niedziela, 31 października 2010

Gdy japko śpi snem kamiennym, wymyśla sobie historie

A ja znowu nieprzygotowany. Dzwonek do drzwi, patrzę na siostrę w przedpokoju, jak się szykuje do wyjścia, ale jeszcze nie jest wyszykowana, więc idę wyjrzeć przez wizjer, o co chodzi. Czy to może brat na nią czeka, wyszedł chwilę wcześniej. A tam trzy dziewczynki! Uciekłem, powiedziałem siostrze tylko, że jeśli coś ma, to może częstować, ale jeśli nie ma, to niech się chwilę wstrzyma z wyjściem. Rok temu w ogóle nie skojarzyłem o co chodzi i tylko się przed dziećmi wstydu najadłem, bo słodycze kupuję tylko na zapowiedziany poczęstunek, ostatnio kiedy Katastrofa ze Smorką byli u mnie. Teraz już tylko przed sobą. Hell no win.

Tak ze dwa lata temu zupełnie przypadkiem spędzaliśmy ten wieczór na mieście - Czarna Mewa, Smoczy i chyba Katastrofa. Pewnie żłopaliśmy litrowy browar za dychę w Wieżycy, na pewno kończyło się w okolicach McDonalda w centrum, który ma jakieś całodobowe okienko i tam do nas dotarła data, bo ludzie chodzili z czerwonymi rogami. Kiedy już prawie mogliśmy zamówić, czepiły się nas takie diaboliczne dziewczynki - z sugestią, że dżentelmen to by ustąpił miejsca w kolejce. To pierwszy epicki kontrast wieczoru, kiedy mówiono o dżentelmeństwie w ogonku do McDonalda, podobało mi się, więc włączyłem się do dyskusji, a nawet nieskromnie przyznam, że udało mi się ją uciąć:
- A czy Panie, jeśli można wiedzieć, są Damami?
- Nooo, nie.
- To wypierdalać.
Niestety, wesołość zapanowała tylko wśród moich towarzyszy, one niewyraźnie pokrzyczały, same siebie przekrzykiwały i gasły stopniowo, odchodząc jednak od nas.

Za kilkanaście minut Smoczy rozmawiał w autobusie z dziewczyną trzy razy większą od niego, która wcinała trzy razy większego hamburgera od niej i okazała się być studentką dietetyki. To ta druga epickość.

W tym roku spokojny dzień, już od wczorajszego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zacząłem skakać na youtube po linkach, bo Kobiety chwaliły się na profilu, że ktoś na jednym z trzech wymienionych ostatnio portali muzycznych je docenił, a ja przeczytałem jak docenia i okazało się, że właściwie napisał to samo co i ja. A dalej trafiłem na Yugoton, nie słyszałem tego dawno, może teraz bym sam poznał Nawrockiego W sercu miasta, zresztą całej płyty nie kojarzyłem jak wyszła, ale potwornie podobało mi się Gdy miasto śpi snem kamiennym Nosowskiej. I tak to się wszystko łączy, że pode mną, nade mną śpią, doskonale tracę czas i trafiam na Evę Braun, którą przecież ma w wyliczance Zmywak. Teraz też już widziałem. Może poszukam więcej, a może nawet założę na fejsie stronę Wciąż śpiewam piosenki zagranicznych zespołów po swojemu.

Na razie tylko po swojemu śnię dziwności:
Jestem w takim wielkim mieście, które bardzo przypomina Vivec z Morrowind, czyli to są wielkie klocki na wodzie połączone mostami. Odwiedzam w nim kilka miejsc, przemieszczam się pomiędzy kantonami, aż staję na jednym z górnych mostów z kilkoma innymi osobami, a na dole jakiś tłum. Teraz to już zupełnie jest gra, musimy w ten tłum rzucać, żeby nie przeszedł dalej i nasze pociski lecą torem parabolicznym, bo rzucamy jakby zza płota. Tylko ja nie mam odpowiednich pocisków.

Wyrzucam jeden, drugi, trzeci i zostaje mi tylko taki krzyż, ale nie chrystusowy, tylko mniej prosty, z otworem w środku, w typie amuletu. Rzucam nim, ostrzegając towarzyszy, że to raczej ma inne zastosowanie i nie wiadomo, co się będzie działo. Tam w tłumie jest jedna ruda kobieta, której teraz wystaje całkiem dorodna pierś, a cały tłum okazuje się tłumem kobiet. I ta jedna, zamiast ginąć, przedziera się na drugą stronę, moi towarzysze uciekają, a ja pokładam się na moście i myślę, że żeby się nie zorientowała, kto rzucił krzyżem, to będę udawał martwego.

Gdzie tam, podbiega do mnie coraz bardziej naga i coraz bardziej zadowolona, że się do mnie dobrała. Podnoszę ją i tuląc zaczynam biec znów przez całe miasto, odwiedzam kolejne już widziane miejsca, żeby znaleźć jakieś łóżko, ale albo drzwi są pozamykane, albo zbyt te łóżka na widoku. Przypomina mi się, że moje własne łóżko jest w drugim z kolei w domu pomieszczeniu, więc pewnie najbezpieczniejsze, ale czy i jak z niego skorzystaliśmy to już nie wiem, bo się obudziłem, kiedy starałem się tam dobiec.

środa, 27 października 2010

Życie to surfing

Kobiety występują w trasie Strzały z Biodra, wyświetlają mi się na fejsbuku, raczej rzadko się wyświetlali do tego tygodnia, a teraz dzień w dzień coś. Nie wiem czy to w ramach promocji trasy, czy w ramach ogólnej promocji ktoś dostał ich profil pod swoją opiekę. Tak mają na przykład Pustki, które mam na tym fejsie dwa razy - raz jako stronę, raz jako znajomego. Sami mnie zaprosili, więc wysłałem wiadomość z pytaniem, po co takie rozdrobnienie, a oni że to taki newsletter, czego nie da się zrobić ze strony. No okej, jeśli tak chcą, choć jeszcze nic z tego newslettera nie dostałem.

Załatwiłem bilety, najlepsze zagospodarowanie przerwy w pracy od długiego czasu, tramwajem z Placu Politechniki do OCH-Teatru (to jest och-teatr, OCH-TEATR, czy gdzieś pomiędzy?). Kupuję te bilety i widzę ulotki - Kantata na cztery skrzydła, widzieliśmy to przedstawienie w Natolińskim Ośrodku Kultury ze trzy lata temu i przy okazji Mistrza i Małgorzaty Katastrofa wspominał, że chętnie by znowu zobaczył. Więc podesłałem, zaproponowałem kilku nowym osobom i teraz czekam na odzew. Choć sam kiepsko rozplanowałem listopadowy budżet i teraz migam się od chodzenia na filmy w ramach Festiwalu Pięć Smaków. A Kantata to jest przedstawienie typu żeby pękło w nas to co przynosi strach, zawsze na czasie.

Ekipa z Trójmiasta śpiewa nową piosenkę We are the mutants, na którą aż się wyszczerzyłem, bo to jest sensowna piosenka o internecie. Nie wiem, kto to napisał, pewnie jakoś się dzielą doświadczeniem i pomagają sobie, bo Nawrocki to chyba za stary typ na dziewczyny o twarzy z mangi. Zastanawialiśmy się z bratem, gdzie i jak jest teraz w piosenkach internet, kto i jak go wkomponowuje, ale padły tylko dwa dodatkowe hasła - Myslovitz i Róże Europy. Jak ja uwielbiam Róże, to tutaj nie należy im się pogrubienie. Klattowi się nie udało - Bobry w sieci sugerują wielką internetową sielskość i wspólne surfowanie, co to w ogóle znaczy z tobą surfować wszędzie? Nie ma czegoś takiego jak wspólne surfowanie, zdarza się, że impreza przeradza się w jakieś youtube party, ale to już zupełnie inna sprawa. Choć równie kiepska jak ta piosenka. Sztuczność.

Inaczej jest z Myslovitz, to pewnie wynika z rozbieżnych zainteresowań frontmanów, bo Rojek organizuje swoje Offy, a Klatt (może też swoje?) Opola i Eurowizje. Rok wcześniej mieli na płycie Nocnym pociągiem aż do końca świata, tam od początku wiadomo, że w ogóle nie jest sielsko, realny świat nie ma żadnych szans, ale i tak właściwie wypadałoby nawiewać. Ja widzę w tym jakieś nawiązanie do dwa lata starszych skalarnych odjazdów - może nie każdego twarz wyskakuje w telewizji, ale pytanie kim naprawdę jestem sam, czy bardziej jestem taki sam, czy bardziej jestem taki, jak do kogoś, to sam sobie niedawno tu zadawałem, więc musi być - szkolne słowo - uniwersalne, a może nawet coraz intensywniej uniwersalne w czasach sieciowych portali społecznościowych. Tak, widzę tu pewien dysonans, najpierw piszę, że nie ma wspólnego surfowania, a teraz, że społecznościówki, ale chodzi mi o to, że one nas jakby rozmywają. Sam jestem skonfudowany, wrzucam czasem na fejsa jakieś linki, które za chwilę kasuję, bo przypominam sobie, że docelowy odbiorca też przegląda zupę Czerskiego i na pewno wcześniej już widział mordercze cycki. I po co niby komu taki lolkontent (to jakieś słowo z okolic Orlińskiego, nie wiem, czy dobrze rozumiem, ani czy nie jest zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych arystokratów, nadszyderstwo, itd. itp. ojej, jakie długie zdanie w nawiasie, stop) z mojej strony.

Kobiety mają już internet oswojony, w piosence nie ma dziwnych słów jak plik, to są po prostu oglądane na fejsbuku zdjęcia. Połączone satelitą pulsujące skronie dają takie ciepłe wrażenie, jakby trzymali się za ręce. Beznadziejnie ładna melodia z wibrafonem, chciałoby się dla odmiany uwierzyć, że jest w tej wielkiej cyfrowej maszynie jakiś duch. Oczywiście wiem, że to nie jest maszyna, to niewidzialna sieć i zerojedynkowy wirus, ale po pierwsze nie widziałem tego filmu o Zuckerbergu, a po drugie na pewno nie będzie lepszy niż Ghost in the Shell.

Najwcześniejszy piosenkowy wątek internetowy kojarzę z The Users - Nie idź do pracy, to szatan puszcza e-maile. Nie mam pojęcia, czy Świetlicki miał wcześniej taki wiersz, piosenkę, czy ten akurat kawałek był na potrzeby występu, za to jasno widać, jak to dawno - bo kto dzisiaj mówi na mejla e-mail? Ja w 1999 uczyłem się HTMLa i robiłem strony o mandze, o ambitnej nazwie Kumi's site, aż dostałem mejla z firmy Kumi, która mnie, trzynastoletniemu, groziła sądowym pozwem za bezprawne używanie nazwy. No i że w ogóle jest taka płyta też się dowiedziałem z mejla. Prawdopodobnie ciężko ją znaleźć, a tym bardziej kupić, dzisiaj nawet się przeraziłem, bo zapamiętałem pojęcie yass i domenę art, a na yass.art.pl wyskakuje pożegnanie - kaplica. Ale jednak wciąż jest do pobrania. Może zapomnieli skasować, tylko startówkę podmienili.

poniedziałek, 25 października 2010

Wiosna w sercu na ogół

Tydzień już minął od chwili, w której Młotek wysłał mi adres internetowego radia, twierdząc, że w sam raz na jesienne wieczory. Rzekłem mu, że ja to jednak mam w sercu wiosnę i szybko wróciłem do Broken Social Scene, bo stoner, okazuje się, również musi mieć wiele podgatunków i najprawdopodobniej akurat wymyślili puszczać jakiś z przedrostkiem country.

O jedynej kanadyjskiej ekipie, o której sam wiem skąd jest, pisał niedawno Jacek, a o innej, o której nie wiedziałem, też pisano w tej okolicy. Też brzmi bardzo ładnie, gdybym bardziej był ciekawy świata, to na pewno kilka razy wspominali ją w Questionable Content, ale ja nie wszystko tam sprawdzałem. Na Kanadzie to się nie znam, o Kanadzie wiem cokolwiek tylko dlatego, że w How I Met Your Mother czasem cisną za pochodzenie Robin, a do tego ktoś wspomniał niedawno, że był w tv taki serial o ich policjancie, w czerwonym kubraku i kowbojskim kapeluszu. On chyba w wejściówce szedł ruchliwą ulicą, albo może jechał na koniu i prawdopodobnie nie działo się to w Kanadzie.

Bardziej mogę się wypowiedzieć o poruszanych w obu tekstach kwestiach oczekiwań. To znaczy one uruchomiły jakieś myślenie i dzięki temu będę próbował sprawdzić, jak funkcjonują trackbacki do blogów (update: Blogger obecnie nie obsługuje funkcji Trackback.). Takie to są kwestie, jakby się komuś nie chciało przebijać przez źródła:
Jay-Z na „Blueprint III” zasugerował: „Niggas want my old shit? Buy my old album…” (Chcecie tego, co było kiedyś? Kupcie starszą płytę…). [...] Trzeba pogodzić się z rzeczywistością. Czas mija, przedmieścia się zmieniają.
(o Arcade Fire)

Czytając krajowe recenzje tej płyty (fachowców zaczytanych, jak sądzę, w pitchforku), odnoszę wrażenie, że młodzież niezupełnie dostała to, czego się spodziewała. W dodatku wina leży po stronie zespołu — jak mógł nie spełnić oczekiwań!
(o Broken Social Scene)
Ja jestem bardzo do tyłu w tym wszystkim, bo ani nie czytam recenzji na Pitchforku, ani nie czytam ich na Screenagers, ani na Porycs, specjalnie muszę szukać tych stron przez google, żeby nie przekręcić nazw. Nawet względem siebie samego jestem zapóźniony, bo myślenie uruchomiło dopiero zestawienie obu recenzji - hmm, ciekawe, czy to jakiś cykl o oczekiwaniach teraz będzie. Ciekawi mnie to, bo ja nie rozumiem pojęcia oczekiwania. Mogę chyba najogólniej oczekiwać, że mi się spodoba, albo mi się nie spodoba, pozostawi jakiś ślad, ale żeby konkretów? Żeby piosenki były w jednej stylistyce, albo żeby były na puzonach, jakbym miał tak określone oczekiwania w stosunku do muzyki, to pewnie sam bym ją robił.

Wspomnianych fachowców i młodzież odbieram jako ludzi, którzy bardziej uczestniczą w muzycznym światku, chociażby przez czytanie wspomnianych serwisów. Ja kiedyś na przykład uczestniczyłem w światku konsolowych gier. Grałem może w kilkanaście, ale każde Neo Plus połykałem w całości, po tych kilkunastu tytułach wiedziałem, z którymi autorami się zgadzam, a z którymi mniej i pewnie byłem w stanie wypowiedzieć się o większości ukazujących się rzeczy. Później zdeptano mi konsolę i uczestniczyłem coraz mniej, teraz już właściwie zostało mi czytanie o głośniejszych rzeczach. Coraz trudniej się to czyta, bo nikt już nie porównuje nowych gier do tych z przełomu wieków, tylko do tych z ubiegłego roku. Nic mi to nie mówi, podobnie jak często nic nie mówią mi przywoływane w recenzjach płyt zespoły i utwory. Nie mam jeszcze pewnej opinii na ten temat - czasem jest w recenzji tak dużo porównań, że dla kogoś ogarniętego stworzą w miarę spójny obraz, a nawet jeśli skojarzy tylko jedną rzecz, to będzie miał jakiekolwiek odniesienie. Gorzej jeśli nie skojarzy nic, przeczyta wyliczankę. Stąd w poznawaniu świata kultury najbardziej polegam nie na fachowych źródłach, tylko zaufanych ludziach, blogach, albo wrzucanych na fejsa linkach. Fachowość z wiekiem często zaczyna pożerać własny ogon. Czyli chodzi mi o to, że fajnie jest, jeśli w recenzji zachowuje się równowagę pomiędzy fachowością i przeżyciem.

Za to nie czytałem jeszcze ani jednej recenzji, której autor uwzględniłby XXI model zapoznawania się z muzyką. Jasne, niewiele ich czytam - może dlatego. Wyobrażam sobie, że przed internetem ludzie wymieniali się płytami, chodzili do sklepów, robili mix tape'y. To musiało być naprawdę super, bo wymieniali o wiele mniej rzeczy, niż wymienia się teraz, więcej mogli temu poświęcić uwagi. Na pierwszym roku studiów nie miałem nawet komputera, a rolę odtwarzacza muzyki pełniło pierwsze PlayStation. Wcale nie jestem przekonany, czy jarałbym się tak Różami Europy, gdybym wygodniej mógł wtedy przeskakiwać utwory. Teraz chyba nikt poza fachowcami nie wypowiada się na temat płyt. Główny nurt, w muzyce popularnej, w muzyce metalowej, w stonerze, indie, to jest przerzucanie gigabajtów dyskografii przez torrenty. Ja szalenie lubię BSS, ale nie umiem powiedzieć, który kawałek jest z jakiej płyty. Dorwałem się do trzech na raz i nie przeszło mi przez myśl, żeby słuchać po jednej. Oczywiście nie wiem, jak ktokolwiek miałby to w recenzjach uwzględniać, że my maluczcy kupujemy w roku kilka do kilkunastu płyt, a resztę bezczelnie jumamy. Ja w tym roku kupiłem na razie jedną i to nie dla siebie. Jakoś rozgrzeszam się koncertami, z których nie wszystkie są darmowe, w końcu trzeba czasem patrzeć w lustro.

W listopadzie mają grać w okolicy Kobiety. Nie spodziewam się wprawdzie takich bodźców, ale i tak będzie fajnie.

środa, 20 października 2010

Parada atrakcji

Słuchaj, od dwóch dni nie śpię, przewracam się do drugiej, trzeciej z boku na bok, jeśli dzisiaj nie będę miał zajęcia, to mnie szlag trafi - tak powiedziałem siostrze i mam do łóżka komputer, z którego jakoś tam zrezygnowałem w ostatnich miesiącach, kiedy ostał się jako ostatni komputer w domu. Wydawało mi się, że to bardzo wskazane poświęcenie, że to w ogóle nie powinien być problem, skoro kiedyś jeden komputer wystarczał na pięć, a nie trzy osoby w mieszkaniu. Oczywiście od razu trafiła się okazja do oszustwa i mam z pracy taki tablet, siedem cali, na których można marnować czas tak samo efektywnie, albo może jednak mniej, bo bardzo kiepsko się na nim pisze. Na pewno nie do bloga. Na ostatnim zebraniu Geniusz pytał, czy może nie myślałem o tych ultramałych formach blogowych, twitter czy pinger, co to z powodzeniem można z telefonu. Ja mu mówię, że nie w moim stylu. Nie da się tam odpowiednio napuszyć, a w każdym razie ja bym nie umiał.

Wynika z tego, że dwie ostatnie noce były niezłą okazją do dalszej praktyki zen. Praktyka to jest chyba coś, co się na stałe wciela w życie, ja bym chyba jednak wolał od czasu do czasu ćwiczyć, a nie być przymuszanym katarem i niespaniem. Czy to nie jest jakaś tortura, czy nie stosowali tego, że daje się człowiekowi usnąć tylko na chwilę, po czym znowu atakuje? Średnio siebie widzę w tamtych czasach walczących opozycji, skoro psychikę łamie mi zwykły katar. Pewnie za dużo bym chciał. Zaraza i szaleństwo - spędziłem weekend grzeczny jak nigdy, na pewno nie choruję po wyjściu na rower, bo to było w piątek, a ja się rozłożyłem w niedzielny wieczór. Znów chory na pracę chyba. I znów trudno pozbyć się tego poczucia niesprawiedliwości, że skoro zachowałem się ładnie, zgrabnie, zorganizowanie, z wytarciem wszystkiego kurzu w pokoju, z zakupami, z łażeniem po domu w mistrzowskich skarpetach dostanych od mamy, to zupełnie mi się nie należy choroba. Ledwie się z poprzedniej wykurowałem.

Oczywiście ta aktualna będzie o wiele gorsza, straszniejsza, mordercza niemal, bo tutaj jasno widać postawę roszczeniową, czyli że nie sprzątałem dlatego, żeby mieć w pokoju czysto, tylko żeby coś z tego mieć, jakąś od świata pieszczotę. Bardzo to niepoważne, wychodzić z założenia, że jak się będzie grzecznym, to zewsząd grzeczność na człowieka spłynie. Niechby nawet grzeszność jakaś, ale nie katar!

Ponieważ jestem osłabiony, ponieważ jestem niepoczytalny, to nawet się przyznam, że w kontekście dzisiejszego najważniejszego wydarzenia w tym smutnym kraju, owszem, zasmuciłem się, owszem, rzekłem, że ludzi mamy popierdolonych, ale już w pół godziny później przyjąłem tę cyniczną pozę:
- Słuchajcie, czy już ktoś sugerował, żeby mu postawić pomnik, czy możemy być pierwsi?
Na szczęście nie miałem jaj, żeby wrzucić to słowo na fejsa, bo wstydziłbym się ostro, kiedy jakakolwiek poczytalność wróci. Bardziej niż jakichkolwiek emohumorystycznych wtrętów. Ciężko mi się zdystansować do tego, co się na tym fejsie dzieje, raz chciałbym żeby to była zabawka, raz myślę, że to jednak zabija komunikację. Przecież i tak liczy się liczba wyświetleń stron, reklam - tak samo jak w internetowej wersji tekstów z Dużego Formatu. Trafiłem przez świeżą koleżankę (tj. jeszcze wyświetla się na mojej tablicy) na wywiad z Marią Peszek, podzielony na jakieś dwadzieścia stron, na każdej może pięćset słów. Przewijanie po pół strony, klik na następną, nie dziwota, że systematycznie wróżona gazetom śmierć wciąż nie następuje. To bardzo dobrze - ludzie mogą pisać listy, tak?

Sporo ostatnio rozmawiam, takie rozmowy, w których należy się deklarować, kim jestem, jaki jestem i tak dalej, przez co zamiast sobie być - mniej robię się pewny, czy bardziej jestem, czy bardziej w rozmowie pozuję. To oczywiście dobrze, żeby mnie w kontrolowanych warunkach rozchwiać czasem. Nie ma w tych rozmowach żadnych opcji politycznych, tylko zachowania społeczne. Młotek użył w stosunku do mnie słowa szyderca, a ja przecież w ogóle tak o sobie nie myślałem, bo szyderstwo jednak kojarzy mi się z pewnym obyciem w świecie, daleko mi do tego. To nie jest tak, że użył tego w jakimś negatywnym znaczeniu, tylko w takim sensie, jak z dzisiejszym pomnikiem - wydało mi się, że to jest słowo, które najlepiej podsumowuje wszystkie informacje, docierające do mnie z kraju w ostatnich miesiącach. Więcej w tym cynizmu, czy więcej dystansu? A przecież to nie jest prawda, że jest we mnie tyle blazy - słowo blaza nie istnieje w takim znaczeniu - że taki jestem zblazowany. A jak ludzie by to odbierali? Studenci od piwa i porno - kolejny rekord kliknięć lubię to, czy może jednak by mnie (i słusznie i nie chyba) dojechali? Czy może jeszcze większe rozczarowanie, brak reakcji, bo sukcesywnie kasują mnie z tablicy i to już niczyja ignorancja, tylko moja postępująca nieciekawość i zbędność.

Żeby nie było za łatwo - znalazłem u siostry na półce "Kompleks polski" Konwickiego i czytam od tygodnia w autobusie, pewnie jestem lekko za połową. W autobusie już coraz słabsze światło - tym lepiej mieć ten oszukańczy firmowy tablet, można z internetu odpalić komiks.

Dziś na Rozdrożu znów typ z Kolskiej - słychać go z daleka. Wcześniej jednej dziewczynie powiedziałem, że nie mam drobnych (miałem), później pomyślałem, że jak chce chociaż złoty osiemdziesiąt, to może na serio zbiera na jakiś bilet. Nie wiem, staram się trzymać tej wersji z nierozdawaniem mozolnie ciułanych ziaren, w końcu w pracy ludzie w takim wieku, że wciąż rozmowy o mieszkaniach i kredytach. Ciułam na jakiś wkład kiedyś z kimś. Typ, który wyszedł z Kolskiej podchodzi do mnie i zaczyna litanię:
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili...
- Proszę Pana, od miesiąca Pana wypuszczają.
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili - podejmuje niezrażony, jakby nie rozumiał.
- Proszę Pana, musi Pan znaleźć jakieś inne miejsce teraz, bo tu Pan nie utarguje.
- Proszę Pana, poratuje Pan złotówką. - Ja naprawdę nie wiem, czy on jednak nie jest jakoś upośledzony, albo głuchy.
- Proszę odejść, ja już Panu nie pomogę więcej.
Odszedł, patrząc tak samo bezradnie, jak - jakie słowo - zawsze. Obok mnie siedziała jedna kobieta, ucieszyła się na tę scenę, kiedy już odszedł, a obok niej taka całkiem sympatyczna, naprawdę ładny uśmiech, może w moim wieku, to dodała, że on cały dzień wychodzi z Kolskiej. I wsiadły do autobusu, ja czekam dalej na swój i na przystanek wbijają dwie pannice, ja wiem, pewnie po siedemnaście lat, niezgrabne, oklapłe dupska, diety cuda i zero grzecznego ruchu. Słychać, że też je zaczepił.
- Słyszałaś, kurwa? Niech dziad spierdala!

Noż.

piątek, 15 października 2010

Sprawcza siła słowa

Wyszedłem z pracy około dwudziestej, pewnie miałem jakieś powody, żeby tyle siedzieć. Robienie drugiego plakatu nie jest nawet w połowie tak fajne, jak robienie pierwszego, jeśli jedzie się na tym samym schemacie. Internet też mnie w pewnej chwili zniechęcił, zawierał pokusę, której długo bym się nie oparł - no to wyszedłem. Na Rozdroże, a tam w cokolwiek, z nagłym planem, żeby odwiedzić ulubiony Rynek Nowego Miasta.

W ubiegłym tygodniu odwiedził mnie Mroczny Ka, kształcący się na architekta. Dzwonił wcześniej, że ma do przeprowadzenia ankietę, że takie w tym semestrze ma dziwne zajęcia, które jednak jak najbardziej rozumie - żeby być dobrym architektem, trzeba umieć spojrzeć na świat oczami zwykłego człowieka. Padło na mnie, genialnie, bo zwykły człowiek to rola, w której odnajduję się najlepiej. Kazał powiedzieć, jakie jest moje ulubione miejsce publiczne w Warszawie. Oczywiście nie miałem problemu z udzieleniem odpowiedzi. Nie jest tak, że w każdej dziedzinie mam coś ulubionego, ale tutaj trafił bezbłędnie. Kazał sobie opowiedzieć, pomyśleć, o co chodzi i nawet to nie było za trudne - kamienice i drzewa, ławki od południa, czasem ławki pod drzewem od Freta, ale chyba nie zawsze, to podwyższenie właśnie, nawet na schodach można usiąść. Zakamarki w północnej pierzei, swojski spokój od wschodu i przelotowy zachód. Na ogół spokój, a czasem jakieś fajne wydarzenie, na które można się natknąć bez czytania w internecie - kiedyś wpadłem na występy objazdowych teatrów. Do tego prowokowanie spotkań z obcymi ludźmi. On sobie tam notował, podpytywał czasem, rzucał sprytne hasła, mała architektura, ruchoma architektura, zieleń, tak, zieleń jak najbardziej, też mi się podoba.

Ja prowokuję ostatnio wszystkich cwaniaków na Rozdrożu - nie wiem, jak to się dzieje, chyba jakiś sezon na leszcza, bo w miesiącach wakacyjnych nie było ani jednego. A teraz codziennie, jak nie wyszedł z Kolskiej, to na wino zbierają, jak zbierają na wino, to zawsze najpierw mówią spoko, spoko, nie chcę cię okraść, zrozumiesz potrzebę. Odmowę takim też już dawno przed sobą rozgrzeszyłem, kiedy dorzuciłem na wino typom przy Barbakanie, jeden grał na gitarze jakąś wersję Rock'n'roll'owców Róż Europy (a może to oni mają na płycie wykręconą wersję tej piosenki).

Wysiadłem na Placu Krasińskich, ulica Długa to dla mnie jedna z najładniejszych ulic jest i podoba mi się, że ma na samym początku ten najmniejszy dom w Warszawie - kiosk Długa 1. Gdzieś tam w słuchawkach wskoczyło Radiohead, mam w odtwarzaczu O.K. Computer i taki miałem humor, że przestawiłem na odgrywanie płyty po kolei, zamiast losowo ze wszystkiego. Bo tak to jedyne, co z niej pamiętam to more productive. Przy Freta jest spożywczak, obawiałem się, że może być już zamknięty, ale na szczęście w tygodniu do dwudziestej pierwszej. Czasem mają w nim paluszki Żerań z makiem (no co, to jedna z rzeczy, wśród których mam ulubione, wyróżnienie!), częściej nie mają - jak teraz. To wziąłem obwarzanki i kajzerki na kanapki. Miałem już w torbie spore pudło, więc usiadłem na tej ławce pod drzewem, żeby się wygodnie przepakować. I w tym momencie kątem oka dostrzegłem przygodę.

Przygoda ubrana była w bluzę Everlast, kaptur miała zaciągnięty, ale nie tak, że na twarz, tylko zaciągnięte te sznurki, żeby ciasno przylegał do widocznej twarzy. Odezwał się, więc zmieniłem kąt patrzenia, kątem oka to tak słabo wyraźnie, a obojgiem oczu już można dostrzec, że typ po pięćdziesiątce najmniej. Typ, nie kobieta, więc nie trzeba pisać, że w wieku nieokreślonym.
- Nie poczęstuje Pan papierosem?
- Nie, nie mam, nie palę - odpowiedziałem nieświadom jeszcze, że to jednak zaczyna się przygoda. A przecież idąc Długą przypomniałem sobie mówienie o prowokowaniu spotkań. A słowa mają siłę sprawczą, może nie stuprocentową, może czasem na opak, ale przecież w autobusie myślałem we wtorek o tych dziewczętach, które były w poniedziałek na imprezie, wspominałem imiona, lekko drzemiąc, z zamkniętymi oczyma i kiedy pomyślałem imię Ola, to otworzyłem oczy i zobaczyłem kawałek przed sobą Olę ze studiów na IFK. Taki byłem wczorajszy, że bardzo się ucieszyłem, że mnie nie poznała, zresztą już na pewno wspominałem, że kontakty i niespotkania z koleżankami z tamtego okresu zawsze okazują się niewypałami. Jak ta prośba o papierosa, odpowiedziałem i pewny byłem spokoju. Ale gdzie tam, bo typ coś mówi i się zaczyna śmiać.
- Słucham? - wyjmuję z uszu słuchawki.
- Bo ja rzucam palenie. Ale wie Pan, ciągnie. - Na te słowa się uśmiecham i przestaję o nim myśleć per typ, a zaczynam per Pan.
- Ha, no to świetnie, że Pan na mnie trafił. Właściwie życzę Panu, żeby na samych takich trafiał.
- Oj ciągnie, ciągnie. Tylko ten nałóg mi został, innych się pozbyłem. Spieszy się Pan?
Nie spieszyłem się i wreszcie zwęszyłem przygodę.
- Pan siada.

No i zaczął opowiadać często średnio składną historię, której na pewno nie jestem w stanie zapisać w formie dialogu, więc zapiszę po prostu, mniej więcej, mam nadzieję, że bez zbyt dużych przekłamań. Skoro tak chciał się nią z kimś podzieli, to pewnie się nie obrazi, że przekazuję dalej.

On już pozbył się nałogów, tylko ten jeden został. Chodzi na taką terapię, grupa jest, ma tam tak zwaną panią terapeutkę, dla której jest bardzo miły. Ale jest też bardzo bezpośredni i policja to nawet twierdzi, że agresywny, ale nie wiadomo jeszcze, czy to agresja jest tu głównym powodem terapii. Mnie tam na agresywnego nie wyglądał. Rozmawiają na tych terapiach o różnych sprawach, wiele tematów jest poruszanych, często trudne, takie społeczne. Czasem ciężko mu się wypowiedzieć, ale na ogół jednak idzie mu to sprawnie. A raz to nawet przyniósł kwiatka dla pani terapeutki, aż chciała go nim zdzielić, ale tak przyjaźnie, z uśmiechem. On jest taki, że mówi co myśli, więc raz nawet wbił tam szpilę szefowej. Szefowa była napompowana, jakie to ładne, sam jeszcze nie wpadłem na to, że szpile się wbija w balony, a nie tak po prostu. A kiedy zeszło z niej powietrze, to podobno sama się przyznała, że racja.

On mówi o nich dziewczyna, że taka dziewczyna a taka, więc ja pytam, czy to takie świeżo po studiach - nie. Ładna różnica w postrzeganiu świata, bo dla mnie kobiety w wieku nieokreślonym to są właśnie kobiety w wieku nieokreślonym, a nie dziewczyny, w którym to słowie zawarta jest dla mnie młodość i jędrność.

No i bywał on w szpitalu, raz obudził się słaby - okazało się, że po dwóch dniach śpiączki. Na karcie miał wpisane Pan NN. Długo nie mogli dojść, dlaczego, bo on tyle pamięta, że słabo się poczuł i chciał wrócić do domu, a później znaleźli go z kluczami leżącego na klatce schodowej. Mówi, że na pewno pomyśleli pijak, ale on był trzeźwy i raczej po alkoholu się dwa dni nie śpi. Jakieś godziny, albo wieczność, ale dwa dni to nie. I powiedzieli mu przy tych badaniach, że ma czaszkę jakby wrócił z wojny, tak poobijaną. I doszli do jakichś ucisków nerwowych, w związku z czym wysłano go do psychiatryka - Tworki? Śmiał się, że tym sposobem zaliczył tam obie rzeczy, bo kiedyś tam pracował jako pielęgniarz i podobno miał oddział tych największych zwyrodnialców, oddział z rzeczami, o których się nie mówi i on nie powie. Więc kiedy wrócił w charakterze pacjenta, to go pytali, jak to kiedyś bywało - ściany obite poduszkami? Filmów się naoglądali.

On to wszystko opowiada z uśmiechem, czasem sam się zaśmiewa, ale kiedy ktoś przechodzi w okolicy, to mierzy wzrokiem, chyba szuka tych papierosów.

Wspomina, że widział leczenie prądem, nie to, że ot tak mógł, ale dostał raz pozwolenie, z ciekawości chciał. Później już nie chciał, bo to nie wyglądało humanitarnie. Dziś już wiadomo, że prądem próbowano pobudzać ludzi, którzy po źle prowadzonych terapiach lekowych zamieniali się w warzywa, ale cóż, tak wtedy właśnie leczono. On to rozumie, że poszło lecznictwo do przodu od czasów komuny i nie było tam złej woli.

W tym oddziale też były niezłe dziewczyny, chociażby ta, która nakrzyczała na dyrektora. Wprawdzie nie wiedziała, że to jest dyrektor, ale trzeba tupet mieć. Prowadziła raz pacjentów korytarzem i taki nobliwy pan z laseczką wyraził zapomnianą już wątpliwość, którą odebrała jako atak na jej podopiecznych. To powiedziała swoje i ów dżentelmen się napuszył, odszedł, a jej powiedziano, że to przecież szef wszystkich szefów. Więc kiedy kilka dni później szła na rozmowę do gabinetu, to cała była roztrzęsiona i właściwie pewna zwolnienia. A tutaj proszę, szef przeprasza za swoje zachowanie i wyraża dumę, że ona nawet takiego zepsutego społecznie człowieka, to znaczy psychicznie chorego, traktuje jak człowieka właśnie i nie pozwala obrazić. To już podobno prawie koniec kariery tego dyrektora, ale wcześniej zdarza się jeszcze inna historia - kiedy wpuszcza na teren zakładu harcerzy. Zakład ma na swoim terenie kawał lasu i tam obozują dzieciaki, aż raz trafiają na półnagą pacjentkę i miny mają nietęgie. Raczej średnio przemyślana przez dyrektora sprawa.

Ale teraz to on ma tę terapię, choć pić już dawno przestał i dostał bardzo spóźnione skierowanie. Przynajmniej może świecić przykładem. Policja wciąż się go czepia, chociażby o to, że pies nie ma kagańca. Było raz tak, że pies spokojny, ale podnosi się, kiedy podeszli i warczy - Trzymaj Pan tego psa!
- To gdzie Pan podchodzisz?
- Bo kagańca nie ma, a tak nie wolno!
- Bo tu okolica niebezpieczna, Pan się czujesz bezpiecznie? To po co Panu pistolet?
I podobno poszli sobie.

Poszedłem i ja, bo trząsłem się jak tamta pani przed rozmową z dyrektorem, tylko że ja to z zimna. Podziękowałem za historię. On też wstał i wyciągnął rękę, właściwie miałem taką nadzieję, bo mnie, młodzieniaszkowi, nie wypada pierwszemu. To była taka duża, ciepła dłoń. Pewny uścisk.
- Do widzenia Panie NN.
Uśmiechnął się szerzej.

czwartek, 14 października 2010

Ani jednej piosenki o miłości

Starałem się wczoraj być bardzo zen, więc przez kilka godzin przewracałem się na łóżku, zamiast komukolwiek zwracać uwagę na głośność społecznych interakcji. Telefon opacznie wziął ze mnie przykład i w myśl cichej zen nie zwrócił mi z rana uwagi, że wypadałoby wstać do pracy. Obudziłem się więc wyspany, wypoczęty i z tym pięknym uczuciem, że coś jest nie tak. Ciepło, przyjemnie, nie muszę roztrzęsiony zimnem szukać skarpetek - aha, to pewnie znaczy, że jestem spóźniony! A spóźniony nie ma powodu do pośpiechu, skoro spóźnienie już się technicznie dokonało. Okazuje się, że wychodząc z domu pół godziny później niż na ogół, zastaje się ulice puste, przejezdne. To wcale nie jest olśnienie, to po prostu przypomnienie, że matrix has you. Robię w tym tygodniu w pracy plakat, jest takie bardzo fachowe narzędzie do plakatów zwane Power Pointem, zainspirowałem się i zainspirowano mnie Warholem, o którym wiem tyle samo, co do wczoraj wiedziałem Mansonie, i teraz jestem bardzo dumny z oznaczenia krachu systemu cyfrowo zielonym kadrem z Matrixa. Ciekawe, czy przejdzie?

Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.

Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.

Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.

On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Około czterech postaci, prawdopodobnie Młotek pośród nich, no i ja też. Jesteśmy w białym pomieszczeniu, dachu nie ma. Perspektywa z góry - staramy się tam jak najlepiej ułożyć, dopasować. Chodzi o to, żeby wypełnić sobą całą przestrzeń. Patrzę na to z pewnej odległości, jak niezdarnie się tam przestawiamy, jak układamy się w tym pudełku po droższych cukierkach - są takie bardzo fajne metalowe pudełka, z pokrywkami, które dobrze nadają się na składowanie sentymentów.
W końcu udaje nam się i myślę, że to jest pełnia.

sobota, 9 października 2010

Nirvana at last

Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.

Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.

Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?

W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.

Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.

Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.

Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"
Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.

czwartek, 7 października 2010

Nic do powiedzenia

Trafiłem wczoraj na tego nieszczęsnego żulika, co to wyszedł z Kolskiej. On prawdopodobnie codziennie stamtąd wychodzi i zawsze wraca do siebie przez Rozdroże. Nie za bardzo zwrócił uwagę na moją uwagę, że już go nie tak dawno ratowałem i on wtedy zamiast kupić bilet, wysiadł na kolejnym przystanku. Nie dalej jak pięć minut później trafił się kolejny, taki bardziej chytry z twarzy. Żeby go poratować monetką. To ja mu, że niedawno ratowałem tego, co to z Kolskiej wyszedł.
- A! Znam go!
I poszedł dalej.

Trochę mnie przeraża myśl, że to żebractwo musi przynosić całkiem duży profit. Czy to jest profit godny, to każdy może patrzeć jak chce (debile-dopalacze?). Pewnie mają swoje rewiry, albo trasy, pewnie się wszyscy znają, czasem walczą o miejscówki. I przez całe lata opowiadają tą samą historię. Kojarzyłem jednego takiego z Foksalu - Pół roku temu też Pan wyszedł ze szpitala...

Jak tu wierzyć, że cokolwiek jest prawdziwe?

Internet grzmi, tragiczna śmierć motocyklisty na Modlińskiej, a moją pierwszą myślą jest: dobrze, że zdążyłem dojechać do pracy. Do tego słowo tragiczny mam na stałe skojarzone z Panem Johannesem.

To nie są rzeczy, o których chciałbym tu pisać. Każdy może sobie wejść na gazetę, czy cokolwiek - wedle uznania.

Super chaos.

poniedziałek, 4 października 2010

Królowa musi mieć na imię

Raczej kiepsko się dzisiaj czuję, przysnąłem w autobusie tak, że budzono mnie na pętli. Kiedyś nie znosiłem kapturów, teraz chodzę w kapturze, bo wieje zimnem i boli od tego głowa. Specjalnie nie idę do fryzjera, żeby trzymać ciepło na mózgu. Ciekawe ile wytrzymam. To było od razu czuć, tak kalendarzowo, z dnia na dzień - we wrześniu nawet w te chłodniejsze, deszczowe dni, powietrze było ciepłe. Teraz już nie jest, teraz już fontanna przy Rozdrożu potrafi być wieczorem wyłączona, albo można na zatopionej w niej pomarańczowej rurze zobaczyć odpoczywające kaczki. Czy klucze ptaków otwierają niebo? Czy ludzie zjedli ptaki?

Mistrz i Małgorzata nie był aż tak uwspółcześniony, jak to sobie wyobrażałem na wieść o uwspółcześnieniu, w ogóle właściwie nie był uwspółcześniony. Jakieś nieśmiałe i właściwie wcale nie aż tak śmieszne ukłony do CBA, albo homoseksualna relacja teatralnych oficjeli, wcale nie jestem pewien, czy to było potrzebne, nawet jeśli jest jakimś uśmiechem do samego siebie, bo artyści często mają przyklejaną homoseksualną plakietkę. A reszta, to już bez zmian właściwie, z tymi samymi pominięciami, co pięć lat temu, tylko gorzej. Najbardziej rozczarowałem się Wolandem, zresztą tutaj właśnie spodziewałem się uwspółcześnienia, że skoro gra go kobieta, to będzie ten diabeł kobietą właśnie. Ale nie był, a z dziewczyny niestety nie jest Krystyna Feldman. Poprzednio Woland lśnił (mam wrażenie, że teraz zagrał Mistrza) a teraz na tyle nie lśnił i - co w przypadku tej postaci powinno być niedopuszczalne - na tyle się mylił, że zwracałem uwagę na takie szczegóły jak nieudolne utykanie, błędne przekładanie laski. Poprzednio wychwyciłem jedną pomyłkę Piłata, tym razem Piłat bezbłędny, wciąż ten sam. Może ekipa jest zmęczona przedstawieniem, ósmy raz wystawiają, pierwszy raz w tym sezonie, a ja tu jeszcze na nich dodatkowo marudzę. Te pięć lat temu, to było wielkie przedsięwzięcie, możliwość zaprezentowania wszystkich możliwości nowej sali, z naprawdę fachowo zrobionymi wstawkami filmowymi, współpraca kilku grup aktorów. Nowi nie sprostali moim wspomnieniom. Wiadomo, że ciężko wygrać ze wspomnieniami.

Dobra, tak naprawdę jestem obrażony, że tym razem nie trafił mi się ani jeden dolar na zakładkę do książki. Bo gorzej, to nie znaczy, że źle, ja się bawiłem i nawet bezczelnie szczerzyłem podczas przedstawienia w Varietes (no, dziewczęta w bieliźnie, a ja facet przecież), na pewno też bawili się towarzysze. Druga przerwa, nie spodziewaliśmy się, że kiedy u Szatana zaczynie się bal, na nas będzie czekał poczęstunek. Przez chwilę mogłem udawać, że uczestniczę w przedstawieniu i zapytałem Smorkę, z którego piekła przybyła.

Tyle, następnym razem postaram się bardziej i ładniej, albo może o poprzednim właśnie - zaskoczyłem się, że w starych zeszytach nie ma o tamtym przedstawieniu ani słowa. Albo nie, bo musiałaby wystąpić ówczesna królowa, a kto by tego niby chciał. Na razie idę przesypiać intensywne samopoczucie.