W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.
Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.
Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.
Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.
Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?
Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.
- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.
To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.
- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!
Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.
Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.
Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portret. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 lutego 2011
piątek, 15 października 2010
Sprawcza siła słowa
Wyszedłem z pracy około dwudziestej, pewnie miałem jakieś powody, żeby tyle siedzieć. Robienie drugiego plakatu nie jest nawet w połowie tak fajne, jak robienie pierwszego, jeśli jedzie się na tym samym schemacie. Internet też mnie w pewnej chwili zniechęcił, zawierał pokusę, której długo bym się nie oparł - no to wyszedłem. Na Rozdroże, a tam w cokolwiek, z nagłym planem, żeby odwiedzić ulubiony Rynek Nowego Miasta.
W ubiegłym tygodniu odwiedził mnie Mroczny Ka, kształcący się na architekta. Dzwonił wcześniej, że ma do przeprowadzenia ankietę, że takie w tym semestrze ma dziwne zajęcia, które jednak jak najbardziej rozumie - żeby być dobrym architektem, trzeba umieć spojrzeć na świat oczami zwykłego człowieka. Padło na mnie, genialnie, bo zwykły człowiek to rola, w której odnajduję się najlepiej. Kazał powiedzieć, jakie jest moje ulubione miejsce publiczne w Warszawie. Oczywiście nie miałem problemu z udzieleniem odpowiedzi. Nie jest tak, że w każdej dziedzinie mam coś ulubionego, ale tutaj trafił bezbłędnie. Kazał sobie opowiedzieć, pomyśleć, o co chodzi i nawet to nie było za trudne - kamienice i drzewa, ławki od południa, czasem ławki pod drzewem od Freta, ale chyba nie zawsze, to podwyższenie właśnie, nawet na schodach można usiąść. Zakamarki w północnej pierzei, swojski spokój od wschodu i przelotowy zachód. Na ogół spokój, a czasem jakieś fajne wydarzenie, na które można się natknąć bez czytania w internecie - kiedyś wpadłem na występy objazdowych teatrów. Do tego prowokowanie spotkań z obcymi ludźmi. On sobie tam notował, podpytywał czasem, rzucał sprytne hasła, mała architektura, ruchoma architektura, zieleń, tak, zieleń jak najbardziej, też mi się podoba.
Ja prowokuję ostatnio wszystkich cwaniaków na Rozdrożu - nie wiem, jak to się dzieje, chyba jakiś sezon na leszcza, bo w miesiącach wakacyjnych nie było ani jednego. A teraz codziennie, jak nie wyszedł z Kolskiej, to na wino zbierają, jak zbierają na wino, to zawsze najpierw mówią spoko, spoko, nie chcę cię okraść, zrozumiesz potrzebę. Odmowę takim też już dawno przed sobą rozgrzeszyłem, kiedy dorzuciłem na wino typom przy Barbakanie, jeden grał na gitarze jakąś wersję Rock'n'roll'owców Róż Europy (a może to oni mają na płycie wykręconą wersję tej piosenki).
Wysiadłem na Placu Krasińskich, ulica Długa to dla mnie jedna z najładniejszych ulic jest i podoba mi się, że ma na samym początku ten najmniejszy dom w Warszawie - kiosk Długa 1. Gdzieś tam w słuchawkach wskoczyło Radiohead, mam w odtwarzaczu O.K. Computer i taki miałem humor, że przestawiłem na odgrywanie płyty po kolei, zamiast losowo ze wszystkiego. Bo tak to jedyne, co z niej pamiętam to more productive. Przy Freta jest spożywczak, obawiałem się, że może być już zamknięty, ale na szczęście w tygodniu do dwudziestej pierwszej. Czasem mają w nim paluszki Żerań z makiem (no co, to jedna z rzeczy, wśród których mam ulubione, wyróżnienie!), częściej nie mają - jak teraz. To wziąłem obwarzanki i kajzerki na kanapki. Miałem już w torbie spore pudło, więc usiadłem na tej ławce pod drzewem, żeby się wygodnie przepakować. I w tym momencie kątem oka dostrzegłem przygodę.
Przygoda ubrana była w bluzę Everlast, kaptur miała zaciągnięty, ale nie tak, że na twarz, tylko zaciągnięte te sznurki, żeby ciasno przylegał do widocznej twarzy. Odezwał się, więc zmieniłem kąt patrzenia, kątem oka to tak słabo wyraźnie, a obojgiem oczu już można dostrzec, że typ po pięćdziesiątce najmniej. Typ, nie kobieta, więc nie trzeba pisać, że w wieku nieokreślonym.
- Nie poczęstuje Pan papierosem?
- Nie, nie mam, nie palę - odpowiedziałem nieświadom jeszcze, że to jednak zaczyna się przygoda. A przecież idąc Długą przypomniałem sobie mówienie o prowokowaniu spotkań. A słowa mają siłę sprawczą, może nie stuprocentową, może czasem na opak, ale przecież w autobusie myślałem we wtorek o tych dziewczętach, które były w poniedziałek na imprezie, wspominałem imiona, lekko drzemiąc, z zamkniętymi oczyma i kiedy pomyślałem imię Ola, to otworzyłem oczy i zobaczyłem kawałek przed sobą Olę ze studiów na IFK. Taki byłem wczorajszy, że bardzo się ucieszyłem, że mnie nie poznała, zresztą już na pewno wspominałem, że kontakty i niespotkania z koleżankami z tamtego okresu zawsze okazują się niewypałami. Jak ta prośba o papierosa, odpowiedziałem i pewny byłem spokoju. Ale gdzie tam, bo typ coś mówi i się zaczyna śmiać.
- Słucham? - wyjmuję z uszu słuchawki.
- Bo ja rzucam palenie. Ale wie Pan, ciągnie. - Na te słowa się uśmiecham i przestaję o nim myśleć per typ, a zaczynam per Pan.
- Ha, no to świetnie, że Pan na mnie trafił. Właściwie życzę Panu, żeby na samych takich trafiał.
- Oj ciągnie, ciągnie. Tylko ten nałóg mi został, innych się pozbyłem. Spieszy się Pan?
Nie spieszyłem się i wreszcie zwęszyłem przygodę.
- Pan siada.
No i zaczął opowiadać często średnio składną historię, której na pewno nie jestem w stanie zapisać w formie dialogu, więc zapiszę po prostu, mniej więcej, mam nadzieję, że bez zbyt dużych przekłamań. Skoro tak chciał się nią z kimś podzieli, to pewnie się nie obrazi, że przekazuję dalej.
On już pozbył się nałogów, tylko ten jeden został. Chodzi na taką terapię, grupa jest, ma tam tak zwaną panią terapeutkę, dla której jest bardzo miły. Ale jest też bardzo bezpośredni i policja to nawet twierdzi, że agresywny, ale nie wiadomo jeszcze, czy to agresja jest tu głównym powodem terapii. Mnie tam na agresywnego nie wyglądał. Rozmawiają na tych terapiach o różnych sprawach, wiele tematów jest poruszanych, często trudne, takie społeczne. Czasem ciężko mu się wypowiedzieć, ale na ogół jednak idzie mu to sprawnie. A raz to nawet przyniósł kwiatka dla pani terapeutki, aż chciała go nim zdzielić, ale tak przyjaźnie, z uśmiechem. On jest taki, że mówi co myśli, więc raz nawet wbił tam szpilę szefowej. Szefowa była napompowana, jakie to ładne, sam jeszcze nie wpadłem na to, że szpile się wbija w balony, a nie tak po prostu. A kiedy zeszło z niej powietrze, to podobno sama się przyznała, że racja.
On mówi o nich dziewczyna, że taka dziewczyna a taka, więc ja pytam, czy to takie świeżo po studiach - nie. Ładna różnica w postrzeganiu świata, bo dla mnie kobiety w wieku nieokreślonym to są właśnie kobiety w wieku nieokreślonym, a nie dziewczyny, w którym to słowie zawarta jest dla mnie młodość i jędrność.
No i bywał on w szpitalu, raz obudził się słaby - okazało się, że po dwóch dniach śpiączki. Na karcie miał wpisane Pan NN. Długo nie mogli dojść, dlaczego, bo on tyle pamięta, że słabo się poczuł i chciał wrócić do domu, a później znaleźli go z kluczami leżącego na klatce schodowej. Mówi, że na pewno pomyśleli pijak, ale on był trzeźwy i raczej po alkoholu się dwa dni nie śpi. Jakieś godziny, albo wieczność, ale dwa dni to nie. I powiedzieli mu przy tych badaniach, że ma czaszkę jakby wrócił z wojny, tak poobijaną. I doszli do jakichś ucisków nerwowych, w związku z czym wysłano go do psychiatryka - Tworki? Śmiał się, że tym sposobem zaliczył tam obie rzeczy, bo kiedyś tam pracował jako pielęgniarz i podobno miał oddział tych największych zwyrodnialców, oddział z rzeczami, o których się nie mówi i on nie powie. Więc kiedy wrócił w charakterze pacjenta, to go pytali, jak to kiedyś bywało - ściany obite poduszkami? Filmów się naoglądali.
On to wszystko opowiada z uśmiechem, czasem sam się zaśmiewa, ale kiedy ktoś przechodzi w okolicy, to mierzy wzrokiem, chyba szuka tych papierosów.
Wspomina, że widział leczenie prądem, nie to, że ot tak mógł, ale dostał raz pozwolenie, z ciekawości chciał. Później już nie chciał, bo to nie wyglądało humanitarnie. Dziś już wiadomo, że prądem próbowano pobudzać ludzi, którzy po źle prowadzonych terapiach lekowych zamieniali się w warzywa, ale cóż, tak wtedy właśnie leczono. On to rozumie, że poszło lecznictwo do przodu od czasów komuny i nie było tam złej woli.
W tym oddziale też były niezłe dziewczyny, chociażby ta, która nakrzyczała na dyrektora. Wprawdzie nie wiedziała, że to jest dyrektor, ale trzeba tupet mieć. Prowadziła raz pacjentów korytarzem i taki nobliwy pan z laseczką wyraził zapomnianą już wątpliwość, którą odebrała jako atak na jej podopiecznych. To powiedziała swoje i ów dżentelmen się napuszył, odszedł, a jej powiedziano, że to przecież szef wszystkich szefów. Więc kiedy kilka dni później szła na rozmowę do gabinetu, to cała była roztrzęsiona i właściwie pewna zwolnienia. A tutaj proszę, szef przeprasza za swoje zachowanie i wyraża dumę, że ona nawet takiego zepsutego społecznie człowieka, to znaczy psychicznie chorego, traktuje jak człowieka właśnie i nie pozwala obrazić. To już podobno prawie koniec kariery tego dyrektora, ale wcześniej zdarza się jeszcze inna historia - kiedy wpuszcza na teren zakładu harcerzy. Zakład ma na swoim terenie kawał lasu i tam obozują dzieciaki, aż raz trafiają na półnagą pacjentkę i miny mają nietęgie. Raczej średnio przemyślana przez dyrektora sprawa.
Ale teraz to on ma tę terapię, choć pić już dawno przestał i dostał bardzo spóźnione skierowanie. Przynajmniej może świecić przykładem. Policja wciąż się go czepia, chociażby o to, że pies nie ma kagańca. Było raz tak, że pies spokojny, ale podnosi się, kiedy podeszli i warczy - Trzymaj Pan tego psa!
- To gdzie Pan podchodzisz?
- Bo kagańca nie ma, a tak nie wolno!
- Bo tu okolica niebezpieczna, Pan się czujesz bezpiecznie? To po co Panu pistolet?
I podobno poszli sobie.
Poszedłem i ja, bo trząsłem się jak tamta pani przed rozmową z dyrektorem, tylko że ja to z zimna. Podziękowałem za historię. On też wstał i wyciągnął rękę, właściwie miałem taką nadzieję, bo mnie, młodzieniaszkowi, nie wypada pierwszemu. To była taka duża, ciepła dłoń. Pewny uścisk.
- Do widzenia Panie NN.
Uśmiechnął się szerzej.
W ubiegłym tygodniu odwiedził mnie Mroczny Ka, kształcący się na architekta. Dzwonił wcześniej, że ma do przeprowadzenia ankietę, że takie w tym semestrze ma dziwne zajęcia, które jednak jak najbardziej rozumie - żeby być dobrym architektem, trzeba umieć spojrzeć na świat oczami zwykłego człowieka. Padło na mnie, genialnie, bo zwykły człowiek to rola, w której odnajduję się najlepiej. Kazał powiedzieć, jakie jest moje ulubione miejsce publiczne w Warszawie. Oczywiście nie miałem problemu z udzieleniem odpowiedzi. Nie jest tak, że w każdej dziedzinie mam coś ulubionego, ale tutaj trafił bezbłędnie. Kazał sobie opowiedzieć, pomyśleć, o co chodzi i nawet to nie było za trudne - kamienice i drzewa, ławki od południa, czasem ławki pod drzewem od Freta, ale chyba nie zawsze, to podwyższenie właśnie, nawet na schodach można usiąść. Zakamarki w północnej pierzei, swojski spokój od wschodu i przelotowy zachód. Na ogół spokój, a czasem jakieś fajne wydarzenie, na które można się natknąć bez czytania w internecie - kiedyś wpadłem na występy objazdowych teatrów. Do tego prowokowanie spotkań z obcymi ludźmi. On sobie tam notował, podpytywał czasem, rzucał sprytne hasła, mała architektura, ruchoma architektura, zieleń, tak, zieleń jak najbardziej, też mi się podoba.
Ja prowokuję ostatnio wszystkich cwaniaków na Rozdrożu - nie wiem, jak to się dzieje, chyba jakiś sezon na leszcza, bo w miesiącach wakacyjnych nie było ani jednego. A teraz codziennie, jak nie wyszedł z Kolskiej, to na wino zbierają, jak zbierają na wino, to zawsze najpierw mówią spoko, spoko, nie chcę cię okraść, zrozumiesz potrzebę. Odmowę takim też już dawno przed sobą rozgrzeszyłem, kiedy dorzuciłem na wino typom przy Barbakanie, jeden grał na gitarze jakąś wersję Rock'n'roll'owców Róż Europy (a może to oni mają na płycie wykręconą wersję tej piosenki).
Wysiadłem na Placu Krasińskich, ulica Długa to dla mnie jedna z najładniejszych ulic jest i podoba mi się, że ma na samym początku ten najmniejszy dom w Warszawie - kiosk Długa 1. Gdzieś tam w słuchawkach wskoczyło Radiohead, mam w odtwarzaczu O.K. Computer i taki miałem humor, że przestawiłem na odgrywanie płyty po kolei, zamiast losowo ze wszystkiego. Bo tak to jedyne, co z niej pamiętam to more productive. Przy Freta jest spożywczak, obawiałem się, że może być już zamknięty, ale na szczęście w tygodniu do dwudziestej pierwszej. Czasem mają w nim paluszki Żerań z makiem (no co, to jedna z rzeczy, wśród których mam ulubione, wyróżnienie!), częściej nie mają - jak teraz. To wziąłem obwarzanki i kajzerki na kanapki. Miałem już w torbie spore pudło, więc usiadłem na tej ławce pod drzewem, żeby się wygodnie przepakować. I w tym momencie kątem oka dostrzegłem przygodę.
Przygoda ubrana była w bluzę Everlast, kaptur miała zaciągnięty, ale nie tak, że na twarz, tylko zaciągnięte te sznurki, żeby ciasno przylegał do widocznej twarzy. Odezwał się, więc zmieniłem kąt patrzenia, kątem oka to tak słabo wyraźnie, a obojgiem oczu już można dostrzec, że typ po pięćdziesiątce najmniej. Typ, nie kobieta, więc nie trzeba pisać, że w wieku nieokreślonym.
- Nie poczęstuje Pan papierosem?
- Nie, nie mam, nie palę - odpowiedziałem nieświadom jeszcze, że to jednak zaczyna się przygoda. A przecież idąc Długą przypomniałem sobie mówienie o prowokowaniu spotkań. A słowa mają siłę sprawczą, może nie stuprocentową, może czasem na opak, ale przecież w autobusie myślałem we wtorek o tych dziewczętach, które były w poniedziałek na imprezie, wspominałem imiona, lekko drzemiąc, z zamkniętymi oczyma i kiedy pomyślałem imię Ola, to otworzyłem oczy i zobaczyłem kawałek przed sobą Olę ze studiów na IFK. Taki byłem wczorajszy, że bardzo się ucieszyłem, że mnie nie poznała, zresztą już na pewno wspominałem, że kontakty i niespotkania z koleżankami z tamtego okresu zawsze okazują się niewypałami. Jak ta prośba o papierosa, odpowiedziałem i pewny byłem spokoju. Ale gdzie tam, bo typ coś mówi i się zaczyna śmiać.
- Słucham? - wyjmuję z uszu słuchawki.
- Bo ja rzucam palenie. Ale wie Pan, ciągnie. - Na te słowa się uśmiecham i przestaję o nim myśleć per typ, a zaczynam per Pan.
- Ha, no to świetnie, że Pan na mnie trafił. Właściwie życzę Panu, żeby na samych takich trafiał.
- Oj ciągnie, ciągnie. Tylko ten nałóg mi został, innych się pozbyłem. Spieszy się Pan?
Nie spieszyłem się i wreszcie zwęszyłem przygodę.
- Pan siada.
No i zaczął opowiadać często średnio składną historię, której na pewno nie jestem w stanie zapisać w formie dialogu, więc zapiszę po prostu, mniej więcej, mam nadzieję, że bez zbyt dużych przekłamań. Skoro tak chciał się nią z kimś podzieli, to pewnie się nie obrazi, że przekazuję dalej.
On już pozbył się nałogów, tylko ten jeden został. Chodzi na taką terapię, grupa jest, ma tam tak zwaną panią terapeutkę, dla której jest bardzo miły. Ale jest też bardzo bezpośredni i policja to nawet twierdzi, że agresywny, ale nie wiadomo jeszcze, czy to agresja jest tu głównym powodem terapii. Mnie tam na agresywnego nie wyglądał. Rozmawiają na tych terapiach o różnych sprawach, wiele tematów jest poruszanych, często trudne, takie społeczne. Czasem ciężko mu się wypowiedzieć, ale na ogół jednak idzie mu to sprawnie. A raz to nawet przyniósł kwiatka dla pani terapeutki, aż chciała go nim zdzielić, ale tak przyjaźnie, z uśmiechem. On jest taki, że mówi co myśli, więc raz nawet wbił tam szpilę szefowej. Szefowa była napompowana, jakie to ładne, sam jeszcze nie wpadłem na to, że szpile się wbija w balony, a nie tak po prostu. A kiedy zeszło z niej powietrze, to podobno sama się przyznała, że racja.
On mówi o nich dziewczyna, że taka dziewczyna a taka, więc ja pytam, czy to takie świeżo po studiach - nie. Ładna różnica w postrzeganiu świata, bo dla mnie kobiety w wieku nieokreślonym to są właśnie kobiety w wieku nieokreślonym, a nie dziewczyny, w którym to słowie zawarta jest dla mnie młodość i jędrność.
No i bywał on w szpitalu, raz obudził się słaby - okazało się, że po dwóch dniach śpiączki. Na karcie miał wpisane Pan NN. Długo nie mogli dojść, dlaczego, bo on tyle pamięta, że słabo się poczuł i chciał wrócić do domu, a później znaleźli go z kluczami leżącego na klatce schodowej. Mówi, że na pewno pomyśleli pijak, ale on był trzeźwy i raczej po alkoholu się dwa dni nie śpi. Jakieś godziny, albo wieczność, ale dwa dni to nie. I powiedzieli mu przy tych badaniach, że ma czaszkę jakby wrócił z wojny, tak poobijaną. I doszli do jakichś ucisków nerwowych, w związku z czym wysłano go do psychiatryka - Tworki? Śmiał się, że tym sposobem zaliczył tam obie rzeczy, bo kiedyś tam pracował jako pielęgniarz i podobno miał oddział tych największych zwyrodnialców, oddział z rzeczami, o których się nie mówi i on nie powie. Więc kiedy wrócił w charakterze pacjenta, to go pytali, jak to kiedyś bywało - ściany obite poduszkami? Filmów się naoglądali.
On to wszystko opowiada z uśmiechem, czasem sam się zaśmiewa, ale kiedy ktoś przechodzi w okolicy, to mierzy wzrokiem, chyba szuka tych papierosów.
Wspomina, że widział leczenie prądem, nie to, że ot tak mógł, ale dostał raz pozwolenie, z ciekawości chciał. Później już nie chciał, bo to nie wyglądało humanitarnie. Dziś już wiadomo, że prądem próbowano pobudzać ludzi, którzy po źle prowadzonych terapiach lekowych zamieniali się w warzywa, ale cóż, tak wtedy właśnie leczono. On to rozumie, że poszło lecznictwo do przodu od czasów komuny i nie było tam złej woli.
W tym oddziale też były niezłe dziewczyny, chociażby ta, która nakrzyczała na dyrektora. Wprawdzie nie wiedziała, że to jest dyrektor, ale trzeba tupet mieć. Prowadziła raz pacjentów korytarzem i taki nobliwy pan z laseczką wyraził zapomnianą już wątpliwość, którą odebrała jako atak na jej podopiecznych. To powiedziała swoje i ów dżentelmen się napuszył, odszedł, a jej powiedziano, że to przecież szef wszystkich szefów. Więc kiedy kilka dni później szła na rozmowę do gabinetu, to cała była roztrzęsiona i właściwie pewna zwolnienia. A tutaj proszę, szef przeprasza za swoje zachowanie i wyraża dumę, że ona nawet takiego zepsutego społecznie człowieka, to znaczy psychicznie chorego, traktuje jak człowieka właśnie i nie pozwala obrazić. To już podobno prawie koniec kariery tego dyrektora, ale wcześniej zdarza się jeszcze inna historia - kiedy wpuszcza na teren zakładu harcerzy. Zakład ma na swoim terenie kawał lasu i tam obozują dzieciaki, aż raz trafiają na półnagą pacjentkę i miny mają nietęgie. Raczej średnio przemyślana przez dyrektora sprawa.
Ale teraz to on ma tę terapię, choć pić już dawno przestał i dostał bardzo spóźnione skierowanie. Przynajmniej może świecić przykładem. Policja wciąż się go czepia, chociażby o to, że pies nie ma kagańca. Było raz tak, że pies spokojny, ale podnosi się, kiedy podeszli i warczy - Trzymaj Pan tego psa!
- To gdzie Pan podchodzisz?
- Bo kagańca nie ma, a tak nie wolno!
- Bo tu okolica niebezpieczna, Pan się czujesz bezpiecznie? To po co Panu pistolet?
I podobno poszli sobie.
Poszedłem i ja, bo trząsłem się jak tamta pani przed rozmową z dyrektorem, tylko że ja to z zimna. Podziękowałem za historię. On też wstał i wyciągnął rękę, właściwie miałem taką nadzieję, bo mnie, młodzieniaszkowi, nie wypada pierwszemu. To była taka duża, ciepła dłoń. Pewny uścisk.
- Do widzenia Panie NN.
Uśmiechnął się szerzej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)