Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 czerwca 2025

Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie (czyli też paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem c.d., bo te cytaty!)

Popołudnie jak z pocztówki lub ze starego zdjęcia, takiego z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie mogę pamiętać czy w latach 90. pod Poniatówką była plaża, bo mieszkaliśmy na Gocławiu opodal ostatniego bloku w Warszawie i Białołęce w dosłownie ostatnim bloku w Warszawie, świat pomiędzy słabo istniał. Teraz mieszkam trochę po środku, opodal tego budzącego zachwyt dziecka, kolorowego budynku na Pradze, chyba był w nim wtedy też i zabawkowy.

Dziś na tej plaży, na którą przyjechałem wygłupiać się, uczyć macaco, które wcale nie jest Macondo z Marqueza, ale chyba jednak nie mam jaj aż tak się tu w szczycie zainteresowania plażą wygłupiać, no i bolą nogi wciąż; dziś na plaży zdjąłem okulary, więc świat jest niewyraźny jak stara pocztówka czy zdjęcie z polaroida. Widzę ziarenka piasku na starym ręczniku podłożonym pod dupsko, dalej już nic nie jest wyraźne a słońce razi, że ciężko czytać opowiadania Sołtysa - które wreszcie, ile to lat, kończę. Głosy też słyszę niewyraźnie, mniej wyraźnie niż ciężarówki i tramwaje przewalające się górą. Jest faktura ręcznika, atakujące ze sporadycznymi porywami wiatru ziarna, reszta rozmazana, jak wspomnienie którego nie mam, bo jest tylko na zdjęciu z mamą na huśtawce, ma skórzaną kurtkę, spódnicę, taka jest piękna i szykowna i pochylona nad zainteresowanym czymś chyba w trawie mną, takim na chudych jak u koguta nóżkach i w zbyt krótkich, dawno niemodnych spodenkach.

Gdzie jest to zdjęcie, czy na pewno tak wygląda, pewnie gdzieś u rodziców?

Ty już takiego nie zrobisz, wiesz? Nie wiesz czy chciałeś. Raczej, chyba, nigdy nic pewnego.

To pismo w notatniku też nie jest wyraźne, nie wiem jak wygodnie pisać na plaży, nie przygotowałem się jakoś super w ten pierwszy dzień, mam ich zapewnione o wiele więcej, wyrobię się.

Tego dnia, kiedy przypomniałem sobie pierwsze chyba wspomnienie, najwyraźniejsza była dziewczyna w klubie przy Mazowieckiej. Stroboskopowe światła dyskoteki dodały jej jeszcze konturów, a lubiła też co jakiś czas podkreślić szminką usta. Dobrze wiesz, że byłeś u fryzjera dla tej dokładnie dziewczyny, choć nie mogłeś wiedzieć, czy w ogóle tam będzie. Możesz teraz mieć wrażenie, że warto żyć dla takich chwil właśnie, a tutaj to nawet długich - czują to teraz łydki przede wszystkim, choć minęło kilka dni - godzin, kiedy ona tańczyła, zdając sobie raczej sprawę, co robi, jakie to jest wrażenie, jakie wywiera wrażenie na każdym typie w klubie, atakowali ją przecież co i rusz, wierząc może, że to tańczy tylko dla niego. I za chwilę kolega ją odławiał. Też byś chciał - no ale poszedłeś do klubu wychodzić ze strefy własnego komfortu oficjalnie i tu samo wyjście się liczy u kogoś, kto nie był w modnym miejscu z piętnaście lat, a nie próbować porywać do tańca najlepszą i najpiękniejszą tancerkę, wynudziłaby się przecież.

I przecież wiesz, że ostatni taniec, oprócz tego grzecznościowego z siostrą na weselu brata, to właśnie był ostatni taniec, z którego uciekła. To strasznie bez sensu, że chciałbyś żeby pierwszy kolejny taniec coś znaczył, ale przecież kiedy zakochiwałeś się dziesięć lat temu, albo dwadzieścia lat temu, albo kiedykolwiek, to zawsze kiedy tańczyły.

Co Cię nie zabije, itp., to dlatego dziewczęta w tańcu robią jeszcze mocniejsze wrażenie.

Nie wiesz jak to opisać, myślisz banałami, że wygląda jak płynne złoto, albo może nieco mniej banalnie, że patrzenie daje taką radość i zachwyt, jak oglądanie wstrzykiwanych do wody barwników, zupełnie zaczarowane wicie się i rozpuszczanie, i rozpraszanie kolorów w przestrzeni. Mógłbyś tam siedzieć te pięć godzin i jedynie patrzeć, no ale to by było trochę creepy (to Twój style, czyż nie mówią tak?). Nie masz słów, choć na drugi dzień na torcie jedynie o tydzień przedwczesnym masz 39 i może w tym wieku to warto by było mieć już jakieś słowa. Ale, jak wiadomo, w tym miejscu w którym lubisz samego siebie nie ma miejsca na szczere słowa, więc znów robisz fikołki ze słowami, powiedz to wprost, no powiedz, chodzi o Salto, w oczywisty sposób chodzi o Salto, od tej nocy grudniowej, kiedy uciekłeś, przerażony najbardziej może tym, że to będzie tak, że zdjęcia od M. to będą zdjęcia od Salta, no i co, tak właśnie było, czy Salto naprawdę musi nawet na imię mieć to swoje M.? A Ty jesteś w samym środku tamtego występu i nie potrafisz nawet prostej falki przed taką publicznością, jaki wstyd.

Hej, pół roku później falka o wiele lepiej!

Powiedziałem Bazylemu i Herbacianej o tej nocy, że na pewno warto by się dowiedzieć czy M. z OMG ma męża, nawet nie robiąc sobie nadziei, albo po prostu żeby nie robić głupot - to urocze, ale nie tak dramatyczne jak dwadzieścia lat temu z inną na M., być może to jedyne obok wymęczonych, starczych łydek, miejsce, że te 39 robi różnicę. No ale hej, fajnie sobie podramatyzować na blogu lekko. To zresztą też osobisty inside joke, że już się jednej dziewczynie z OMG oświadczyłem. Opowiadałem też że Salty - wiesz, wiesz, wiesz że to nie przypadek, jak blisko jest Salty do Salta, wszak to ten sam grudzień - wspominała że na wianki się zasuwa żeby się sparować z kimś. I oni wtedy wpadli w jakąś taką zgodną ciszę i to jest pewien niepokój, bo Herbaciana dobrze zna Salty, to nawet nie jest OMG, to jest WTF po prostu, kiedy umowa-nieumowa brzmi tak, że jest traktowana jak młodsza siostra, a z drugiej strony są te powtarzające się komentarze że związki z dużą różnicą wieku są obrzydliwe, więc skąd ta nagła cisza. Zresztą nam chłopcom najmądrzej zawsze wyjść z założenia, że jedynie nam się wydaje, więc tak robię, mając pewność że to wskazane z Saltem i mniejszą przez tą ciszę z Salty.

Kiedy Salto wyszła już z klubu wydarzyła się taka czarna mała, podobała mi się, podnosząca okulary z nosa, jakby zapraszając do bycia zapraszaną do tańca. To jednak tak działa, że kiedy wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy, to faktycznie patrzy, przecież była tam i Maryjka z grupy wtorkowej (nie mylić z M.-Salto), może byś nie zwrócił uwagi, gdyby się ciekawie nie przyglądała, czy Ty to Ty. Tylko że ja wiedziałem co będzie i po co idę, że idę wyjść ze strefy własnego komfortu, ale nie aż tak daleko, bo tak daleko nie ma sensu po prostu. Ja teraz już od ponad roku powtarzam że się potrzebuję ogarnąć, że nic się nie wydarzy, nic nie będę wydarzał, bo rzeczy się nie dzieją same z siebie, zanim się nie ogarnę, nic z nikim, tak mówiłem o Damie Pchełek, żeby jej krzywdy nie zrobić z tamtego miejsca w którym byłem przed rokiem.

Z happy pills można mieć wrażenie że jestem w lepszym, no ale jednocześnie jest to miejsce i noc, kiedy wiedziałem, że za dwa dni w pracy czeka na mnie wypowiedzenie, więc dziewczyna podnosząca z nosa ciemne okulary żeby złapać się za oczy zanim może za ręce w tańcu, Dama Pchełek, Salty czy Salto, nie, nie, nie, nie. Kiedy wiesz że masz te swoje 39, nawet jeśli do tego jeszcze tydzień, a jesteś po prostu bezrobotnym żulikiem z Pragi, to wciąż nie jesteś materiałem na randki.

Może kiedyś nadasz się na bohatera opowiadania Sołtysa, takiego przez chwilę stojącego poza kadrem dnia dzisiejszego, niezbyt wyraźnego, nie wiadomo o czym, bo tam poza kadrem jest cała reszta, czyli wszystko, starsi ludzie przypominają sobie jak byli kiedyś inni, całe życie miga w kilku stronach.

Co mogę zrobić, żeby nie skończyć się na tych kilku stronach? Oprócz happy pills? To jeszcze za wcześnie. 

W każdym razie jestem tu sobie na plaży pod Poniatówką, bo miałem uczyć się robić salto, tzn. takie prawie salto, macaco się nazywa ten ruch. Co to jest za cyrk, że każde salto i Salto tak przeraża niemożliwością, czy to może jednak chodzi o to, że nigdy nie będziesz gotowy i to z tym trzeba się liczyć i nauczyć żyć.


poniedziałek, 29 listopada 2010

Jak kruchy sopel lodu

Sprytny się sobie dzisiaj wydaję jak mało kiedy. Wczoraj bolała mnie głowa, to sprytnie położyłem się spać wcześnie, po czym obudziłem się bez bólu i znów pół nocy przeleżałem bezsennie, ale te kolejne kilka godzin snów (szkoda, że nie wiadomo jakich) naładowało mnie na cały dzień już. Jasne, zimno, ale przecież zjadłem w domu śniadanie, a to się zdarza kilka razy w roku, a do tego zrobiłem tonę kanapek, już od rana zakładając, że nie wracam na swoje przedmieście przed nocą. I piszę teraz z pracy, przypomina mi się taki prawie wierszyk, który bardzo podobał mi się rok temu, wymyśliłem go w autobusie, był to siedemnasty grudnia, uratowałem sobie tym podróż:
spadł śnieg już
niepierwszy tej jesieni
kierowcy utknęli w korkach
i autobusem też jedzie nienawiść
To znaczy oczywiście, że zawstydziłem sam siebie, jak Turbodymoman albo Chuck Norris, albo ktokolwiek inny, nie widziałem ostatnio, żeby ktoś był na topie. Wydaje mi się, że żeby to był prawdziwy wierszyk, to nie to, że powinien mieć rymy, ale chociaż odwrotne schodki - trudno. Pasuje i dzisiaj, bo śnieg sypie od soboty, tak widocznie, bo przymiarki były nawet wcześniej, tylko nie sypał na tyle gęsto, żeby otulić świat. Szalenie mi przykro, że nudzę jak wszyscy inni, to jest o śniegu, choć w drugiej dobie zimy na fejsie pojawiają się wreszcie jakieś ironiczne komentarze - Czy ktoś jeszcze nie zauważył, że pada śnieg? Sam od czasu do czasu odpalam Śnieżne reggae.

Przygotowuję się do przeczytania tej biografii Chopina, czyli też go słucham, już dawno temu Cytat dostarczył pliki. Staram się zapamiętać, że to co mi się podobało, to jest Etiuda C-dur. Odkrywam, co to w ogóle jest etiuda, kiedy dziwię się krótkim utworom na plejliście - okej, utwory wirtuozerskie, popisówa. Ładne, ta akurat jest trochę chyba lżejsza niż inne, pewnie dlatego zapada w pamięć.

Staram się też na bieżąco sprawdzać warszawskie serwisy informacyjne, co tam jest przejezdne, czy cokolwiek, czy może jednak próbować przezimować na Kabatach. Tak trafiam na Ciekawy przypadek Henryka - człowieka, który czyta. Jako najzwyklejszy w świecie korporacyjny żuczek zawsze jaram się historiami o ludziach żyjących poza systemem. Meteo zapowiada minus dwadzieścia w tym tygodniu, tam w squacie, w centrum miasta żyje kilka osób, to będzie zakończenie jak w Into the Wild, czy jednak delikatniej trochę, jak w widzianym dwa tygodnie temu w Lunie Nothing Personal? Oba mi się podobały, ale nie rozpiszę się o żadnym jak o Pielgrzymie, bo mi dzisiaj Młot zażartował, że fajna recenzja. Ten typ, co to widział setki filmów niekoniecznie z Hollywood, Lars von Trier i kina koreańskie, albo w ogóle alternatywy od alternatywy, zna się na rzeczy, a w każdym razie mówi o nich z pasją i wymienia się przez płot z Cyganem. Ja się nie znam, więc proszę mi tu plakietki recenzja nawet w żartach nie przyklejać. Lubię po prostu, kiedy ktoś mi ładnie opowiada jakąś historię (filmy poza światem), a nawet lubię, kiedy w filmie historia jest umowna, ale fajnie się tłuką.

Chyba sam siebie tu w jakiś kozi róg zaganiam, pewnie chodzi o to, że z jednej strony podoba mi się luz, a z drugiej boję się cokolwiek robić poważnie. Tak sobie myślę, w końcu jest zima, nie ma lepszego czasu na myślenie. Pewnie za tydzień i tak przejdzie, a na pewno do świąt!

W piątek byliśmy na koncercie, przekonałem do wspólnego wyjścia trzy osoby (czwarta dotarła niespodziewanie!) i to raczej nie ulotkami na fejsie. I tak od początku wiedziałem, że słaby ze mnie będzie ambasador marki, za mało bywam w towarzystwach. Ale przynajmniej miałem frajdę. W lokalu byliśmy jeszcze przed dziewiątą - przywitał nas zespół, który o osiemnastej grał próbę. Nawet pozwolili się dosiąść - tj. Zmywak pozwolił, a Maku się zmył za chwilę, więc może on jednak nie pozwolił. Mogłem z pierwszej ręki (Piotr Majszyk, basista) posłuchać o dolach i niedolach chłopców z gitarami, dla mnie takie opowieści to wciąż nowość. Mogłem podsunąć Kobiety do grania w knajpie, ale na szczęście didżejowanie musiało się skończyć, kiedy Maki wbiły na scenę. To znaczy Maki i Chłopaki, to znaczy Mistrzowie, niech się te rzeczy razem indeksują w googlu kiedyś.

Wcześniej Piotrek mówił, żeby ich o płytę lepiej nie pytać (Niepoprawni optymiści!), czyli koncerty wciąż jedynym źródłem piosenek. Jeden jest tutaj i jeśli jesteś jednym z dwóch czytelników, którzy jeszcze go nie mają, to koniecznie nadrabiaj zaległości. Najwyżej się, jak Scott, nie spodoba. Ale! Jeśli jesteś tym z dwójki, któremu również się Scott podobał, to możesz sobie darować - zdaje się, że już próbowaliśmy. Jaka ładna symetria. A dla mnie są Mistrzami. I wiem już, o co chodzi z muzyką z księżyca - dzięki! Dobrze było w tej przerwie od koncertów przybić piątkę, myślę, że widzimy się tam w piątek, będzie więcej piątek, a może usłyszę jakąś historię.

No i teraz tak - nie wyczerpałem jeszcze limitu słowa Mistrz na wpis, nie ma limitu na wpis, może jest jakiś limit roczny, ale przecież go nie nadużywałem do tej pory. Muzyka Końca Lata to też są Mistrzowie. Dalej google, indeksuj! No weź no! Miej duszę, bezduszny algorytmie! Po Makach nie miałem już głosu wrzeszczeć czy dopingować, przecież nie przy każdej ich piosence wrzeszczałem, bo przez ograniczoną dostępność nie każdą znam, ale jednak stał się cud i dałem radę krzesać z gardła charkot, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać wrzaskiem. Moi towarzysze dygali, czyli mogłem charczeć z czystym sumieniem, a nawet mogłem mieć ich wsparcie, kiedy po epizodzie z oświadczynami Zmywak obwieszczał piosenkę dla tych, co nie mają tak dobrze i nagle miałem ich dłonie na ramieniu, i patrzyli na mnie, bo oczywiście w XXI wieku ręka położona na ramieniu to jest trochę prześmiewczy gest, to już nie do końca wsparcie czy współczucie, ale tu akurat było tyle sympatii i frajdy, że - tak to sobie ujmę - Fenoloftaleina.

I publiczność też dopisała i dostała trzy piosenki na bis. Jedna piramidowa - zainspirowana pierwszymi czterema płytami King Crimson. Masz, a ja znam tylko tę pierwszą trochę. W tym momencie szyderca Maku krzyczy ze sceny - Bo wszyscy kochamy King Crimson - jakoś tak. Nie wiesz o co chodzi z szyderą, ja to tak rozumiem, że publiczność MKL to z jakiegoś powodu (ładne piosenki) głównie młode dziewczęta, a Robert Fripp z ekipami (bo to się zmieniało jak kojarzę) puścił cztery pierwsze płyty zanim się te dziewczęta urodziły i trzeba być na innym levelu bycia tru, żeby kojarzyć. Może przesadzam?

No bo tak, ja nie tak dawno też nie wiedziałem, że jest coś takiego, sprawdzenie zaproponował rok temu zapoznany na koncercie w CBA znajomy. Ale hej, świat jest wielki, uczymy się go po trochu. Dobre to.

czwartek, 14 października 2010

Ani jednej piosenki o miłości

Starałem się wczoraj być bardzo zen, więc przez kilka godzin przewracałem się na łóżku, zamiast komukolwiek zwracać uwagę na głośność społecznych interakcji. Telefon opacznie wziął ze mnie przykład i w myśl cichej zen nie zwrócił mi z rana uwagi, że wypadałoby wstać do pracy. Obudziłem się więc wyspany, wypoczęty i z tym pięknym uczuciem, że coś jest nie tak. Ciepło, przyjemnie, nie muszę roztrzęsiony zimnem szukać skarpetek - aha, to pewnie znaczy, że jestem spóźniony! A spóźniony nie ma powodu do pośpiechu, skoro spóźnienie już się technicznie dokonało. Okazuje się, że wychodząc z domu pół godziny później niż na ogół, zastaje się ulice puste, przejezdne. To wcale nie jest olśnienie, to po prostu przypomnienie, że matrix has you. Robię w tym tygodniu w pracy plakat, jest takie bardzo fachowe narzędzie do plakatów zwane Power Pointem, zainspirowałem się i zainspirowano mnie Warholem, o którym wiem tyle samo, co do wczoraj wiedziałem Mansonie, i teraz jestem bardzo dumny z oznaczenia krachu systemu cyfrowo zielonym kadrem z Matrixa. Ciekawe, czy przejdzie?

Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.

Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.

Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.

On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Około czterech postaci, prawdopodobnie Młotek pośród nich, no i ja też. Jesteśmy w białym pomieszczeniu, dachu nie ma. Perspektywa z góry - staramy się tam jak najlepiej ułożyć, dopasować. Chodzi o to, żeby wypełnić sobą całą przestrzeń. Patrzę na to z pewnej odległości, jak niezdarnie się tam przestawiamy, jak układamy się w tym pudełku po droższych cukierkach - są takie bardzo fajne metalowe pudełka, z pokrywkami, które dobrze nadają się na składowanie sentymentów.
W końcu udaje nam się i myślę, że to jest pełnia.

czwartek, 23 września 2010

Piękni piętnastoletni

Poszliśmy w sobotę na ten Dżem, ale to nie był gwóźdź programu. Było raczej chłodno, więc bardziej miał szansę na bycie gwoździem do trumny, jakie to jest opatrzone zestawienie, więc nie doczekaliśmy piosenek znanych i ładnych, tych, które lubię z dwóch pierwszych płyt. Taka kapela, która nieprzerwanie gra niemal od czterdziestu lat, puszcza nowe płyty i jakoś się rozwija, musi mieć do siebie wiele dystansu i wiele dystansu do publiczności, skoro jednak grają nowsze utwory, na które reakcje są mało żywiołowe, za to z Cegłą zawsze szał ciał. Dzień, w którym pękło niebo oczywiście nie był grany. Ale bardziej mi tu chodziło o spotkanie, o oczyszczenie po piekle poprzednich dni - architekt Mroczny Krzyś, Katastrofa ze Smorką, lubię słuchać ludzi. Obiecali iść ze mną na Mistrza i Małgorzatę, mam cztery wejściówki na drugiego października, to została jedna. Jakoś powątpiewam w zapoznanie chętnej niewiasty, więc być może załapie się na nią Cytat. Wejściówkę, choć na niewiastę też by się na pewno chciał załapać.

Mistrz i Małgorzata to było pięć lat temu przedstawienie inicjujące działalność miejscowego ośrodka kultury w nowym budynku. Na pewno specjalnie czytałem przed, wcześniej nie znałem, zawsze taki zapóźniony. Na szczęście to nie Ulisses, czyta się chętnie. Przedstawienie bardzo wierne, wręcz kwestie książkowe na pamięć wykute, wychwycona jedna pomyłka logiczna Piłata, ale świetne wrażenie, spadające z sufitu dolary, jeden do tej pory robi za zakładkę do książek. Moje ulubione słowo to demaskacja.

Tym razem ma być MiM uwspółcześniony, posunięte do granic możliwości to uwspółcześnienie, bo Woland będzie kobietą. No! Szatany wy! Kiedy odbierałem zaproszenia, pani z sekretariatu pytała ostrzegawczo, czy wiem, że to długie. Trochę musiałem zabłysnąć, nawet pomimo zachrypnięcia i zatkania katarowego, że te pięć godzin to chyba i tak mniej, niż pięć lat temu.

We wtorek pracowy Młotek obwieszcza środowe Dust Session w Dobrej Karmie. Młotek jest bardzo wkręcony w stonerowe granie i czasem nawet podsyła jakieś linki, albo nawet bloga tematycznego. Doceniam przez chwilę, było tam kilka fajnych rzeczy, ale zapominam później, co jednak nie znaczy, że nie mogę wprosić się na koncert. Za dychę mam nie iść? Najlepsze koncerty, na których byłem, to były koncerty za dychę - odkrycie trójmiejskich Kobiet, chaos, super chaos. Nie chce mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym dust, do tej pory nie wiem, choć poszedłem. To moja pierwsza wizyta w Dobrej Karmie, liczę, że nie skończy jak Jadłodajnia - podejrzewam u siebie aurę destruktora, bo wiele rzeczy, w których zaczynam mieć udział, dezintegruje się dosyć szybko, knajpy się zamyka, względnie fajczy, projekty w pracy porzuca. Żeby mi tej Luny nie zamknęli, chcę obejrzeć w poniedziałek Annie Hall. A Dobra Karma jest w takim miejscu, że obeszliśmy ją wokół, znowu zagłębie klubowe, odsyłano nas dalej, po obwodzie budynku, choć Murzyni (względnie Afroamerykanie) mieli zupełnie pusto u siebie. Nawet gdyby mieli Pustki, to niekoniecznie bym został, słyszani dwa razy w tym roku przecież.

Mówimy sobie z Młotkiem o bananowych knajpach, o patrzeniu, mówimy o budowaniu wizji, o historiach z Szatanami, o nich, o odbiciach odbić, odbiciach w historiach. Żaden obciach, wcale mi nie wstyd działać jak piętnastolatek, potrafić spędzić całą niedzielę przy Morro. Wychodzi pierwsza kapela, mają w środku jeden jasny kawałek, nie zepsuła go nawet brzmiąca jak łupanie w garażową blachę perkusja. Młotek pod wrażeniem całości. Ja pod wrażeniem drugiego zespołu dopiero, Luna Negra (dziewczęta się aż tak na koncercie nie rozbierały, za to prezentowały nawet bardziej zachęcająco), to jakiś czarny księżyc, nazwa jak dla pseudo gotyckiej kapeli ze śpiewającą panną, albo do metalu symfonicznego. A typy jak nastolatki, albo jest takie słowo hipster, jakby mieli grać indie. Gitarzysta w białej bluzie i czapce, raczej kiepskie skojarzenie z wizerunkiem Kaltta namber ejt, a perkusista jak dwie krople wody ze studentem, który kiedyś z nami pracował. No i grali fajniej, niż się naprodukował na ósemce Klatt, jeśli kto lubi takie łupanie oczywiście, mnie potrafi wkręcić. Chyba, zawsze może być tak, jak z Tides From Nebula, że wkręciło na miesiąc i nie wracam. Młotek poinstruował mnie, że na koncertach zespołu pochodno-metalowych można wyrażać swoje uznanie okrzykiem - Napierdalać! - z czego korzystałem całkiem chętnie.

Spodobało mi się, bo już od pierwszej kapeli w sprawie stonera miałem myśl jak z Filharmonii Narodowej, to znaczy myśl w stylu przewodniczki, wodzirejki licealnej, która prezentowała okresowo wykonawców klasyki na szkolnej auli, że się pląsa po łące, albo goni zające. Stoner to otaczający dym, niewyraźny świat i właśnie napierdalanie przez niego. Przed siebie, z mocą. Bez nonszalancji, bez egzaltacji, wcale nie jak słodko gorzki Ashcroft, tylko jak ktoś w typie Lobo. Lobo nie jest zespołem, ale należy mu się wyróżnienie przecież. Choć image sceniczny wykonawców w ogóle do niego nie pasował, tych pierwszych trochę, typ w kombinezonie i masce gazowej. Ale już kończąca wieczór Grand Astoria z Rosji na pewno nie, chłopaki o wyglądzie piętnastolatków i najwidoczniej słabo zarabiający na swoich płytach, bo w koszulkach z Metallicą, zamiast co bardziej alternatywnymi zespołami. Oto XXI wiek, wiek zen, wcale nie trzeba jakoś specjalnie wyglądać, żeby napierdalać. W trakcie ich koncertu gubi się Młotek, więc nie mam komu posłać zachwyconego spojrzenia, kiedy wokalista zachęca do powtarzania za nim refrenu - Rat race in Moscow. Rat race in Warsaw, Młotek, ale jesteśmy krejzole, jutro z rana napinamy do naszej korpo znów! Oczywiście coraz bardziej przerzedzony tłum nie podchwytuje tego w ogóle, w ogóle mają wszystko w dupach, to znaczy bawią się po swojemu. Mają świadomość, że nie da rady popływać w tej rzadkości, więc wynoszą kogoś w górę i chodzą z nim w tę i we w tę. Tak ze trzydzieści osób w lokalu.

A to dopiero początek nocy, to północ ledwie, kiedy Młotek kupuje wszystkie możliwe fanty i szukamy dojazdów nocnych, kiedy pada myśl, żebym wpadł do niego, jakoś jutro damy radę do pracy przecież. Daliśmy. Autobusy, metro, oczekiwanie na taksę przy pustej Wilanowskiej, ona nie podjeżdża do nas, tak jak zamówiona, tylko na postój taksówek. Nie wiedzieliśmy, że tam jest postój. Świetne wrażenie wywalonych jajec, jest całkiem ciepła noc, katar mnie nie zabija, nie wróciłem do domu, niech się dzieje co chce. Przypominam sobie wywiad z Cieślakiem ze Ścianki (czy oni nazywają się w związku z The Wall, czy ot tak?), uderzyło we mnie to:
Bowiem jeśli mieszkasz nad morzem, to tak jakbyś był jedną nogą w nieskończoności. Morze to jest symbol czegoś, co się zaczyna tuż obok ciebie, a kończy nie wiadomo gdzie.
Bo mam wrażenie, że kilka dni wcześniej czytałem gdzie indziej coś identycznego, o morzu, tylko już nie mogłem znaleźć gdzie. Może w Króliku stepowym, kartkowałem, nie było. Królik jako książka z poprzedniej dekady znacząco różni się od czytanych wcześniej Strachoty czy Żulczyka, rozbijające, że teraz wszystko bardziej na zewnątrz, a tam tylko do środka. A z nieskończonością, z nieuchwytnością, morze jest ładne, ale chyba jednak każdy może mieć coś takiego, zawsze obok siebie. Dlatego wciąż jesteśmy w drodze. Na razie jedziemy do Młota, żeby pograć w Guitar Hero. Czy to aby nie trochę hipsterskie? Czy hipster to nie jest XXI-wieczny typ banana? Oczywiście nigdy naprawdę nie zrozumiałem, o co chodzi z bananowymi knajpami, teraz tych hipsterskich żartów też do końca nie kminię.

Odpalamy najpierw Kings of Leon, bo to ma każda dziewczyna na fejsie, no i jest słowo sex w tytule, plastikowa gitara, plastikowe przyciski, jazda. Ale kończymy kaleczeniem King Crimson. Jest jakaś różnica? 21st Century Schizoid Man przecież też robi na fejsie furorę, krejzole wrzucają kawałek sprzed czterdziestu lat, bo właśnie mają się za krejzoli, tylko nikt nie pisze uczicwie, że myśli jo, kurwa, to o mnie, taki schizoid jestem. Mniej ich chyba obchodzi, że nie ma spełnienia. Względnie twierdzą, że tego słuchał tata, więc kochają od dziecka i nagle sobie przypomnieli. Ale obok tych dwóch rzeczy mają jeszcze Evanescence, Pink Floyd i Justina Timberlake'a. Mogę dzięki temu znaleźć w rozmowach zastosowanie dla słowa eklektyzm, to znaczy pewnie źle, bo mówię, że ludzie mają eklektyczne gusta, że eklektyczni to są ludzie, a chyba się tak mówi o sztuce. Może to jest jakiś sposób, żeby nie skończyć jak Tomek Beksiński.

Słowa krejzol, eklektyzm, banan itd. wynikiem studenckiego wyjazdu integracyjnego kumpla, który dodał na fejsie pokaźny zestaw koleżanek z roczników wcale nie tak bardzo bliższych niż mój, ale jednak już z innej dekady często. Patrzymy sobie na nie.
Szatany.

sobota, 21 sierpnia 2010

Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej

Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.

Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008
Mars Volta, Rzeszut poleca
Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.

Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008
Diagnoza mp3
Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
19/05/2008
mikegowinband.republika.pl
Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
31/07/2008
Laska nekedy boli
Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
16/09/2008
Koszula m
Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
01/05/2009
Chotomów złota - aleja legionów
Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
18/10/2009
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
30/10/2009
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.

Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
24/11/2009
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
02/02/2010
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?

wtorek, 22 czerwca 2010

Kariera, dwie bomby, mech... Kariera, dwóch szefów, ech...

Gonitwy po knajpach ciąg dalszy, choć nie zawsze mnie do nich ciągnie. Do Hydrozagadki wyciągałem ja, osobiście, Bazylego z Herbacianą, skoro wcześniej nie wyciągnęli się do Time Cafe. Był to niewątpliwy argument w rozmowie z Cyganem, który mi mówi, że ma takiego znajomego, że typ melancholik, że sam nigdzie nie chodzi, że tylko wyciągnięty. To nie tak! Nawet jeśli na ogół. I to jest pierwsza część tytułu, bardzo sympatyczna, nawet jeśli nie sprawdziliśmy De La Cure. Ale właśnie, właśnie, widać, że zjechali się bywalcy Dujera, bo nawet na Makach się taki tłumek zebrał, prawda, zostawiając pod sceną jakąś bezpieczną strefę. Ja ich tam bardziej lubię nawet niż MKL, pewnie dlatego, że nie mają płyty, więc ani nie mogłem ukraść, ani kupić i tylko koncertowo, z tą samą makową niechęcią niezależnie od godziny (to może już skończymy?). Za chwilę bombowy przerywnik i pod scenę pchają się roztańczone emkaelki, zespół gra swoje ładne piosenki i nawet Maliny pod koniec (przed obowiązkowym szejkiem), które mam do teraz w głowie.

Co niestety nie zmienia faktu, że trwam w takim stanie, w którym potrafię uświadomić sobie miałką pomyłkę, np. że wszystkim pytającym, mówię, że w autobusie teraz Passent, mając na myśli Pilcha i obrazić z tego powodu na siebie. Niedodzwanialna coś mówiła o Passencie i pewnie tak mi się przestawiło, zgrało, ale kiedy sobie nagle uświadamiam, no to jest mi niewesoło. Jakby to kogoś interesowało, jakby ktoś zauważył. Rok temu na dzień dziecka kupiłem Lampę, książkę i płytę, a teraz to nawet nie mam ochoty, przez to wszystko, to znaczy przez nic. Bym tylko siedział, bym tylko grał (po próbie z Oblivionem wróciłem do Morrowinda i mam zamiar przejść dodatki, bo kiedyś było lepiej). Siostra mi chyba wyniosła rower, do zsypu, więc nawet nie spogląda, nie łasi się, Smoczy proponuje, a ja nie dzwonię.

I wczoraj knajpa piwna, z tych co to same warzą, mają fajne kelnerki, które raz mówią japkowy, a raz jabłkowy, a czasem coś pomiędzy i ja właściwie nie jestem już pewien wymowy. Tylko tym razem niechętnie, no bo to tylko kariera, to spotkanie integracyjne z wyższym szczeblem, kiedy należy się choćby i fałszywie uśmiechać. Wytrzymałem dwie godziny i pod byle pretekstem uciekłem, chyba nawet się nie wysilałem na zmyślny pretekst. Bo ja bardzo nie lubię się fałszywie uśmiechać, żebym chociaż siedział w drugim końcu stołu i mógł legalnie obmówić. Ale nie, ramię w ramię, oko w oko i nieśmiertelne - wypijesz z nami, to będzie ten pierwszy wieczór, kiedyś musisz, musisz napić się piwa z nami, musisz. To nie jest pierwszy raz, są tacy, że rozumieją i czuć, że żart i błysk w oku, to Głaz, my man, oto człowiek! Kiedyś obejrzymy jakiś mecz, ale może w lekko okrojonym składzie. Ja może z tych meczy niewiele rozumiem, poza atmosferą przed telewizorem.

To w ogóle jest charakterystyczne dla wyższego szczebla, z tym piciem, właściwie każdy wyższy szczebel, z którym miałem styczność (czyli do literek V i P), koniecznie musi się napić i reaguje na niepicie zakłopotaniem, obrażeniem i okresowymi próbami wymuszenia. Mistrzem był w tym względzie menadżer działu kadr, czyli żeby to poważniej brzmiało, skoro firma ponadnarodowa (ponoć) - HR manager. Takie mam wrażenie, że osobie pełniącej taką funkcję nie wypada mówić - Te trzy piwa twoje, musisz!

Ej, wcale nie demonizuję.

A dzisiaj przychodzi sms o dniu na żądanie, to chytrze odpisuję, że fakt, za zimno na czerwiec i bunt słuszny. A wczoraj urodzinowy telefon w pomylonej dacie, takie są najlepsze - bo widać, że nie powiadomienie z nk/fb/gr/ms/whatever, tylko ktoś o tobie pamięta. Tak naprawdę to w sobotę.

środa, 16 czerwca 2010

Praca zaczyna się wcześnie, kiedy noc kończy późno

Więc wyszliśmy, zniesmaczeni byciem powodem pewnego zniesmaczenia, w humorach nietęgich, na pewno nie można powiedzieć, że z wywalonymi jajcami, bo przecież wtedy byśmy nie wyszli. Wyszliśmy we dwóch, trzeźwo i mniej trzeźwo, a noc była zupełnie ciepła, więc trochę bardziej i trochę mniej prosto zdążaliśmy ulicą Pereca, ale nie tego, o którym cokolwiek wiem, a który zdaje się wiele wiedział o życiu i pewnie takich gaf nie popełniał. Wyszliśmy z tego modnego klubu, do którego trafiliśmy nie inaczej niż przypadkiem i przecież w żadnym wypadku z własnej winy, albo nawet chęci, bo my wiemy! My wiemy, że zachowanie nasze jest bądź co bądź dziecinne, do modnych klubów w żadnym wypadku nie przystaje i jedynie przypadkiem nasze zaprzyjaźnione towarzystwo zaprosiło nas - dla towarzystwa, bez złych intencji zupełnie. A myśmy postanowili dać szansę, sprawdzić się, stanąć w szranki z ową dojrzałą rzeczywistością klubową i, zygzakiem, przez osiedla i kebaby, trafiliśmy. Weszliśmy bez płacenia, zostawiliśmy torby i toboły, przywitaliśmy się i z całych sił próbowaliśmy. Ja próbowałem, no bo pytałem przecież, pst, słuchaj, po co są te chwile, kiedy każdy patrzy w inną stronę i na nikogo konkretnego i jest cisza. Albo o co chodzi z tą bliskością, oni się bez przerwy łapią za dupy, a jeśli dobrze rozumiem, to razem nie są, a tamta zaręczona, tak? Ta całkiem sympatyczna, a tamta jak się uśmiechnie, co robi bez przerwy, to wypada rzec jak Kalina Jędrusik - Mój Boże! - jakby słońce w tej piwnicy wschodziło, pomimo fajka w zębach. A słuchaj, jeśli ja mówię, że pomimo fajka, to to coś znaczy, nie? I tak to trwało, to niebieskie coś za cztery złote, to jest tanio, nawet tańce, towarzyskie kuksańce, a mnie kiedyś siostra nauczyła kilku trików z disko-samby, więc z nauczoną koleżanką mogliśmy mieć poczucie błyszczenia na parkiecie. Ja miałem, a później nie miałem z koleżanką nienauczoną, ale o błyszczącym uśmiechu, więc coś za coś, jeszcze mam czas nauczyć się tańczyć. I imieninowe sto lat, okej, mogę. I niewywalone jajca, bo jak tu jajca wywalić w okrągłej loży, gdzie sam kształt siedziska jest cokolwiek krępujący i niejako wymusza ucisk... no, wiesz czego, nie dupy w każdym razie. Aż pewien pan, domyśliwszy się najwyraźniej, co mnie uwiera, podchodzi niespiesznie, z twarzą wyrozumiałą, pucołowatą nieco, jak cherubinek, tylko z wejrzeniem takim, z takimi w oczach kurwikami troszeczkę i mówi - Słuchajcie, bo chyba nie rozumiecie, ale to nie jest przedszkole. To nie jest plac zabaw i jesteście tu li tylko przez wzgląd na owe urodziny wyśpiewywane. Ja poprawiam, że imieniny, to kurwiki mu się w oczach ćmią, bo chyba nie rozumiem, a kiedy to się dzieje, to ja zaczynam rozumieć, że on mój ból i ucisk zrozumiał, i daje mi szansę na upust, najpiękniej w świecie mnie ratuje i mogę legalnie, na kurwie, opuścić lokal, z którym się niezbyt zrozumieliśmy. Bo on mi to wytłumaczył - To jest jeden z najmodniejszych klubów w Warszawie! A nie jakieś!

Więc szliśmy w stronę Centralnego i ja byłem bardzo wyrozumiały, oraz miałem pewną frajdę z prób zrozumienia, dostrzeżenia rzeczy, które mój towarzysz pod wyraźnym wpływem tego niebieskiego uważał za bardzo naturalne i godne dostrzeżenia. Jak płotki przy chodniku, albo billboardy Calzedoni (no dobra, to łatwe). Ale kopanie papierowej torby na środku jezdni to mniej, albo pokazywanie faka losowym ludziom w czarnym BMW, a bo oni mi pokazują faka, kiedy ja rowerem tędy. Oczywiście w momencie kopania torby podjeżdża straż miejska i zaczyna wysyłać dosyć wyraźne sygnały zainteresowania, to jest dostosowuje się do naszego niespiesznego tempa, dając przykład nadzwyczajnych uzdolnień z dziedziny kierowania furgonetkami, bo jeśli my idziemy lekkim zygzakiem, sinusoidalną trasą w kierunku Mariottu, to oni muszą jechać jeszcze wolniej, niż my idziemy. Więc szacun, ale tylko przez chwilę, bo w krytycznym momencie zaczyna padać deszcz. Więc oni jadą dalej, a mój towarzysz, jak już wspomnieliśmy, w stanie jakiejś rozszerzonej świadomości, od razu wie - Bo ich nigdy nie ma jak pada! Tylko jak nie pada, to są i mnie zawsze chcą za browar spisać i spisali i co z tego, ale jak pada, to już ich nie ma!

poniedziałek, 31 maja 2010

Cure for optimism i oszukuję system!

Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.

Mlaskanie.

Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.

Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!

I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.

Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.

Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.

To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.

Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.

Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.

Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!

sobota, 22 maja 2010

Czy Kalina Jędrusik nie miała nic do powiedzenia?

Niedodzwanialna z niekłamaną przyjemnością powtarza, jak to wszyscy o Kalinie powtarzają, jakoby przesłodko przeklinała, że u kogokolwiek innego byłoby to raczej żałosne, a u niej słodkie. Słyszę to na tyle często, że może powinienem wreszcie obejrzeć jakiś film i wybadać temat polskiej seksbomby sprzed pół wieku. A na Niedodzwanialną wpadłem przypadkiem i jeszcze zostałem oskarżony, że na wiadomości nie odpowiadam – to odpal dziewczyno mmsy, wiesz (czy aby na pewno?), że się ze słowami w zwykłym smsie nie mieszczę!

Rzuciłem w pracy hasło Juwenalia, liczyłem na pewne zainteresowanie piosenkami typu tak bardzo chcę dotknąć cię i nawoływaniami zróbcie wielki hałas - to pewnie nie tylko mnie się wydaje, że angielski pierwowzór brzmi lepiej, wszystko tam brzmi lepiej, a w ogóle to quidquid latine dictum sit, altum videtur, więc jak by to krzyczał Cyceron? Zrekrutowałem sobie w ten sposób towarzystwo, które przez kolejne godziny się wykruszało, aż ostatecznie został jeden fan bujania. Urywamy się z biura i on też wtedy traci pewność, dojdzie ze mną na Rozdroże i tam podejmie decyzję, więc ja mu wszystko ułatwiam, idź na tę swoją imprezę inną od razu, a ja zawrócę, odsiedzę swoje i pójdę tam, gdzie od początku miałem iść – na trochę mniej bujające Pustki. Więc po drugim wyjściu z biura wpadłem na Niedodzwanialną, rozdzielał nas kawałek zieleni, mijaliśmy się, patrząc podejrzliwie, może ona była mniej podejrzliwa niż ja, w każdym razie te wielkie okulary nie ułatwiają mi identyfikacji niewielu przecież w tym świecie koleżanek. Szła po plusza i na tę poezję na Juwenaliach.

Nie czytałem wielu juwenaliowych ogłoszeń, ale to chyba trochę strzał w kolano ze strony zespołu, żeby się na taką imprezę reklamować poezją. Albo ze strony pijaru juwenaliowego, który przygotowuje materiały dla prasy wyjątkowo krótkowzrocznie (albo kopiując zdania z majspejsa, czy strony), bo pomimo odgrażania się na fejsie – na Pustkach zastaliśmy głównie pustki. No dobra, tak źle nie było – stanęliśmy dopiero w trzecim rzędzie. Do tego oni faktycznie zaczęli od poezji, zaraz po jazgotliwym wstępie, wytłumaczyłem Niedodzwanialnej, że to jest do interpretacji dla niezdecydowanych, żeby zostać, albo nie. Oczywiście grali ładnie, oczywiście Kalambury są bardzo ładne, ale bardziej nadają się do pomieszczeń chyba. Na koncerty piosenki, finiszer ze Słabości chwilowej, ta płyta. Była jedna nowa piosenka nawet i jedna nowa-stara, Patyczaki - To była bardzo stara piosenka, ale pewnie nie znacie, nie wyglądacie, więc niech będzie jako nowa.

Teraz będę tłumaczył, dlaczego jestem śmieszny i jak mi się zmieniają wrażenia i odbiór artystów i tak dalej. Na Pustkach na początku myślałem sobie, że mnie się podoba, ale głupio mi, że takie pustki i to pewnie przez poezję. Jakby to mnie miało obchodzić, czy wokół ludzie się bawią, jeśli oni dla mnie grają. Później się trochę więcej ludzi zeszło, ale zaczęli grać piosenki, nie wiersze. Byli jak się należy, żywiołowi, urwany pasek od gitary, Niedodzwanialna zwracała uwagę na różnicę w żywiołowości gitarzystów – No bo słuchaj, to po prawej to jest bas. I mieli ten występ bardzo płynny, bez jakichś dziur pomiędzy piosenkami, czasem z płynnymi przejściami, a czasem z dodatkami i kombinacjami względem płytowych. Fajnie. I trochę inaczej niż się tego Niedodzwanialna spodziewała – ona myślała, że to będą wiersze śpiewane w formie ballad z pobrzdękiwaniem.

Później poszliśmy po kolegę, siedzieliśmy, jedząc i opowiadając o tropikalnych depresjach, wystawach, studiach, rozczarowaniach, powodziach, traktowaniu białoruskich muzyków, przekrzywionych filmach francuskich artystów o Warszawie itd. A w każdym razie oni opowiadali o innych ludziach i innych rzeczach, zjawiskach, ja starałem się za dużo nie opowiadać, bo wszystko to było ciekawsze niż cokolwiek, co bym mógł wymyślić. Muszę znaleźć kiedyś jakieś słowa, żeby to ładniej wyrazić, tę różnicę pomiędzy opowieściami moimi i ichnimi i dlaczego ich są lepsze.

W każdym razie podjęliśmy decyzję o powrocie na Myslo i ja, po słabym Dżemie bardzo sceptycznie podchodzący do koncertów dla studentów, bardziej spodziewałem się wszystkich radiowych hitów w losowej kolejności, niż tego, co robili w grudniu w Stodole – skalarnych odjazdów. I faktycznie, grali wszystkie piosenki bez nudnych, pełnych plumkania czy dzwoneczków przejść pomiędzy, które podobały mi się wtedy, maksimum treści, minimum formy, po prostu piosenki i nawet Długość dźwięku samotności śpiewane było po pierwszym takcie, jakby Rojek chciał uniknąć falstartu ze strony publiki. I teraz tak – czy w tym było coś złego? Na Pustkach poczucie braku odpowiedniej atmosfery dookoła, choć na scenie przepięknie, myśl, że mogli zdecydować się na więcej piosenek. Na Myslovitz same piosenki, pomiędzy nimi ciemna scena i pięć sekund ciszy, a za chwilę publiczność łoczy i jeczy (nie mylić z jękiem), a część nawet śpiewa i na pewno widać, że jest zabawa. Hę?

A gdybym na Niedodzwanialną nie wpadł, to w ogóle bym do trzeciego rzędu nie dotarł, dopiero przy Rozdrożu podejmował decyzję o pójściu na Pustki i na pewno nie poszedł na Myslo.

sobota, 8 maja 2010

Rozedrgany kwiecień maj

Tak, to już ten dzień, to już ten piątek, kiedy zaczynamy kultywować kolejną świecką tradycję, wziętą być może z amerykańskich filmów, a być może od naszych ojców, w każdym razie pamiętam, że mój w ubiegłym roku, albo może jeszcze wcześniejszym pojechał i był, zresztą nie taki to kłopot, skoro wszyscy mają naszą klasę. Ten piątek zupełnie bez związku z przeszłością, żadna rocznica, ja mówię, że trzeba było wybrać datę egzaminu któregokolwiek, zresztą może przypadkiem, ale ktoś tam odpowiada, że zgadza się okres i basta i nic więcej nie trzeba. Ja wcześniej bardzo się zastanawiam, czy w ogóle iść, no bo z jakiej racji mamy sobą być zainteresowani teraz, jeśli nie byliśmy przez trzy lata wtedy, a już tym bardziej przez ostatnie pięć lat, kiedy jednego Ławka widziałem może trzy razy, z czego raz przypadkiem. - Co, nie lubiłeś ich? - zapytuje ktoś, może Głaz, a ja mu na to z tym uśmiechem szelmy, czyli że niezbyt poważnie, czyli że to było po prostu i nie chodzi o rzucenie kamieniami, czy przezywanie Pocahontaz za plecami, tylko może bardziej o krzyk do kumpla z równoległej i znalazł sobie przyjaciela dopowiedziane przez miejscowych, tak było po prostu, byłem, więc mówię mu z tym uśmiechem dającym do zrozumienia - To oni mnie nie lubili! I siedzę i czekam, bo wracać do domu bez sensu, można poczekać, można oglądać Meeting The Natives polecone przez Cygana, choć raczej poprzestanę na jednym odcinku, bo w końcu wyszedłem przed czasem na spacer. I od razu zobaczyłem taki kształt jakby sprzed pięciu lat, przeszedłem obok i później sobie uświadamiałem, że to mogła być Ona, czyli nie ta, co miała oczy i jednak nie była brana pod uwagę, tylko ta od przewracania się na schodach, dzięki której osiągałem szczyt egzaltacji, a ona nie poszła do teatru, przez co nauczyłem się, że szczyt to jeszcze nie koniec, cały kosmos jest tam wyżej, jeśli tylko chcę, jeśli tylko mam ochotę. Miałem. Więc idę niespiesznie (a jakże), Marszałkowską, widzę szczątki wieloryba, na chwilę staję na przystanku w stronę przeciwną, to znaczy - rozkojarzony; i orientuję się za trzy sekundy, że to trochę głupio, że zupełnie jak pięć lat wcześniej przy okazji jeszcze innej, a teraz przecież nie chodzi o żadną, no chyba, że to była Ona. Kilka godzin później Ławek ma w opisie "A teraz wstecz", kilka godzin później mówi - Stęskniłem się za tymi mordami. Może ma trochę racji, w końcu zebrała się nas jedna trzecia, co jako klasa matematyczna często powtarzaliśmy, chyba głównie po to, żeby nie było tak cicho jak z początku. Zebrała się taka jedna trzecia, która sprawiała wtedy wrażenie bardziej ogarniętej, a w każdym razie stabilniejszej psychicznie, mniej inwazyjnej, dobrej? Ta mała dziewczyna, która dwudziestego siódmego sierpnia dwa tysiące czwartego przyśniła się jako wielka dobroć i łapana za kolana, nie, nie tak, obejmowana jak bogini i bez erotyzmu, która wprawdzie później okazała się jak one wszystkie, ale jednak należy do lepszych wspomnień. Poszliśmy na pizzę, kogo nie ma i co się z nimi dzieje, żona nie puści, żona, dziecko, taksówkarz w Irlandii, jak to skończyłeś studia terminowo, oszuście! Wszyscy wokół muszą widzieć, że to oszustwo, ja to odbieram jako oszustwo, no bo nawet w pizzerii robimy rundkę wokół lokalu, zanim nam znajdują miejsca - przedstawienie. Więc dlaczego niby się nie przedstawimy, dlaczego każdy nie wstanie i nie da świadectwa, kim teraz jest? Siara, siara, cicho, siedź, nawet w żartach, nie! Kiedy dla mnie siara tak siedzieć, w myśl świeckiej tradycji po latach razem, kiedy nie mam nic do powiedzenia o piwie, kiedy staram się słuchać o erasmusach i obrączkach i w myśl postanowienia z tramwaju - idź i uśmiechnij się, i popatrz po prostu, co się przez te pięć lat zmieniło - uśmiecham się i staram nie patrzeć nikomu w oczy, nie każcie mi ze sobą rozmawiać, nie chcę tu powiedzieć głośno, że oto zainicjowaliśmy swoje uczestnictwo w tej świeckiej tradycji, polegającej na unikaniu niezręcznej ciszy, oby to było za dwadzieścia lat następnym razem.

Oczywiście to tylko taka projekcja, to ja tak miałem, a wy się tam bawcie dobrze. Ławek, mordo, z tobą się spotkam zawsze. Ale z nimi mi nie każ, nie.

sobota, 24 kwietnia 2010

W czwartek był doroczny dzień szalonego okularnika, tylko ja w nim uczestniczę raz na dwa

Można się z kimś nie spotkać, bo zapomniał soczewek. Można dzwonić z trzech metrów i zrezygnować z dzwonienia, kiedy ona na ciebie patrzy, nobożkurwa, jak to nie widzi i można za godzinę uwierzyć w soczewki. Bo jeśli mógłbym wybrać, czy wierzyć, czy nie wierzyć, to wybrałbym, żeby nie, ale nie mogę wybrać, nie. Jeśli cokolwiek ma mieć sens, to soczewek nie było i już. I później, w środę, wybrałbym, żeby nie wierzyć w odwołujące spóźnienie, ale nie, wystarczy się podkurwić i dalej dawać szanse, pomimo wrażenia, że się jest takim wiosennym kwiatkiem, światowo symetryczną, geometryczną osobliwością, spotykaną od kwietnia do czerwca. Tylko dlaczego oczekiwania rosną wtedy?

Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.

Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.

W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.

Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.

W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.

Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.

Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.

Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.

Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?

piątek, 5 marca 2010

Albo nie wiedziałem, że "Acid Food" ma tekst, albo chodziło mi o inny kawałek

Odpalam Mogwai, bo chcę mieć coś w słuchawkach, a CSU nie jest jak Mogwai, pewnie to to. Ktoś szeroko tłumaczył, skąd wziął się post rock, oraz że najbardziej rozpowszechniony pogląd cisza-hałas stanowi ułamek, wtedy do mnie dotarło, że faktycznie, słowo post może sobie znaczyć zerwanie ze schematem zwrotka, refren, zwrotka, refren, solo, refren, czy coś takiego, przy czym wcale nie oznacza wpadania w bojaźń diabła (jaką ja miałem wtedy frajdę, że zaczęli od long way from home i skończyli ostatnią z jedynej ogarniętej płyty). Okej, robienie nowych rzeczy ze starych, to coś jak Sonic Youth i używanie pałeczek od perkusji na gitarowych strunach? Mieli coś takiego.

Przy okazji dowiedziałem się pewnie, że Godspeed w zależności od okresu ma w różnych miejscach wykrzykniki i pomyślałem, że racja, też nie jest jak Mogwai. Godspeed jest na niepodłączonym dysku, bo zabijał kompa, a mnie się nie chce ściągać. Dawno nic nie ściągałem. CSU w ogóle nie mam, albo mam coś z kompilacji cichego baletu. Być może w kwietniu pójdę na Mono, wiem przecież, gdzie jest CBA.

Myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki?

Miałem napisać jakoś ładnie na temat ciekaw jestem jakichś starych konsol, ale wczoraj rano kolega przewrócił się przede mną. Dwadzieścia pięć minut przed siódmą, czyli ja - powiedzmy - przytomny od minut piętnastu, czapka, szalik, rękawiczki. Kolega nie mam pojęcia jak ma na imię, chodziliśmy razem do szkół około podstawowych, pewnie znałem go przez innych kolegów, kiedy rozmawialiśmy, czasem, już po czasach około podstawówki, podawaliśmy sobie rękę na przystanku. On się przewraca z dźwiękiem ała, ja wyciągam ręce z kieszeni, zatrzymuję się, wymijam.

Nie chce mi się z nikim gadać. Czyli że niekoniecznie jest ładnie. Gdyby było, to może byłbym na jakiejś Vespie i Barthenders, to są na pewno klimaty Cygana, a może zapraszać, niech weźmie swoją, tam mają być fajni ludzie. Nie. Nie chce mi się nikogo poznawać. Mógłbym, mam nową fryzurę polegającą na braku fryzury, prześlicznie prosiłem panią fryzjerkę, żeby mnie ostrzygła jak tych dwóch dżentelmenów przede mną, znaczy takich trzylatków. Nie powiedziałem, że kiedy mama nas tak strzygła, to fryzura się nazywała na księżyc. Mam nową koszulę i zasadniczo prezentuję się całkiem korzystnie.

Wymijam kolegę, bo nie chce mi się z nikim gadać, zamiast rękę podać, wstawaj, kostki całe, słuchaj, fajnie, że nie wsiadłem jeszcze w ten nasz straszny autobus bez przystanków i w ogóle jesteśmy pięćdziesiąt metrów od bloku, bo jak siadła kostka, to Ci pomogę dotrzeć. Myślę o tym, kiedy się zatrzymuję, ale wymijam. Sam wstał na szczęście.

Widziałem na fejsbuku grupę z szyldem nie mów do mnie rano, rozumiem, nie chcę. W ogóle wstępować, bo mnie tam wstyd za to. Gdyby nie te zaproszenia koncertowe, to bym się jakoś wypisał z fejsa całego. Akceptuję wszystkich ludzi, którzy z powodu znajomości chcą mieć w znajomych, co przekłada się na przestaję korzystać. Dziś okazało się, że wszyscy znajomi z pracy wysyłają zaproszenia, bo testują i muszą mieć profile i właściwie niewielu korzysta, ale to nic nie zmienia, jeszcze tego brakowało, żeby przy pracy czytali o moich rozwalonych na weselu portkach. No i jak ktoś może zobaczyć, że lubię Maki, bo są ekstra nawet o pierwszej w nocy w CBA, to mogę się poświęcić (na razie).

Nie robiłem na fejsbuku testu biorytmu, czy czegokolwiek, co takowy pokazuje. Przecież wiem, jak się czuję, a jeśli bym nie wiedział, to jucha z nosa mnie oświeca. Nie no, bez fajerwerków, właściwie wstyd pisać, kilka kropel, bywało gorzej. Wypiłem z kubka resztkę rosołu, ostatnio piłem rosół z kubka, kiedy chorowałem, siostra mi przynosiła, chorowanie było okej, bo mogłem spokojnie przejść FFVIII. Dzisiaj nie wpadłem na to, że siostra jest chora, gdybym wpadł, to bym jej kupił książkę prawie o smokach (anioły), wszyscy zdaliśmy na nich maturę. Zupełnie nie wiem, dlaczego miałbym nie kupować w empiku, kiedy zacina śniegiem i nie chce mi się do Traffica, dawno nie byłem też na Koszykowej, a mam nieuświadomioną jeszcze potrzebę wydania pieniędzy.

Siostra czyta Kanta, jak się chce być studentem, to się powinno czytać takie rzeczy, naprawdę jestem dumny z siostry, która przy takich okazjach wkłada sporo wysiłku w zrozumienie.

Kupiłem "Zrób mi jakąś krzywdę", bo jeszcze nie czytałem nic Vargi, chcę zacząć od tych wcześniejszych, nie było ich, a nowsze były trzy złote droższe od Żulczyka, którego też chcę przeczytać, szybko pójdzie. Żulczyk to dobry powód do niepisania, bo jest bardziej przeżarty popkulturą i bardziej się zna, po co ja mam jeszcze, trochę mnie rozbraja okładka - przezwyciężanie lęku przed dorosłością, romansidło - przeczytałem jakieś trzydzieści stron i raczej czuję, odbieram, że mamy w głowach "Power Rangers" i niewiele więcej. Wielki człowiek mówił, że Żulczyk jeszcze nie wie, o czym chce pisać, może właśnie o tym, zobaczę dalej.

Nie kupiłem Lampy a na pewno mam jakieś zaległe, później w sklepie zapomniałem kupić migdały, mam na nie ochotę, one uratują mi świat.

Kupiłem "Sto lat samotności", bo słyszałem tytuł dziesiątki razy w różnych kontekstach, jakaś klasyka, Marqueza czytałem opowiadania, nic z nich nie pamiętam (śmierci w hotelu, topielce?). Bardzo jest mi wstyd, że tak rzadko pamiętam. Ale używam, pozer, pokazałem Głazowi "Co to znaczy że kurwa wczoraj" (raz na dwa miesiące nanoszę jakieś poprawki), podobało się (piję piwo to mogę). Kiedyś z rana na powitanie się uśmiechnął i powiedział no, nasz i nazwisko tego od Weroniki, którego to nazwiska nie umiem bez błędu zapisać. Ja zrobiłem poważną minę i odparłem, że fajniej jakiś Cortazar czy Marquez z kręgu ibero-amerykańskich, mówił, że Marquez okej, zna i lepiej. Mam nadzieję.

Tego od Weroniki widziałem na żywo w szkole. Liceum przy Starzyńskiego imienia Ruy Barbosy, więc ze specjalnymi względami z kręgu kulturowego. Chyba pierwsza klasa, zrobili apel, siedzieliśmy gdzieś z tyłu. Opowiadał, jak dał drugą szansę polskiej wydawczyni, a na koniec można było zadawać pytania. Dyrekcja prawdopodobnie wyobrażała sobie, że ktoś na sali zna jego książki. Śmiało. Figa, nikt nic nie wie, nic nie czytał, ja np. czytałem książki o smokach, a od książek o rycerzach światła polecanych przez mamę trzymałem się z daleka. Tylko jeden typ się odważył, kojarzę, że musiał być drugoklasistą:
- Czy śnił Pan kiedyś o lataniu?
- Tak.
- Okej.
Usiadł. Na tym skończyły się pytania. Skojarzyłem swój fajoski sen o lataniu wśród klockowych konstrukcji z kiedyś i przynajmniej przez chwilę wiedziałem, o co chodzi.

Kupiłem dwie książki Murakamiego. Siłą rozpędu i dla pewności. Z Murakamiego też nic na ogół nie pamiętam, albo prawie nic, nie tak źle jak z opowiadaniami. Jest w nim może więcej fajerwerków, wychowany na "Power Rangers" nie rozumiem rzeczy bez fajerwerków. Jedna koleżanka z drugich studiów mówiła, że ona się nim podniecała, jak miała czternaście lat, przez co straciła w moich oczach na chwilę, bo ja nie lubię takich ataków, skojarzyła się z tą anglistką z podstawówki, która twierdziła, że jestem za stary na "Winnetou" w piątej, bo ona kończyła tę serię w trzeciej. Dzisiaj mógłbym jej powiedzieć, że nie miała "Power Rangers" ani "Czarodziejki z księżyca". No ale spoko, koleżanka chodziła do takiej szkoły, w której czytało się Cortazara, za to Murakamiego lubił też kolega będący przyszłością klasycznej, żeby wyśrodkować. Odpalałem mu kiedyś "Imagine" w wersji od APC.

Książki Murakamiego są dla pewności, bo nawet jeśli nie pamiętam, to ze wszystkich dotychczasowych miałem masę frajdy w trakcie. Jakieś kontury mitów greckich, gadające zwierzaki, labirynty świadomości, sny. Nawet jeśli na ogół nie pamiętam snów, to jednak zawsze są ekstra i zawsze mam pewność, że chcę tam wrócić.

Żulczyk jednak też trochę jest pozer, bo "Resident Evil" jest napisane jako "Resident evil", ja rozumiem, że zasady pisowni tytułów (korekta?), tylko znajdźcie mi taką okładkę gry, albo żeby pisali tak w "Neo Plus", gry się pisze wielkimi wołami, wszyscy zainteresowani to wiedzą. I czy kiedykolwiek była jakaś Fifa na automacie? Bo jeśli była zwracam honor.

Może to jest dobry moment, żeby napisać o dwóch najszczęśliwszych chwilach mojego życia, które nastąpiły po sobie miesiąc w miesiąc i w tym samym miejscu, jakby to określać geograficznie dokładniej, to pewnie nawet pod tą samą latarnią. To miało iść do wspominek o grach, ale skoro już jesteśmy przy "Neo Plus", to po latach czytania wysłałem do nich felieton. Albo coś rzadkiego pomiędzy felietonem a esejem, dział był podobno działem felietonów, ale jednak na ogół myśli luźniejsze. Na przełomie miesięcy biegałem do kiosku osiedlowego i na wszelki wypadek do tego przy przystanku po nowy numer, bo bywało tak, że w tym drugim mieli dzień wcześniej. Odchodziłem od okienka, kartkowałem magazyn od tyłu, chyba większość ludzi pisząc dzisiaj o tematycznych miesięcznikach wspomina coś o tym, że zawsze zaczynało się od wkładki, albo od listów, że najbardziej wykręcone i zajefajne. Więc ja też tam zaczynałem, tym razem dla sprawdzenia. Łzy w oczach, moje słowa i moje niezbyt umiejętne przecinki, szczęście, stoję przed przejściem, nie patrzę na światła, oddycham, nie bardzo mam kogo wyściskać. To było bardziej skondensowane, bardziej punktowe niż pierwsza rozmowa z zauroczeniem, wiadomo, pewne, dokonane.

I miałem tak dwa miesiące z rzędu. Który to mógł być, dwa tysiące czwarty? Czasem mam wrażenie, że wszystkie lata późniejsze niż dziewięćdziesiąte brzmią po prostu słabo i z samego brzmienia za takie będą odbierane, wcale nie w myśl zasady, że co było zawsze uważane jest za lepsze.

Gdzieś w tym czasie kupiłem pierwszą oryginalną grę. Później wyszła następna część, te gry miały zakręcone fabuły, o których na ogół rozpisywano się dokładnie po trzech-czterech numerach, kiedy wszyscy zainteresowani powinni mieć za sobą. Żeby sobie nie psuć przestałem kupować magazyn, do tego ktoś mi podeptał konsolę, okazało się, że jestem duży i jak chcę takie zabawki, to trzeba sobie samemu kupować, nie chciałem już kupować piratów, jakoś tak wyszło, że to bardzo drogie hobby. Dla mnie prawdziwe gry skończyły się na MGS2, to fajne, że nie można o mgsach powiedzieć "Kill 'Em All".

Więc jak, myślałeś kiedyś, żeby skasować wszystkie empetrójki? Słabo poruszam się w świecie metafory, bardzo wiele rzeczy biorę dosłownie, "Anything Else" w różnych skalach, dziedzinach, o różnych porach roku. W końcu mam już trzy prawdziwe płyty, trzy pudełka, bo płyt jest w sumie cztery.

Czasem mam wrażenie, że na nic mnie nie stać. Klamerka, w słuchawkach wyraźny znak, boję się diabła, a ludzie piszą o głupich obrazkach, że są epic, za dużo coraz mniejszych słów, jak to tak można. Słowo mega też chyba robi ostatnio karierę, tu przynajmniej w miarę blisko do Mogwai.

niedziela, 7 lutego 2010

Owocowo – o japku list nie bez ściemy

Ponieważ nie do końca udało mi się rozpoczęcie hodowli kurczaków, odpocznę chwilę albo i dwie i napiszę historię owocową. Jest - do pewnego stopnia oczywiście – prawdziwa, jest życiowa, nawet trochę korporacyjna jest, więc mamy rzeczy dobre i złe, można się będzie wciągnąć. W pisanie.

Mój kombinat wprowadził owocowe dni, żeby było great work place, żeby piąć się z roku na rok w górę po szczeblach listy Fortune 100, albo może żeby w ogóle na taką listę trafić. I co dwa dni dostajemy do kuchni owoce – dużo jabłek, ostatnio sporo mandarynek (ja w sumie wolę mandarynki od pomarańczy, ale te drugie mają prawdziwszą nazwę), na ogół bardzo niewiele bananów. To jest pierwsza sprawa, ona nie jest jeszcze wątkiem.

W pewien jesienny wieczór, mógł to być czwartek, kombinat zorganizował kolację dla kadry, zagraniczny szef, miejscowy szef, słabo trafiona knajpa, podawali głównie ser (a może to jednak był piątek?). Spędziliśmy jakiś czas w pokojowej atmosferze, wznoszono toasty za przyszłość, ja wzniosłem toast za obiekty i wtedy było nawet zabawnie. Ale jeszcze nie satysfakcjonująco, trzeba było poprawić – bez skrępowania władzą. Więc poszliśmy, Marszałkowską, czy to mógł być jakiś wieczór derbowy? Chyba był, chyba da się odkopać datę w ten sposób, nie trzeba się znać na piłce, żeby pamiętać derby.

Korporacje bardzo spowolniają i komplikują procesy decyzyjne, sporo z tego udzieliło się ekipie i dopiero po przejściu kawału miasta wylądowaliśmy w knajpie na Nowym Świecie. Powiedzmy, że było nas trzech, pominięci niech wybaczą, jeden wybaczy, nie kwalifikuje się zresztą do bycia bohaterem takiej opowieści – a w każdym razie druga połówka nie powinna się dowiedzieć. Czwartego nie było.

Zamówienie przyjęła wydekoltowana – a jakże! – śliczność w okularach z grubą oprawką. Zniewalający typ bibliotekarki, wiadomo, niby takie niewinne, panowie wpadają jak śliwki w kompot. Tylko że zamawiane było w większości piwo i jeden tylko sok, bardzo nieudolne zresztą – Hm, a ja poproszę sok jabłkowy.
Nieudolność zamówienia polegała na dokładnie takim właśnie wypowiedzeniu, sok był przez be eł, namieszało się w głowie od mnogości jabłek, patrzył człowiek na panią bibliotekarkę, starał się nie patrzeć lekko poniżej pani bibliotekarki i usilnie zastanawiał się, jak się wymawia słowo jabłkowy. To było najtrudniejsze słowo Nowego Świata, to jest tego rozpoczętego wejściem do knajpy. I pani kelnerka, wredota, potwierdza zamówienie:
- Dwa piwa i sok ja-P-kowy, coś jeszcze? – tak to ślicznie zaakcentowała.
- Nie, to wszystko na razie, dziękujemy.

Oczywiście nie była to jedyna kelnerka w lokalu. To w ogóle bardzo ładnie ze strony lokalu, że poza piwem oferuje różne soki, podobnie kelnerki są w każdym typie – kruczoczarne bibliotekarki, nieśmiałe rude lisy i blond Helgi dla prawdziwych festoktober piwoszy. Spalony u bibliotekarki bardzo się na tego rudego lisa ucieszyłem, za to Głaz pozostał wierny pierwszej z miłości. Trzeci utopił wzrok w Heldze (powiedzmy, że w całej Heldze), więc nareszcie mamy w miarę blisko do śliwki wpadającej w kompot. Mamy czystą, jasną sytuację, mamy linie przerywane do pań, trzeba spróbować poprawić ten wykres, stąd powstaje idea przesunięcia. To jest – należy zaczepić swoją kelnerkę z pytaniem o dostępność kelnerki sąsiada. Wyobraź sobie taki wykres, sześciokąt, co drugi wierzchołek żeński, naprawdę jasna sytuacja. Do dzieła!

- Przepraszam… - zaczepia rozanielony Trzeci.
- Tak? – niezbyt wylewnie odpowiada Helga, może nasz stolik nie jest jej rewirem.
- Bo ja chciałem zapytać o tę Panią w okularach…
- Poprosić z rachunkiem, tak? Panowie już wychodzą?
- Nie, nie, znaczy tak, znaczy chciałem zapytać kiedy Panie kończą, to może spacer, ta Pani może?
Wreszcie przywołuje na twarz uśmiech, idealny, pewnie wyćwiczony przez szereg poprzedzających wieczorów – w końcu nie my pierwsi zaczepiamy kelnerki.
- Nie, ta Pani nie pójdzie z Panami na spacer, ta Pani jest już …
- Ciiiii! – przerywam szybko, patrzę na Głaza – słyszeliście to?
Wyćwiczony uśmiech Helgi jest mniej pewny, zresztą słowa też – Co, słucham?
- Nie słyszała Pani, jak łupnęło?
Widać po niej, że nie słyszała, więc tłumaczę niemal szeptem.
- To właśnie pękło serce z kamienia…
I Głaz w śmiech, Trzeci w śmiech, przecież, że ona nie wie.
- To my poprosimy ten rachunek.