albo nie). To by mieli ubaw w XXI wieku - gry, kreskówki, komiksy, fantazje. Do zastanowienia - czy śniłem kiedyś jakieś postaci książkowe? Czy jednak na tyle mam leniwą wyobraźnię, że nie wyglądają i nie mają jak się we śnie pojawić?

I dwa bonusy:
Ostatniego dnia napiszesz: "Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik..." Po czym znajdą cię na podłodze i obdukcja wykaże śmierć z wyczerpania.
To Herbert o Tyrmandzie piszącym dziennik. Zważywszy na długość tych wpisów wcale bym się nie zdziwił.

A to Protestanka, która nie zważając na moją uszczypliwość i zaczepność znajduje na blogu wpis sprzed dwóch miesięcy prawie, bo miała mi tam wrzucić cytat, co się jej podobał i pasuje, cytat spotęgowany, bo to jest Kapuściński cytujący Konfucjusza, czyli teraz jest Protestanka cytująca Kapuścińskiego, cytującego Konfucjusza.
Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakas prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.
No ba! Zawsze to wiedziałem. Żeby było zabawniej - cały akapit.
Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to też trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać, nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.
Nawet Kapusta nie ciśnie mnie za bardzo za niewyglądanie poza czubek własnego nosa.