niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

środa, 6 sierpnia 2025

A śniło mi się że przesoliłem pomidory

Rozmawiałem ostatnio z lekarzem, że wróciły do mnie emocje. Te wzruszenia na ulicy, łzy napływające do oczu, przełykanie smarków. Może trochę za mocno, no ale to w gruncie rzeczy lepiej niż żeby ich nie było. Czytam "Drogę Królów" i też lekko chlipię jak się coś dzieje, choć akurat książki to są dla mnie wyciskaczami łez często i bez leków - "Hyperion", "Pozwól rzece płynąć", albo powroty do Feista, kiedy Pug dostaje nazwisko od umierającego Borrica, to mnie niszczy zawsze.

Mówię mu też, że te emocje to często nadpisują działanie leków, jeśli są jakieś gorsze, bo wprawdzie sypiam na tabletkach prawie jak zdrowy człowiek, nie wybudzając się w nocy, ale np. kiedy w domu była współlokatorka-żmija (sukces, wyprowadzona, choć zgodnie z przewidywaniami odmówiła zapłaty czynszu za ostatni miesiąc, taka to słowna i wiarygodna osoba), to wciąż się zdarzały problemy z usypianiem.

No a wczoraj się jednak posypało, jakaś emocja rozczarowania może to jest.

Obudziłem się po staremu, z półtorej godziny od kiedy usnąłem i przewalałem bez sensu ze dwie godziny z boku na bok, aż nie zaczęło widnieć. Wstałem, zrobiłem tosty, obżarłem się, dopiero dało się znów usnąć. Trzeba było zjeść od razu, ale przecież obżarłem się też przed snem. Są te nadzieja i złudzenie zawsze, że to tylko na chwilę i nie poczytasz, nie pograsz, nie zjesz, męczysz się.

Skąd to?

Skakanka nie chce dać się zaprosić na kawę, nie przychodzi. Wolałbym myśleć, że to przypadek, ale ponieważ nie umiem myśleć że nie wszystko na świecie kręci się wokół mnie, to myślę, że może ona myśli, że ją wtedy spławiłem jakoś. Przerażone zwierzątka też syczą i straszą, wydaje mi się, że nie syczałem, ale może jednak?

No i może to jednak powinna być Tank Girl. To są takie rzeczy zupełnie bez znaczenia, ale są to też rzeczy, które uwielbiam, jak mi się łączą w głowie, kosmiczne nitki zszywające nagle rzeczywistość w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zamawiam sobie koszulkę "Tank Girl", fajne rysunki to są, był taki komiks kiedyś. Skąd ja to wiem, to nie wiem, może to jest jedna z tych rzeczy które zobaczyłem w dzieciństwie u kuzynów w Krakowie, byli supercool, mieli Transformersy, Lobo, Dreamcasta, albo może nawet nie u nich, tylko w klubie-domu-kultury gdzie nas kiedyś zabrali, gdzie grali w jakieś planszówki czy warhammery.

To bez sensu, ale co ja mogę innego niż wyeksponować nadruk na fotce podsumowującej zajęcia? Może ona nie obserwuje instruktorki na fejsie. Czy jest na fejsbuku grupa spotted-zdrofit/zumba?

No i grzebię sobie w internetach w sprawie "Tank Girl" i za chwilę okazuje się, że autor jest również projektantem Gorillaz, a ja dopiero co obczajałem koszulkę "Demon Days" w sklepie, zazdrościłem takiej typowi który wszedł kiedyś do szkoły tańca na recepcję, pytać o możliwość wystawienia galerii przed godzinami zajęć. To jest podejście dobre do życia, sięgać i sprawdzać. A komiksiarz od Gorillaz to Jamie Hewlett. No i nagle się Skakanka kojarzy z ulubionymi rzeczami, choć nie poszliśmy na kawę.

Chciałbym przeżyć tę sytuację zaproszenia i mieć jasność, czy się będzie czym przejmować (udawajmy przez chwilę, że nie przejmuję się już teraz), czy rozglądać się za kimś innym na kawę. Boję się w szkole tańca, bo tam jestem szczęśliwy i nie chciałbym żeby to jebło jak sen (nie dramatyzuj, to jedna noc dopiero), ale w sumie w tych momentach jak nie uciekam od myśli, że cały świat kręci się wokół mnie, to widzę tam te dziewczyny które w rozmowie wspominają o "samotnych wieczorach" albo pytają czy "chodzę czasem do knajp przy Ząbkowskiej".

A może one też już mają klarowną sytuację, czasem się ludzie mijają po prostu, c'nie?

No albo trzeba olać plotki ptasiego teamu i po prostu zapytać, czy ktoś ją tam zna jednak i ma jakieś namiary.

Wczoraj instruktorki mnie zagadały, dlaczego głównie na Gdański chodzę. Bo w sumie najmocniej lubię atmosferę, a do tego w Koneserze niezbyt mi pasują godziny ostatnio. Nie mówię, że jeszcze chciałem stąd kogoś zaprosić na kawę, może powinienem? Gdyby to była sama instruktorka Danse Macabre, to może jeszcze, ale nie przy Damie Pchełek, ech.

Dama Pchełek pisała do mnie na insta później, choć przestała mi kiedyś odpisywać na fejsie, a za chwilę laski plotkowały że ja komuś jakieś przykrości robiłem, bo sobie próbuję rozliczyć kroczki w ósemce. Przeszedł mi już wkurw i rozczarowanie, mam tę relację zresetowaną i wolę trzymać dystans. Zgrabnie ktoś o niej powiedział, że sama "żongluje dystansem". Ta kawa to może mogła się wydarzyć z rok temu, albo jeszcze pod koniec zeszłego, teraz już nie ma szans.

Ale różową koszulkę zumbową to niech mi załatwi! Wiedząca mówiła, że mi do twarzy w różu.

Co ja mam z tymi t-shirtami ostatnio, nie mam kasy na takie pierdoły przecież. Mam w tym tygodniu trzy CV do przygotowania pod jakieś oferty pracy które wpadły w oko. Do it!

sobota, 2 sierpnia 2025

Skakanka

W zeszły czwartek na Gdańskim umarłem zanim wystartowały zajęcia, kiedy przypadkowo wepchnąłem się na miejsce Śpiewającej Kapitana, przeprosiłem ją za to zresztą, ale mówi: nie przeszkadza mi. No i wylądowałem tym sposobem zaraz za najładniejszą spódniczką zajęć, nieumyślnie to zrobiłem przecież, tak jakoś wyszło.

Ja się kiedyś z Różyczką śmiałem, że warto czasem mieć miejsce gdzieś z tyłu, można się pogapić trochę na nogi spódniczek. Wiadomo, że to są treningowe takie, z lajkrami pod spodem, no ale wyobraźnia robi swoje.

No i te żarty to w gruncie rzeczy nie wybrzmiewają w życiu. Ja staram się zawsze tak ustawić, żeby się dziewczyny nie czuły skrępowane, że im pod tę spódniczkę zaglądam. Tu i tak łatwiej niż w zatłoczone dni na jodze, gdzie można wylądować nieumyślnie centymetry od czyjegoś krocza.

Stoję sobie i czekam, i za chwilę umieram, bo spódniczka się odwraca do mnie z takim uśmiechem, jakby tam stał ktoś znajomy i lubiany na moim miejscu. To nie są rzeczy jakich się spodziewam na zumbie. No i ja nie wiem jak ma na imię ta dziewczyna (już wyłapałem!), czasem bywa, z raz coś do niej kiedyś powiedziałem może, kiedy się okazało, że pod lustrami jest skrytka na ręcznik czy wodę, dawno już, tyle.

Ożyłem za chwilę jednak, bo nie włączyła się w z trudem klejoną rozmowę z innym kolegą, a też oczywiście miałem w głowie zbyt wielkie WTF, żeby ją samemu włączyć.


We wtorek na Gdańskim zgadałem się ze Stanią, żeby mi zajęła miejsce obok siebie, bo ja puszczam tam zawsze dziewczęta przodem z chłopakami jak wchodzimy na salę. No i co się okazuje, znów stoję za spódniczką, nawet nie muszę nic kombinować, próbować się przepchnąć, zbliżyć, samo się dzieje. Tym razem nie miała spódniczki, uff, nie trzeba było udawać słupa soli z wzrokiem zastygłym jedynie w punkcie na lustrze.

Zresztą to jest taka kobieta, że obsadzając ją w latach 90. w rom-comie o szarej myszce, która przechodzi ultra glow up, nie daliby rady jej schować urody, więc na dobrą sprawę spódniczka czy nie, niewielka różnica.

Siedzi biedna przed zajęciami, jak ja często w sumie siedziałem, kiedy nikt nie rozmawiał z grupy. Brzydko tak myśleć, ale myślę, że w sumie jest za ładna, żeby łatwo znaleźć przyjaciółki w tym hermetycznym dość towarzystwie, od którego sam się tak odbijałem, że już przestało mi zależeć.

Mam ochotę ją zagadać, ale nie zagaduję, nie chcę w tych salach żadnych dram i dalszych plotek, a daję głowę, ten uśmiech z czwartku, przypadkowy, nic nie znaczący, to od razu wysłał Damę Pchełek w objęcia przyjaciółki - Pani Bez Spodni - chciałbym nie myśleć, że wszystko kręci się wokół mnie, ale Dama Pchełek wciąż się kręci, choć z pół roku temu wypraszała z towarzystwa.

Zajęcia się kończą. Widzę że spódniczka idzie nie do szatni, a gdzieś głębiej w siłownię. Przechodzę obok, czasem zostaję na drążek, robiliśmy tak czasem z Pięknym Gregiem. Tak sobie tłumaczę, że ten drążek się zdarza czasem, więc wcale nie wyszedłem za dziewczyną zbyt ładną żeby o niej myśleć.

 

We wtorek na Gdańskim umarłem za dwie serie podciągnięć, kiedy się rozciągała z drugiej strony półek i ja naprawdę ani przez sekundę się nie gapiłem, tylko czytałem książkę z tabletu między seriami. Podeszła do mnie i zapytała czy wiem gdzie są skakanki. I że te zajęcia wspólne fajne, taki wycisk, a taka energia, że jeszcze się potrzebuje dalej wyżyć i że jest czołgiem, nie do zatrzymania. To całkiem urocze, kiedy kobieta mówi, że jest jak czołg.

Kobieto Czołg, niedoczekanie Twoje, jesteś w tym pamiętniczku Skakanką.

Niedoczekanie moje, jestem kretynem i nie zaprosiłem jej od razu na kawę.


W środę wracałem z zajęć z Wiedzącą Czego Chcącą, pytam jak ten kretyn, co to znaczy że najładniejsza dziewczyna z zajęć się mnie pyta o skakankę na siłowni po zajęciach. Wiedząca nie mówi mi że jestem kretynem, choć nie mówi też, że to oznacza jakieś zainteresowanie - po prostu mówi, że zaproś na tę kawę, najwyżej powie nie.

Och, Wiedząca, nie znasz się, jest tyle opcji, moje pierwsze zaproszenie dziewczyny gdziekolwiek to było straszliwie zimne "idź sobie". No i, Wiedząca, nie wiesz że ja tu próbuję zacząć szukać jakiejś bliskości po roku od rozstania i po półtora roku bez dotyku, bo przecież nie dotykaliśmy się już długo zanim. Jestem bardziej niedopieszczony niż niedopieszczona była była wtedy na początku. I nic mnie nie przeraża bardziej niż kawa (żeby nie mówić od razu randka) w momencie kiedy zdaję się sam sobie serią czerwonych flag - z brakiem pracy na pierwszym miejscu.


No ale masz rację, Wiedząca. Ani nigdy nie ma dobrego momentu, ani nigdy nie jest się gotowym. Sięgasz, sprawdzasz, nie wyjdzie, trudno, robisz dalej swoje. Nie byłoby mnie dawno na tych salach, gdybym nie robił swojego.


W czwartek w tym tygodniu na Gdańskim umarłem, bo nie przyszła. W piątek w tym tygodniu umarłem, bo nie przyszła też na Promenadę, mówiła wtedy że czasem bywa, specjalnie dojechałem, pytać o tę kawę, choć planowałem przecież dłuższe przerwy weekendowe z okazji wyjazdu, kolanka by się ucieszyły. Oczywiście dość determinacji żeby dojechać na zajęcia poza zwykłym planem to jeszcze nie znaczy, że bym zaprosił, może przynajmniej zagadał, ale tak samego siebie próbuję uspokoić i przekuć to przerażenie w ekscytację, że przecież działam aktywnie i to już jest dużo jak na mnie.


No i pewnie chodzi też o to, żeby się nie młotkować, że się nie spróbowało, to pewnie i tak nieźle, że nie obudziłem się z tym pomysłem za pół roku. Jeśli jest zainteresowana, to ułatwiła mi zaproszenie na tyle na ile tylko się da - pamiętajmy że dziewczęta wciąż nie zapraszają nas na kawę pierwsze. Jeśli nie jest, to powie że nie jest, raczej nie da rady brutalniej niż laska z liceum. EZ, c'nie?


Następna śmierć we wtorek.


*

Salty jest nawet bardziej salty niż Dama Pchełek, że zagadała mnie koleżanka z zumby. Co się dzieje. Te memy, że dziewczęta lecą na broken mężczyzn zamiast wartościowych to jednak prawda, muszę wysyłać jakieś nowe feromony w tych życiowych stresach. Zaopiekuj się mną, bleh. Nie chciałbym, żeby ktoś mi powiedział, że szukam mamy a nie partnerki za jakiś czas.

Rób swoje, idź naprzód, nie zasiedź się na jakimś bezrobociu, spróbuj dowiedzieć się co napędza ten czołg, tańcz, tańcz, tańcz.

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

poniedziałek, 7 lipca 2025

Podsutygodniowanie

 pon.

Dziwny dzień, pełen napięcia. To nie dzieje się tylko w głowie, to się rozlewa na całe ciało, właściwie to jakby promieniuje, jak, no, słońce, gdzieś od splotu słonecznego. Czy to stąd nazwa?

Ale wbicie na kilka godzin zajęć u Cudownej to zapomnienie. Jeszcze w drodze dużo irytacji, łażenie po sklepach za różowym t-shirtem, zgadaliśmy się na takie tego dnia. Im więcej ludzi wokół tym większy stres - centra handlowe to nigdy nie była moja filiżanka herbaty.

Przeminęło z tańcem.

wt.

Niewiele lepiej, w poszukiwaniu wytłumaczenia dochodzę do wniosku, że mimo planu żeby nie przejmować się nikim, jednak się przejmuję wszystkimi. Ukłucia zazdrości o Salto, o MonkeyG (ile dziewczyn do podobania się na raz jest legalne?), no ale uśmiechy do dziesięć, jak nie więcej, lat młodszego Toma Cruise'a nie dziwią przecież. Zresztą, młody i przystojny typ na zajęciach to na dobrą sprawę zdejmuje ze mnie całą presję, nie dość że nie jestem już jedynym rodzynem, to nikt już na mnie nie patrzy, bo i na co. Wywalam to z siebie drukowanymi wołami w notatnik, jadę wieczorem na zumbę. Jest tak sobie, nie drę ryjona wcale.

śr.

Ogólnie trochę lepiej. Na wieczorne zajęcia dociera ulubiona Rada, wulkan energii, moja ulubiona młodsza siostrzyczka. Nieźle mi tego dnia wychodzą rzeczy, robimy Mike'a Tysona, ruch wstępnie jakoś znany z zajęć u Cudownej, kilka miesięcy temu. Nawet na drugiej godzinie, kiedy wchodzi choreo, pamięć w miarę działa. Cieszę się, że była moja dance-sis i ogólnie nawet z siebie jestem zadowolony.

czw.

Oglądamy z Salty Supernatural, ostatnie sesje przed jej urlopem. Pewnie nie chciałoby mi się samemu, ale z kimś to jest dobrze spędzony czas. A sam to sobie obejrzałem w tym tygodniu Reachera. No i wziąłem się za książkę od Wiedzącej Czego Chcącej, stopniowo się wkręcam w tego Sandersona. Potrzebuję coś konsumować, żeby coś samemu robić, inaczej nie ma paliwa na słowa, obrazy, myśli.

Na treningu Cudowna prosi o więcej luzu. Cudowna, dla Ciebie chciałbym wszystko. Ale może nie będę na razie tłumaczył, że wprawdzie taniec jest fantastyczny, ale przede wszystkim pracuję tu nad jakimiś traumami, depresją, fobiami społecznymi.

Przed treningiem dziewczęta robią warkocze, żartuję że mnie też. Trzęsę się przy dotyku, to stres, choć Landrynę znam już te pół roku i lubię przecież.

pt.

Jazda po mieście za ciuchami na nagrywki u Cudownej. Ostatni trening, wylatywanie z choreografii. Z gówna bicza nie ukręcisz? Tom Cruise ma miejsce, niektórzy to mają fajnie, że nie muszą trenować, tj. moje godziny poszły w las, a byłem chyba jako jedyny na wszystkich, czyli ze dwa razy więcej. Nie potrzebuję się nad sobą tak znęcać. No i lubię typa, podziwiałem od początku, ma luz jak Rada.

so.

Nagrywki są ekstra. Nie idzie mi, ale tańczę wszystko, nawet jeśli w ostatnim rzędzie. Taki tam, statysta, zasłaniają mnie zawsze wymiatacze. Chodzimy w fajne miejsca w okolicy szkoły, nawet trochę małpuję na jakiejś bramce. Jest w tym dużo śmiechu i mało uśmiechów skierowanych tam gdzie w sumie może mimo wszystko powinienem? Nie po to tam jestem, bawię się pysznie.

Siedzimy na plaży później wszyscy, nigdy tak nie siedziałem nad Wisłą na plaży. Mam ochotę na siatkówkę w kółeczku (może to ten Tom Cruise robi takie skojarzenia), nie mamy piłki i ciężko powiedzieć czy moje palce, nieustannie kontuzjowane, wytrzymałyby taką zabawę. Może się odezwać do Bazyla i Herbacianej?

Idę później na zumbę, jestem kolorowy jak nigdy, wciąż w różowo-biało-niebieskich barwach Cudownej i mam poczucie że wszystko pięknie mi wychodzi. Note to self - luźniejsze ciuchy robią różnicę!

nie.

Słabo że przegapiam ostatnio zapisy na jogę, potrzebuję tego. Zumba u Damy Pchełek taka sobie, od kiedy wbijam raz na tydzień czy dwa, zapominam układy do piosenek i wtedy o wiele mniej mi się to klei. Za to fantastyczną jest nowa choreografia na commercialu u Cudownej, wiadomo. Mam wyrzuty sumienia że nie zostaję na drugą godzinę, ale skończył mi się karnet open, dopóki nie znajdę pracy potrzebuję być ostrożniejszy z finansami.

P.S. To fajne ilu ludzi nagle dostaje xywki! I wszystkich ich lubię!


poniedziałek, 30 czerwca 2025

To że masz paranoję nie oznacza że oni nie chcą cię dorwać (but in a good way, I guess)

Gdzieś po drodze zniknęła z zajęć Różyczka - choć nadal mamy sporadyczny kontakt na insta. Ogólnie rzecz biorąc, to nie wiem nic, nie powiedziała, dlaczego odpuszcza (znaczy powiedziała coś w co nie do końca wierzę, ale przecież sam mówiłem takie rzeczy też), no ale mam swoje podejrzenia, bo przecież był taki moment, że i ja odpuściłem. Opadło we mnie wszystko kiedyś, kiedy usłyszałem plotkę, że zadzieram nosa, od kiedy się uczę tańczyć też, a do tego robię przykrości instruktorkom.

Dżizaskurwajapierdoleitpitd - jak mógłby zadzierać nosa ktoś, kto z trudem patrzy na samego siebie w tych lustrach, a bez luster i tak czuje się jeszcze durniej?

Instruktorkom, czyli komu? No, Damie Pchełek, z którą relacja przecież wydawała się na przełomie 24/25 wreszcie całkiem wyregulowana i poprawna, a za chwilę kazała spadać na drzewo, czego nie da się powiedzieć w miły sposób, w jak ładne słówka by się tego nie ubierało. No i od razu te plotki. Przeszło mi po dłuższej przerwie, choć teraz to poza zajęciami unikam DP jak ognia. Wiem że Różyczka po drodze też miała z nią jakieś przygody, każdy sobie tę relację rozwiązuje po swojemu.

A może sobie dopowiadam bez sensu, ale przecież ciężko myśleć o tym inaczej, jeśli Różyczka była godzinową rekordzistką ptasiego teamu. I to pomimo wyjazdów!

W każdym razie ten zryw w kierunku celebrowania dnia urodzin pokazałem też na insta, wylistowałem pod tym kątem mniejsze grono, tj. mam tam kilka koleżanek z zumby, które czasem zapytają czy ze mną ok., jak mniej chodzę, to jest super, ale nie chciałem żeby wszyscy wiedzieli, że te urodziny mam. No więc Różyczka wiedziała, Lawyer Spice wiedziała, tyle. A kiedy wszedłem na drugi dzień na salę po przerwie spowodowanej zmordowaniem łydek, to na wejściu rozpostarła ręce do przytulenia Serce Sali, mam z nią taką historię wczesną z Kapitanem, że jest moją trzecią trenerką w tej dziedzinie.

Skąd to przytulenie? Tylko Różyczka mnie tak witała. Hej, no potrzebuję tego, jak każdy. Nie pytałem o szczegóły, choć paranoja jest taka, że te dziewczyny mają jakąś grupę wiadomości na temat dziecka specjalnej troski, znaczy mnie i może jednak wiedziała o urodzinach. Ostatecznie to chyba dobrze, c'nie?

-

Zajeżdżam się znowu, poszedłem wczoraj na zumbę, choć miałem w perspektywie trzy godziny u Cudownej. A dziś kolejne cztery. Nie wiem czy znów wczoraj Cudownej nie podpadłem, na wszelki wypadek złapię trochę dystansu, wejdę dziś do szkoły prawie równo z dzwonkiem, czasem mam wrażenie, że potrzebuje ode mnie odpocząć. To nie jest jakieś takie przerażliwione i drażliwe wrażenie, myślę że to jest ok., odczytać tak pewne komunikaty i odpuścić. Ja na lekach mniej się boję gadać, co mi ślina na język przyniesie, wcześniej bałem się gadać cokolwiek, to też trzeba w samym sobie podregulować pewnie, co warto, czego nie warto. Wiem, że bawią mnie często jakieś trzecie, czwarte kroki w żarcie o którym pomyślałem i wychodzę na dziwaka, dopiero tam zaczynam, nikt nie rozumie ocb. Albo zapamiętuję co ludzie mówili, później mi się to kojarzy, a im się kojarzy, że to może jednak kiepsko coś przypominać, wyciągać z innych zajęć. Pewnie powinienem być cichszy, wyjdę na tajemniczego!

Jest we mnie ta obawa, że za dużo entuzjazmu znów się skończy jakimś "idź sobie", trzy razy zastanawiam się, czy powinienem przerobić zdjęcie z przygotowań do pokazu na wersję z kamehamehami, ale jednak się decyduję. Czyli czasem jednak pomyślę, nie wszystko jest na rympał!

Jak to leciało, między bodźcem a reakcją jest miejsce na wolność wyboru?

-

Sypie mi się klawiatura, ma lekko ponad rok, chyba już nigdy nie kupię mechanicznej. Potrzebuję wymienić switch w lewym shifcie, albo wyczyścić, to ma być w sumie zaleta, że da się je samodzielnie serwisować. Może jeszcze będzie spoko. Próbowałem ostatnio wrócić do MS Designer Keyboard, ale brakuje przycisków nawigacyjnych do tekstu, uwielbiam ją, ale zostanie tylko na wyjazdy, bo jednak Home/End itp. to mój chleb powszedni, tym bardziej jeśli się wróciło intensywniej do blogowania (nawet na NWO!). Do tego niedawno kupione słuchawki bezprzewodowe coś się fochują i grają po cichu, sprawdzę czy aby restart telefonu nie pomoże, ale jeśli nie, to w sumie nie wiem co.

(Znalazłem właśnie że słuchawki mają własną oddzielną od telefonu regulację głośności, wszystko gra przynajmniej tutaj, uff!)

Pralka też wygląda jakby jednak coś było nie tak, wstawiłem dziś ją i znów trzeba było spuszczać wodę z filtra żeby otworzyć. Not cool, kiedy właśnie straciłem pracę, żeby się zaczynały sypać różne drogie rzeczy. Pewnie równolegle z szukaniem roboty warto rozglądać się za lokatorem.

Na razie napięcie rośnie, niestety. Zniknęła oferta pracy, która mnie jakoś interesowała, nawet nie zdążyłem spróbować. No ale recesja to recesja.

-

A urodziny były zupełnie fajne, bez zadęcia, bez spiny, zresztą przyjechałem do przyjaciół przede wszystkim zrobić naleśniki, zamówić pizzę na kolację i przez kilka godzin w ogóle nie byłem pewien, czy się przyznawać, co to za impreza. Ale jednak się przyznałem, postawiliśmy na pizzy świeczki, odśpiewano mi sto lat, ich chłopaki są wyćwiczeni po zjazdach rodzinnych, lecą bez końca tę upiorną piosenkę. Wcześniej pograliśmy w Wipeouta, ależ to jest dobre, może warto sprawdzić, czy ta wersja z PS3 może wreszcie już się dobrze emuluje na PC? No bo kupować PS5 czy nawet PS4 pod tę wersję odpicowaną na maxa to jednak głupio. A swojego PS3 z Krańca Świata nie zabiorę, na pewno korzystają częściej niż ja.

Może pogram na przełomie lipca i sierpnia, kiedy jadę do opieki nad kotami.

W ogóle historia dnia tamtego jest taka, że nauczyłem młodszego z chłopaków robić miotełkę, tj. taki ruch rodem z break dance'u, którego nauczył mnie ze trzydzieści lat temu Najlepszy Wujek Na Świecie. Kiedy to było, może miesiąc temu. No i teraz on to już potrafi na pewno lepiej ode mnie, a jak pokazał w szkole, to później występował z tą miotełką na jakiejś gali zakończenia roku chyba, gdzie dzieciarnia tańczyła.

Dumnym! To teraz trzeba samemu opanować flare... Żeby tylko się trzydziestodziewięcioletnie nadgarstki nie posypały. Kierunek plaża? No nie wiem, po poprzednim wciąż jeszcze się łuszczę. A o breaku też czasem rozmawialiśmy z Różyczką, że to by było super.

czwartek, 26 czerwca 2025

Ale jestem, next stop 40

 Mój dom powoli znów zmienia się w dom. Tylko pozory i iluzje, brzmiał tytuł fajnego bloga kiedyś, tylko pozory i iluzje, brzmiałby tytuł filmu o moich ostatnich dwudziestu latach życia? U lekarzy powtarzam: dobrze udaję.

Mój dom powoli znów zamienia się w dom. Lokatorka z którą się tak strasznie gryźliśmy, przyjęła do wiadomości, że wyprowadza się do końca lipca, na co umówiliśmy się już dobre trzy miesiące temu, ale po drodze próbowała się buntować. Wybadałem wczoraj delikatnie temat - bo nie zapłaciła jeszcze czynszu za czerwiec. Powiedziała że myślała że rozliczymy się z końcem lipca. Mam w głowie że pewnie nie chce mi zapłacić czynszu, żeby naciskać na jakieś korzystniejsze warunki dla siebie, mam to głęboko, tj. najważniejsze dla mnie żeby się wyniosła i tyle.

Uff, uff, uff. To najważniejsze do wyniesienia z domu, osoba dająca poczucie mieszkania z byłą żoną. Nie miałem żony, ale wiem że dokładnie tak czułbym się, mieszkając przez jakiś czas z życiowej konieczności z byłą. Na szczęście z tą nie bardzo jest jakiś majątek do podziału, albo zostawi meble, albo nie zostawi i dopłaci kasę.

Mój dom powoli znów zmienia się w dom. Zdawałoby się, że nieźle dbam o porządek, no ale przecież tylko pozory i iluzje. Spiąłem się wczoraj, powynosiłem rzeczy spod łóżka, gdzie trzymałem drugie łóżko, spod fotela i kanapy deseczki wyjąłem, wyniosłem szafę-słupek, która mi nie pasowała za bardzo do przestrzeni, takie rzeczy na wieczny-tymczas ustawione czy schowane, zamiecione na wieki pod dywan. Niby wydawało się, że to wcale nie przeszkadza, ale jednak przeszkadzało bo od razu widać różnicę. Nie wiesz o co chodzi niby, bo to się przecież tak nie rzuca w oczy, ale kiedy nie leżą jakieś tam deski pod fotelem to jest po prostu o wiele schludniej i to czuć.

Salty też mówiła, że ją dzień wcześniej wzięło na porządne sprzątanie, taka aura może. Bidulce zaprotestowała wczoraj pralka, przeszła cały program, nie chciała oddać ciuchów. Note to self, jeśli wyłączenie z prądu i odwirowanie nie wystarcza, prawdopodobnie trzeba spuścić wodę z filtra i pralka przestanie być obrażona. To pewnie nie pierwszy raz, kiedy mi tak robi, no ale nie pamiętałem i musiałem grzebać w internetach. W każdym razie sukces, choć dwa razy do tego podchodziłem, najpierw na pewniaka i zostawiłem sprawę, wychodząc na zajęcia, później z internetem, kiedy po zajęciach okazało się, że mam zapłakane emotikony od Salty, bo jej pralka wciąż robi na złość, a ma w niej ciuchy na swoje tańce.

We wtorek wciąż ćwiczyliśmy choreografię Cudownej do nagrania, walczę z tym od miesiąca. Mam ostatnio chwile zwątpienia, kiedy jakieś rzeczy, które przecież ćwiczę od miesięcy, nie wychodzą. A bez lustra to w ogóle się rozsypują, zostaje po tym, jak ciało się umie poruszać, tylko pamięć, albo coś mniej wyraźnego, tylko wspomnienie, tylko cholerna jaskinia Platona, mizerne i zafałszowane odbicie tego ideału, wyrażanego przez Cudowną, albo podglądanego u Salta i innych starszaków.

Walczę, pracuję nad sobą, żeby mnie to nie zniechęciło. Wiem że wiele rzeczy, które teraz jakoś tam potrafię skoordynować w ciele, nawet jeśli jeszcze niezbyt estetycznie, to są rzeczy, które pół roku temu nawet z lustrem nie wychodziły wcale a wcale. Czyli tak naprawdę sprawa jest prosta - trzeba więcej ćwiczyć bez lustra, myślę.

Ćwicz, ćwicz, brzmi jak mowa pokemona.

Dzień urodzin wydaje się trudny do zagospodarowania, rano wizyta u lekarza, w poczekalni robię notatki na bloga. Zwiększył mi dawkę leków i dołożył L4 - mówi, że są wskazania i że widzi że jest lepiej, ale dążymy do tego żeby było 10/10, więc jak nie jest, to można. To jest coś, co miło usłyszeć, kiedy przez całe życie trwało się w obawie, że powiedzą ludzie, jak szef powtarzał w biurze, że coś ściemniasz, to kiepskie tak powtarzać przy współpracownikach (a pudełka z recepty mają podpis "lek zaburza sprawność psychofizyczną", może trzeba było pokazać ze zwolnieniem od lekarza?), no i jest ryzyko, że któryś Ci o tym opowie, jakiego miałeś szefa, że Tobie przez telefon mówił "zdrowie najważniejsze", a w biurze odwrotnie; że to nieprawda, że po prostu weź się w garść, przecież sam byłeś takim ludziem, że tak sobie powtarzałeś.

Niesłusznie.

Na tym polega się wzięcie w garść, że leki i L4 przecież.

Pierwszy raz od wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu (to zupełnie losowa liczba powtórzeń, nikt nie zliczy tego już) lat, mam taki pomysł, że chciałbym ten dzień z kimś celebrować, zamiast się kryć po kątach i powtarzać, że przecież to jest dzień w którym zaczęły się wszystkie moje problemy. Jest w tej myśli jakieś poruszenie i wzruszenie, przełykam je z trudem, skręcając w Belwedreską.

Będę teraz przełykał smarki aż do przychodni, gdzie jest toaleta, na szczęście to nie tak daleko. I tak nie udało się umówić na rezonans magnetyczny, można jedynie w tych placówkach, które mają taki lab. Ech!

Zwracam uwagę na wystawę plakatu na płocie Łazienek, jest tam plakat sympatyczny, od razu przesłany do Herbacianej, że "teraz nawet kotek może strzelić kilka fotek". Za kilka kolejnych plakatów patrzę, a po murku pod plakatami idzie kocisko, przeciska się pod gałęziami w stronę tego kociego plakatu. Zawracam z telefonem, próbuję go złapać razem z plakatem. Niestety, po złej stronie płotu jest i nie chce pozować. Trudno, to piękna, mała przygoda. Miałbym kawałek szynki w kanapce, to może bym mu zdążył strategicznie podłożyć na trasie do zatrzymania, niestety nie miałem już nawet kanapki, zjadłem po drodze.

Później wracałem nad Wisłą, tydzień temu widzieliśmy się pod Poniatówką z Mimblą z rodziną. Minęła mnie na tym odcinku dziewczyna z tatuażem na ramieniu - przytuleni Muminek i Migotka. Więc napisałem do Mimbli, że dziś spoglądam na plażę ostatniego spotkania z perspektywy przeciwnego brzegu i że te Muminki, bo one od samego początku się z nią kojarzą, to fajne.

Ustawiłem się że robię u Bazyla i Herbacianej naleśniki dzisiaj. Nie będę sam, zresztą dali mi urodzinowy prezent już z miesiąc temu, bo przecież też nie pamiętają dokładnie kiedy mam, skoro się tak zawsze kryję. Dostałem puzzle z oryginalnymi pokemonami, na pamiątkę żartu, jaki im kiedyś wyciąłem. Cudowne!

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Czekając na przechwycenie bratanka, bo mam teraz czas

 Zjarałem się, jak to z upodobaniem powtarza mi Salty, poprzeczka jest przy mnie zawieszona wyjątkowo nisko, na popołudnie na plaży należy zabierać przeciwsłoneczne smarowidła. No i jakoś z sensem może się obracać względem słońca trzeba, żeby wyszło równo. Cóż, nie wyszło. Pewnie należało jednak być w ruchu i popracować nad saltem. W tygodniu, w tygodniu, przed słońcem w zenicie może też.

Rozbolała mnie po powrocie głowa, na szczęście to tylko głowa, tj. bez migrenowego wiercenia za oczami. Obejrzałem Stargate, przypomniane niedawno podczas oglądania odcinka Supernatural z tricksterem, takie zmierzenie się z koszmarami z piramid, bałem się tego filmu w dzieciństwie, pamiętam go z telewizora na wsi u babci. Za dużo słońca też potrafi mi tak dowalić, wiem od roku, kiedy to jechaliśmy na kawalerski brata, siekło we mnie w drodze. Reprezentacja przerżnęła wtedy jakiś mecz, ale w trasie na dwa samochody i tak było wesoło. To też na dobrą sprawę mógł być najbardziej wakacyjny wyjazd mojego dorosłego życia, z tymi podejściami pod górki różne, Łysica to była taka sobie, moim zdaniem nawet fajniejsza jest Miedzianka, z której można było dojrzeć Chęciny.

Przez chwilę myślałem później, czy może samemu tak nie pojeździć na weekendy, ale zumba była życiem. Minąłem się przed chwilą z jedną z koleżanek w drodze do autobusu, nawet poznała mnie pod czapką. Na razie mam przerwę na obolałe łydki. Przetrenowałem tą nocą ze środy na czwartek, ale co, warto było. A przecież dziś trzeba trzy godziny zajęć przetrwać, to super zajęcia są u Cudownej, z radością będę udawał że nie syczę z bólu.

Producent z już byłej pracy pytał dzisiaj, czy jestem w pracy, zabawne że nie wiedział jeszcze, że już po mnie. Dodaliśmy się na fejsie, lubię gościa, robił co mógł żeby nam pomóc, choć oczywiste było, że szef ma nas gdzieś przez te półtora roku. Chciałbym dzisiaj odesłać sprzęt, może jak wrócę do domu będą już dane (update, nie ma). Powtarzam sobie, że pakując gogle do pudła czuję ulgę, że to już koniec - w końcu więcej tu było nieprzygody i nieprzyjemności przez ostatnie kilkanaście miesięcy, zjazd w dół od rozmowy o awansie, skoro się wypełnia obowiązki lidera projektu. Figa.

Ale w dzienniczku snu, który monitoruje mi zmiany w tej dziedzinie od kiedy biorę happy pills, zanotowałem na razie, że napięcie rośnie. Jak mogłoby nie w sumie, nawet jeśli spodziewałem się wypowiedzenia i staram się zachować przed wszystkimi twarz, to jednak jakoś boli. Spina brzuch, szkoda że nie core w tych miejscach dzięki którym mniej garbiłbym się w tańcu.

Rozmawiałem dopiero co z szefem szkoły tańca, mówił że pracował jako tester przy pierwszym Wieśku i zwolnili go od razu po. Od tamtej pory już nie pracuje dla kogoś, tylko na swoim - software house i szkoła tańca. Do przemyślenia, co ja jestem w stanie sprzedawać, nie sprzedając się komuś. Ale na razie przede wszystkim portfolio.

niedziela, 22 czerwca 2025

Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie (czyli też paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem c.d., bo te cytaty!)

Popołudnie jak z pocztówki lub ze starego zdjęcia, takiego z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie mogę pamiętać czy w latach 90. pod Poniatówką była plaża, bo mieszkaliśmy na Gocławiu opodal ostatniego bloku w Warszawie i Białołęce w dosłownie ostatnim bloku w Warszawie, świat pomiędzy słabo istniał. Teraz mieszkam trochę po środku, opodal tego budzącego zachwyt dziecka, kolorowego budynku na Pradze, chyba był w nim wtedy też i zabawkowy.

Dziś na tej plaży, na którą przyjechałem wygłupiać się, uczyć macaco, które wcale nie jest Macondo z Marqueza, ale chyba jednak nie mam jaj aż tak się tu w szczycie zainteresowania plażą wygłupiać, no i bolą nogi wciąż; dziś na plaży zdjąłem okulary, więc świat jest niewyraźny jak stara pocztówka czy zdjęcie z polaroida. Widzę ziarenka piasku na starym ręczniku podłożonym pod dupsko, dalej już nic nie jest wyraźne a słońce razi, że ciężko czytać opowiadania Sołtysa - które wreszcie, ile to lat, kończę. Głosy też słyszę niewyraźnie, mniej wyraźnie niż ciężarówki i tramwaje przewalające się górą. Jest faktura ręcznika, atakujące ze sporadycznymi porywami wiatru ziarna, reszta rozmazana, jak wspomnienie którego nie mam, bo jest tylko na zdjęciu z mamą na huśtawce, ma skórzaną kurtkę, spódnicę, taka jest piękna i szykowna i pochylona nad zainteresowanym czymś chyba w trawie mną, takim na chudych jak u koguta nóżkach i w zbyt krótkich, dawno niemodnych spodenkach.

Gdzie jest to zdjęcie, czy na pewno tak wygląda, pewnie gdzieś u rodziców?

Ty już takiego nie zrobisz, wiesz? Nie wiesz czy chciałeś. Raczej, chyba, nigdy nic pewnego.

To pismo w notatniku też nie jest wyraźne, nie wiem jak wygodnie pisać na plaży, nie przygotowałem się jakoś super w ten pierwszy dzień, mam ich zapewnione o wiele więcej, wyrobię się.

Tego dnia, kiedy przypomniałem sobie pierwsze chyba wspomnienie, najwyraźniejsza była dziewczyna w klubie przy Mazowieckiej. Stroboskopowe światła dyskoteki dodały jej jeszcze konturów, a lubiła też co jakiś czas podkreślić szminką usta. Dobrze wiesz, że byłeś u fryzjera dla tej dokładnie dziewczyny, choć nie mogłeś wiedzieć, czy w ogóle tam będzie. Możesz teraz mieć wrażenie, że warto żyć dla takich chwil właśnie, a tutaj to nawet długich - czują to teraz łydki przede wszystkim, choć minęło kilka dni - godzin, kiedy ona tańczyła, zdając sobie raczej sprawę, co robi, jakie to jest wrażenie, jakie wywiera wrażenie na każdym typie w klubie, atakowali ją przecież co i rusz, wierząc może, że to tańczy tylko dla niego. I za chwilę kolega ją odławiał. Też byś chciał - no ale poszedłeś do klubu wychodzić ze strefy własnego komfortu oficjalnie i tu samo wyjście się liczy u kogoś, kto nie był w modnym miejscu z piętnaście lat, a nie próbować porywać do tańca najlepszą i najpiękniejszą tancerkę, wynudziłaby się przecież.

I przecież wiesz, że ostatni taniec, oprócz tego grzecznościowego z siostrą na weselu brata, to właśnie był ostatni taniec, z którego uciekła. To strasznie bez sensu, że chciałbyś żeby pierwszy kolejny taniec coś znaczył, ale przecież kiedy zakochiwałeś się dziesięć lat temu, albo dwadzieścia lat temu, albo kiedykolwiek, to zawsze kiedy tańczyły.

Co Cię nie zabije, itp., to dlatego dziewczęta w tańcu robią jeszcze mocniejsze wrażenie.

Nie wiesz jak to opisać, myślisz banałami, że wygląda jak płynne złoto, albo może nieco mniej banalnie, że patrzenie daje taką radość i zachwyt, jak oglądanie wstrzykiwanych do wody barwników, zupełnie zaczarowane wicie się i rozpuszczanie, i rozpraszanie kolorów w przestrzeni. Mógłbyś tam siedzieć te pięć godzin i jedynie patrzeć, no ale to by było trochę creepy (to Twój style, czyż nie mówią tak?). Nie masz słów, choć na drugi dzień na torcie jedynie o tydzień przedwczesnym masz 39 i może w tym wieku to warto by było mieć już jakieś słowa. Ale, jak wiadomo, w tym miejscu w którym lubisz samego siebie nie ma miejsca na szczere słowa, więc znów robisz fikołki ze słowami, powiedz to wprost, no powiedz, chodzi o Salto, w oczywisty sposób chodzi o Salto, od tej nocy grudniowej, kiedy uciekłeś, przerażony najbardziej może tym, że to będzie tak, że zdjęcia od M. to będą zdjęcia od Salta, no i co, tak właśnie było, czy Salto naprawdę musi nawet na imię mieć to swoje M.? A Ty jesteś w samym środku tamtego występu i nie potrafisz nawet prostej falki przed taką publicznością, jaki wstyd.

Hej, pół roku później falka o wiele lepiej!

Powiedziałem Bazylemu i Herbacianej o tej nocy, że na pewno warto by się dowiedzieć czy M. z OMG ma męża, nawet nie robiąc sobie nadziei, albo po prostu żeby nie robić głupot - to urocze, ale nie tak dramatyczne jak dwadzieścia lat temu z inną na M., być może to jedyne obok wymęczonych, starczych łydek, miejsce, że te 39 robi różnicę. No ale hej, fajnie sobie podramatyzować na blogu lekko. To zresztą też osobisty inside joke, że już się jednej dziewczynie z OMG oświadczyłem. Opowiadałem też że Salty - wiesz, wiesz, wiesz że to nie przypadek, jak blisko jest Salty do Salta, wszak to ten sam grudzień - wspominała że na wianki się zasuwa żeby się sparować z kimś. I oni wtedy wpadli w jakąś taką zgodną ciszę i to jest pewien niepokój, bo Herbaciana dobrze zna Salty, to nawet nie jest OMG, to jest WTF po prostu, kiedy umowa-nieumowa brzmi tak, że jest traktowana jak młodsza siostra, a z drugiej strony są te powtarzające się komentarze że związki z dużą różnicą wieku są obrzydliwe, więc skąd ta nagła cisza. Zresztą nam chłopcom najmądrzej zawsze wyjść z założenia, że jedynie nam się wydaje, więc tak robię, mając pewność że to wskazane z Saltem i mniejszą przez tą ciszę z Salty.

Kiedy Salto wyszła już z klubu wydarzyła się taka czarna mała, podobała mi się, podnosząca okulary z nosa, jakby zapraszając do bycia zapraszaną do tańca. To jednak tak działa, że kiedy wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy, to faktycznie patrzy, przecież była tam i Maryjka z grupy wtorkowej (nie mylić z M.-Salto), może byś nie zwrócił uwagi, gdyby się ciekawie nie przyglądała, czy Ty to Ty. Tylko że ja wiedziałem co będzie i po co idę, że idę wyjść ze strefy własnego komfortu, ale nie aż tak daleko, bo tak daleko nie ma sensu po prostu. Ja teraz już od ponad roku powtarzam że się potrzebuję ogarnąć, że nic się nie wydarzy, nic nie będę wydarzał, bo rzeczy się nie dzieją same z siebie, zanim się nie ogarnę, nic z nikim, tak mówiłem o Damie Pchełek, żeby jej krzywdy nie zrobić z tamtego miejsca w którym byłem przed rokiem.

Z happy pills można mieć wrażenie że jestem w lepszym, no ale jednocześnie jest to miejsce i noc, kiedy wiedziałem, że za dwa dni w pracy czeka na mnie wypowiedzenie, więc dziewczyna podnosząca z nosa ciemne okulary żeby złapać się za oczy zanim może za ręce w tańcu, Dama Pchełek, Salty czy Salto, nie, nie, nie, nie. Kiedy wiesz że masz te swoje 39, nawet jeśli do tego jeszcze tydzień, a jesteś po prostu bezrobotnym żulikiem z Pragi, to wciąż nie jesteś materiałem na randki.

Może kiedyś nadasz się na bohatera opowiadania Sołtysa, takiego przez chwilę stojącego poza kadrem dnia dzisiejszego, niezbyt wyraźnego, nie wiadomo o czym, bo tam poza kadrem jest cała reszta, czyli wszystko, starsi ludzie przypominają sobie jak byli kiedyś inni, całe życie miga w kilku stronach.

Co mogę zrobić, żeby nie skończyć się na tych kilku stronach? Oprócz happy pills? To jeszcze za wcześnie. 

W każdym razie jestem tu sobie na plaży pod Poniatówką, bo miałem uczyć się robić salto, tzn. takie prawie salto, macaco się nazywa ten ruch. Co to jest za cyrk, że każde salto i Salto tak przeraża niemożliwością, czy to może jednak chodzi o to, że nigdy nie będziesz gotowy i to z tym trzeba się liczyć i nauczyć żyć.


środa, 18 czerwca 2025

Minus dziesięć lat do wizerunku na chwilę + I'm only human

 Czy to jest pierwsze wspomnienie? Czy może jakieś inne wspomnienia wcześniejsze jeszcze wrócą? Raczej jestem już gdzieś na połowie czasu, czyż nie?

Jest lato, dzień jak dziś, może nawet cieplejszy. Rodzice grają w siatkówkę, w kółeczku, sąsiedzka zabawa za klubem, tym w bloku przy Brygady Pościgowej. W zakamarek za tym klubem spadły mi z ręki klocki lego, zbudowane jako zegarek - może Power Rangera, ale chyba nie, chyba chodziło mi o jakąś inną, animowaną serię, dostępną na przełomie ustrojów, albo na początku nowego. Bajeranckie zegarki do transformacji czy komunikacji to była norma w seriach dla chłopców, zbudowałem swój i próbowałem przełożyć przez kratę na balkonie rękę.

Zaczepił, posypał się. Młodzież pod blokiem krzyczała - LEGO spadają z nieba.

Znalazłem jeden z tych klocków może z rok później, szukając kapsli, od razu wiedziałem że to mój.

Jest w tej grze też najpiękniejsza sąsiadka, masz tam te swoje może trzy, może cztery lata, ale z jakiegoś powodu już wiesz, że jest najpiękniejsza.

Grają w tę siatkówkę, przyglądam się i czuję jak ogromne ciepło dotyka mnie w kark. To bardzo miłe, dziś przypomniałem sobie o nim, strzygąc boki i kark na zero, bo to też jest bardzo miłe, kiedy maszynka mruczy wokół głowy i mizia ciepłymi ostrzami, musiałem od razu opowiedzieć o tym fryzjerce.

Zasmuciła się chyba nieco, bo mówię - to chyba moje pierwsze wspomnienie - a ona że nie ma takich dobrych rzeczy z dzieciństwa, raczej pamięta złe. Ja się zasmuciłem trochę - halo, o tych smutnych rzeczach z dzieciństwa to nie będę opowiadał, oczywiście też mam, wszyscy jakieś mamy.

Ale to chyba jest najwcześniejsze, takie wesołe.

Kiedy rodzice cieszą się wspólnie z innymi dorosłymi, może jakaś młodzież też jest, inaczej to wtedy w świecie na osiedlach wyglądało, poznawali się wszyscy o wiele chętniej, jeszcze w latach 90. na nowym osiedlu wciąż trochę tego było, kiedy ojcowie rozgrywali mecze przeciwko synom i oglądało to pół osiedla.

Wszyscy wokół się cieszą i są tak mili, nie wiem jeszcze co to znaczy, ale czuję że są szczęśliwi, a mnie w kark dotyka coś najcieplejszego na świecie i bardzo powoli dociera do mnie, że to dotyka mnie słońce, tak wielkie, tak ogromne, tak dalekie, że nie ogarniam świadomością, sięgam za głowę, obracam się, wiercę, dziecięcy umysł pracuje usilnie nad tematem dotknięcia, zanim godzi się z tym, że to zbyt odległe, aby objąć rozumem.

I jest mi dobrze.

niedziela, 2 lutego 2025

Dzień naleśnika

Gdzieś w środku stycznia

Sale fitness to dziwne miejsca, o wiele łatwiejsze są sale tańców, przynajmniej jeśli trafiło się do grupy formowanej od zera, nie ma w niej jeszcze polityki, niesnasek, humorów, tego wszystkiego, co mnie męczyło przez pierwsze półrocze 2024 w miejscu ucieczki. Ostatnio z koleżanką, która jakoś tam pomogła mi jednak osiąść, nie zniechęcić się, mimo odczuć, że sala chętnie bawiłaby się beze mnie, pogadałem o tym wszystkim i myślę, że potrzebowałem tam kogoś w środku, kto usłyszy moją perspektywę. Pomogło mi to, takie posiedzenie po zajęciach i spacer przez chyba najzimniejszą noc tej zimy na razie. Ludzie wystygli po zajęciach. Zgadujemy się na jakieś naleśniki, dziś nawet wysłała tę szokującą informację, że mamy jakiś oficjalny dzień naleśnika.

Chyba może mieć tu na imię Różyczka? Jako obywatelka świata, podróżniczka, przywiozła mi kartki z Władcy z Nowej Zelandii, widziałem się dziś rano z bratem, oddałem mu jedną wreszcie. Mówiła że mieści się w tych drzwiach do hobbickich gospodarstw.

Już nawet za mocno mnie nie uwiera, że chyba jednak część z tego - bo mam nadzieję że nie wszystko - powtarza w towarzystwie, towarzystwo już nie tyle traktuje mnie jak dziecko specjalnej troski, tylko niemal ultraspecjalnej, tak się ostatnio zrobiło miło. Przyzwyczaję się, mam zresztą wrażenie, że teraz już jest w tym trochę szczerej sympatii jednak. Może to że się kogoś przytula na powitanie robi aż takie wrażenie? Ten wkurzający typ nabiera ludzkich kształtów jednak.

Upadek

Zagadują mnie w przejściu podziemnym jacyś bieda-bezdomni o kasę. Przy biletomacie często. Złości mnie to jakoś, ostatnio jednemu powiedziałem, żeby się zgłosił do ośrodka pomocy. Nie dodałem że płacę na takie podatki w końcu, choć przeszło mi to przez myśl. Myślę że kiedyś może potrafiłem mniej warczeć, zamiast myśleć, że typie, przecież mnie nie stać na miesięczny, dlaczego uważasz, że się czymś podzielę. Ale to może też wciąż  konsekwencja oszusta sprzed lat, który zmyślał na Krakowskim tę samą historię bez przerwy? W każdym razie nie muszę być aż tak obcesowy, jak byłem.

Jest to jakiś mój strach w życiu, że skończę na ulicy. Bo ja ściągam na siebie uliczników, słucham ich zawsze, kiedyś to notowałem przecież. Czy umiałbym dziś wysłuchać takiej historii, jak kiedyś o Panu NN? To może nie bezdomny, ale rozumiesz, dziwnych typów, czasem pewnie z dachem nad głową, czasem bez, zawsze przecież jest za tym historia. Albo o typie, co chciał w filmie zagrać Wojtyłę, wysyłałem to niedawno komuś.

Najlepsze rzeczy, jakie kiedykolwiek napisałem, nie były rzeczami o mnie. To były te wysłuchania.

Przecież nie wszystko dobre już było, wskazują na to tańce. Nawet jeśli dziś ewidentnie nieco rozczarowałem sobą Cudowną. Och, Captain, my Captain, taka, niestety, rola ucznia, że czasem się potknie, nawet jeśli stary cap z niego.

Nie mogę się biczować za bardzo za takie nieumyślne przewinienia.

W małej szkole to i nie wybrzydzają przecież że stary, klient jest klient, c'nie? Fajowe miejsce, jest miło bez zwierzania się ze spraw, które były niemiłe.

Powrót Małpoluda

Jak ta xywka brzmi nieuprzejmie, dziś nie mam najzieleńszego pojęcia już, skąd ona się wzięła. To już będzie ponad dwa lata, jak wpadliśmy na siebie na ulicy mojej, mieszka przy tej samej, znamy się z pierwszej pracy. Do tej pory wisi mi w domu plakat, który dostałem w prezencie na parapet. No i uwielbiałem ich, a teraz, po latach, to nawet na razie nie wiem, czy wciąż są jacyś oni. Wtedy nie byłem w stanie się odezwać, żeby pójść na to piwo jakieś, choć tak się umówiliśmy, rozstając pod żabką.

A teraz sam się odezwał jednak, że może byśmy razem na siłkę. Jakie to jest chłopackie, nie widzieć się najpierw z osiem lat, później następne dwa, a za chwilę razem dźwigać jakieś durne ciężary, w ogóle nie komentując tych lat. Wyjdzie w praniu czy kto jeszcze ma żonę.

Dźwigam te ciężary, bo Cudowna sugerowała, że jeśli bolą kolana, to znaczy - trzeba ćwiczyć. Nie żebym ja mało ćwiczył, nigdy w życiu nie ćwiczyłem tyle co ostatni ponad rok już, po prostu potrzebuję wymienić część treningu na siłowy. No to nie zastanawiałem się nawet przez sekundę nad odpowiedzią na to pytanie. Wprawdzie z moim terminarzem to udaje nam się zgrać co drugi tydzień, ale to i tak jest mega super hiper i ekstra.

Może jednak miesięczny?

Wprowadziła się druga współlokatorka. Chyba nie będę myślał o niej współ, chyba to jednak jest materiał na lokatorkę, no chyba że się dotrzemy jakoś. Z Salty nie musiałem, Salty jest cool, raczej Salty musiała jakoś ze mną, jest prześwietna, że jej się chciało. No a nowa dziewczyna, trochę chyba cwaniara, poszedłem jej mocno na rękę w wielu sprawach, bo przyjaciółka przyjaciół, więc ostatecznie niech ma, niech stracę. Ale wychodzi na to, że jest cwaniara i jeszcze próbuje manipulować od początku, przeinacza słowa moje, kiedy jej rzucam, żeby kontrowersyjną sprawę omówiła z Salty, bo wszyscy domownicy się tu muszą zgodzić, musiałem tam szybko interweniować i byłem zły o to.

Może jestem rozdrażniony, bo nawiozła rzeczy, które nie wyglądają jakby się miały zmieścić na dziesięciu metrach kwadratowych, których użyczam, na razie sporo tego leży u mnie, a ja nie lubię mieć poczucia, że mieszkam w graciarni. Mam strategicznie prosty, mało urządzony pokój.

Myślę, czy to takie rozdrażnienie wstępne i czy mi nie przejdzie. Mam nadzieję. Zaproponowałem naleśnika dziś, z okazji dnia naleśnika, mówi - przez chwilę myślałam czy nie ukraść jednego. Nie trzeba kraść, dziś zdecydowanie zrobiłem żeby się podzielić!

A później słyszę przez drzwi jak chodzi po pokoju i wyje, i klnie, że nie może znaleźć kamerki. Zapukałem, zaproponowałem że pożyczę swoją.

Ale tak myślę, że już w żadnej sprawie nie pójdę na rękę.

Może to za szybko, w końcu zanim mnie polubili na sali fitness jako tako to minął ponad rok. Trudno, to zdąży się wyprowadzić, zanim nastąpi zjawisko acquired taste.

poniedziałek, 20 stycznia 2025

Ósemki na trzecim planie

Podglądam sam siebie w nagraniu. Nie ustawiam jeszcze sam telefonu, choć wiem, że to pomaga, popatrzeć i przemyśleć, ale podglądam siebie z ciekawością, kiedy wystąpię u kogoś. Najśmieszniej było kiedyś, kiedy kamera złapała, jak się poddaję i kręcę w chwilowej rezygnacji głową. Tych chwil jest wiele, ale staram się ich aż tak nie akcentować.

Raz i dwa, i trzy, i cztery jest po prostu zapamiętane. Niezbyt zgrabne, ale przecież jeszcze o poranku siódmego grudnia pewnie przez chwilę upierałbym się, pełen konfuzji, że to jest raz-i-dwa-i-trzy-i-cztery-i-pięć-i-sześć. Ale uczyliśmy się liczyć w tych ósemkach i już tak nie zrobię. W pięć i sześć majaczy sens - te biodra wiedzą, że mają już choreograficzny obowiązek zrobić coś takiego, co na wdzięcznych planach pierwszym i drugim dzieje się już od raz. Moje biodra spoglądają, na razie jeszcze bez wdzięku, w tym kierunku, ale to całkiem dużo, myślę.

W siedem i osiem dzieje się ruch nogą i ruch rękoma na raz, podobnego kilka tygodni wcześniej nie zobaczył u mnie Busta Rhymes, choć był męczony przez dwie godziny nawet. Na drugiej nawet trochę wymawiałem się przed samym sobą zbyt bliską ścianą, cwaniak.

A teraz to jest na siedem i osiem, wszystkie kończyny działają wspólnie, z zawahaniem, ale wciąż bez paniki.

Na następne raz i dwa pojawia się na trzecim planie ktoś, kogo nie poznaję. Wystawia rękę, mniej więcej jak mu kazano. Wystawia nogę, mniej więcej jak mu kazano. Ten ktoś pamięta, że w sumie co chwila mylił, która noga pierwsza, ale mówił sobie - co mi tam, ostatecznie to nic nie szkodzi.

Ten ktoś nie pamięta jednak, żeby ktoś mu kazał coś więcej tam robić z ciałem. Przecież nawet sam sobie nie kazał. A jednak na chwilę ciało na trzecim planie działa samo z siebie. Tupie może nieco mocniej, niż sugerowano, ale przecież tak słyszy. Klatka piersiowa przez sekundę kręci się i spina delikatnie, w pół drogi między lewą i prawą ręką, ale wcale nie ze spięcia, tylko dlatego, że przez sekundę-dwie, płynie sama z siebie, być może przez chwilę czując. Nie: słysząc, reagując, podglądając.

To są ze dwie ósemki, kiedy ten ktoś zdaje się obcy, bo nie walczy o życie w ramach choreografii, tylko, uwierzyłbym, tańczy.

Bohaterka pierwszego planu, stosując tzw. magię kinematografii, przedłuża tę radość, bo siedem i osiem w trzecim zestawie przeskakuje po montażu, to inna próba. Podejście w którym wprawdzie robię coś nieco innego niż bohaterka planu drugiego, którą wcześniej poprosiłem o zamianę miejsc, żebym mógł od niej ściągać, ale jednak cokolwiek tam zrobiłem, wciąż przecież pasuje i nie ma powodu do przejmowania się, czy tu należało jeszcze obrócić rękę, czy dodać innej dekoracji.

Panika jest dopiero za kolejną ósemkę. Rzeczy zupełnie nowe-dzisiejsze, których nie pomieściła głowa, mimo wstępnych sukcesów po rozgrzewce. Nagle robię już coś tak bardzo innego, że może jednak wstyd;  widzę dokładnie, kiedy to nadchodzi, bo w pierwszym kroku naprzód razem z nogą jest jakiś ruch ręką, a w drugim kroku ręce już zacięte, w ciało wkrada się paraliż. Za chwilę pojawia się też stary wróg, falowanie, więc już naprawdę sypie się wszystko niby domek ze słomy zdmuchnięty przez wilka.

Panika na wilka, pawnilka, nazwijmy ją dla oswojenia. Nie szkodzi. Rusza mnie te kilka ósemek w środku. Nie uwierzyłbym, gdybym nie zobaczył. I z tym starym wrogiem też się kiedyś dogadam.

środa, 8 stycznia 2025

Soundtrack mojej ucieczki

Skok wiary, Salto mortale (07/08.12.2024)

Cudowna może trochę nas tam wzięła pod włos, kiedy tak mówiła - mam takie marzenie - no ale skoro mówię na nią tak jak mówię, to nie mogłem nie wziąć w tym udziału. Tak nam mówiła, jak do dzieci w przedszkolu prawie, a mam to skojarzenie z przedszkolem zapewne dlatego, że opowiadała kiedyś, że w piwnicy trzymają trumny i ubawiło mnie, że to hurtowe trumny na dzieci muszą być, skoro wymiar na dorosłego.

Halloween to było.

Marzenie, że po dwóch miesiącach kursu (tu przynajmniej byłem na całym, to będzie z dziesięć czy dwanaście godzin zajęć) wystąpimy na pokazie grup szkolnym. Kiedy ja ostatnio występowałem? Bez wahania, wiadomo, choć w wiecznym zawahaniu, skoro to improwizacja i mimo trzech lat prób, ciągły strach przed sceną. W szkole tańca to odwrotnie - dokładnie wiesz co masz robić, albo prawie dokładnie, po prostu, jeśli jesteś mną, to jeszcze (powtarzam sobie) nie umiesz. Ale jednak z improv pozostało gdzieś to przekonanie, że trzeba tam wyjść na parkiet pomimo strachu, więc odpowiedziałem bez wahania - no jasne że wystąpimy.

Na drugim kursie byłem nawet krócej, bo dołączyłem kiedy ponownie skasowali mi w klubie fitness z grafiku trening funkcjonalny i zwolniło się miejsce. Jezu, jak się cieszę! Szkoła tańca miała pomagać w zajęciach na licencji z klubu, może się już przestańmy z tym migać, że się lubi zumbę (Will Smith śmiał się z Margot Robbie), no ale okazało się że zumba została inspiracją do jeszcze cudowniejszych i cudaczniejszych wygibasów. Więc priorytety są zmienione - tańce above all.

I pewnie dlatego dzisiaj nawet nie ubolewałem jakoś specjalnie, że na samą jogę poszedłem, bez wycieczki na Promenadę. Trzeba czasem pielęgnować kolana, kiedy pojawia się nowa zajawka, to łatwiejsze.

Więc miesiąc temu daliśmy dwa pokazy, nie mogę patrzeć na nagrania z tego, myślę nawet nie o sobie, tylko jak zaprezentowałem Cudowną, tak uparcie pracującą żeby mi wbić cokolwiek o baunsie, zawsze lekkim ugięciu kolan i liczeniu ósemek, że przez poprzedzający występy tydzień zorganizowała dodatkowe godzinki szkoleniowe. Bo Cudowna ewidentnie kocha co robi i mnie to super porywa i jak nigdy wierzę, że mimo postępujących zakoli i postępującej siwizny, wolno mi się tym bawić a przestrzeń do poprawy nie ma końca, nawet jeśli na występ idę mając zaufanie jedynie do jej oceny sytuacji, w żadnym razie do samego siebie.

Rozwinięcie zajawki na DDR przesunięte o dwadzieścia lat, ot.

Dostałem też ostatnio tabletki nasenne, które w ulotce są również antydepresyjne i one przypomniały o tym wiecznym strachu przed sceną, ale też przed wszystkim, o lekarce zwracającej uwagę, jak się trzęsę, kiedy mi przecież tylko bada bóle szczęki, dekadę temu ponad to już musiało być i trochę mi wyszło na to, że to jednak może być jakoś inaczej i może ja potrzebowałem czegoś takiego już wtedy, albo nawet jeszcze wcześniej (spotkania ze szkolną psycholog wcale nie były łatwiejsze, ale komu ona próbowała pomóc, nie mnie, tylko tej która mnie tam skierowała), że wcale nie musiałem na tę scenę wychodzić w wielkim strachu i przerażeniu, trzęsąc się cały, mimo upływu lat, bo ta odwaga wyjścia na scenę niczego tu nie naprawi.

Nie mam już więcej tych happy pills, niech już będzie tak jak jest teraz, bo jest lepiej.

Przeżyłem oba występy, miałem ze sobą t-shirt z Generałem Daimosem, jako symboliczne wsparcie, dostałem go kiedyś od przyjaciół z Krańca Świata. Że nie liczyłem ósemek, żeby przynajmniej lecieć do rytmu na reggaetonie to sobie nie wybaczę już, ale Wiedząca Czego Chcąca błyszczała na szczęście, może nikt nie zwrócił uwagi za mocno na mnie. Nie lubię tego opisu, że muszą powiedzieć, że od dziesięciu czy dwunastu zajęć, to brzmi, jakby wiedzieli jak źle wypadnę zanim zaczęliśmy. Trudno. Dużo emocji, znów powracające od czasu pierwszej zumby wspomnienie końca lat dziewięćdziesiątych i wyśmiewających mnie w zagranicznej szkole dzieci, kiedy próbowałem powtórzyć co tam ćwiczyły do szkolnego występu. Inne traumy i uświadomienia, dlaczego te dziewczęta w tańcu robią aż takie wrażenie - bo to w tańcu zrozumiałem że pewne wspólne miejsce już nie istnieje.

Emocje to wygłupy, poprosiłem Cudowną o zdjęcie na pamiątkę z wieczoru, są na nim grupy wszystkie które prowadziła, a miała dwa występy z amatorami i jeden z profesjonalną, biorącą udział w zawodach, grupą choreograficzną, która potrafi w tańcu nawet salta. Wydrukuję sobie do ramki, na razie mam w niej jedynie zdjęcie z Mimblą (mogła mieć i inne xywki na tym blogu, trudno, ta pierwsza przyszła) z dzieciarnią, będzie drugie. Nie zbieram zdjęć, jeśli zapełnię wszystkie pięć czy sześć slotów to może pora zakrzyknąć chwilo trwaj.

Z imprezy uciekłem, kiedy ekipa poszła na parkiet, zbyt mało jeszcze traum przepracowanych, żebym i ja tam szedł, za dużo wygłupów, żeby nie zastanawiać się, czy Salto tak aby nie patrzy, bo jakiś debil się przypałętał, wystarczy jedno takie Salto i znajomi wężykiem puszczeni przodem na parkiet, na który ich nie gonię i zostaję sam, i zaczynam mieć poczucie, że idę nocą przez jakiś las i wszędzie siedzą sowy i wszystkie patrzą i są sowami, więc są takie mądre i w tych wielkich oczach wiedzą o tym strachu, więc uciekam, uciekam, uciekam, uff.

Zapewne myląc się w tym wszystkim okrutnie i do tego zapewne zupełnie intencjonalnie (to obrona, jak z tym paplaniem przy Wiedzącej Czego Chcącej), nie byłby to pierwszy raz w tym roku. Byle nie wpaść w takie sidła jak poprzednio.

Dwa występy to dość dużo odważnych rzeczy na jeden wieczór więc może nawet tchórz sobie, tchórz.

Akapit jak lodowa cegła (31/01)

Chwilo trwaj nie krzyczałem w ostatnim dniu roku, kiedy siekła we mnie najgorsza migrena od miesięcy. Serio, nie pamiętam przez ostatnie pół roku żebym w ogóle miał choć jedną, ale może o tym się chętnie zapomina (na pewno pod koniec czerwca jedna była). Czy to jakieś tym razem zupełnie nieuświadomione zgryzoty, że nie ma planów, że raczej nikt nie proponował planów (bo pytania rzuconego na czatową grupę organizującą tańce raczej nie odebrałem żeby było do mnie, no ale uczciwie odnotujmy), czy może znów Salto, bo mieliśmy dzień wcześniej trening łączony z grupą wymiataczy, przez niską frekwencję w okresie świątecznym, no nie wiem. W głowie łupało tak że nawet za bardzo nie zwracałem uwagi na fajerwerki. Wtedy wziąłem ostatni kawałek nasennej happy pill, może to mnie jakoś uratowało, bo było wprawdzie straszliwie źle i zimno, i potliwie, i nie miałem siły wyjść spod kołdry po lodową cegłę z zamrażarki, ale już łupanie za oknem w ogóle mnie nie obeszło. Próbowałem, zanim mnie tak zmogło, odrobić dla Cudownej zaległą pracę domową. Nie dałem rady, mimo ewidentnych postępów ("Intimidated", mogę wyciągnąć rękę, spojrzeć za nią i nie pomylić kroków) nie daję rady patrzeć na siebie samego, daleko temu do tańca. Dziś sobie tłumaczę, że to już była ta pełzająca migrena. W tamtej chwili zależało mi, żeby tak skończyć rok, żeby to było dobitne i wyraźne dziękuję, bo jestem w takim miejscu, że chodzę przeżywać te nowe i śmieszne czasem przygody (kiedy na nagraniu widzę jak na chwilę się poddaję, a obok wywijaja przypadkowo uchwycona Wiedząca Czego Chcąca) ponieważ chcę i jest w tym wykrystalizowana radość, a nie dlatego, że tylko to mnie utrzymuje na powierzchni, jak bardzo długo było z klubem fitness. Co oczywiście nie znaczy, że zumba jakaś gorsza, po prostu jestem w innym, lepszym miejscu wreszcie. W którym mogę też mieć jakieś proste noworoczne cele-postanowienia: spojrzeć kiedyś na siebie bez nienawiści, z czułością i wyrozumiałością i to może być poprzez nagranie z lustrem pod koniec zajęć kiedyś. Myślę że jestem na dobrej drodze.

Nowy Rok

Powrót do pracy to jakieś dobre emocje dla odmiany. Prawie skończyliśmy projekt, poprzednio to był haj, kosmiczny zastrzyk endorfin, pozytywna adrenalina. Pewnie naiwna nadzieja, bo w firmie jednak wszystko rozeszło się po kościach, nie przełożyło się to na żadne awanse czy choćby sensowniejsze pieniądze, to ważniejsze. Więc tym razem projekt już bez emocji (i bez nieodpłatnych nadgodzin, prawie) zupełnie - a te dobre odczucia są po prostu dlatego, że po skończonym projekcie od razu jest następny, więc jest i praca wciąż, co w tej branży nie jest oczywistością ostatnio. Jak to się mawia, chujowo ale stabilnie. A przecież bez pracy nie ma zajęć tanecznych, c'nie?

Uciekam od internetu pożerającego czas tak bardzo bez sensu, że nawet człowiek działający w stronę rzeczy zbytecznych ma go już dość. Na razie jeszcze nie w gry komputerowe (ciężko się zdecydować, ale przynajmniej znów usunąłem Nuclear Throne, pożeracz czasu), ale zaskoczyłem sam siebie, bo obejrzałem chyba więcej filmów już niż przez ubiegły rok. "Quigley na Antypodach", bo jakiś klip wpadł w oko, tak o, impulsywnie. "Bękarty wojny" wreszcie. "Trzech Muszkieterów" w których za mało Evy Green, trzeba będzie znów obejrzeć ulubionych z Yorkiem i Welch, i Oliverem Reedem, który zdaje się zmarł przy kręceniu Gladiatora, i Chamberlainem, w którym się wszystkie kiedyś kochały, mewiła. I na raty "Van Helsinga", ależ był okropny. Współlokatorka...

(Dlaczego jeszcze nie ma xywki, hmm? Salty może, skoro nie lubiła żartu z sugar mommy, choć sama go wymyśliła!) 

Salty jako fajne kino przygodowe poleca Piratów z Karaibów, co niestety chyba znaczy, że współczesna młodzież naprawdę nie dorobiła się fajnego kina przygodowego, a nie że ja nie umiem nowych filmów przygodowych znaleźć. W końcu na Piratów to i ja w młodości chodziłem do kina. A wychodzi na to, że zanim mi wrzucą na streamingi drugi film o muszkieterach, w którym może i nawet będzie nieco więcej Evy Green, to trzeba szukać w produkcjach starszych niż kojarzy młodzież.

Wiedząca Czego Chcąca polecała "Prawdziwy ból" dopiero co (nie zastanawiaj się skąd się ta rozmowa, której uczestnikiem przecież nie byłeś, wzięła, na pewno nie stąd że dobrze się kłamie w miłym towarzystwie i mandarynki), może to, choć to zupełnie inna przygoda? Tytuł jak do filmu o migrenie, to może być coś dla mnie.