Wiem, że żaden szpan takie dziesięć kilometrów. Oraz że żaden szpan wywalić korki, a już tym bardziej się tym zdenerwować, tak za pierwszym, jak za drugim razem. Ale zważywszy, że sam sobie jestem widownią - mogę być z roweru dumny. Z wyjścia na rower, z ogarnięcia idealnej trasy na takie sytuacje, na robienie z nich sytuacji nieprzykrych. Z roweru, no, może bym się tak nauczył tymi śrubkami kręcić od przerzutek, albo ogólnie serwisować jakoś rower, to też będzie duma. Kiedy w przerwie idziemy z kumplem przez Pole Mokotowskie, to po ominięciu dziewięciu na dziesięciu rowerzystów dopowiada za mnie - Nasmaruj łańcuch! Kiedy ja sam nie świecę przykładem, nawet jeśli łańcuch nasmarowany, to cała reszta nie, a przecież i tak do pracy nie pojadę, jeśli nie będę pracował na dwunastą czy co. Jeśli, jeśli, mimo wszystko trzeba się uśmiechnąć do Bazyla, on taki jakby ogarnięty, ma opinię urodzonego z siodełkiem przyrośniętym, może nie zostaną nam śrubki, jak kiedy lata świetlne wstecz rozkręciliśmy rower z Wujkiem. To były wakacje, wakacje są na tyle ekstra, że wymykają się datowaniu.
Jeszcze trzeba zostawiać telefon, całe życie nie miałem telefonu i było mi bardzo dobrze, bardzo spokojnie. Oczywiście bywało, że czekałem w jakąś sobotę o ósmej na placu Indian i nie szło mi przekazać, że odwołane, ale przecież byłem świadom ryzyka i w ogóle, rzadko się takie sytuacje zdarzały. Teraz ciężko zrezygnować z telefonu chociażby ze względu na hasła bankowe, a do tego i tak mam z roboty jeden. Tego na rower nie wziąłem, wziąłem swój, choć np. portfela nie wziąłem, kluczy też nie, brat miał być. Kręcę, kręcę, pod kościołem wibra - kumpel upewnia się, czy dostałem jakąś informację o dziesięcioprocentowych pewnych lokatach. Dzwonił już wcześniej, kiedy byłem w Factory i wtedy zaczynał od ja wiem, że ciebie to nie interesuje, ale czysty pewny zysk. No co ja poradzę, że tak jest, że oszczędności na zwykłych lokatach bez fajerwerków, że satysfakcjonuje mnie oprocentowanie na poziomie inflacji. Co to ma znaczyć, że kasa ma na siebie zarabiać, kiedy ja tutaj uczę się na siebie jeszcze.
Kręcę dalej (on pewnie jeszcze dzisiaj zadzwoni, w ogóle nie czuje klimatu wieczoru, odkrywanie nieznanych dzielnic, kosmiczne podróże, fajoski, jakby rozedrgany księżyc, ciemne wkurwy i oczyszczające kręcenie, nie zapominajmy o ładnej kobiecie po drodze!), już zdążyłem zawrócić, w ogóle świetny odcinek bodaj Kępą Tarchomińską i Przyrzeczem (tam są czołgi!) i znowu wibra. Że co, że jak, jeszcze nie minęła godzina, ale tym razem to siostra. No cześć siostra, co tam, a bo chciałam zapytać, czy brat tam jest. Nie wiem, siostra, jestem na rowerze, ale mówił, że siedzi w domu. Nie wiem, to może gra w coś, że nie odbiera, a ja będę za piętnaście, dwadzieścia minut.
To następnym razem i w ogóle, nie idę dzisiaj spać za szybko, po co to, może tak o pierwszej, poranek i tak będzie świra. Rozważam przeproszenie się z kawą.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Kosmiczny przelot przez miasto w samo jądro ciemności
Jechałem chyba po raz pierwszy eSKaeMką, to widać nawet po zapisie, na pewno obeznani ludzie inaczej to zapisują. Głaz rzucił pomysł, że Factory, bo on chce kupić buty, a ja np. mogę też chcieć coś kupić. ESKaeMka wygląda jak prom kosmiczny i ma się ochotę przez nią przebiec - szczeny w dół.
Głaz nie kupił butów, ja kupiłem spodnie w kolorze antracyt i jeszcze kazali nie prać w proszku, czyli nie wiem czy będę je w ogóle prał, ubierał i tak dalej, bo trzeba w płynie. Ale wiadomo, że chodzi o nowy kolor - nauczony.
Ożywiliśmy ostatnio lutownicą kilka par słuchawek i byłem zadowolony, ale tym razem złamały się przy słuchawce, czyli nie starczyło na za długo, jeśli nie znajdę zapasowych, to pozostaje kupno. W związku z tym podróżowałem komunikacją otwarty na wszelkie doznania słuchowe - ładna dziewczyna rozmawiała z mamą przez telefon, to brzmiało fajnie, że pięćset brutto zaklepane, oraz o jakichś lotach. Bardzo nie chciała głośno mówić o facecie, oczywiście nie wiadomo, o co pytała mama, ale takie stonowane odpowiedzi, wiesz, że ja do tego spokojnie podchodzę, widzę w sobie pozytywne sygnały, jest na dobrej drodze, spokojnie, wie, że lubię meksykańskie jedzenie, zostawił mi w lodówce tortillę.
Meksykańskie to takie ostre, nie? Nie lubię.
Wróciłem do domu i może jeszcze wyjdę na rower, niech to będzie pół godziny, co tam. Wywaliłem korki w identyczny sposób co w sobotę, tylko wtedy było jeszcze jasno - zalałem listwę wrzątkiem z czajnika. W sobotę krzywo chwyciłem kubek i jeszcze zanim chwyciłem, wiedziałem, że będzie krzywo. Poparzyłem się sam i te korki się obraziły za chwilę. Dzisiaj lałem wrzątek do kufla, czyli pomyślałem, że podobno do kufli się wrzątku nie leje, bo pękają i oczywiście spękał - to trochę inaczej niż przez ostatnie cztery lata. To spękanie jeszcze przyjąłem spokojnie, ale kolejne wysadzenie korków, no, wiesz co robił Muttley, żeby nie gorszyć dzieci. Łaszamaszakaszararara...
Głaz nie kupił butów, ja kupiłem spodnie w kolorze antracyt i jeszcze kazali nie prać w proszku, czyli nie wiem czy będę je w ogóle prał, ubierał i tak dalej, bo trzeba w płynie. Ale wiadomo, że chodzi o nowy kolor - nauczony.
Ożywiliśmy ostatnio lutownicą kilka par słuchawek i byłem zadowolony, ale tym razem złamały się przy słuchawce, czyli nie starczyło na za długo, jeśli nie znajdę zapasowych, to pozostaje kupno. W związku z tym podróżowałem komunikacją otwarty na wszelkie doznania słuchowe - ładna dziewczyna rozmawiała z mamą przez telefon, to brzmiało fajnie, że pięćset brutto zaklepane, oraz o jakichś lotach. Bardzo nie chciała głośno mówić o facecie, oczywiście nie wiadomo, o co pytała mama, ale takie stonowane odpowiedzi, wiesz, że ja do tego spokojnie podchodzę, widzę w sobie pozytywne sygnały, jest na dobrej drodze, spokojnie, wie, że lubię meksykańskie jedzenie, zostawił mi w lodówce tortillę.
Meksykańskie to takie ostre, nie? Nie lubię.
Wróciłem do domu i może jeszcze wyjdę na rower, niech to będzie pół godziny, co tam. Wywaliłem korki w identyczny sposób co w sobotę, tylko wtedy było jeszcze jasno - zalałem listwę wrzątkiem z czajnika. W sobotę krzywo chwyciłem kubek i jeszcze zanim chwyciłem, wiedziałem, że będzie krzywo. Poparzyłem się sam i te korki się obraziły za chwilę. Dzisiaj lałem wrzątek do kufla, czyli pomyślałem, że podobno do kufli się wrzątku nie leje, bo pękają i oczywiście spękał - to trochę inaczej niż przez ostatnie cztery lata. To spękanie jeszcze przyjąłem spokojnie, ale kolejne wysadzenie korków, no, wiesz co robił Muttley, żeby nie gorszyć dzieci. Łaszamaszakaszararara...
sobota, 24 kwietnia 2010
W czwartek był doroczny dzień szalonego okularnika, tylko ja w nim uczestniczę raz na dwa
Można się z kimś nie spotkać, bo zapomniał soczewek. Można dzwonić z trzech metrów i zrezygnować z dzwonienia, kiedy ona na ciebie patrzy, nobożkurwa, jak to nie widzi i można za godzinę uwierzyć w soczewki. Bo jeśli mógłbym wybrać, czy wierzyć, czy nie wierzyć, to wybrałbym, żeby nie, ale nie mogę wybrać, nie. Jeśli cokolwiek ma mieć sens, to soczewek nie było i już. I później, w środę, wybrałbym, żeby nie wierzyć w odwołujące spóźnienie, ale nie, wystarczy się podkurwić i dalej dawać szanse, pomimo wrażenia, że się jest takim wiosennym kwiatkiem, światowo symetryczną, geometryczną osobliwością, spotykaną od kwietnia do czerwca. Tylko dlaczego oczekiwania rosną wtedy?
Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.
Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.
W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.
Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.
W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.
Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.
Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.
Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.
Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?
Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.
Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.
W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.
Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.
W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.
Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.
Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.
Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.
Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?
czwartek, 22 kwietnia 2010
Czy ty wiesz, jaki dźwięk ma pęknięcie? - no proszę, wcale się go tu nie spodziewałem.
Życie niewyśnione. Geometria świata (to bardzo lubię) i horoskopy, ezoteryka i sekty, religia i sens życia, ile tak można strzelać pojęciami? Szukasz czego, sensu dla siebie, czy sensu wyższego - strzelmy tu słowem uniwersalny. Na ile robisz to specjalnie, czy może w ogóle tego nie dostrzegasz? Albo ja przyuważyłem za wcześnie, może powinienem dopiero jutro, po tym, jak już się stanie co ma być, bo coś będzie przecież. Coraz mniej wierzę, że to będzie spotkanie, wiesz, za dużo się naoglądałem filmów, przecież naprawdę niewiele filmów oglądam, taki po prostu jestem.
Nigdy nie pisz pamiętnika, dziennika, a w każdym razie nie rób tego z dokładnymi, dziennymi datami, godzinami (godziny pewnie zacząłem pisać, kiedy zacząłem czytać blogi). Jeśli coś dzieje się po prostu na wiosnę, to dzieje się po prostu, zawiera się w pojęciu wiosny i rozmywa w nim jak widma w niepewnym czasie. Za to jeśli dzieje się w tym samym układzie dnia i miesiąca, wtedy tylko nabiera mocy, znaczenia, przestań używać słowa tylko, przestań składać tak banalne zdania. To może w ogóle przestań składać zdania, jeśli nie wolno popadać w ton, wiesz kto pierwszy użył tego słowa, ambonalny.
Dlaczego to zostało wtedy zapisane, czy to był sen Kasandry, czy to był niezbyt udany film, czy to był film niezrozumiany, czy ikrę trzeba mieć w sobie, na szczęście nie znam się w ogóle na filmach, więc nie wypowiadałem się zbyt szeroko. Obejrzałem, przetrzymałem, szło to. A może to był dobry sen, już mówiłem, że nie wiem zupełnie nic o tych złych, tylko widziałem kiedyś, jak wyglądają na zewnątrz.
Wiesz co? To nie jest tak, że mnie denerwuje brak słowności. Słowność była jednym z podstawowych pojęć w kontekście życia społecznego, to w końcu wszystko jest jakaś umowa. Podręczniki do WOSu, gimnazjum (tfu!). To nawet nie jest tak, że nagle irytuje mnie próżnia wieczorna, ona się zapełni, można nie usmażyć mięsa, oglądać serial o Glinie, gapić się w sufit. Tak się ten świat przelewa. Irytuje poczucie braku, czyli niespotkanie. Za szybko wydaje mi się, że coś mam...
Ała, to jest naprawdę wielkie zdanie, pierwszy raz tak o sobie myślę, to zebranie (czwartek, wiadomo, że mnie zebranie nie interesuje i myśli płyną) musiało się odbyć, skoro trochę jakby rozważam okolice miłego przeznaczenia i straszliwego fatum.
Za szybko wydaje mi się, że coś mam. Ała, jakie to jednak jest głupie, jeśli jednak chodzi o to, żeby pękło. Zdaje się, że Janerka raczej dorabiał teksty do pisanej muzyki, zdaje się, że to najmniej poważana jego płyta, zdaje się, że to właśnie jej słuchałem, a do historii podwodnych mam bliżej w kontekście filmu o żółtej łodzi, za to nie mam pojęcia, czy obie rzeczy mają inny jakiś wspólny, wynikowy związek z Lechem (Nie! Liczba odsłon rośnie! A to nie ten, nie ten!). Czy Erich Fromm wiedział jak żyć, jej wynik jest wciąż tą samą grą.
Z czego by wynikało, że do porządku dziennego przechodzi się zawsze z porządku dziennego, nawet jeśli ów był porządkiem podkurwionym. Dlaczego w jednym tygodniu jesteś dwukrotnie podkurwiony dokładnie tym samym brakiem? Może dlatego, że wcale nie był wyśniony.
Nigdy nie pisz pamiętnika, dziennika, a w każdym razie nie rób tego z dokładnymi, dziennymi datami, godzinami (godziny pewnie zacząłem pisać, kiedy zacząłem czytać blogi). Jeśli coś dzieje się po prostu na wiosnę, to dzieje się po prostu, zawiera się w pojęciu wiosny i rozmywa w nim jak widma w niepewnym czasie. Za to jeśli dzieje się w tym samym układzie dnia i miesiąca, wtedy tylko nabiera mocy, znaczenia, przestań używać słowa tylko, przestań składać tak banalne zdania. To może w ogóle przestań składać zdania, jeśli nie wolno popadać w ton, wiesz kto pierwszy użył tego słowa, ambonalny.
Dlaczego to zostało wtedy zapisane, czy to był sen Kasandry, czy to był niezbyt udany film, czy to był film niezrozumiany, czy ikrę trzeba mieć w sobie, na szczęście nie znam się w ogóle na filmach, więc nie wypowiadałem się zbyt szeroko. Obejrzałem, przetrzymałem, szło to. A może to był dobry sen, już mówiłem, że nie wiem zupełnie nic o tych złych, tylko widziałem kiedyś, jak wyglądają na zewnątrz.
Wiesz co? To nie jest tak, że mnie denerwuje brak słowności. Słowność była jednym z podstawowych pojęć w kontekście życia społecznego, to w końcu wszystko jest jakaś umowa. Podręczniki do WOSu, gimnazjum (tfu!). To nawet nie jest tak, że nagle irytuje mnie próżnia wieczorna, ona się zapełni, można nie usmażyć mięsa, oglądać serial o Glinie, gapić się w sufit. Tak się ten świat przelewa. Irytuje poczucie braku, czyli niespotkanie. Za szybko wydaje mi się, że coś mam...
Ała, to jest naprawdę wielkie zdanie, pierwszy raz tak o sobie myślę, to zebranie (czwartek, wiadomo, że mnie zebranie nie interesuje i myśli płyną) musiało się odbyć, skoro trochę jakby rozważam okolice miłego przeznaczenia i straszliwego fatum.
Za szybko wydaje mi się, że coś mam. Ała, jakie to jednak jest głupie, jeśli jednak chodzi o to, żeby pękło. Zdaje się, że Janerka raczej dorabiał teksty do pisanej muzyki, zdaje się, że to najmniej poważana jego płyta, zdaje się, że to właśnie jej słuchałem, a do historii podwodnych mam bliżej w kontekście filmu o żółtej łodzi, za to nie mam pojęcia, czy obie rzeczy mają inny jakiś wspólny, wynikowy związek z Lechem (Nie! Liczba odsłon rośnie! A to nie ten, nie ten!). Czy Erich Fromm wiedział jak żyć, jej wynik jest wciąż tą samą grą.
Z czego by wynikało, że do porządku dziennego przechodzi się zawsze z porządku dziennego, nawet jeśli ów był porządkiem podkurwionym. Dlaczego w jednym tygodniu jesteś dwukrotnie podkurwiony dokładnie tym samym brakiem? Może dlatego, że wcale nie był wyśniony.
sobota, 17 kwietnia 2010
O fundamentalnej różnicy pomiędzy dziś wieczór i tej nocy
Wracałem wczoraj późno, piątek przekalkowany z poprzedniego tygodnia, czy też nauczyłeś się, co znaczy deja vu z "Matrixa"? Poczekałem na Głaza, gość się nigdy nie nauczy kończyć o czasie, byliśmy w sklepie i gadaliśmy o tych samych rzeczach, głównie tych, których nie ma. Zamiast wsiadać w tramwaj przeszliśmy nad torami, dopiero tam rozdroże i ja szedłem dalej do Marymontu, okazuje się, że to dwa, nie jeden, przystanki z Grunwaldzkiego. Hop w autobus przed dwudziestą.
Zaraz przed wysiadką tknęły mnie kolory, szesnastego kwietnia o dwudziestej, powiedzmy, siedemnaście, kolory są w moim mieście mistrzowskie. To są różne światła, głównie żółto-pomarańczowe z ulicznych latarni, to są światełka samochodów, okna bloków i reklamy banków na tle zapadającej nocy, na tle w stylu gradient, czyli od horyzontu błękit pożerany przez noc. Patrzę na nie i myślę, że jak okładka dla płyty, że jak okładka płyty trzeciej Dyń, weź zostaw, za dużo razy już pisałeś tytuł, żeby powtarzać. Nie mam zbyt wielu płyt, więc zupełnie przypadkiem odkryłem w domu, że księżyc mamy taki sam jak na okładce Muzyki Końca Lata (drugiej).
Dzisiaj nie poszedłem na rower, cały dzień zimno jakoś, niech sobie termometr pokazuje piętnaście, a ja wiem swoje. Aż przyszło późno i jednak nabrałem ochoty na powietrze, ale niech będzie spacer, szczególnie, że to mniej więcej ta fajna, zauważona wczoraj godzina. Kiedyś dużo więcej spacerowałem niż dziś, dziś chyba się trochę tego boję, chyba starzeję się, bo widzę typów jadących rowerami pod prąd na pętli i wiem, że ja bym tak na pewno nie pojechał, albo widzę kobietkę, która po przebyciu przejścia idzie ścieżką rowerową i jestem pewien, że chodzi o to, żeby mnie za blisko nie mijać. Wszyscy się boimy.
Wracałem drugą stroną, przez las i zaraz przed wejściem do niego dotarła do mnie różnica pomiędzy wieczorem, który generalnie jest bezpieczny, a nocą, która już jakby mniej. Noc bezkresna jest, zawsze kochać będzie mnie, ale z tym bezpieczeństwem, to bym poza domem nie przesadzał. A wieczór potrafi być taki właśnie jak tytuł płyty. A prawdziwa noc jest jak las nocą, prawdziwej nocy nie ma w mieście, za to są skrawki lasu na obrzeżach. Już była bardziej noc niż wieczór, szedłem przez niego sam i pomimo, że ma bezbłędnie wydeptane ścieżki, w miarę jak słabło światło pozostawionych za plecami latarni, dojrzewałem do wyłączenia muzyki w słuchawkach. Która i tak nie grała głośno przecież, na tyle cicho, żeby słyszeć świat. Pomimo bezbłędnie wydeptanych ścieżek, przegapiłem tę najszybszą i jakoś zawracałem, przebijałem się do tych mostków myśląc, że ta ciemność to i tak tylko namiastka prawdziwej nocy, albo wyschniętej studni (no co, skończyłem czytać tego drugiego Murakamiego). Prawdziwą noc zobaczysz tylko poza miastem, może to być u babci, może to być po "Gwiezdnych wrotach" w telewizji, czyli filmie o jasnej, pustynnej planecie z piramidami, a ty oczywiście będziesz się bał, że z prawdziwej nocy wyjdzie coś jak z kosmicznej piramidy.
Dobrze tak złapać trochę oddechu. W domu nawet nie czujesz, że oddychasz, ale weź wyjdź, niech się zmieni powietrze. To może zacznij wietrzyć pokój? Wietrzę (czasem nawet sprzątam, odkurzam i inne takie!), tylko nie dzisiaj, pisałem już, że zimno dzień cały.
Zaraz przed wysiadką tknęły mnie kolory, szesnastego kwietnia o dwudziestej, powiedzmy, siedemnaście, kolory są w moim mieście mistrzowskie. To są różne światła, głównie żółto-pomarańczowe z ulicznych latarni, to są światełka samochodów, okna bloków i reklamy banków na tle zapadającej nocy, na tle w stylu gradient, czyli od horyzontu błękit pożerany przez noc. Patrzę na nie i myślę, że jak okładka dla płyty, że jak okładka płyty trzeciej Dyń, weź zostaw, za dużo razy już pisałeś tytuł, żeby powtarzać. Nie mam zbyt wielu płyt, więc zupełnie przypadkiem odkryłem w domu, że księżyc mamy taki sam jak na okładce Muzyki Końca Lata (drugiej).
Dzisiaj nie poszedłem na rower, cały dzień zimno jakoś, niech sobie termometr pokazuje piętnaście, a ja wiem swoje. Aż przyszło późno i jednak nabrałem ochoty na powietrze, ale niech będzie spacer, szczególnie, że to mniej więcej ta fajna, zauważona wczoraj godzina. Kiedyś dużo więcej spacerowałem niż dziś, dziś chyba się trochę tego boję, chyba starzeję się, bo widzę typów jadących rowerami pod prąd na pętli i wiem, że ja bym tak na pewno nie pojechał, albo widzę kobietkę, która po przebyciu przejścia idzie ścieżką rowerową i jestem pewien, że chodzi o to, żeby mnie za blisko nie mijać. Wszyscy się boimy.
Wracałem drugą stroną, przez las i zaraz przed wejściem do niego dotarła do mnie różnica pomiędzy wieczorem, który generalnie jest bezpieczny, a nocą, która już jakby mniej. Noc bezkresna jest, zawsze kochać będzie mnie, ale z tym bezpieczeństwem, to bym poza domem nie przesadzał. A wieczór potrafi być taki właśnie jak tytuł płyty. A prawdziwa noc jest jak las nocą, prawdziwej nocy nie ma w mieście, za to są skrawki lasu na obrzeżach. Już była bardziej noc niż wieczór, szedłem przez niego sam i pomimo, że ma bezbłędnie wydeptane ścieżki, w miarę jak słabło światło pozostawionych za plecami latarni, dojrzewałem do wyłączenia muzyki w słuchawkach. Która i tak nie grała głośno przecież, na tyle cicho, żeby słyszeć świat. Pomimo bezbłędnie wydeptanych ścieżek, przegapiłem tę najszybszą i jakoś zawracałem, przebijałem się do tych mostków myśląc, że ta ciemność to i tak tylko namiastka prawdziwej nocy, albo wyschniętej studni (no co, skończyłem czytać tego drugiego Murakamiego). Prawdziwą noc zobaczysz tylko poza miastem, może to być u babci, może to być po "Gwiezdnych wrotach" w telewizji, czyli filmie o jasnej, pustynnej planecie z piramidami, a ty oczywiście będziesz się bał, że z prawdziwej nocy wyjdzie coś jak z kosmicznej piramidy.
Dobrze tak złapać trochę oddechu. W domu nawet nie czujesz, że oddychasz, ale weź wyjdź, niech się zmieni powietrze. To może zacznij wietrzyć pokój? Wietrzę (czasem nawet sprzątam, odkurzam i inne takie!), tylko nie dzisiaj, pisałem już, że zimno dzień cały.
piątek, 9 kwietnia 2010
Gdzieś pomiędzy co będzie dalej i co mam powiedzieć, a może i dziesięć lat później
Jest to bardzo nieokreślone miejsce. Może to być miejsce na połowie czasu, wieczne zielone drzewo życia i wcale nie chodzi tu o marihuanę, która liczy się tylko, ale nic o niej nie wiem. Wiesz, że są różne marihuany, a przez chwilę znałem kiedyś jedną Maryśkę. Rit de passage, chwaliłem się już kiedyś, że pamiętam coś z pierwszych studiów? W książkach potrafią to, autorzy, słabo rozumieć i w tych o smokach serwują rosnące w ułamku sekundy w duszach nieprzebrane pokłady magicznych mocy. Toż to nawet Toriyama, kiedy Goku usiłował zdobyć świętą wodę, wytłumaczył mu po trzech dniach, że sama woda nie ma nic do rzeczy. Bardziej dni.
Weź sobie dwie piosenki i zacznij nimi żonglować jak trzema piłeczkami. To jest właśnie takie uczucie jak ze snu, kiedy rzeczy niewykonalne w innych miejscach, dzieją się bardzo naturalnie i bardzo prawdziwie.
Przeczytałem, że fake book oznacza jakby śpiewnik z nutami, chwytami. Pewnie w czasach internetu nie ma ich za wiele. Jest jakiś facebook, który, mam często wrażenie, powinien nazywać się właśnie tak. Już nawet nie wiadomo, czy wysłać gdzieś mejla, czy jest jakaś różnica między tymi skrzynkami, albo czy ktokolwiek ma ochotę być zaskoczonym mejlem. Jakiego ktokolwiek ma mejla. Tak naprawdę udały mi się w życiu jedno albo dwa zaskoczenia. I dostałem jeden wyraźny sygnał, że na czytanie moich mejli nie ma czasu. No dobra, toniebędępisałdocięsioooorb. Nie lubię tego.
Mam swoje trzy dni na zmartwychwstanie, reinkarnację, dopełnienie cyklu, cokolwiek. Pewnie tak naprawdę nie mam, ale mam swoją mitologię w głowie i pewne rzeczy po prostu mają znaczenie. Za pięć lat mogą mieć inne, albo nie mieć wcale, ale na razie, cokolwiek mi nie powtarzać - mają. Są takie chwile, że nawet najrozsądniejsi ludzie potrafią powiedzieć jedynie - Nie myśl o tym. Nie przejmuj się tym.
Pewnie kiedyś się komuś udało. Tymczasem mnie skończył się piąty zeszyt. Wiem już, że zeszyty trzeba starannie wybierać, bo jeden się obraził z okładką, kiedy połowa kartek czekała jeszcze na zapisanie. Może dziś jakiś znajdę. Szczęśliwie dla portfela czytam jeszcze drugiego Murakamiego, to niby ostatnia z kupionych, ale mam też jedną pożyczoną książkę w planie. Czyli ominę dziś wszystkie księgarnie. Swoją drogą - jak na Murakamiego ma zaskakująco zwarty tekst i małe marginesy.
Nie umiem zaczepiać ludzi na ulicy. Czasem sam jestem zaczepiany przez widma przeszłości, idę sobie pod Galerią Centrum i widzę gościa, który się szczerzy, obaj mówimy sobie cześć. Zaczyna opowiadać coś o turniejach karcianych, a ja nie mam pojęcia, skąd się znamy, szczególnie, że nigdy się karciankami nie interesowałem. Przypominam sobie kilka dni później, że typ był w równoległej klasie. Za to sam, no, nie mam pojęcia, czy widzę kogoś znajomego, czy nie. I nie ryzykuję sprawdzenia, teraz już nawet nie ryzykuję kontrolnej wiadomości na fejsie, bo kiedyś dostałem na pytanie hej, byłaś tam i tam odpowiedź nie. Więc jeśli byłeś wczoraj na ścieżce przy skrzyżowaniu Batorego z Niepodległości i ruszyłeś dalej w stronę Stodoły, to nie przybiliśmy piątki.
Mam swoje trzy dni, które nie do końca wiadomo, jak dokładnie liczyć, od kiedy do kiedy, które dokładnie dni, jeśli wziąć pod uwagę lata przestępne. Podobno mniej więcej tyle zostało, mniej niż siedemdziesiąt dwie godziny. Mam w jednym miejscu pozbawiony metafory pomysł na walkę z duchami, które najsilniejsze są o północy. To fajne, że wszystkiemu nadaliśmy w dobowym cyklu najsilniejsze momenty. Pomysł polegał na wysłaniu do akcji zastępu pogromców, którzy pominęli podstawowy krok wszystkich zorganizowanych akcji. Nie zsynchronizowali zegarków. Do tego im mniej spójnie ich zegarki wskazują godzinę, tym lepiej, a najfajniej, jeśli ktoś nałożył jeden z zapomnianą zmianą czasu na letni. I wtedy cała siła potwora rozmyje się w niepewnym czasie.
Już dziś zacznie się taka sobota, w którą nie mam zamiaru wywracać się na lewo. Nie wiem, może posłucham sobie młodszego Corgana.
Weź sobie dwie piosenki i zacznij nimi żonglować jak trzema piłeczkami. To jest właśnie takie uczucie jak ze snu, kiedy rzeczy niewykonalne w innych miejscach, dzieją się bardzo naturalnie i bardzo prawdziwie.
Przeczytałem, że fake book oznacza jakby śpiewnik z nutami, chwytami. Pewnie w czasach internetu nie ma ich za wiele. Jest jakiś facebook, który, mam często wrażenie, powinien nazywać się właśnie tak. Już nawet nie wiadomo, czy wysłać gdzieś mejla, czy jest jakaś różnica między tymi skrzynkami, albo czy ktokolwiek ma ochotę być zaskoczonym mejlem. Jakiego ktokolwiek ma mejla. Tak naprawdę udały mi się w życiu jedno albo dwa zaskoczenia. I dostałem jeden wyraźny sygnał, że na czytanie moich mejli nie ma czasu. No dobra, toniebędępisałdocięsioooorb. Nie lubię tego.
Mam swoje trzy dni na zmartwychwstanie, reinkarnację, dopełnienie cyklu, cokolwiek. Pewnie tak naprawdę nie mam, ale mam swoją mitologię w głowie i pewne rzeczy po prostu mają znaczenie. Za pięć lat mogą mieć inne, albo nie mieć wcale, ale na razie, cokolwiek mi nie powtarzać - mają. Są takie chwile, że nawet najrozsądniejsi ludzie potrafią powiedzieć jedynie - Nie myśl o tym. Nie przejmuj się tym.
Pewnie kiedyś się komuś udało. Tymczasem mnie skończył się piąty zeszyt. Wiem już, że zeszyty trzeba starannie wybierać, bo jeden się obraził z okładką, kiedy połowa kartek czekała jeszcze na zapisanie. Może dziś jakiś znajdę. Szczęśliwie dla portfela czytam jeszcze drugiego Murakamiego, to niby ostatnia z kupionych, ale mam też jedną pożyczoną książkę w planie. Czyli ominę dziś wszystkie księgarnie. Swoją drogą - jak na Murakamiego ma zaskakująco zwarty tekst i małe marginesy.
Nie umiem zaczepiać ludzi na ulicy. Czasem sam jestem zaczepiany przez widma przeszłości, idę sobie pod Galerią Centrum i widzę gościa, który się szczerzy, obaj mówimy sobie cześć. Zaczyna opowiadać coś o turniejach karcianych, a ja nie mam pojęcia, skąd się znamy, szczególnie, że nigdy się karciankami nie interesowałem. Przypominam sobie kilka dni później, że typ był w równoległej klasie. Za to sam, no, nie mam pojęcia, czy widzę kogoś znajomego, czy nie. I nie ryzykuję sprawdzenia, teraz już nawet nie ryzykuję kontrolnej wiadomości na fejsie, bo kiedyś dostałem na pytanie hej, byłaś tam i tam odpowiedź nie. Więc jeśli byłeś wczoraj na ścieżce przy skrzyżowaniu Batorego z Niepodległości i ruszyłeś dalej w stronę Stodoły, to nie przybiliśmy piątki.
Mam swoje trzy dni, które nie do końca wiadomo, jak dokładnie liczyć, od kiedy do kiedy, które dokładnie dni, jeśli wziąć pod uwagę lata przestępne. Podobno mniej więcej tyle zostało, mniej niż siedemdziesiąt dwie godziny. Mam w jednym miejscu pozbawiony metafory pomysł na walkę z duchami, które najsilniejsze są o północy. To fajne, że wszystkiemu nadaliśmy w dobowym cyklu najsilniejsze momenty. Pomysł polegał na wysłaniu do akcji zastępu pogromców, którzy pominęli podstawowy krok wszystkich zorganizowanych akcji. Nie zsynchronizowali zegarków. Do tego im mniej spójnie ich zegarki wskazują godzinę, tym lepiej, a najfajniej, jeśli ktoś nałożył jeden z zapomnianą zmianą czasu na letni. I wtedy cała siła potwora rozmyje się w niepewnym czasie.
Już dziś zacznie się taka sobota, w którą nie mam zamiaru wywracać się na lewo. Nie wiem, może posłucham sobie młodszego Corgana.
czwartek, 8 kwietnia 2010
Przepraszam wszystkie dzieci Trzeciego Świata
Jest zebranie, wiadomo, że one są co tydzień, więc czwartkowe wpisy mają szansę przerodzić się w jakąś tradycję. Dziś zaczynam bez tytułu, nie żebym zawsze go miał, ale nie mam w głowie tematu ani pomysłu, nawet obszaru poszukiwań. Pewnie wczorajszy ból głowy mnie ze wszystkiego wyprał, zdecydowanie za często boli mnie głowa.
Mamy w biurze jakieś odwieczne problemy z klimatyzacją, można powiedzieć, że są tu trzy biura na trzech piętrach, najstarsze istnieje prawie dziesięć lat. Głupio to brzmi, że ludzie z administracji nie potrafili tego dobrze przez dekadę zorganizować.
Mamy w biurze nieodwiecznego szefa, któremu często zwracamy uwagę na tę kwestię, a on sobie już tylko żartuje. Że w jego poprzednim dziale było to samo, tam na tym najstarszym piętrze. Jemu fajnie tak sobie żartować, a mnie prawie codziennie boli głowa, jakby miała spękać pod wpływem wewnętrznego ciśnienia. Nie eksplodować, to będzie jedna, albo dwie rysy, przez które zacznie wyciekać nagły nadmiar tkanki mózgowej. Niech tylko ktoś lekko przyciśnie, to jak wypełniona wodą reklamówka, nie mam pojęcia, przy jakiej okazji lało się do siatek wodę, wcale nie na Dyngusa, ale chyba każdy to kiedyś robił. Jeśli była nieszczelna, to ciekło sobie pokracznie, ale przyciśnij, sik jak z armaty. Po co mi taka praca, która zabija życie, ojej, jaki biedny, a goń się leszczu, spróbuj w takim stanie wsiąść na rower, a wywrócisz się na lewo.
Nie mówi się głośno takich rzeczy, bo są zbyt banalne, ale przecież w liście do nikogo konkretnego spokojnie mogę. Przynajmniej nikomu na żywo nie będę marudził, że bez pracy nie ma środków do życia, ale po pracy i tak nie ma życia. Rzadko zachowujemy pożądany stan trójdzielnej równowagi - osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu na cokolwiek, ogarnięcie pokoju. Nie wypominaj mi proszę Afryki, gdzie ludzie harują całe dnie i noce, a garnki puste. Nie rozumiem tego, u nas opowiada się kawały o wysyłaniu do ich dzieci słomek w charakterze śpiworków. Ciekawe jak to się ma do Człowieka, o którym pisał ten straszny Exupéry.
Anegdota! Podczas pierwszych studiów, pierwszej próby w mieście Łodzi, musiałem zdać egzamin z języka angielskiego. Trafił się temat o katastrofach współczesnego świata, bardzo szeroki, bo obejmował i klęski żywiołowe i problemy, czy choroby cywilizacyjne. Trzeba było napisać tekst o wypunktowanych zjawiskach. Dziś potrafię z tej listy wymienić tylko jedno, o którym nie napisałem, bo słowo starvation zupełnie nic mi nie mówiło. No nie znałem, pierwszy raz przy egzaminie je przeczytałem. Ale wykpiłem się trochę bezczelnie w podsumowaniu, które brzmiało mniej więcej tak:
Wydaje mi się, że w ten sposób zarobiłem piątkę, ale może banalniejsze hasło: "naprawiając świat, zaczynaj od siebie" też by zdało egzamin. Ale tej klimatyzacji to żywcem nie mam jak sam ruszyć.
Mamy w biurze jakieś odwieczne problemy z klimatyzacją, można powiedzieć, że są tu trzy biura na trzech piętrach, najstarsze istnieje prawie dziesięć lat. Głupio to brzmi, że ludzie z administracji nie potrafili tego dobrze przez dekadę zorganizować.
Mamy w biurze nieodwiecznego szefa, któremu często zwracamy uwagę na tę kwestię, a on sobie już tylko żartuje. Że w jego poprzednim dziale było to samo, tam na tym najstarszym piętrze. Jemu fajnie tak sobie żartować, a mnie prawie codziennie boli głowa, jakby miała spękać pod wpływem wewnętrznego ciśnienia. Nie eksplodować, to będzie jedna, albo dwie rysy, przez które zacznie wyciekać nagły nadmiar tkanki mózgowej. Niech tylko ktoś lekko przyciśnie, to jak wypełniona wodą reklamówka, nie mam pojęcia, przy jakiej okazji lało się do siatek wodę, wcale nie na Dyngusa, ale chyba każdy to kiedyś robił. Jeśli była nieszczelna, to ciekło sobie pokracznie, ale przyciśnij, sik jak z armaty. Po co mi taka praca, która zabija życie, ojej, jaki biedny, a goń się leszczu, spróbuj w takim stanie wsiąść na rower, a wywrócisz się na lewo.
Nie mówi się głośno takich rzeczy, bo są zbyt banalne, ale przecież w liście do nikogo konkretnego spokojnie mogę. Przynajmniej nikomu na żywo nie będę marudził, że bez pracy nie ma środków do życia, ale po pracy i tak nie ma życia. Rzadko zachowujemy pożądany stan trójdzielnej równowagi - osiem godzin snu, osiem pracy i osiem czasu na cokolwiek, ogarnięcie pokoju. Nie wypominaj mi proszę Afryki, gdzie ludzie harują całe dnie i noce, a garnki puste. Nie rozumiem tego, u nas opowiada się kawały o wysyłaniu do ich dzieci słomek w charakterze śpiworków. Ciekawe jak to się ma do Człowieka, o którym pisał ten straszny Exupéry.
Anegdota! Podczas pierwszych studiów, pierwszej próby w mieście Łodzi, musiałem zdać egzamin z języka angielskiego. Trafił się temat o katastrofach współczesnego świata, bardzo szeroki, bo obejmował i klęski żywiołowe i problemy, czy choroby cywilizacyjne. Trzeba było napisać tekst o wypunktowanych zjawiskach. Dziś potrafię z tej listy wymienić tylko jedno, o którym nie napisałem, bo słowo starvation zupełnie nic mi nie mówiło. No nie znałem, pierwszy raz przy egzaminie je przeczytałem. Ale wykpiłem się trochę bezczelnie w podsumowaniu, które brzmiało mniej więcej tak:
Oczywiście dzisiejszy świat zna setki innych problemów, wspomnijmy choćby starvation. Ale przecież każdy z nas ma na co dzień własne, od których trzeba zaczynać, większe czy mniejsze - dajmy na to egzamin z języka angielskiego.
Wydaje mi się, że w ten sposób zarobiłem piątkę, ale może banalniejsze hasło: "naprawiając świat, zaczynaj od siebie" też by zdało egzamin. Ale tej klimatyzacji to żywcem nie mam jak sam ruszyć.
poniedziałek, 5 kwietnia 2010
Myślałeś kiedyś, że to bezcelowe napinanie niczym się właściwie nie różni od bezcelowego przerzucania kanałów na kanapie?
- Brakowało mi tego, takiego szlajania się bez celu. - Powiedział Bazyl. Mnie raczej nie brakowało, ja to chyba często robię. Z rowerem czy nie, może rower jest lepszy, bo można się szlajać w ciężej butem dostępne miejsca. Ale nawet zimą potrafiłem wyjść po pracy w miasto, bez konkretnego celu i bardzo, ale to bardzo rzadko kończyło się to pozbyciem nadwyżek gotówki. Nadwyżek gotówki pozbywam się raczej w niezbyt poważnych chwilach słabego humoru.
Brakowało mu na tyle, że dwa dni z rzędu dzwonił po dwudziestej, a ja szczęśliwie odbierałem. Nie to, żebym miał ignorować telefon, zawsze mam wyciszony i jeśli nie leży gdzieś w pobliżu, przegapiam. Ja mam wolne od połowy piątku już, ale jakoś nie mogę się zebrać nigdzie z domu. Na zmianę czytam i gram, staram się to robić systemem dwóch rozdziałów i bossa. Kiedyś uczyłem się w ten sposób historii, tylko wtedy wymiennie z książką ćwiczyłem, taki licealny czas, że człowiek usiłował wyrobić sobie jakiś zestaw dyskotekowy. Niektórzy się zwyczajnie nie nadają na zestawy, na szczęście nie nadaję się też na dyskoteki. Więc kiedy dzwonił - nie zastanawiałem się długo, daj sprawdzić rower i za minuty się widzimy.
Ciekawe, może to świeżo zrobiona praca inżynierska i zajęcia z nią związane wywołały poczucie braku?
Pierwszy wieczór był rozgrzewką, nie wyjechaliśmy poza Tarchomin i Nowodwory, za to przejechaliśmy chyba po każdej okolicznej ścieżce rowerowej, w kratkę pomiędzy osiedlami, a czasem nawet przez osiedla, bo te starsze nie mają płotów. Chociaż część już sobie dostawia.
Tak mnie tknęło, żeby sprawdzić w końcu te latarnie i wyszedłem na balkon. Oplątało mnie babie lato, ale i tak sprawdziłem, że one mają czapki nie kowbojskie, tylko latające spodki bardziej. Tak mi coś nie do końca pasowało w tym pisaniu, ale zapominałem.
A wczoraj wyjechaliśmy z osiedli i to już miało klimat i prawdę. Jeżeli ktoś mówi, że coś jest prawdziwe, to nie chodzi o to, że istnieje fizycznie we współdzielonej rzeczywistości, tylko że zawiera w sobie prawdę, choć może być zmyślone, tak? Tak samo nie powinno się mówić, że rzeczy są zajebiste, po co w ogóle takie słowa, ile cierpienia wymagało nauczenie się tego, powtarzanie. Znaczy do czasu. Może mówmy, że rzeczy są zaiste, to znaczy takie niepodważalne i też mające w sobie coś z prawdy?
Było cieplej, niepotrzebnie brałem szalik, nawet wełniane rękawiczki okazały się zbędne, tak mi się wydaje, bo już nie chciało mi się zdejmować. Tuż przy Ratuszu widzieliśmy stado dzików. Jeszcze nigdy nie widziałem dzika, Bazyl już kiedyś na nie wpadł, ja to raczej na sarenki i jeże. Z początku myślałem, że to wiatr porusza jakimiś siatkami w krzakach, ale nie, to dosyć duże, kuliste kształty wśród kilku drzew. Pomiędzy Ratuszem i Przychodnią, musiały przyjść z tego skrawka lasu za nią, bo chyba nie przesadzały Modlińskiej? Później przebiliśmy się Płochocińską do tej drogi serwisowej PKP, nie mam pojęcia, czy ma jakąś nazwę. Nawet nie wiem, skąd mi się wzięło, że jest drogą serwisową, albo że przebywanie na niej jest zabronione. W każdym razie kiedy zobaczyliśmy naprzeciwko światła, to skryliśmy się za jakimś budynkiem. Od lat mamy taki zwyczaj, to znaczy kiedy jesteśmy nocą w jakimś mało uczęszczanym miejscu - pięć lat temu kryliśmy się w krzakach przed jakimiś samochodami na składowiskach popiołu za Żeraniem, było nas chyba czterech i za każdym razem, kiedy coś jechało, lecieliśmy na łeb, na szyję do jakiejkolwiek kryjówki. I wczoraj na rowerach też tam pojechaliśmy, po drodze wpadliśmy na jeża, a przy popiołach na pożar. I od razu słuchaj, wyłącz światła, po co nam teraz światła, patrz czy gaszą, nie widać, dzwonimy po straż, dobra, jednak już gaszą. Te tereny same w sobie mają postapokaliptyczny klimat, zarośla i niezrozumiałe konstrukcje, jakieś światełka w oddali. I kiedy wyjechaliśmy na wzniesienie, kiedy zamiast samego dymu mieliśmy trawiący przestrzeń ogień - tam była apokalipsa spełniana.
I nie włączyliśmy już światełek, zanim nie wyjechaliśmy do cywilizacji. Co z tego, że człowiek nic na sumieniu nie ma, że dzwonił ze zgłoszeniem pożaru. Mogą szukać w okolicy sprawców, to niech sobie znajdą kogo innego niż dwóch młodzianów na rowerach. Zasadniczo to tam też raczej nie wolno jeździć, a nawet jeśli, to kto by jeździł w takim miejscu po nocy? Weź wytłumacz Panu Władzy, że wzięło Cię z kumplem na wspomnienia czasów maturalnych i dlatego jeździcie sobie po zmroku na totalnym zadupiu i przypadkiem trafiliście na pożar.
Później był jeszcze fajny obrazek z od połowy oświetlonymi drzewami, to znaczy oświetlona była góra, rozproszonym, mglistym światłem z za płotu. Bazyl wprawdzie twierdził, że on by wolał mieć oświetloną dolną ich część i przy okazji ścieżkę, ale mnie i tak bardzo się podobało.
Brakowało mu na tyle, że dwa dni z rzędu dzwonił po dwudziestej, a ja szczęśliwie odbierałem. Nie to, żebym miał ignorować telefon, zawsze mam wyciszony i jeśli nie leży gdzieś w pobliżu, przegapiam. Ja mam wolne od połowy piątku już, ale jakoś nie mogę się zebrać nigdzie z domu. Na zmianę czytam i gram, staram się to robić systemem dwóch rozdziałów i bossa. Kiedyś uczyłem się w ten sposób historii, tylko wtedy wymiennie z książką ćwiczyłem, taki licealny czas, że człowiek usiłował wyrobić sobie jakiś zestaw dyskotekowy. Niektórzy się zwyczajnie nie nadają na zestawy, na szczęście nie nadaję się też na dyskoteki. Więc kiedy dzwonił - nie zastanawiałem się długo, daj sprawdzić rower i za minuty się widzimy.
Ciekawe, może to świeżo zrobiona praca inżynierska i zajęcia z nią związane wywołały poczucie braku?
Pierwszy wieczór był rozgrzewką, nie wyjechaliśmy poza Tarchomin i Nowodwory, za to przejechaliśmy chyba po każdej okolicznej ścieżce rowerowej, w kratkę pomiędzy osiedlami, a czasem nawet przez osiedla, bo te starsze nie mają płotów. Chociaż część już sobie dostawia.
Tak mnie tknęło, żeby sprawdzić w końcu te latarnie i wyszedłem na balkon. Oplątało mnie babie lato, ale i tak sprawdziłem, że one mają czapki nie kowbojskie, tylko latające spodki bardziej. Tak mi coś nie do końca pasowało w tym pisaniu, ale zapominałem.
A wczoraj wyjechaliśmy z osiedli i to już miało klimat i prawdę. Jeżeli ktoś mówi, że coś jest prawdziwe, to nie chodzi o to, że istnieje fizycznie we współdzielonej rzeczywistości, tylko że zawiera w sobie prawdę, choć może być zmyślone, tak? Tak samo nie powinno się mówić, że rzeczy są zajebiste, po co w ogóle takie słowa, ile cierpienia wymagało nauczenie się tego, powtarzanie. Znaczy do czasu. Może mówmy, że rzeczy są zaiste, to znaczy takie niepodważalne i też mające w sobie coś z prawdy?
Było cieplej, niepotrzebnie brałem szalik, nawet wełniane rękawiczki okazały się zbędne, tak mi się wydaje, bo już nie chciało mi się zdejmować. Tuż przy Ratuszu widzieliśmy stado dzików. Jeszcze nigdy nie widziałem dzika, Bazyl już kiedyś na nie wpadł, ja to raczej na sarenki i jeże. Z początku myślałem, że to wiatr porusza jakimiś siatkami w krzakach, ale nie, to dosyć duże, kuliste kształty wśród kilku drzew. Pomiędzy Ratuszem i Przychodnią, musiały przyjść z tego skrawka lasu za nią, bo chyba nie przesadzały Modlińskiej? Później przebiliśmy się Płochocińską do tej drogi serwisowej PKP, nie mam pojęcia, czy ma jakąś nazwę. Nawet nie wiem, skąd mi się wzięło, że jest drogą serwisową, albo że przebywanie na niej jest zabronione. W każdym razie kiedy zobaczyliśmy naprzeciwko światła, to skryliśmy się za jakimś budynkiem. Od lat mamy taki zwyczaj, to znaczy kiedy jesteśmy nocą w jakimś mało uczęszczanym miejscu - pięć lat temu kryliśmy się w krzakach przed jakimiś samochodami na składowiskach popiołu za Żeraniem, było nas chyba czterech i za każdym razem, kiedy coś jechało, lecieliśmy na łeb, na szyję do jakiejkolwiek kryjówki. I wczoraj na rowerach też tam pojechaliśmy, po drodze wpadliśmy na jeża, a przy popiołach na pożar. I od razu słuchaj, wyłącz światła, po co nam teraz światła, patrz czy gaszą, nie widać, dzwonimy po straż, dobra, jednak już gaszą. Te tereny same w sobie mają postapokaliptyczny klimat, zarośla i niezrozumiałe konstrukcje, jakieś światełka w oddali. I kiedy wyjechaliśmy na wzniesienie, kiedy zamiast samego dymu mieliśmy trawiący przestrzeń ogień - tam była apokalipsa spełniana.
I nie włączyliśmy już światełek, zanim nie wyjechaliśmy do cywilizacji. Co z tego, że człowiek nic na sumieniu nie ma, że dzwonił ze zgłoszeniem pożaru. Mogą szukać w okolicy sprawców, to niech sobie znajdą kogo innego niż dwóch młodzianów na rowerach. Zasadniczo to tam też raczej nie wolno jeździć, a nawet jeśli, to kto by jeździł w takim miejscu po nocy? Weź wytłumacz Panu Władzy, że wzięło Cię z kumplem na wspomnienia czasów maturalnych i dlatego jeździcie sobie po zmroku na totalnym zadupiu i przypadkiem trafiliście na pożar.
Później był jeszcze fajny obrazek z od połowy oświetlonymi drzewami, to znaczy oświetlona była góra, rozproszonym, mglistym światłem z za płotu. Bazyl wprawdzie twierdził, że on by wolał mieć oświetloną dolną ich część i przy okazji ścieżkę, ale mnie i tak bardzo się podobało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)