Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda-o-świecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda-o-świecie. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2025

Minus dziesięć lat do wizerunku na chwilę + I'm only human

 Czy to jest pierwsze wspomnienie? Czy może jakieś inne wspomnienia wcześniejsze jeszcze wrócą? Raczej jestem już gdzieś na połowie czasu, czyż nie?

Jest lato, dzień jak dziś, może nawet cieplejszy. Rodzice grają w siatkówkę, w kółeczku, sąsiedzka zabawa za klubem, tym w bloku przy Brygady Pościgowej. W zakamarek za tym klubem spadły mi z ręki klocki lego, zbudowane jako zegarek - może Power Rangera, ale chyba nie, chyba chodziło mi o jakąś inną, animowaną serię, dostępną na przełomie ustrojów, albo na początku nowego. Bajeranckie zegarki do transformacji czy komunikacji to była norma w seriach dla chłopców, zbudowałem swój i próbowałem przełożyć przez kratę na balkonie rękę.

Zaczepił, posypał się. Młodzież pod blokiem krzyczała - LEGO spadają z nieba.

Znalazłem jeden z tych klocków może z rok później, szukając kapsli, od razu wiedziałem że to mój.

Jest w tej grze też najpiękniejsza sąsiadka, masz tam te swoje może trzy, może cztery lata, ale z jakiegoś powodu już wiesz, że jest najpiękniejsza.

Grają w tę siatkówkę, przyglądam się i czuję jak ogromne ciepło dotyka mnie w kark. To bardzo miłe, dziś przypomniałem sobie o nim, strzygąc boki i kark na zero, bo to też jest bardzo miłe, kiedy maszynka mruczy wokół głowy i mizia ciepłymi ostrzami, musiałem od razu opowiedzieć o tym fryzjerce.

Zasmuciła się chyba nieco, bo mówię - to chyba moje pierwsze wspomnienie - a ona że nie ma takich dobrych rzeczy z dzieciństwa, raczej pamięta złe. Ja się zasmuciłem trochę - halo, o tych smutnych rzeczach z dzieciństwa to nie będę opowiadał, oczywiście też mam, wszyscy jakieś mamy.

Ale to chyba jest najwcześniejsze, takie wesołe.

Kiedy rodzice cieszą się wspólnie z innymi dorosłymi, może jakaś młodzież też jest, inaczej to wtedy w świecie na osiedlach wyglądało, poznawali się wszyscy o wiele chętniej, jeszcze w latach 90. na nowym osiedlu wciąż trochę tego było, kiedy ojcowie rozgrywali mecze przeciwko synom i oglądało to pół osiedla.

Wszyscy wokół się cieszą i są tak mili, nie wiem jeszcze co to znaczy, ale czuję że są szczęśliwi, a mnie w kark dotyka coś najcieplejszego na świecie i bardzo powoli dociera do mnie, że to dotyka mnie słońce, tak wielkie, tak ogromne, tak dalekie, że nie ogarniam świadomością, sięgam za głowę, obracam się, wiercę, dziecięcy umysł pracuje usilnie nad tematem dotknięcia, zanim godzi się z tym, że to zbyt odległe, aby objąć rozumem.

I jest mi dobrze.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poprasówka, prawie jak stanowisko

Staram się z dystansu patrzeć na aktualne zawirowania wokół ACTA, przecież żadna ze stron nie uznałaby mnie niewinnym, bo już w życiu sporo się naściągałem, ale oprócz tego coś tam też kupiłem, na ogół pewnie nabijając kabzę jakiemuś korpo potworowi czy czemuś takiemu. Czytam wypowiedzi, Żakowski stara się odrabiać punkty u internautów (dobrze kojarzę, że gdzieś tam stracił? ja zapomniałem, ale internet na pewno pamięta), WO jedzie Żakowskiego, a dalej to już zupełnie bez nazwisk, w sumie dobrze, bo w internecie przecież się to dzieje, ja nawet (nielegalnie!) nie mam teraz nazwiska na fejsie, choć gdzieś tam ma je zapisane na pewno. I dopiero wczoraj pomyślałem, coś chyba niewesołego to jest, co trudno będzie z poniższych notatek (nie zobaczycie ich) złożyć w logiczną całość, tym bardziej, że, jak to w internecie, wciąż dochodzą nowe wątki, chociażby dziś tematycznym manifestem dzieli się Czerski, uwzględniony w planie i bez tego, a teraz muszę przez niego zapobiegawczo powiedzieć, że wydawało mi się, że kolejne generacje nic istniały tylko na papierze już wczoraj. W końcu miałem się tym pochwalić.

Planowe notki blogowe, tfu, to chyba te najgorsze.

Zacznijmy od fejsa, na którym dla odmiany od kolejnych demotywatorów i kwejków, prawdziwą furorę robił ostatnio pudelek. Też ważna strona, kiedy prawie cztery i pół roku temu zaczynaliśmy pracę, była w zespole osoba odpowiedzialna za pudelkową prasówkę, oraz osoba, która przechwytywała wszystkie informacje o Kim z rodziny, do pewnego momentu, prawniczej. Ów pudel również zajął stanowisko, wyszło mu to lepiej niż choćby Palikotowi, wiecie, że ja normalnie z pudelka nie wrzucam, ale teraz wrzucę, a kiedy teksty z pudla namiętnie zaczyna przeklejać intelektualna przyszłość narodu, po równo studenci kulturoznawstwa, języków i politechnik, to sygnał jest jasny - coś się dzieje. Kij w mrowisko włożył w tekście Z Pudelkiem na barykady Paweł Wroński, pudel nie pozostał dłużny, a dalej to już spirala nienawiści - kto ma z kim powiązania, kto zarabia na plikach, wasza spółka straci, blablablabla. Nie doczekałem się niestety kolejnego komentarza pudla, a szkoda, to chyba Varga domagał się w jakimś niedawnym felietonie polemik, tu miałem istne Celebrity Deathmach.

Również na fejsie toczyła się krótka dyskusja o komentarzach pod serwisami GW, tam akurat chodziło o oskarowe nominacje i powszechny antysemityzm, zamiast wypowiedzi o filmie, ale mnie wydawało się, że to ogólna przypadłość serwisów portalowych. Po komentarze na poziomie chodzi się na strony i fora tematyczne, te na onecie czy pod serwisami agory odpala się dla beki (a może jest taka strona na fejsie?). Tym bardziej zaskoczyły mnie komentarze pod wspomnianą wyżej wojną - z których większość jest po prostu uczciwym komentarzem, bez wycieczek osobistych, ludzie tłumaczą, przyklaskują pudlowi, bo przecież tak właśnie jest - większość pieniędzy na kulturę nie ma. Oczywiście pojawiają się też hasła ogólnie pozostające w cieniu złodziejstwa - patenty, tańsze zamienniki i leki, albo niejawne ustalenia - ale przecież nie o tym pisał pudel i nie o to toczy się spór. Spór toczy się o to, co od dekady powtarzają różni ludzie, ale do tej pory dyskusje się rozładowywały. Nie pamiętam tej o Generacji Nic Wandachowicza, chyba zaczynałem wtedy liceum, brak zainteresowania światem, nie wiedziałem, że coś się dzieje. Żulczyk wspominał o pokoleniu 1200 brutto (patrzyłem na wskaźniki inflacji, dziś to powinno być 1400), kiedy już liceum kończyłem, też to przegapiłem, czyli bardzo słusznie z dziennikarskich zapędów nic nie wyszło.

Ostatnio zapamiętałem hiszpańskie indignados, czytałem o umowach śmieciowych, chwilowo mnie to nie dotyczy, ale boję się. To nie jest oczywiste, jak bardzo się boję, trzeba zajrzeć we wspominane ostatnio tabelki w excelu, które przypominają, że nie chcemy się wpierdolić w kredyt na całe życie. Kosztem kultury przede wszystkim pewnie. Od lat nie słucham Głaza, że powinienem się trochę bardziej i trochę częściej bawić. Zgodziłem się być zakładnikiem tych tabelek - w końcu mam ten fart, może nie aż taki, jak Smoczy i Bazyl z mieszkaniami, ale jednak jest szansa, że nie zawsze tak będę, może ledwie przez pół życia.

Jeśli cokolwiek może mi się w tych sprawach podobać, to daty, znowu luty i znowu spada na głowę nierozumiem.

O tych pokoleniach, które Czerski usiłował liczyć - ja byłem wtedy na Jana Pawła II, kiedy palili tysiące zniczy, Wielki Elektronik nas wyciągnął. Ale nikt z nas nie szukał pojednań, nikt nie mówił o pojednaniach, może nie wiedzieliśmy, że są jakieś pojednania, w końcu ja się nie interesowałem światem, nikt z nas na to nie wpadł. Wręcz najwięcej dowiedziałem się o nich właśnie z książki Czerskiego, ale to już było rok później. Zanotowałem wczoraj - media same to wymyślały. Chciały widzieć coś, czego nie było. A teraz znów widać, może nawet bardziej, skoro skacze spora część Europy. Fantastyczny tłum, mógłbym być częścią takiego tłumu. Kiedy Cytat z Cyganem mówią o meczach, to bardzo ważna jest oprawa. Wspólna sprawa. Wiesz, że lubię Róże Europy, nawet znalazłem się kiedyś w niezręcznej sytuacji z PDW, to chyba jedyna sytuacja z PDW, proponował wódkę w temacie, przecież ja nie piję, trochę boję się, że może mnie pamiętać. Właśnie u nich to czułem, właśnie to mi się podobało, że tam wszędzie jesteśmy my, mamy dla was kamienie, jesteśmy rock'n'rollowcami, jestem pewien, że Ty i Ty, i Ty.

Tylko wiecie, boję się. To w ogóle nie jest głębokie, mam to pod samą skórą. Może dlatego trzymam dystans. Nie wierzę Wam. Nie ufam. Podobają mi się te teksty o tworzeniu nowego, no bo tak jest, internet wywrócił świat, dlaczego godzić się na okopywanie biznesowych modeli. Pewnie dzisiaj kupię płytę Gettokosmos, pewnie nawet za trochę więcej niż wołane prosto do artystów pięć złotych. Ale nie mogę odpędzić tej myśli, że wyszliśmy na ulice, czego nie zrobiła Generacja Nic, ani inne pokolenia, o których nie przeczytałem, wcale nie za wolność naszą i waszą. Mam wrażenie, że wyszliśmy, bo zabierają nam igrzyska. To jedno, co pokolenie tysiąc dwieście brutto miało poza chlebem - megaupload i seriale, wszystkie te fantastyczne, naprawdę fantastyczne amerykańskie seriale, przy których zapomina się, jak trudno się realizować, jak trudno wierzyć w marzenia, kiedy tysiąc dwieście brutto i mieszkania budowane wcale nie tańsze - po prostu coraz mniejsze. O wiele bardziej podoba mi się manifest Czerskiego, ale jednak mam wrażenie, że wyszliśmy na ulice głównie dlatego, że w konsekwencji mogą nas odpiąć od Matrixa. Nie lubię tego.

Tak, nie mogę się zdecydować, czy wyszliście, czy wyszliśmy.

poniedziałek, 7 marca 2011

Muumilaakson maaliskuu

Marudzenie moje przyniosło dziś bezbłędny odzew. Marudziłem na finiszu pracy, że ani mi się pracować nie chce, ani z pracy wychodzić, na co Wiedźma bez zastanowienia rzuciła - Idź kupić paluszki z makiem. I nie miała pojęcia, że przecież nie może być na moją niemoc lepszej odpowiedzi niż przypomnienie czegoś zapomnianego, bo odniosła wrażenie bycia gromioną wzrokiem, podczas gdy ja patrzyłem, porażony, jakby mi się jaka Pytia ukazała. Bo jakby się nie ukazała, to nie ma mowy, żeby mówiła z sensem. A tu proszę - już kiedyś na pewno wspominałem, że są w tej rodzinie czarowne historie, tak, miałaś, dziewczyno, podstawy obawiać się Tarota. No bo jak to tłumaczyć inaczej, skoro broniła się, że niby z Cyganem mówiliśmy o rowerach dzisiaj i stąd jakoś wzięły się paluszki? Co ma rower do paluszków? Okej, kupuję je czasem, właściwie jedynie przy Rynku Nowego Miasta, ale częściej chodzę tam z buta jednak.

Nie ma zresztą co marudzić - jestem kojarzony z rowerem i paluszkami z makiem, na pewno mogło być gorzej.

Do tego wrócił do mnie odtwarzacz, chyba przez miesiąc byłem na odwyku, zapomniałem go zabrać z domu - zacięcie na zorganizowanie ksywki - Mimbli, kiedy Dwie Kalorie zarządził poprzednio zabijanie bestii. Mimbla powiedziała, że zestaw daje radę, poza może Paktofoniką. Cóż, nie żebym ja sam jeszcze półtora roku temu widział czy słyszał cokolwiek w takiej muzyce, kiedyś na pewno się na nią krzywiłem, a teraz Motor co i rusz podsyła jakieś kawałki, które jednak mają trochę więcej treści niż, powiedzmy, samotne pierdolę to...

Tu przerwał, gdyż ponownie go rypło i miał z tego frajdę, że złożyło się w całość, wskoczyło na swe miejsce. Everything is from inside, tak pomyślał wieczorem w środę (o piosence, w której tego nie ma) i tak pomyślał w czwartek rano, co chyba pozwoliło mu iść do pracy na tę wcześniejszą godzinę, nie to żeby należało się tu od razu popularne hasło profit, ale na pewno to jakieś osiągnięcie. A w ogóle - przeprowadzanie biura wiązało się z porządkami i pakowaniem, i wtedy władował do torby antyczne już prawie papiery, które w pierwszej połowie ubiegłej dekady (dlaczego to słowo ma brzmieć dumnie?) wędrowały do szkoły, później ocenione do domu, później z niewiadomych przyczyn wylądowały u Smoczego i dopiero w ostatnich miesiącach zostały tam odkryte, ale znów, zamiast lecieć do jakiejś teczki czy pudła w domu, wylądowały w szufladzie roboczego biurka, gdzie czekały do przeprowadzki. Otóż te papiery miałem teraz na wyciągnięcie ręki, wypakowane miesiąc temu z torby, mam z nimi ten problem, że bardzo wstydzę się takiego siebie, jakim byłem wtedy, a jaki byłem, o tym jasno chyba świadczy zdanie z wypracowania z pierwszej liceum:
Są tacy, którym treści w stylu "pier**** rząd, pier**** matkę, ojca, babkę" lub "wczoraj zabiłem dziewczynę a dzisiaj znowu piję"* odpowiadają, ja jednak zdecydowanie do nich nie należę.
Byłoby to coś na kształt riserczu ziemkiewiczowskiego? W każdym razie, kontynuując przerwaną myśl, od dzisiaj wiem już, skąd się Motorowi wzięło sformułowanie Poczekalnia dusz, którym określa jedno zawodowe zagadnienie, a z fejsa wiem też, po kim powtarza czasem jakie to uczucie, gdy zawodzi człowiek. Tak mi się przynajmniej wydaje, że wiem, może to starsze jednak jest.

Intensywny weekend, właściwie cały tydzień, już poprzednio pisałem od Katastrofy, do domu wróciłem w piątek po pracy, ze strasznym bólem głowy, który przeszedł po darowanym naleśniku, chińskiej zupie i kąpieli, na szczęście, bo w perspektywie był większy - wieczór u Wielkiego Elektronika, który jest jedyną osobą z tamtego świata, którą chętnie spotykam. Fajne ma dzieciaki, nawet jeśli się mnie boją, trzy miesiące temu głównie się przewracały, teraz głównie uciekają. Leniwy wieczór, w tle film z wesela, przekonujący mnie o tym, że sam nie chcę czegoś takiego nigdy organizować, niepewne siebie towarzystwo, oczy chcą widzieć więcej, brak zaufania. Wreszcie upragniony sygnał - zostawiliśmy ich, otworzyłem bramę, wyjechali, zawróciłem jeszcze, podbiegłem do Elektronika, nie dla niego rzucone w przestrzeń cześć, trzeba się pożegnać jak należy. A u Smoczego historie - o Finlandii, prohibicji, nocach polarnych i samobójstwach, które statystycznie są tam pierwsze, ale drugie po nich są wylegujące się na drogach renifery. Co powtarzam w domu Mimbli, bo przecież ona to studiuje, a o poranku (w nocy olewanie bestii i obserwacja wielkich radości, naprawdę ładne to dla mnie było) słucha fińskiego radia. Podobno pierwszy raz tak o poranku, kiedy grają chyba stare rzeczy, bo kojarzą mi się z dwudziestoleciem, na co słyszę - A wiesz, że pierwszy fiński film był o pędzeniu bimbru? Ale się nie zachował.

Więc jeśli wydział ugrofinistyki UW kiedyś zrobi remake tego filmu, to wiedzcie, że pomysł był mój. Ciekawe, że Muminki Tove Jansson pisała po szwedzku, skoro fińskie Muumilaakson marraskuu brzmi sto razy ładniej niż oryginalne Sent i november. Marraskuu to listopad, ja potrzebowałem do wpisu marca - świat chciał, że brzmi praktycznie tak samo. Maaliskuu. Znów klik w głowie, bo inne miesiące nie brzmią aż tak podobnie, żeby nie było.

Wyszedłem z pracy kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie chodzi mi tu o nieudolne opisywanie majestatycznych okoliczności przyrody, bo na finiszu zimy najbardziej cieszymy się, kiedy słońce jest w zenicie i cieplutko wali w okna, i to raczej takiemu by się należało. Po prostu robiło się już szaro, na tyle szaro, że nie mogłem się za bardzo przyglądać twarzom mijanych dziewcząt - podobno ludzie bez wad wzroku bardziej dają wtedy radę? I szedłem Kruczą, zdawało mi się, że przy kolejnej przecznicy dziewczyna tuli się do faceta. Wgapiłem się w płotek, przeszedłem kilkadziesiąt metrów - krzyk. Bo to jednak dwóch facetów, jeden o głowę niższy, większy w bojowym nastroju, a obok trzeci. Odpychają się, walka nie jest pewna, w ogóle nic nie jest pewne, sytuacja do ominięcia z daleka, ale przecież - z lewa blok, z prawa płot, przeskoczyć to sprowokować, zawrócić chyba też. Przeszedłem pomiędzy nimi a tym trzecim - Walcz, kurwa!

Ale to nie do mnie. Każda studzienka na trasie z wyżłobieniem wokół - dwa razy bym skręcił kostkę. Syrenka na Rynku Starego Miasta jak pięść do nosa, zdaje się, że kiedyś była na Barbakanie i to było dobre miejsce. Paluszki Żerań mają teraz inne opakowanie, nie wiem, czy nie zmieniły się w smaku, bo nie było z makiem. Kupiłem dwa sznurki obwarzanków.

* Byłby to mocny kandydat na tytuł posta, gdybym nie ustalił go już wcześniej.

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.

sobota, 9 października 2010

Nirvana at last

Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.

Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.

Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?

W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.

Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.

Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.

Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"
Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.

piątek, 17 września 2010

Nie dość mądry na niebo

Mały spoiler na początek - wpis nie bez powodu opatrzony jest etykietą egzaltacja. Nie żeby była taka kapela, może też jest. Ja po prostu, lojalnie - ostrzegam. Może da się przestawić etykiety ponad wpis i nawet być w ten sposób jakoś oryginalnym, oraz oszczędzić sobie ostrzegania na przyszłość?

W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.

Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.

Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.

Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.

Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.

Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.

On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.

W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.

- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.

Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.

Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.

Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.

Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.

Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.

poniedziałek, 6 września 2010

Paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem

Miałem dzisiaj w ciągu dnia bardzo złudne wrażenie, że nic się nie dzieje i nareszcie odpocznę od bloga. Skoro lato się skończyło, skoro do kaszkietu wziąłem z półki szalik, skoro coraz wcześniej świecą pomarańcze. Dobra, o pomarańczach nie pomyślałem, bardziej byłem zadowolony, że daszek kaszkietu faktycznie chroni okulary przed deszczem, ale to jeszcze nie powód, żeby się tutaj rozwodzić. Byzydura. Za oknem jest jesień, węszę pewne odwrócenie ról, widzę wykręconą sinusoidę zaplecioną na kole pór roku - noszę w torbie pamiętnik z papieru, wracam, macam, coś tam będzie.

Na wieść, że planuję wybrać się do kina, koleżanka proponowała załatwienie biletów - pracuje tam jej znajoma. Jasne, niech załatwia, zawsze to siedem złotych do przodu. Nie załatwiła, zapomniała, co nawet oszczędziło kłopotu czy niezręczności, bo to miał być jakiś bilet na dwoje. A i tak jestem do przodu - Cygan oddał mi dwójkę, wsadziłem ją w kieszeń, przy kasie pani pytała właśnie o dwójkę, bo ciężko jej się dwudziestka rozmieniała, więc mam teraz w kieszeni piątaka. Czary! Kino Luna jest już pewnie o wiele mniej kultowe, niż było ze dwa lata temu, ale tam mnie właśnie zagnało. Faktycznie, co to za kult, gdzie tu off, jeżeli mają w planie film Allena sprzed dwóch lat. Film w sam raz dla mnie, bo u nas wyświetlany był rok temu, kiedy akurat nie wpadłem nigdzie na Niedodzwanialną. Zgranie, czytam w internecie relację z Barcelony, a film ma to w tytule przecież też.

Byłem już kiedyś w Lunie, chyba zanim zmieniała właścicieli, właśnie z Niedodzwanialną. Rzutem na taśmę, czyli wpisem na forum, dostałem wejściówkę na premierę Manny i to faktycznie trochę mogło być offowe, bo na pewno nie miało nawet promila budżetu filmów Allena. Nie miałem pojęcia, co to jest Brokeback Mountain, gdzieś tam wspominane, później dopiero sprawdziłem, skąd taka wesołość na sugestię odnośnie - taki już ze mnie zapalony kinoman. Nie wiedziałem, dokąd mam wejściówkę, że to kino tak blisko roboty, nic po prostu nie wiedziałem. W ubiegłym tygodniu pogodziłem się z pomysłem pójścia tam, wszedłem na stronę internetową i zachwyciłem się przystępnymi cenami w poniedziałek. I przeglądałem filmy, Miłość w czasach zarazy, hej, przecież jest taka książka Marqueza, musiała leżeć gdzieś obok czytanych w autobusie Na fałszywych papierach w Chile! Ale jednak Allen wygrał w tym tygodniu, po co mi film, skoro i tak kiedyś kupię książkę.

Cygan mówił, że był na Vicky Cristina Barcelona ze swoją, że to nie za bardzo jest film dla niego do kina, że można obejrzeć w domu, ale w kinie się marnuje pieniądze. Chodziło mu o brak ładnych efektów, jakby najfajniejsze filmowe dziewczyny (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nich?) ostatnich lat przechadzające się po jednym z najpiękniejszych (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nim?) europejskich miast, były niedostatecznie widowiskowe. Tym bardziej się ucieszyłem, że tanizna. O dziwo nie potwierdził przegadania, jeszcze dziwniejsze, że film faktycznie nie jest przegadany - nie ma w nim samego Allena, ani nikogo allenopodobnego. Myslałem o przegadaniu, bo to częsty zarzut wysuwany przez znajomych, Smoczy nie przebrnął przez pierwsze minuty Anything Else.

No i zbierałem się do tego kina jak jakiś pryszczers na pierwszą randkę (dobra, jakieś pryszcze są), albo jak do jeża, bardzo niepewnie i niewprawnie. Kwestia pójścia do kina z jakiegoś powodu bardzo w moich oczach urosła. Skąd taka ważność, żeby gdzieś wyjść? I niepewność, zaskoczyłem siebie pójściem, tak samo jak zaskoczyłbym prostym powrotem do domu. Taka właśnie nieświadomość, nieprzewidywalność. Równocześnie byłem w kinie i nie byłem w kinie, Kot Schrödingera.

O filmie się fachowo nie rozpiszę, bo żaden ze mnie allenolog i byłaby piąta woda po kisielu. Największy bajer, że bohaterowie się nie zmieniają. Bardzo mi się podobał, choć podejrzewam, że wszystko wzięło się z prostej myśli Okularnika - Taki już jestem sławny i władny, że ona i ona będą się całowały w moim filmie. Całe życie na to robiłem, dążyłem do takiej władzy, muszą.

Wychodzę z kina, do trasy, zaplatam sobie na szyi słuchawki, które wreszcie przyniósł Cytat. Wczoraj specjalnie ładowałem baterię do odtwarzacza, może grać, bujam się w drodze przy luzackim Electric Avenue, nie od Eddy'ego Granta, tylko gdzieś z Polinezji podobno. Wokół świecą pomarańcze, drzewa bardziej składają się z liści, niż świat składa się z drzew, kałuże mają nieokreśloną głębokość, ale już nie pada. Przełącza mi się piosenka i już nie ma siły na moje szczerzenie się - Pomarańcze kupię Ci!

To znaczy, że szafa gra.

W autobusie kontynuowałem przetrawione przez Marqueza wspomnienia Miguela Littína, nawet zaznaczyłem jakieś zdania do wynotowania - ładne:
Na targowisku życia i śmierci most Recoleta nad Mapocho jest obojętnym kochankiem: służy albo jarmarkom, albo pochówkom. W dzień kondukty pogrzebowe muszą torować sobie drogę wśród tłumu. Nocą, kiedy nie ma godziny policyjnej, jest to obowiązkowy szlak do klubów tanga, melancholijnych przytulisk na ponurych przedmieściach, gdzie mistrzami tańca są grabarze.
I dalej o przechodniach, o Paryżu i wreszcie:
(...) coś, co kiedyś usłyszałem w Madrycie: "Miłość rozkwita w czasach zarazy".
Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Nie z tej, nie z tamtej, weź wybierz sobie stronę

Wyspałem się w poniedziałek i spakowałem tak nieudolnie, że zapomniałem zasilacza do laptopa. Jestem więc w połowie wolnym człowiekiem, nie mam gier, ale na starym komputerze i oczywiście w pracy został internet.

Na dworcu niespodziewanie znajomy, on nie był na Offie, on tam po prostu mieszka. Lokalny patriota, zna miejsca i historie, o stacji radiowej napadniętej przez Niemców, o kopalniach z łódkami ponad setkę metrów pod ziemią, o Giszowcu, obecnym całkiem niedawno w mediach, o kolejce linowej nad parkiem i jedynym rollercoasterze w Polsce. Przy okazji opowiada też, dlaczego nie zmieścił się do pociągu o piętnastej - bo z tego Offa tylu ludzi wracało, że tłoczyli się jak olej.
Biedne ich zmęczone plecy. Hej, czyli ja całkiem nieźle wymyśliłem późniejszy powrót, wprawdzie ponad godzina jazdy więcej, ale wagony praktycznie puste.

I nie jadę, nie jedziemy do domów, bo telefony służą do skrzykiwania imprez, a ja mam ochotę dobrze spożytkować ostatni wieczór, noc urlopu. W efekcie wracam do siebie we wtorek po pracy, po nieprzespanej nocy i rzucam się na trzynaście godzin na wyrko, ledwie wstaję na środę, zaś stan mojej psychiki dobrze oddają słowa piosenki Patyczaka. Jaki kontrast, przegapiłem go na Offie, straszny tłok i nic nie widać. Koniec z Flaming Lips i mówiłem Zmywakowi, że fajnie będzie takim ładnym wrócić we wtorek do pracy. The most beautiful face, ups, nie wyszło.

The most beautiful face wieczoru poniedziałkowego była wedle wszelkich telenowelowych prawideł zewsząd adorowana. Jak ćmy do światła, w ucieczce z samotnej wyspy, jak Dedal z Ikarem, ktoś się musiał zjarać, zjarany Ikarus, ktoś musiał stracić skrzydła. A jakie te kobiety są zmyślne, jakie chytre, jak książkowy szpieg, agent, obierzyświat - wpasowana w kąt, wszystko widzi, obserwuje. Oni stroszą piórka, jacy my, ni to chłopcy, ni mężczyźni, jesteśmy ślepi i naiwni. Jacy dumni, aż do najebki. I znów smutny balkon - Mój Boże! - to może lepiej, żeby w kółko opowiadali te same dowcipy, może niech odpalają te same filmy z jutubki, albo w ogóle wejdą na demotywatory. Bezpieczny ubaw gwarantowany, wszyscy się zrozumieją i weselić będą, nawet najebka zupełnie wesoła. A tak - spojrzenie kobiety, która ostatecznie waży jest jakby lekko rozczulone. Ona jeszcze nie wie, jakiego piwa nawarzy.

Bo teraz, kiedy Bro Code okazuje się niedostatecznie jasny, albo nawet nieobecny - noł fjuczer, Panowie, noł fjuczer.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Klamra życia i śmierci, cokolwiek by to miało znaczyć, chyba emogotikmhroczny wpis

Co to ma znaczyć, że przeznaczenia nie ma, jeśli zbiegają się w moim życiu okoliczności dokładnie tak, tłumacz tu sobie, że kowalem własnego losu i Ty też jesteś Bogiem.

Spędziłem najbezpieczniejszy weekend tego roku, zlało mnie, kiedy rowerowałem do Smoczego, w sumie zebrało się nas pięciu, ewentualne kobiety jedynie dzwoniły i oczywiście żadna z nich do mnie, czyli mogliśmy mieć po te czternaście lat. Jeśli cokolwiek poważniejszego zostało powiedziane, to dopiero w godzinach nocnych, bo słuchaj, muszę się napić, żeby o tym. No skoro tak muszą to okej, ale przecież musiał być ten weekend oczyszczający. Kiedy siedzi nas pięciu dwudziestokilkulatków w jednym pokoju nad tą samą grą, biegamy między wieżami, ostrzeliwujemy się, myśleliśmy, że grając ekipą na komputer rozk... no, w każdym razie tanio skóry w kosmosie nie sprzedamy. Punktacja do dwudziestu flag, poziom trudności nastawiony lekko powyżej połowy, to chyba powinno być okej. A jednak przegrywamy osiem do zera, Ci mniej niedzielni gracze nie mogą uwierzyć, więc kiedy jedna krowa nareszcie biegnie z flagą w stronę naszej bazy - doping ma lepszy niż reprezentacja w najlepszych (?) czasach. A kiedy ostatecznie wygrywamy dwadzieścia do dziewięciu, piątkom i poklepywaniu się po ramionach nie ma końca. Do tego ze cztery kilo frytek, ze trzy kilo kurczaka i keczup - najmniej zdrowy weekend tego roku, powrót już właściwie w poniedziałek. Ekstra.

Ledwie wstaję, ledwie znajduję jakieś spodnie, ledwie wychodzę z domu w stronę bankomatu (bilet trzeba uzupełnić) i drogę przebiega mi czarny kot. To myślę, jak nie należy, że będzie fatalny dzień, po czym się poprawiam, że do kotów nic nie mam, że głupio tak od rana myśleć i że fajnie błysnął żółtozielonymi ślepiami.

Kupuję jakieś kanapki i drożdżówki, przypominam się o konieczności przywrócenia utraconego w piątek zasilania, prawie zderzam się z szefem, boli mnie głowa, aż nadchodzi ten najważniejszy moment - dowcip dnia. Dni robocze mają wiele dowcipów, ale tylko niektóre przechodzą do historii. Ten powinien, choć budowę miał prostą jak konstrukcja cepa (ile osób wie, jak wyglada cep?) - nagryzmolić markerem coś na monitorze i wyłączyć go, żeby ofiara po powrocie się zdziwiła. Więc wróciłem, jakaś dziwna puszka stała na biurku, włączyłem i widzę napisy.

Redrum, REDRUM, redrum.

Okej, nie wiem co to znaczy, nie mogę niestety docenić, bo niewiele oglądałem filmów, czy czytałem powieści. Więc niby dowcip zupełnie nieudany, tylko skołowanie. Ale! Psotnik objawia się szczerze ubawiony i wyjaśnia tę puszkę - bo widzisz, chwyciłem pierwsze co było pod ręką i wychodzi na to, że niezmywalny.

Ta puszka to do czyszczenia tablic, oczywiście bezskuteczna. Ostatecznie udało się środkiem na oparzenia, po intensywnym szorowaniu. To też pomysłowe, żeby szukać czegokolwiek, próbować, ja bym tam wytrzymał do jutra, jakąś benzynę by się przyniosło. Telefonem zdałem z tego wszystkiego relację Głazowi, bo ma urlop, miałem pomysł, żeby chłopaka nie stresować i wysłałem z prywatnego na prywatny - niech ten przebrzydły firmowy nie dzwoni. Naprawdę byłem z pomysłu dumny. Wyszedłem z pracy i nawet mniej głowa bolała, nawet poczytałem w autobusie, na koniec mnie uśpiło, jakby momentalnie zszedł cukier, więc prawie spadłem z siedzenia, ale przynajmniej obudziłem się na swój przystanek.

Na parkingu przed blokiem leży zdeformowany czarny kot, wyraźnie przejechany przez startujący z miejsca wóz, z martwymi żółtozielonymi ślepiami. Patrzę na niego niewesoło, za dwadzieścia metrów słyszę krzyk, chyba dziecko z wózka, tam obok kota. Naprawdę powinien być jakiś dreszcz przy tym uczuciu. W domu wyciągam z kieszeni telefon swój i mniej swój, firmowy, który, jak się okazuje, zapomniałem zablokować i wysłałem Głazowi dwie serie losowych znaków na ten przebrzydły firmowy numer.

poniedziałek, 10 maja 2010

Plastikowa apokalipsa, sztuka spadania i inne objawienia

Hej tam, słyszałeś o tych bankach dzisiaj? Że internetowe leżą i kwiczą, że prasa ma zgłoszenia o problemach z kartami, co z kolei banki dementują, dlaczego mam nie wierzyć bankom i nie iść na zakupy? To lepiej głodować? W dwudziestym pierwszym wieku, gdzieś w środku Europy? No bez przesady, nawet jeśli coś było z rana nie tak, to do wieczora musi być okej. Dzień mija na pracy, na spacerze w przerwie, na słońcu za oknem i deszczu po wyjściu, książce w autobusie i słońcu na pętli. No i jest ten sklep, poniedziałek, jeden z dwóch najgorszych dni na zakupy, ale jakoś nie dziś, szybki kurs miedzy półkami, wprawdzie zapomniałem migdałów, ale nawet kolejka nie taka długa, będę w domu bez opóźnienia. Zmierzam oczywiście do tego, że kartą się zapłacić nie dało, bankomat też nie odpowiadał, więc podziękowałem pani kasjerce za zakupy i wróciłem do domu mówić nie o szybkim przejeździe przez miasto, tylko straconej pół godzinie w sklepie. A jak. Przedłużyć ważność życia, po to jedzenie i zakupy przecież, inaczej śmierć głodowa (zapamiętaj: sprawdzić kiedyś Knuta Hamsuna).

Pytam brata o gotówkę, pożyczkę taką, ale płacił za parking. Za to siostra się lituje, ratuje banknotem o jakimś trudnym do ogarnięcia nominale, czyli nie muszę jeść tej plastikowej karty, mogę wrócić do sklepu i nie zapomnieć migdałów tym razem. Oraz dołożyć do nich orzechy laskowe i w ogóle zrobić większe zakupy. I mogę jechać rowerem, no bo nie jeździłem tydzień, co wypomniałem sam sobie w rozmowie z Pogańskim Bożkiem, należy się. Jakie to jest przewartościowanie, kiedy przez deszcz wracam z pracy i myślę, że buty do czyszczenia zaraz i nowe spodnie pewnie też się gdzieś upaćkają, a za chwilę jadę w jakichś starych obciętych gaciach (te nowe też będą kiedyś obcięte, jak jakieś lubię, to żyją po śmierci towarzyskiej) napinam przez kałuże z bardzo prostą myślą - Jeeee!

Ponieważ kałuże nie dokuczają za bardzo, proszę brata, żeby odebrał w klatce te wszystkie puszki, a ja sobie jeszcze pojeżdżę. Jest przecież nawet trasa na wieczorne wypady. Więc napinam, jest prawie pusto, mijam jakiegoś typa rowerującego ze słuchawkami na uszach i oczywiście jest tam myśl, czy w moim mijaniu jest element głupiej pierwotnej rywalizacji i pokazania się, zawsze mam taką myśl, choć generalnie wydaje mi się, że mijam innych, kiedy jadą wolniej niż ja. Ale dobra, nawet jeśli musiałem lekko przyspieszyć, żeby płynnie wyminąć i za chwilę zrzucę na niższy bieg, to chyba jednak będę jechał szybciej, nikt mnie za zawalidrogę nie weźmie. Takie mam problemy, przez chwilę, zaraz myślę, że mokry asfalt jest najfajniejszą nawierzchnią do jazdy, to jest jedzie się szybciej, choć pewnie nie jest najlepszą nawierzchnią do hamowania. Ale jest okej, jest ładnie wyprofilowany zakręt, który biorę bez zwalniania nawet na swojej słabo skręcającej maszynie. I jestem w domu, jest ekstra, cisnę dalej i trochę jakby lecę.

Dobra, tam powinno być jeszcze takie wiele wyrażające - Oż! - w myślach. Ewentualnie takie nie mniej wyrażające – Lecę! - ewentualnie najbardziej prawdopodobne i uczciwe - Wyjebię się! - kiedy koło mi zlatuje z asfaltu i drugie też i coś zaczyna się dziać z równowagą.

Naprawdę nie wiem, jak na prostej drodze można zjechać z asfaltu, do tego na słabo skręcającym bajku. Chętnie doszukałbym się w tym Bożego Palca, no bo najpierw karcę siebie w myślach za kombinowanie o pierwotnych instynktach i rywalizacji z innym bajkerem, a po minucie srrrru (to jest dźwięk szorowania o asfalt). Mogę to również przypisać niebywałej sile sprawczej, to ja kształtuję rzeczywistość, wcale nie rzeczywistość mnie, więc dlaczego miałbym się nie wyjebać, jeśli pomyślałem, że się wyjebię?

Ale za to jak! Trzydzieści na liczniku, pewnie ze trzydzieści trzy, może niedokładnie ustawiłem obwód koła, bo mam te prędkości imponujące jak na mnie, choć mówiłem, że mokro znaczy szybko, a do tego spinałem się trochę. I trochę jakby lecę, rower trochę jakby też leci na trawnik, a ja szoruję kawałek po asfalcie i najbardziej jestem dumny, że kiedyś miałem kaprys i kupiłem takie motocyklowe rękawiczki bez palców. Ani wtedy dużo nie jeździłem, ani nie miałem nic wspólnego z motocyklistami, ani z dzieciakami emo, tak po prostu, chciałem i kupiłem i łaziłem wszędzie z pół roku przybijając żółwiki zamiast się witać po ludzku. A gdyby chodziło tylko o rower, to nigdy bym rękawiczek nie kupił. I one okazują się najfajniejszą rzeczą pod słońcem, kiedy szoruje się po asfalcie, kiedy można sobie po tym asfalcie płynąć i wnętrzom dłoni nie dzieje się krzywda. Wnętrze dłoni to jest bardzo fajne, czułe miejsce, przejazd po asfalcie w rękawiczkach równa się ciepłemu łaskotaniu.

No ale postaram się więcej nie.

Wstałem, otrzepałem się, obejrzałem rower, typ ze słuchawkami zapytał, czy wszystko okej, ja odpowiedziałem, że spoko, machnąłem ręką i jazda dalej. Trochę brudniejszy, ale przecież to oznacza pełen luz, to oznacza nieprzejmowanie się błotem i kałużami, wyzwolony upadkiem mogłem napinać do lasu, i tak cały jestem do prania. A w lesie wiadomo, ptaszki, wilgoć, zieleńsza po deszczu zieleń, krzaki borówek przy drodze i unosząca się nad polaną mgła, rześkość. Czyli w głowie takie - Jeeee! Mogę być jakimś romantykiem, mogę być jakimś dekadentem wśród tych drzew i mgieł, mogę być poza światem, choć oczywiście najbardziej chodzi o zieloność, która przecież uspokaja.

To jest oczywiście najlepszy moment, żeby się zorientować, że pedał jest pęknięty i trochę jakby zmienił geometrię. Pamiętaj! Jeśli szorujesz z prędkością trzydziestu na godzinę po asfalcie, to coś się na pewno zepsuło. Rower nie ma rękawiczek.

(Ale jechał i oto jestem.)

środa, 5 maja 2010

Welcome To The Working Week

Podobno wtorek jest najgorszym dniem pracowniczego tygodnia, a do tego nikt nie lubi poniedziałków (poza może kolegą Mętniakiem), więc kiedy wtorek staje się jednocześnie poniedziałkiem - wszelkie zło tego świata objawia się w potęgach od drugiej do nieskończoności. Czyli po pracy też, a może w szczególności, co z tego, że licealiści nie jeżdżą do szkół, skoro maturzyści najwidoczniej przesiedli się w samochody i robią na ulicach tłok większy niż zwykle (ja wiem, że to w tym mieście ciężkie do wyobrażenia). Naprawdę, wczoraj to wyglądało jakby wszyscy oni pisali rozszerzoną z polskiego.

Na Marymoncie, przy trasie AK jest taki przystanek w stronę Wisły - pod wiaduktem. Park Kaskada się nazywa. Każdy ogarnięty człowiek z Białołęki, kiedy widzi odjeżdżające z pętli 508 bez paniki przyspiesza kroku, żeby złapać je tam na dole. Chyba, że z trasą dzieje się to, co działo się wczoraj, czyli jest taki umowny bus pas, ale wszystko stoi. Więc nie trzeba przyspieszać kroku, i tak się stoi i czeka na oddalony o całe trzydzieści metrów autobus. Po pięciu minutach jest oddalony o dwadzieścia pięć, po kolejnych pięciu widać, że on właściwie jest pełny, czyli raczej nie pomieści nas wszystkich rozgarniętych ludzi zgromadzonych na przystanku. Więc ja nie wsiadam, nie czekam, wiadomo co robię z takim autobusem, jest to niecenzuralne trochę, że idę z buta. Taki plan, że spacer do Żerania i tam się znajdzie środek transportu pozwalający zachować jakieś tam strefy dopuszczalności, dotykalności i tak dalej. Ja naprawdę nie lubię tłoku, no.

Nie do końca legalnie przebiłem się przez nitkę jezdni do wspomnianego parku i to dało się odczuć jak wejście do Narnii, blokujące miejski szum panele naprawdę są chytre i fajne, przyśpiewuje mi ptaszek, czyli to musi być słuszna decyzja. Po drodze dzwonię do Katowic, takie tam gadanie o niczym, aż mi nie zmarznie ręka. Przez most idę jak zawsze nie do końca pewnie, bo lęk wysokości, bo najgorszy jest ten kawał mostu nad lądem, nad rzeką już okej, ale kiedy idziesz nad piaskiem i chaszczami, to w kącie oka plany poruszają się i jest wrażenie poruszającego się mostu. Brrr. Kiedyś na języku polskim opowiadałem o tym zjawisku w lesie, że drzewa rosną takimi liniami i kiedy się idzie, to perspektywa porusza całym lasem. Chyba chodziło o Leśmiana, chyba teatrzyki dziecięce też tak robią, a w samochodzie często myślałem, że świat jest przesuwaną za oknem dekoracją.

Tak przebywam Wisłę. I!

Widzę pewnie z dziesięć autobusów na wiadukcie, z których wylewa się pielgrzymka pieszych. Zjazd na Białołękę pusty, nic nie jedzie, pewnie za szybko nic nie pojedzie, skoro wypuścili ludzi. Ta pielgrzymka pieszych to są rozgarnięci ludzie z Białołęki, którzy właśnie objęli kurs na wszystkie fajne puste autobusy, które odjeżdżają, lub przejeżdżają przez Żerań. Się uśmiałem.

I dalej też poszedłem z buta, co prawie mi się opłaciło, gdyż niemalże odnowiłem znajomość z koleżanką z klasy równoległej, to pięć lat, takie miała fajne oczy, w które trochę strach było patrzeć i teraz też wygląda bardzo ładnie. Spacer nad kanałem, przebudowa mostu, uginające się mostki, dogoniła mnie przed przejściem i na kolejnym też staliśmy razem. Nie pamiętam imienia, do tego miałem wygląd wczorajszy, to jak tu odnawiać, a widziałem ją również za dziesięć minut przed sklepem osiedlowym, co nosiło już znamiona przeznaczenia.

środa, 24 marca 2010

do byle gdzie #3 - prawda o świecie

Widziałem ostatnio na fejsie komentarz, że najlepsze czy najmądrzejsze, co o Muchach napisano, mamy teraz w "Lampie". Dziś kupiłem, będąc przypadkiem w empiku (Głaz reklamował w okolicy emipku buty, aż dziwne, że tak bez jąkania przyjęli) i fajosko się zaskoczyłem - bo sam w okolicach przed ósmym marca, kiedy wspominałem płytę poprzednią i szykowałem się do odsłuchu tej nowej, myślałem, że Muchy to taki Lady Pank. Wszystkim zainteresowanym polecam zaopatrzyć się w papierowe wydanie, bo recenzja składa się z dwóch akapitów, przy czym na papierze są ujęte w o wiele czytelniejsze kolumny niż na stronie.

W poniedziałek widziałem się z rodzicami, marudziłem im, że Exupéry jest bardzo nie do czytania dla mnie, a w każdym razie takie są jego kawałki o wojnie, człowieku, kamieniach i świątyniach. Oni zdaje się przeczytali wszystkie jego książki (a na pewno czytali te trzy, przez które ostatnio przebijam się ja), do tego mają perspektywę dzietną, wychowawczą, perspektywę przemian ustrojowych, przemijania pokoleń, całą masę perspektyw, z których pewnie też byłbym gotów się zgodzić, że gość jest okej. Na razie w ogóle nie docierają do mnie jego analizy, porównania człowieka (jednostki) do kamieni budujących świątynię (Człowieka), albo kawałki o byciu częścią czegoś, oddziału lotniczego, wojska, narodu, państwa. To nie ja. Fajnie pisze o tym Jacek.

Tak! To ta sama strona, naprawdę łudziłem się, że przeczytasz, no weź, przynajmniej drugi akapit i nie przejmuj się, jeśli - jak ja - nie masz pojęcia co to jest MGMT, widać jesteś nie dość indie. Spoko, nie musisz.

Jeśli Exupéry, to wiadomo, że "Mały Książę", jako tako dał radę też z "Ziemią, planetą ludzi" - tutaj wpisuję sobie w google, żeby upewnić się co do tytułu i oczywiście znajduję taki zespół na majspejsie, straszne, ciary przechodzą - ciekawsze są takie myśli z samolotu, o niezbadanych jeszcze wtedy połaciach planety, albo zdradliwych polach, zdradliwych dla lądującego awaryjnie pilota. Do tego opowieści o pięknie pustyni, o umieraniu na pustyni, teraz wiem, o czym była ta płyta Gazpachoo. W której recenzjach powoływano się na książkę "Ziemia, planeta, ludzie", myślałem, że może przepisywano ją z obcego języka bez sprawdzenia tytułu, ale też nie, bo poza oryginalnym "Terre des Hommes" mamy "Wind, Sand and Stars" i "Wind, Sand und Sterne". Czyli taka pomyłka, a ja dowiaduję się, że Anglicy i Niemcy żyją na tym samym piasku, słyszą ten sam wiatr, ale jednak pod innymi gwiazdami.

Później siostra zachęcała rodziców do sponsorowania jej nowego hobby, włos jeżył się na głowie na te kwoty, znaczy - znam przecież ludzi, którzy mają aparaty pięć razy droższe niż popularny 450D, co kto lubi. Więc tylko zauważyłem, że do obróbki zdjęć to trzeba i tego grata zmienić razem z monitorem (hej! mam tu na KINESKOPIE 1024x768 i czasem jakieś linie, zniekształcenia), a na podsumowanie dodałem, że ja bym chciał dotację na dętkę rowerową, bo guma była. Dzisiaj rozważałem zasobność portfela, tego wirtualnego, jak tu dożyć do końca miesiąca i czy stać mnie na jakieś spotkania w klubach (a fe!), czyli wpadłem na stronę konta. I nie za bardzo zgadzała mi się ta zasobność, więc sprawdziłem historię:

DOFINANSOWANIE ZAKUPU DĘTKI DO ROWERU
15,00 PLN

Naprawdę muszę dodawać, że rodzice są ekstra?

niedziela, 21 marca 2010

do byle gdzie #2 - pokora

Bądź dobry. Rzadko jesteś naprawdę dobry, więc tym bardziej musisz się starać, żeby w ogólnym rozrachunku było na plus. Doczyść w kuchni tę podłogę, zajmij się podłogą w łazience. Nie przejmuj się, że włażą do niej z butami, teraz to sam nawet wejdź, najwyżej później przetrzesz jeszcze raz.

Idź do zsypu po rower, znieś na piętro i idź po drugi. Słyszałeś, że siostra idzie, to pewnie będzie jej łatwiej, kiedy sama nie będzie musiała znosić. Już po fakcie zapytaj, czy idzie na rower i czy ma w kołach powietrze po zimie. Usłysz, że ojej, ale czy my mamy w ogóle pompkę? Miej wewnętrzną pompkę, kiedy zobaczy Cię przy swoim rowerze z pompką zewnętrzną, jak doprowadzasz do stanu ujeżdżalności. Patrz wyrozumiale, kiedy zapyta, czy nie za wiele tego powietrza, bo jak jest za wiele, to na szkle się łapie gumę. Powiedz, że nie ma takiej siły (a już na pewno nie w Twoich rękach) żeby takim maleństwem za dużo było, że gumę łapie się od nieostrożnej jazdy, albo zupełnie losowo, albo od uszkodzonej obręczy, ale raczej rzadko od szkła samego.

Czuj się z tym dobrze, weź plecak z kłódką i zapasowym kluczem i zanim pojedziesz w trasę, odwiedź na boisku brata - może wie, gdzie się zawieruszył klucz podstawowy. Nawet jeśli nie wie, nie przejmuj się, dzisiaj jesteś okej. Pewnie sam zgubiłeś przez zimę, pewnie znajdziesz przy porządkowaniu półek. Wymyśl trochę dłuższą trasę niż dzień wcześniej. Najlepiej do pracy, przetestować dojazd, bo robią wiadukt na nowo i trzeba się zorientować w przejazdach. I pomyśl, że ekstra będzie napinać Traktem Królewskim w niedzielne popołudnie, naprawdę fajnie się nim jeździ po tym odnowieniu. Albo że zatrzymasz się na chwilę pod kolumną, naprawdę kilka razy tam w ubiegłym roku siedziałeś z rowerem - dla samej frajdy z siedzenia.

I kiedy przejedziesz już cały kilometr - nie klnij tak w duchu na dętkę, ani na świat, ani na los, ani na bieg wypadków. Prowadząc rower, sprawiaj wrażenie, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, że z początkiem wiosny ktoś prowadzi rower zamiast na nim jechać. Nie myśl, żeby jednak całe dnie spędzać przy komputerze, albo że kupisz sobie PS3 z FFXIII i telewizorem do zestawu. Nikogo nie obchodzi, jaki jesteś obrażony. Pomyśl raczej, że na pewno zaraz wpadniesz na siostrę, uświadom sobie zawczasu, że to nie jej wina i krakanie, żeby za bardzo nie syczeć na nią, kiedy podjedzie do Ciebie - Ojej, złapałeś gumę! Co, podjeżdżałeś pod krawężnik?

Po prostu znajdź sobie na dzisiaj jakiś inny sposób wypoczynku. Nie wiem, napisz wpis na bloga.