Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deszcz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 kwietnia 2012

Coming out

Śpiewam. Bardziej na głos i mniej na głos, ale jednak. We wtorek podśpiewywałem w domu przez cały wieczór - pierwsze prawo samotności, tańce i swawole, na które nikt by sobie w towarzystwie nie pozwolił. Może i ktoś z domowników był w dalszym zakątku mieszkania, no ale ja miałem swój kawałek podłogi i żałosne popiskiwania z głośniczka laptopa, odległość była bezpieczna. Zresztą śpiewałem już kilka dni wcześniej - na pewno w niedzielę, zaprosili mnie Bazyl z Herbacianą, chwaliłem się, że kupię płytę, no bo wreszcie będzie, czekam od jesieni. A jaką? Dni Mrozów, Makiego i Chłopaków. To Ci z Hydrozagadki? Jaskółeczki? Tak właśnie. To ja też chcę!

A no to słuchajcie, jest w internecie do słuchania już, słuchajmy.

Przy tej okazji przypominają mi się różne rzeczy, niekoniecznie wtedy, choć wtedy też, od wtedy. Bazyl przypomniał mi, że właściwie przestałem ostatnio słuchać piosenek. Pewnie kiedy umarły słuchawki, albo kiedy umarł T10, już obiecałem kupić nowe. Jemu się bardzo podoba fragment o plakatach, Pistolety i Róże i Żelazne Dziewice, nie pamiętam, żeby kiedyś miał plakaty, ale na pewno wciąż lubi patatajki. Mnie się tak bardzo podoba chyba głównie dlatego, że nigdy nie byłem takim chłopakiem, o jakich się w tych piosenkach śpiewa, ale jeśli miałbym być jakimś innym niż byłem, to właśnie takim. To na szczęście nie ma sensu, nie szkodzi, że się ze wszystkim spóźniałem, albo że nic nie ogarniałem. Bazyl nawet próbował dzielić się ze mną muzyką, przyjmijmy, że za małolata, nie będę pisał dokładnie, bo przecież wstyd, ale np. - puścił mi z kasety Nightwisha. No okej, gra jakaś gitara, wtem - śpiewa Tarja! Ja się śmieję, pierwszy raz coś takiego słyszę, operowy metal. Nie żebym kiedykolwiek znał jakikolwiek metal. Kilka miesięcy później już mi nie przeszkadzało, byłem po pierwszym konwencie, NW słuchał Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów, słuchali ludzie z forum, zasymilowałem i po kolejnych kilku miesiącach słuchałem tych wszystkich zespołów z paniami na wokalu, które wyskoczyły nam z Bazylem przypadkiem w propozycjach na YT. Namiętnie, z czcią i uwielbieniem, nawet dorobiłem się czarnego swetra, choć na konwent przyjechałem w najlepszych spodniach mojego życia, z odpinanymi nogawkami, ale odpinanymi pod kolanami, w sumie były trochę dresowe, dopiero na forum "wyjaśnili" mi, jakie to było faux pas. Ja niewinny jak nieobsrana łąka, pewnie dlatego bardziej od NW poszedłem w stronę ********, ************** i ********** niż, powiedzmy, nie wiem, czegokolwiek z growlem. Therion?

Więc u Bazyla okazało się, że lubimy teraz kompletnie inne rzeczy i ciężko nam przetrzymać utwór zapuszczony przez drugą stronę. Mnie było trudniej, bo przecież się nie interesuję, on ma jakieś nowe rzeczy, ale nie powtórzę nazw. Ewa Braun, płyta jest w napędzie w pracy, mówię, szpanuję, że odwrócony noise, muzyka drogi - to jeszcze było na pograniczu zainteresowań, przesłuchane. Jemu podoba się nowa Coma, przeciwnie do wcześniejszej, koncepcyjnej, ja mówię, że Rogucki śpiewa w takich rejestrach, że rozumiem co drugie słowo i nie kupuję wesołych piosenek od nich. Okej, to puszczę ci smutną - też jej nie kupuję, bo przecież dla mnie smutne to jest Portishead. Przychodzi Herbaciana - Ojejku, brzmi jakby się miała popłakać zaraz. Ale ja też Wam puszczę piosenkę, ulubioną. I wskakuje Barry White. Mam po tym wieczorze melancholię i jeszcze nie mam nieskończonego smutku. Nie uczę się niczego nowego, ale przynajmniej przypominam sobie, że można się nowych rzeczy uczyć.

Oczywiście najbardziej pewnie jara mnie napomknienie Bazyla, że może bym mu tego Morrowinda przyniósł, przygotowuję paczkę z dodatkami, patchami i modami, a kiedy źle się wgrywa na serwer i pada decyzja o użyciu dysku - duch zwycięża materię. Na wszelki wypadek zgrywam pliki dwa razy. Bazyl instaluje z komunikatem - sic! - Katastrofalny błąd! Walczymy z tym przez chwilę, po czym okazuje się, że druga kopia plików nie ma tego problemu.

Kiedy lata wstecz zacięliśmy się wysoko w windzie, to będzie kilka metrów w górę, 9/10, jak się okazało po wyciągnięciu, poza żartami o zerwanej kabinie mówiliśmy o Morro, ja początkujący, wydawało mi się, że KP 70 to dużo, szybko wyprowadzono mnie z błędu. Bazyl czekał, aż nas ktoś z tej windy wyciągnie i zupełnie bez związku, po prostu gdzieś z tamtego czasu, najładniejsze co mi się o nim przypomniało to dwudziesty siódmy czerwca zero pięć, kiedy odbieraliśmy żałosne miejscami wyniki (nowych, więc żałosne po trzykroć) matur. Przecież nawet wiem, która to mniej więcej była godzina, bo dyrektorka mnie ochrzaniała, że jestem po czasie pracy sekretariatu, czyli po piętnastej. Pamiętam ważne czasy, dokładnie siedem lat temu to była długa przerwa, w pół drogi między jedenastą a dwunastą, a z wynikami jechaliśmy Ikarusem w pół drogi między trzecią a czwartą i w pół drogi między dwoma mostami na Jagiellońskiej świat był tak bezbrzeżną możliwością, że usiedliśmy na schodach (tego się nie da zrobić w tych wszystkich neoplanach) i wznieśliśmy toast butelkami soku marchwiowego.

Ale to wciąż nie to, o czym miałem napisać. Otóż miałem napisać, może nawet zacytować najdonioślejsze osiągnięcie literackie, piątkowe opowiadanie z lat jeszcze wcześniejszych, niż usłyszałem Tarję, czyli zanim w ogóle wiedziałem, że ktokolwiek może się poważnie interesować muzyką. Przynajmniej wiedziałem, że można się poważnie interesować PlayStation. Z braku źródła zreferuję krótko, ale jestem prawie pewien, że mam je w którejś szafie.

Opowiadanie jest o wakacyjnej, rodzinnej przygodzie. Nie ma w nim krwi, ale jest pot, nawet chyba są łzy. Rodzina przyjeżdża do górskiego miasteczka i wyrusza na podbój szczytu. W drodze natyka się na przeszkody, jak podejście łagodne i podejście coraz mniej łagodne, lęk wysokości i wreszcie - deszcz. Ten ostatni zawraca rodzinę spod samego szczytu, kiedy podejście w ogóle już nie jest łagodne, a najmłodsi bywają paraliżowani widokami. Tego samego dnia rodzina odjeżdża, tu jestem prawie pewien, że cytuję, gdyż było to clue całego opowiadania, które aż do ostatniego zdania mogło się rozgrywać gdziekolwiek: - A nad nimi wznosił się stary rycerz zaklęty w kamieniu - Giewont.

Ba dum tss.

I koniecznie chciałem się przyznać, że zarówno na podejściu łagodnym, jak i łagodnym coraz mniej, słuchałem z walkmana Vengaboys, choć starałem się zapętlać nie Ibizę, ale raczej któryś z takich. Jako muzykę drogi, można rzec. Poszukam kiedyś jeszcze, jak były skomponowane ich kasety, mam wrażenie, że kawałek zaczynał którąś stronę, albo kończył, ostatnia godzina na YT nie pozwoliła mi go jednoznacznie zidentyfikować.

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

czwartek, 10 marca 2011

Gdzie się podział las, Królowo Marsa?

Niespodziewanie rześki poranek, przyjemne pięć stopni od kilku dni i historyjka-rebus na tablicy w pracy, gdzie mieliśmy już rozpracowywane o wiele trudniejsze hasła: na złe to i kura piardnie czy czas nie guma, budzik nie sanki. Teraz jest wiosenne i jest jednocześnie internetowym memem. Okazuje się być nadspodziewanie trudne, a wydawało mi się oczywiste. Prosta rzecz a uczy, czy może przypomina, o pokorze, o bogactwie świata, który każdy widzi inaczej i gdzie indziej, i nie ma się co dziwić, że nie słyszał jeszcze hasła Wiosno, napierdalaj!

Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.

Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.

A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.

Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.

Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.

No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.

Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.

poniedziałek, 6 września 2010

Paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem

Miałem dzisiaj w ciągu dnia bardzo złudne wrażenie, że nic się nie dzieje i nareszcie odpocznę od bloga. Skoro lato się skończyło, skoro do kaszkietu wziąłem z półki szalik, skoro coraz wcześniej świecą pomarańcze. Dobra, o pomarańczach nie pomyślałem, bardziej byłem zadowolony, że daszek kaszkietu faktycznie chroni okulary przed deszczem, ale to jeszcze nie powód, żeby się tutaj rozwodzić. Byzydura. Za oknem jest jesień, węszę pewne odwrócenie ról, widzę wykręconą sinusoidę zaplecioną na kole pór roku - noszę w torbie pamiętnik z papieru, wracam, macam, coś tam będzie.

Na wieść, że planuję wybrać się do kina, koleżanka proponowała załatwienie biletów - pracuje tam jej znajoma. Jasne, niech załatwia, zawsze to siedem złotych do przodu. Nie załatwiła, zapomniała, co nawet oszczędziło kłopotu czy niezręczności, bo to miał być jakiś bilet na dwoje. A i tak jestem do przodu - Cygan oddał mi dwójkę, wsadziłem ją w kieszeń, przy kasie pani pytała właśnie o dwójkę, bo ciężko jej się dwudziestka rozmieniała, więc mam teraz w kieszeni piątaka. Czary! Kino Luna jest już pewnie o wiele mniej kultowe, niż było ze dwa lata temu, ale tam mnie właśnie zagnało. Faktycznie, co to za kult, gdzie tu off, jeżeli mają w planie film Allena sprzed dwóch lat. Film w sam raz dla mnie, bo u nas wyświetlany był rok temu, kiedy akurat nie wpadłem nigdzie na Niedodzwanialną. Zgranie, czytam w internecie relację z Barcelony, a film ma to w tytule przecież też.

Byłem już kiedyś w Lunie, chyba zanim zmieniała właścicieli, właśnie z Niedodzwanialną. Rzutem na taśmę, czyli wpisem na forum, dostałem wejściówkę na premierę Manny i to faktycznie trochę mogło być offowe, bo na pewno nie miało nawet promila budżetu filmów Allena. Nie miałem pojęcia, co to jest Brokeback Mountain, gdzieś tam wspominane, później dopiero sprawdziłem, skąd taka wesołość na sugestię odnośnie - taki już ze mnie zapalony kinoman. Nie wiedziałem, dokąd mam wejściówkę, że to kino tak blisko roboty, nic po prostu nie wiedziałem. W ubiegłym tygodniu pogodziłem się z pomysłem pójścia tam, wszedłem na stronę internetową i zachwyciłem się przystępnymi cenami w poniedziałek. I przeglądałem filmy, Miłość w czasach zarazy, hej, przecież jest taka książka Marqueza, musiała leżeć gdzieś obok czytanych w autobusie Na fałszywych papierach w Chile! Ale jednak Allen wygrał w tym tygodniu, po co mi film, skoro i tak kiedyś kupię książkę.

Cygan mówił, że był na Vicky Cristina Barcelona ze swoją, że to nie za bardzo jest film dla niego do kina, że można obejrzeć w domu, ale w kinie się marnuje pieniądze. Chodziło mu o brak ładnych efektów, jakby najfajniejsze filmowe dziewczyny (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nich?) ostatnich lat przechadzające się po jednym z najpiękniejszych (znaczy, laik ze mnie, ale chyba można tak o nim?) europejskich miast, były niedostatecznie widowiskowe. Tym bardziej się ucieszyłem, że tanizna. O dziwo nie potwierdził przegadania, jeszcze dziwniejsze, że film faktycznie nie jest przegadany - nie ma w nim samego Allena, ani nikogo allenopodobnego. Myslałem o przegadaniu, bo to częsty zarzut wysuwany przez znajomych, Smoczy nie przebrnął przez pierwsze minuty Anything Else.

No i zbierałem się do tego kina jak jakiś pryszczers na pierwszą randkę (dobra, jakieś pryszcze są), albo jak do jeża, bardzo niepewnie i niewprawnie. Kwestia pójścia do kina z jakiegoś powodu bardzo w moich oczach urosła. Skąd taka ważność, żeby gdzieś wyjść? I niepewność, zaskoczyłem siebie pójściem, tak samo jak zaskoczyłbym prostym powrotem do domu. Taka właśnie nieświadomość, nieprzewidywalność. Równocześnie byłem w kinie i nie byłem w kinie, Kot Schrödingera.

O filmie się fachowo nie rozpiszę, bo żaden ze mnie allenolog i byłaby piąta woda po kisielu. Największy bajer, że bohaterowie się nie zmieniają. Bardzo mi się podobał, choć podejrzewam, że wszystko wzięło się z prostej myśli Okularnika - Taki już jestem sławny i władny, że ona i ona będą się całowały w moim filmie. Całe życie na to robiłem, dążyłem do takiej władzy, muszą.

Wychodzę z kina, do trasy, zaplatam sobie na szyi słuchawki, które wreszcie przyniósł Cytat. Wczoraj specjalnie ładowałem baterię do odtwarzacza, może grać, bujam się w drodze przy luzackim Electric Avenue, nie od Eddy'ego Granta, tylko gdzieś z Polinezji podobno. Wokół świecą pomarańcze, drzewa bardziej składają się z liści, niż świat składa się z drzew, kałuże mają nieokreśloną głębokość, ale już nie pada. Przełącza mi się piosenka i już nie ma siły na moje szczerzenie się - Pomarańcze kupię Ci!

To znaczy, że szafa gra.

W autobusie kontynuowałem przetrawione przez Marqueza wspomnienia Miguela Littína, nawet zaznaczyłem jakieś zdania do wynotowania - ładne:
Na targowisku życia i śmierci most Recoleta nad Mapocho jest obojętnym kochankiem: służy albo jarmarkom, albo pochówkom. W dzień kondukty pogrzebowe muszą torować sobie drogę wśród tłumu. Nocą, kiedy nie ma godziny policyjnej, jest to obowiązkowy szlak do klubów tanga, melancholijnych przytulisk na ponurych przedmieściach, gdzie mistrzami tańca są grabarze.
I dalej o przechodniach, o Paryżu i wreszcie:
(...) coś, co kiedyś usłyszałem w Madrycie: "Miłość rozkwita w czasach zarazy".
Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie.

czwartek, 2 września 2010

Jakieś piosenki też, ale już nie Gloria Estefan

Jak to składać teraz, trzy nudne dni, że chciałoby się wszystko na raz. W poniedziałek na pewno jeszcze aż tak nie padało, bardzo ładnie zorganizowany dzień, zakupy, bułki na kanapki do pracy przez cały tydzień, gotowanie i na rower. Zapomniałem kupić salami, przez co moje rachunki żywieniowe zamknąłem w sierpniu o grosz poniżej napoczęcia kolejnej setki. Na rower, świat już oddycha, lekko mży, czyli wreszcie odpoczywa od natrętnych ludzi, którzy przez ostatnie dwa miesiące tłoczyli się na nadwiślańskich ścieżkach, których teraz nie muszę mijać swoim słabo skrętnym rowerem. On jest może słabo skrętny, ale sny podpowiadają, że da się z nim wyskoczyć z balkonu, więc jest bardziej niż spoko.

We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?

Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.

Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.

Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.

Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.

Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.

Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.

To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.

Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.

Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!

Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Tylko po co tak daleko jechać

Tak często nocuję ostatnio w domu, że zapominam z szuflady w pracy zabrać kluczy. Fajnie, że się zorientowałem przed autobusem jeszcze. W ogóle jestem roztrzepany, niby podlewam kwiatki, ale np. tylko z jednej strony pokoju, choć z drugiej szafa cała zastawiona. Podlewanie kwiatków zawsze jest dla mnie bardzo stresujące, jest ich w domu kilkadziesiąt i zawsze któremuś muszę przedobrzyć, się ulewa z niego wtedy. A jak mi głupio było, kiedy znajomemu kiedyś podlewałem i też tak. Lepiej właściwie żeby się przelewało, niż żebym zapominał, choć i tak spodziewam się jakiegoś mordu w oczach siostry, kiedy te swoje kwiatki zobaczy, na moje oko słabo z nimi.

Wróciłem i znalazłem bardzo stare rzeczy do posłuchania, z czasów, kiedy siedziałem w japońskich kreskówkach i właściwie całkiem nieźle się na tym znałem. To już dziesięć lat, może sam siebie nie doceniałem, tej ciekawości świata, której teraz jeszcze mniej. A wtedy było tak, że internet na impulsy, a w gazetach płyty z programami i stronami. Więc zupełnie przypadkiem nauczyłem się wtedy robić strony internetowe, bo uruchomiłem program Pajączek, po którym spodziewałem się bycia inkarnacją Xonixa. Nauczyłem się tyle, że w szkołach zaliczałem informatykę, ale nie nauczyłem się nic z tego programowania, przecież serwery z php to były już wtedy, mógłbym być w zupełnie innym miejscu w życiu niż jestem. No nic to, sporo frajdy z tego miałem, pisało się o bajkach wszystko, co przyszło do głowy, na pęczki takich stron było, księgi gości i liczniki odwiedzin, fuzje i mejl od gościa, który wydawał się bogiem światka, no miał stronę najlepszą, że będzie duży projekt i może bym chciał pisać. Nic to, że projektu nie było, skończyłem na szczycie, ruszyłem się na jakieś konwenty, poznałem Pogromcę Dinozaurów, skakałem na DDR, trzeba to wyciągnąć z szafy kiedyś też.

A ponieważ żaden ze mnie panczur, Patyczak mnie na dłuższą metę męczy, to odnalazłem soundtrack ze Stand Alone Complex (którego nigdy nie widziałem, tylko podstawowego GITSa) i wróciłem do Fish Silent Cruise, które w ogóle nie jest piosenkowe, tylko jak na soundtrack przystało filmowe i wciąż podoba mi się tak samo, jeśli odpowiednio podkręcić głośność. Na emonastoletnie okazje, a nie mogłem odpalić V34, bo brat ostatnio nadużywał tego środka. Chociaż on akurat coś czytał o Leary'u i tędy do tripa trafił.

I jestem zupełnie szczęśliwym, wolnym człowiekiem, bo w domu niby jest internet, ale jednak nie działa monitor i przecież w ogóle, poza kwiatkami, nie ma powodu, żeby tam siedzieć. Jeszcze przy FSC działał, pyk i nie działa, może techniczny brat go po powrocie reanimuje, za to ja może wrócę do pamiętnika dzięki temu. O wiele bardziej wypadałoby wrócić do pamiętnika niż do Morrowinda. Smoczego kolej teraz.

Wracałem od niego w niedzielę, w tej porze pomiędzy popołudniem a wieczorem. Przeczekałem jedne opady, drugie, takie lekkie to było i orzeźwiające, jeszcze trochę kropiło, ale również przejaśniało się, więc droga iście bajkowa. Tu nad trawami mgły, tam kałuże, w ogóle wiele kropelek w powietrzu, więc świat rozświetlony. Krowa przechodzi przez jezdnię, mierzy mnie czujnym spojrzeniem, nie gonią mnie żadne psy. Na drodze przez las pełno gałęzi, jakieś ułamane drzewo nad drogą, to może zabić, jakby spadło na mnie. Ostatni zryw słodkiego deszczu i spokój, dobra, zmokłem, ale wyschnę do powrotu przecież w tym cieple.

Tja. Przy wyjściu wspomniałem Smoczemu, że pewnie wezmę w tej trasie prysznic wielokrotny. Więc zryw deszczu był ostatni z tej chmury, ale przecież nie z podróży.

Po zjeździe w stronę Józefowa (to już drugi Józefów na trasie) zaczęło wiać i przygnało na niebo wiele ciemności i czarności. Przejechałem przez rondo, odbiłem na południe, licząc, że inaczej będzie wiało, ale jednak wiało w każdą stronę. Zaczęły się krople, duże i zimne, przynajmniej na tle poprzednich. Ja kręcę, bo przecież tutaj nie ma się gdzie schować, nawet przystanki nie mają wiat. Ledwie widzę, to już ulewa, miesza się z potem i szczypie w oczy. Jadę z jednym okiem otwartym, przeciskam się przez gęstą zawieruchę. Tak myślę, że poprzednio tak mnie na rowerze zlało też w sierpniu, cztery lata temu, tylko z drugiej strony kanału wtedy, od Gocławia jechałem. Już miałem sobie gratulować teorii o powtarzalności świata, kiedy krople zaczęły bardziej jakby boleć. Jakby gradem sypało. Jak to gradem, cztery lata temu nie sypało gradem, to teraz może? Może, bardzo może, tak bardzo, że niemal poziomo te pociski leciały. To całkiem dobrze, bo kiedy skryłem się za jakąś skrzynką przy drodze, przejmowałem się tylko deszczem. A i to nawet nie za bardzo, sytuacja do suchej nitki, wyczekanie, aż niebu skończy się grad i dalej przez las, potokami ścieżek, półmetrowej głębokości jeziorka, istny surwiwal. Mógłbym się wykrzyczeć, gdybym tylko chciał, obmycie, niebo spadło nam na głowy, mnie przynajmniej, katharsis.

Wróciłem taki zadowolony, jak może powinienem był wrócić w ubiegły poniedziałek, odkryłem strajk monitora, nawet nie mam jak obejrzeć tego filmu od Głaza, Przekręt, to może czas na zakupy znajdę.