Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nastolatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nastolatek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Tylko po co tak daleko jechać

Tak często nocuję ostatnio w domu, że zapominam z szuflady w pracy zabrać kluczy. Fajnie, że się zorientowałem przed autobusem jeszcze. W ogóle jestem roztrzepany, niby podlewam kwiatki, ale np. tylko z jednej strony pokoju, choć z drugiej szafa cała zastawiona. Podlewanie kwiatków zawsze jest dla mnie bardzo stresujące, jest ich w domu kilkadziesiąt i zawsze któremuś muszę przedobrzyć, się ulewa z niego wtedy. A jak mi głupio było, kiedy znajomemu kiedyś podlewałem i też tak. Lepiej właściwie żeby się przelewało, niż żebym zapominał, choć i tak spodziewam się jakiegoś mordu w oczach siostry, kiedy te swoje kwiatki zobaczy, na moje oko słabo z nimi.

Wróciłem i znalazłem bardzo stare rzeczy do posłuchania, z czasów, kiedy siedziałem w japońskich kreskówkach i właściwie całkiem nieźle się na tym znałem. To już dziesięć lat, może sam siebie nie doceniałem, tej ciekawości świata, której teraz jeszcze mniej. A wtedy było tak, że internet na impulsy, a w gazetach płyty z programami i stronami. Więc zupełnie przypadkiem nauczyłem się wtedy robić strony internetowe, bo uruchomiłem program Pajączek, po którym spodziewałem się bycia inkarnacją Xonixa. Nauczyłem się tyle, że w szkołach zaliczałem informatykę, ale nie nauczyłem się nic z tego programowania, przecież serwery z php to były już wtedy, mógłbym być w zupełnie innym miejscu w życiu niż jestem. No nic to, sporo frajdy z tego miałem, pisało się o bajkach wszystko, co przyszło do głowy, na pęczki takich stron było, księgi gości i liczniki odwiedzin, fuzje i mejl od gościa, który wydawał się bogiem światka, no miał stronę najlepszą, że będzie duży projekt i może bym chciał pisać. Nic to, że projektu nie było, skończyłem na szczycie, ruszyłem się na jakieś konwenty, poznałem Pogromcę Dinozaurów, skakałem na DDR, trzeba to wyciągnąć z szafy kiedyś też.

A ponieważ żaden ze mnie panczur, Patyczak mnie na dłuższą metę męczy, to odnalazłem soundtrack ze Stand Alone Complex (którego nigdy nie widziałem, tylko podstawowego GITSa) i wróciłem do Fish Silent Cruise, które w ogóle nie jest piosenkowe, tylko jak na soundtrack przystało filmowe i wciąż podoba mi się tak samo, jeśli odpowiednio podkręcić głośność. Na emonastoletnie okazje, a nie mogłem odpalić V34, bo brat ostatnio nadużywał tego środka. Chociaż on akurat coś czytał o Leary'u i tędy do tripa trafił.

I jestem zupełnie szczęśliwym, wolnym człowiekiem, bo w domu niby jest internet, ale jednak nie działa monitor i przecież w ogóle, poza kwiatkami, nie ma powodu, żeby tam siedzieć. Jeszcze przy FSC działał, pyk i nie działa, może techniczny brat go po powrocie reanimuje, za to ja może wrócę do pamiętnika dzięki temu. O wiele bardziej wypadałoby wrócić do pamiętnika niż do Morrowinda. Smoczego kolej teraz.

Wracałem od niego w niedzielę, w tej porze pomiędzy popołudniem a wieczorem. Przeczekałem jedne opady, drugie, takie lekkie to było i orzeźwiające, jeszcze trochę kropiło, ale również przejaśniało się, więc droga iście bajkowa. Tu nad trawami mgły, tam kałuże, w ogóle wiele kropelek w powietrzu, więc świat rozświetlony. Krowa przechodzi przez jezdnię, mierzy mnie czujnym spojrzeniem, nie gonią mnie żadne psy. Na drodze przez las pełno gałęzi, jakieś ułamane drzewo nad drogą, to może zabić, jakby spadło na mnie. Ostatni zryw słodkiego deszczu i spokój, dobra, zmokłem, ale wyschnę do powrotu przecież w tym cieple.

Tja. Przy wyjściu wspomniałem Smoczemu, że pewnie wezmę w tej trasie prysznic wielokrotny. Więc zryw deszczu był ostatni z tej chmury, ale przecież nie z podróży.

Po zjeździe w stronę Józefowa (to już drugi Józefów na trasie) zaczęło wiać i przygnało na niebo wiele ciemności i czarności. Przejechałem przez rondo, odbiłem na południe, licząc, że inaczej będzie wiało, ale jednak wiało w każdą stronę. Zaczęły się krople, duże i zimne, przynajmniej na tle poprzednich. Ja kręcę, bo przecież tutaj nie ma się gdzie schować, nawet przystanki nie mają wiat. Ledwie widzę, to już ulewa, miesza się z potem i szczypie w oczy. Jadę z jednym okiem otwartym, przeciskam się przez gęstą zawieruchę. Tak myślę, że poprzednio tak mnie na rowerze zlało też w sierpniu, cztery lata temu, tylko z drugiej strony kanału wtedy, od Gocławia jechałem. Już miałem sobie gratulować teorii o powtarzalności świata, kiedy krople zaczęły bardziej jakby boleć. Jakby gradem sypało. Jak to gradem, cztery lata temu nie sypało gradem, to teraz może? Może, bardzo może, tak bardzo, że niemal poziomo te pociski leciały. To całkiem dobrze, bo kiedy skryłem się za jakąś skrzynką przy drodze, przejmowałem się tylko deszczem. A i to nawet nie za bardzo, sytuacja do suchej nitki, wyczekanie, aż niebu skończy się grad i dalej przez las, potokami ścieżek, półmetrowej głębokości jeziorka, istny surwiwal. Mógłbym się wykrzyczeć, gdybym tylko chciał, obmycie, niebo spadło nam na głowy, mnie przynajmniej, katharsis.

Wróciłem taki zadowolony, jak może powinienem był wrócić w ubiegły poniedziałek, odkryłem strajk monitora, nawet nie mam jak obejrzeć tego filmu od Głaza, Przekręt, to może czas na zakupy znajdę.

czwartek, 29 lipca 2010

Wpis przedterminowy - występują kobiety, superświadomości i boskie nasienie

Ponieważ należę w tym tygodniu do grupy wysokiego ryzyka w kontekście prezentowania czegoś na tym strasznym zebraniu, prawie tradycyjne notatki sporządzam zawczasu. Już nawet ominę te czterdzieści na rowerze, tyle kręcenia i nawracania, że nawet mi się nie chce trasy rysować. To Głaz znalazł taką zabawkę, przez co pewnie nie będzie mi się chciało tworzyć tego typu molochów. Jeden Pogromca Dinozaurów może być zawiedziony, już nawet wyrażał zawód, ale na pewno udawał. Technika idzie do przodu, jeszcze nie inwestuję w gps, skoro całe lata podejmowałem decyzję o liczniku, ale doceniam, że nie muszę sklejać tych map z print screenów.

Coś mnie rano podkusiło, żeby przetrzeć oczy po drugim budziku, to jest esencja wstawania przecież, dopiero dzisiaj się zorientowałem. W dzieciństwie bywało, że nie mogłem z rana otworzyć oczu, coś je kleiło i już, mama robiła tajemne okłady wtedy. Raz czy dwa. Zbierają się we śnie drobiny świata wokół oczu, pewnie zazdrosne o ten świat pod rozedrganymi powiekami, a ponieważ nadmiar zazdrości szkodzi, to nieumyślnie blokują powieki. Jasne, da radę je rozewrzeć, ale wciąż uginają się pod ciężarem zazdrosnego świata. Więc należy umiejętnie wsadzić w oko paluch i dopiero podreptać do jakiegoś zlewu. A w każdym razie tak mi się to dzisiaj ułożyło - nie chce mi się dokładnie liczyć, ale budzików mam teraz przynajmniej pięć, na przestrzeni godziny i piętnastu minut, więc zaskoczyłem siebie i pewnie zawstydziłem budziki (czy to aby nie przebrzmiałe?).

Praca też do pominięcia, zrobiłem szkic prezentacji na jutro, jutro dopnę do tej dziesiątej, wszystkim podobał się przekrzywiony napis, który pewnie wyleci, no bo to był napis draft version, jaka szkoda. Wydawało mi się, że nowa Lampa gdzieś na mieście już, gdyż napisano tekst ukazał się, więc z biura poszedłem poszukać. Myślę Traffic, dawno tam nie byłem, pójdę sobie do Kruczej, nie ciągle tą Marszałkowską. Na placu zainteresowała się mną taka blondynka, no musiała, taka jej rola, z naręczem czegoś wyglądającego na pierwszy rzut oka jak gazetki. Dziękuję, nie chcę, ale wpycha w ręce i trajkocze, dobra, wezmę, idę, trajkocze, że wkładki do butów i nie wiem jak użyć, aha, nie chcę wkładek, nie potrzebuję, to oddaj w prezencie i to reklama, będą kosztowały osiemdziesiąt dziewięć złotych, ale teraz darmo. Patrzę z powątpiewaniem na toporne rysunki, a ona dalej coś trajkocze, że teraz milion pompek i moje, a ja że bym nawet zrobił, gdybym chciał, a ona okej, ale wie Pan, żartowałam. Chyba ze cztery razy żartowała, uszliśmy tak skokowo pięć metrów, nie dało się tego oddać, aż się przyznała, że zbierają na akademik datki za te wycinane wkładki. Aha, mówię, a ta na mnie naskakuje, że co, studentów nie lubię! Nie wiem który to akademik, ale słaby pijar ma, poprosiłem, żeby tyle nie kłamała, bo to natężenie żartów było irytujące, po co ludzi tak wariować, wreszcie oddałem wycinane wkładki i poszedłem, zestrachany, omijając z daleka brunetkę z podobnym naręczem z drugiej strony placu.

W Trafficu Lampy nie widziałem żadnej, nie wiem, czy w ogóle mają w ofercie, może w ogóle nie mają? Popatrzyłem na te półki pełne słów do czytania, pewnie ze dwie dziesiątki literackich periodyków, Zeszyty Literackie (na strychu przy Św. Bonifacego widziałem kiedyś pierwszy numer), nie wiadomo, za co się łapać i przecież facet jestem, kupuję wedle ścisłego planu, więc tutaj nie kupuję, bo nie mają. Zajrzałem z ciekawości do Ha!artu, bo kojarzę jakieś powiązania Piotra Czerskiego i do teraz nie mogę nadziwić się własnej przenikliwości, że widząc kadry z klocków lego, od razu wiedziałem - Hamlet. No co, korona może być do czego innego nawiązaniem niby? Musi być jakaś ogólnoludzka superświadomość wdychana z powietrza, bo jeśli o Szekspira idzie, nie mam ani promila wiedzy Stefana Dedalusa.

W ogóle tak się na tym znam, że równie dobrze mógł to być Makbet, nie przyglądałem się kadrom, w każdym razie myśl potwierdziło przekartkowanie do początku historii.

O Ulissesie wspominaliśmy dzisiaj przy śniadaniu, najpierw była Mechaniczna pomarańcza w HD, a ja czytałem, mówię, ja bym nie dał rady, zbyt psychodeliczne, mówi, ja zaprzeczam, że po trzech stronach ogarnia się język i rosyjskojęzyczne stylizacje (tę wersję czytałem), a ciężko to przeczytać właśnie Ulissesa. Wiem, bo mam zakładkę przy dwieście dwudziestej stronie i od kiedy podjąłem tegoroczną walkę, przeczytałem przynajmniej dziesięć innych książek, dziś zaczynam pożyczone godzinę wcześniej Rowerem i pieszo przez czarny ląd. Rozmówca przytaknął rozbawiony, bo sam miał Joyce'a na końcu języka, mówi najlepsze na usypianie, pół strony wystarcza, podobnie mówiła kiedyś katechetka o papieskich encyklikach, zacne towarzystwo, Joyce, zacne. Za to zaskoczyłem go własnogłownie wysnutym wnioskiem, że Stefan z ekipą z początku książki to nie są starcy i zasugerowałem mniej poważne podejście, jasne, Grecja i mity, ale zdaje się wykształcenie klasycystyczne na początku XX wieku wciąż było podstawą edukacji, nie można wszystkiego brać na poważnie tylko dlatego, że brnąc przez szkoły nie czytamy starożytnych komedii. Ja tam nie czytałem nawet później, a dla dwunasto czy trzynastolatka w gimnazjum i tak fajniejsze byłoby zdjęcie cenzury z Parandowskiego, skoro wykładowca filozofii wywoływał demaskacją Posejdona chichoty dwudziestolatków - bo on jakoś musiał na tę Afrodytę pianę ubić.

To kojarzy mi się z Herbertem, jakież nieestetyczne skojarzenie, ale jest flow, to lecimy! Kolega leci do Grecji, Kreta w planach wakacyjnych, a ja po skończeniu szkoły kupiłem Labirynt nad morzem, bo nadziałem się na fragment gdzieś na koniec ostatniej liceum i później w trakcie pomocy komuś. Oczywiście fragmenty wybrane do szkolnych analiz okazały się zupełnie niereprezentatywne jeśli chodzi o zbiór esejów, to były te luźne, ogólne fragmenty, przypadek konfrontacji Grzesia z Lekcji łaciny z belferem Gombrowicza. Przyniosłem mu tę książkę, niech chociaż przeczyta jak Herbert płynie i wysiada na wyspie, bo ładne, nawet jeśli nie przebrnie przez kombinowanie z nieudolnie rekonstruowanymi freskami minojskich pałaców.

Szkic o Akropolu z tego zbiorku uświadomił mi kiedyś coś, co najwyraźniej przegapiłem w toku szkolnej edukacji - że wszystkie te greckie świątynie skrzyły się kolorami, złotem, przepychem, a doskonała estetyka połamanych kolumnad i białych marmurów jest wynikiem setek lat brandzlowania się historyków nad geometrycznymi sztuczkami optycznymi. Fajne to. Oczywiście Herbert szeroko to opisuje i tłumaczy, ja tylko przypadkowo stawiam nieestetyczną klamrę - na szczęście ładne zdania w temacie można znaleźć u źródła.

Może kiedyś znajdę, może ktoś napisał, jak tymi niewyspanymi oczyma patrzeć rano na świat, może to nie jest takie trudne, jakaś mała podpowiedź, jakaś miła perspektywa. Dobranoc.

sobota, 8 maja 2010

Rozedrgany kwiecień maj

Tak, to już ten dzień, to już ten piątek, kiedy zaczynamy kultywować kolejną świecką tradycję, wziętą być może z amerykańskich filmów, a być może od naszych ojców, w każdym razie pamiętam, że mój w ubiegłym roku, albo może jeszcze wcześniejszym pojechał i był, zresztą nie taki to kłopot, skoro wszyscy mają naszą klasę. Ten piątek zupełnie bez związku z przeszłością, żadna rocznica, ja mówię, że trzeba było wybrać datę egzaminu któregokolwiek, zresztą może przypadkiem, ale ktoś tam odpowiada, że zgadza się okres i basta i nic więcej nie trzeba. Ja wcześniej bardzo się zastanawiam, czy w ogóle iść, no bo z jakiej racji mamy sobą być zainteresowani teraz, jeśli nie byliśmy przez trzy lata wtedy, a już tym bardziej przez ostatnie pięć lat, kiedy jednego Ławka widziałem może trzy razy, z czego raz przypadkiem. - Co, nie lubiłeś ich? - zapytuje ktoś, może Głaz, a ja mu na to z tym uśmiechem szelmy, czyli że niezbyt poważnie, czyli że to było po prostu i nie chodzi o rzucenie kamieniami, czy przezywanie Pocahontaz za plecami, tylko może bardziej o krzyk do kumpla z równoległej i znalazł sobie przyjaciela dopowiedziane przez miejscowych, tak było po prostu, byłem, więc mówię mu z tym uśmiechem dającym do zrozumienia - To oni mnie nie lubili! I siedzę i czekam, bo wracać do domu bez sensu, można poczekać, można oglądać Meeting The Natives polecone przez Cygana, choć raczej poprzestanę na jednym odcinku, bo w końcu wyszedłem przed czasem na spacer. I od razu zobaczyłem taki kształt jakby sprzed pięciu lat, przeszedłem obok i później sobie uświadamiałem, że to mogła być Ona, czyli nie ta, co miała oczy i jednak nie była brana pod uwagę, tylko ta od przewracania się na schodach, dzięki której osiągałem szczyt egzaltacji, a ona nie poszła do teatru, przez co nauczyłem się, że szczyt to jeszcze nie koniec, cały kosmos jest tam wyżej, jeśli tylko chcę, jeśli tylko mam ochotę. Miałem. Więc idę niespiesznie (a jakże), Marszałkowską, widzę szczątki wieloryba, na chwilę staję na przystanku w stronę przeciwną, to znaczy - rozkojarzony; i orientuję się za trzy sekundy, że to trochę głupio, że zupełnie jak pięć lat wcześniej przy okazji jeszcze innej, a teraz przecież nie chodzi o żadną, no chyba, że to była Ona. Kilka godzin później Ławek ma w opisie "A teraz wstecz", kilka godzin później mówi - Stęskniłem się za tymi mordami. Może ma trochę racji, w końcu zebrała się nas jedna trzecia, co jako klasa matematyczna często powtarzaliśmy, chyba głównie po to, żeby nie było tak cicho jak z początku. Zebrała się taka jedna trzecia, która sprawiała wtedy wrażenie bardziej ogarniętej, a w każdym razie stabilniejszej psychicznie, mniej inwazyjnej, dobrej? Ta mała dziewczyna, która dwudziestego siódmego sierpnia dwa tysiące czwartego przyśniła się jako wielka dobroć i łapana za kolana, nie, nie tak, obejmowana jak bogini i bez erotyzmu, która wprawdzie później okazała się jak one wszystkie, ale jednak należy do lepszych wspomnień. Poszliśmy na pizzę, kogo nie ma i co się z nimi dzieje, żona nie puści, żona, dziecko, taksówkarz w Irlandii, jak to skończyłeś studia terminowo, oszuście! Wszyscy wokół muszą widzieć, że to oszustwo, ja to odbieram jako oszustwo, no bo nawet w pizzerii robimy rundkę wokół lokalu, zanim nam znajdują miejsca - przedstawienie. Więc dlaczego niby się nie przedstawimy, dlaczego każdy nie wstanie i nie da świadectwa, kim teraz jest? Siara, siara, cicho, siedź, nawet w żartach, nie! Kiedy dla mnie siara tak siedzieć, w myśl świeckiej tradycji po latach razem, kiedy nie mam nic do powiedzenia o piwie, kiedy staram się słuchać o erasmusach i obrączkach i w myśl postanowienia z tramwaju - idź i uśmiechnij się, i popatrz po prostu, co się przez te pięć lat zmieniło - uśmiecham się i staram nie patrzeć nikomu w oczy, nie każcie mi ze sobą rozmawiać, nie chcę tu powiedzieć głośno, że oto zainicjowaliśmy swoje uczestnictwo w tej świeckiej tradycji, polegającej na unikaniu niezręcznej ciszy, oby to było za dwadzieścia lat następnym razem.

Oczywiście to tylko taka projekcja, to ja tak miałem, a wy się tam bawcie dobrze. Ławek, mordo, z tobą się spotkam zawsze. Ale z nimi mi nie każ, nie.

poniedziałek, 29 marca 2010

Żadne tam dziewiętnaście wiosen

Pompa, nie wiem jak to działa, znaczy skąd zaczęto jej używać na określenie radosnej głupawki, że się z czegoś pompuje, że się łapie pompę. Zrobiła mi dzisiaj wcale nie taki lekki dzień, rozpoczęty już wczoraj niemożnością uśnięcia, to rozbraja psychicznie - słabo przespana noc przed poniedziałkiem. Wstawanie samo w sobie zawsze jest straszne, ale cały dzień udawania, że jest się żwawszym niż zombiak (ale zombiak bez celu, bo jak mają cel, to całkiem nieźle potrafią potrafią popylać przecież), to nie jest fajne. Przecież.

Znowu poszedłem na Rozdroże, chciałem w autobusie obejrzeć odcinek dostarczonego serialu na telefonie, ale choć telefon daje radę, słuchawki rady nie dają i wszystkie basowe odgłosy giną w szumie silnika. A więc męskie głosy też, a więc nie ma szans, bo to jest jakiś serial o glinie. To wziąłem się za książkę, ale tutaj z kolei poczęła mnie morzyć senność, czytanie przy szumie silnika tak właśnie na mnie działa. Podejrzewam, że może to mieć związek z maszyną do szycia, która szumiała mi nad głową przez połowę dzieciństwa i spało się smacznie, nauczyło. Może powinienem szum autobusu spróbować nagrać i puszczać do snu nocnego?

Książka schowana, zamykam oczy i usiłuję spać. Ktoś się dosiada, albo już wcześniej się dosiadł, dziewczyna i chłopak, dżentelmen, bo to ona siedzi. Gdyby była bez chłopaka, to bym się pewnie przyjrzał i pisał teraz o obiekcie, no ale na takie z chłopakami nie patrzę, jeszcze mi coś o dostawaniu kociej mordy powiedzą, straszne. Więc siedzą i rozmawiają, wyobrażam sobie, że pewnie mają gdzieś tak po dziewiętnaście lat, w sumie jedyne co widziałem, to fragment jasnego płaszcza dziewczyny i podobnej torebki. Chciała wziąć jego plecak, ale on bez plecaka - Jaki plecak? - tak pytał, kiedy chciała.

Nie usnąłem, bo chłopak zaczął mówić o momentach. To znaczy pewnie wcześniej zaczął mówić o dziewczynie, ale jakiejś nieobecnej i bliskiej jego duszy, sercu i tak dalej. Super, skoro najpierw pomyślałem, że pewnie mają po dziewiętnaście lat, to teraz doszła myśl, że ja też kiedyś tyle miałem. Jeszcze spokojna, nieinwazyjna, siedzę i uczciwie usiłuję nie słuchać, nie zwracać uwagi. Oczywiście wszyscy mądrzy ludzie powiedzą, że jeśli bardzo nie chcesz o czymś myśleć, to z miejsca poległeś, o niczym innym myślał nie będziesz. Pewne źródła donoszą, że zastępczo można w takich sytuacjach myśleć o piłce nożnej, ale ponieważ w ogóle się na niej nie znam - nie mogłem sprawdzić. Może słabo się starałem. Więc słyszałem dalej, kiedy mówił o momentach.

- Wiesz, było już kilka takich momentów, no szkoda, że przegapione, wiesz, albo ostatnio, oglądaliśmy film i po tym filmie już jej miałem powiedzieć, ale nie, i wyszedłem, ale z przystanku, takimi autobusami do niej dojeżdżam, już miałem do niej jechać, zadzwoniłem, ale nie odebrała, bo wiesz, ma coś z telefonem.

Bardzo dobrze, że ich nie widziałem, nie muszę tutaj dopisywać gestów w trakcie rozmowy, nie potrafię tego. A dziewczę podsumowuje tyradę moją myślą, którą staram się bardzo utrzymać w głowie, tak żeby nie wylazła z jakimś bezczelnym uśmiechem - Jakich momentów? Nie ma żadnych momentów, będziesz czekał na moment i wiesz, figa!
No i rozmawiają coś dalej, a ja pompuję, mam taką radochę, a jednocześnie tak bardzo usiłuję się nie śmiać, że wrzucam muzykę najgłośniej jak się da, żeby tylko ich nie słyszeć. No ale ziarno zostało zasiane, więc pewnie doskonale widać, jak krzywię wargi, jak usiłuję je mieć zasupłane. Na muzyce też się nie mogę skupić, choć ładna. Po prostu pompuję z typa, pompuję z siebie pięć lat temu (żeby chociaż etap filmu był, to by było uczciwe), no i oczywiście jestem pewien, że gość to już musi widzieć. Jestem prawie pewien, że on mówi do tej dziewczyny obok mnie patrz na niego, a ona się zaśmiewa, że nie, robię wszystko co mogę, żeby nie parsknąć, udaje mi się nie parsknąć, ale usta żyją własnym życiem, uśmiech wyrywa się na wolność. Znaczy przez jakieś kraty, nieudolnie, to musi naprawdę słabo wyglądać, w kreskówkach zawsze jest przedstawione jako sinusoidalna, rozedrgana linia ust. Przynajmniej w kreskówkach wygląda okej.

To już nawet mogłem spojrzeć na typa i może razem byśmy pompowali, może nie uraziłbym tych uczuć, no ale nie spojrzałem, poczułem tylko, jak wysiadają i wtedy dalej usiłowałem zasnąć. Tylko wiesz, jak to jest z uśmiechem. Dalej się śmiałem do siebie, i z sytuacji, dalej niby usiłowałem spać, bo po co mam oglądać tych ludzi wokół, którzy pewnie podpatrują z politowaniem na nieskoordynowane krzywienie warg. A może ktoś ze mnie pompował. Prawdziwą ulgę przyniósł dopiero przystanek - do domu szedłem uczciwie ucieszony, i takiż siedzę do teraz.

wtorek, 16 marca 2010

Wyobraźnia punkt zapalny

Czasem przypominam sobie jedną historię przeczytaną lata świetlne wstecz, kiedy poważnie pisało się o blogach jako nowym zjawisku popkulturowym, rewolucji słowa w internecie. Kilka lat później najpopularniejsze blogi to w gruncie rzeczy dzienniki tematyczne, zaś Czerski mówi "takiego Wacka" i rzadko bo rzadko, ale wrzuca luźne wpisy i opowieści jak z początków blogosfery.

Ta konkretna pochodzi z jakiegoś ciemnego tła. Na pewno nigdy nie miałem tego bloga w zakładkach, w ogóle niewiele ich miałem w zakładkach, zacząłem ich używać w czasie, kiedy ludzie dawno przesiedli się na czytniki rss. Dziewczyna opowiadała o wyjeździe na zieloną szkołę, coś z warsztatami, ze wspólnymi zajęciami, na których bawili się w kończenie zdań, albo układanie ciekawych zdań, za podstawę mając słowo, albo w skojarzenia. Jak widać bardzo dziurawa ta historia. Dziewczyna potwornie się tych zajęć wstydziła, bo raczej mało odkrywcze były jej zdania, czy słowa, czy skojarzenia, cokolwiek by to nie było. Jeżeli cokolwiek było, może nic nie wymyśliła, zacięła się bez pomysłu. Środkiem zaradczym miały być tematyczne wpisy na blogu, wpisy ćwiczeniowe, na podstawie słów losowanych ze słownika i regularnego tworzenia tego czegoś. Bardzo mi się to podobało, pomyślałem, że przecież można sobie tak ćwiczyć wyobraźnię, giętkość umysłu.

Egzaltowana nastolatka, egzaltowany nastolatek, już wtedy pęd do tego, czego ostatnio uosobieniem jest chyba doktor House - natychmiastowej, celnej, błyskotliwej odpowiedzi. Zawsze i wszędzie. Żeby naprawdę wiedzieć, gdzie są te kluczyki od czołgu, jeśli człowieka zbudzą w środku nocy. A ja już wtedy pewnie nawet nie pamiętałem numerów kapsli z Mortal Kombat - jedynej takiej rzeczy, którą potrafiłem recytować na zawołanie, numer, postacie (że mówi się "postaci" to później, to jakaś szósta podstawówki dopiero) na kapslu, czy z filmu, czy z gry.

Różne źródła donosiły wtedy, że ludzie się dzielą na twórców i odtwórców, na mistrzów i rzemieślników. Na tych, co czuli się lepsi, bo czytając "Władcę Pierścieni" doznali objawienia, olśnienia obcego czternastoletnim kolegom z klasy i wydawało im się, że oto przekręcili klucz w zamku wyobraźni, że to początek światów. I tych, którzy nie czytali. Pamiętaj leszczu, że Bazyl opowiadał już wtedy o "Mistrzu i Małgorzacie", o jej nieszczęsnym kolanie, czego ty prawdopodobnie i tak nie zrozumiałeś w jakieś sześć lat później.

Jeszcze mi wtedy nie przeszło przez myśl, żeby prowadzić bloga, był pamiętnik - świetne miejsce na egzaltację, na Małgorzatę, na ramiona Nocy zamiast gejucha Morfeusza (taka perspektywa). Oraz na więdnące przekonanie o przynależności do którejkolwiek z tych dwu kategorii, kiedy okazywało się, że nawet bycie rzemieślnikiem wymaga sporo wysiłku. Jak określić ten punkt, jak zdecydować, czy człowiek się poddał, czy po prostu wie, że jest jakaś granica nie do przekroczenia? Pogodzenie się z faktem, że niektórzy zawsze myślą dwa kroki do przodu. Zaraz obok tych, którzy rozwiązują zadania wymagające podstawienia wartości do wzoru, ale jeśli do uzyskania wyniku trzeba użyć dwóch wzorów, to płaczą nad kartką, nie widzą pierwszego wzoru, sami nie wpadną na jego istnienie.

Jakie czasy tworzę, w których pisze się o historiach - ten blog miał takie tło, takie kwiatki, taki durny animowany obrazek, zamiast: z prasy, książki, takiego zina, kartki szeleściły. Ja jeszcze widzę różnicę pomiędzy rzeczywistością wirtualną i zwykłą, a dla mojego młodszego brata to może być zestawienie słów bez głębszego znaczenia, bo to wszystko jest i sprawia wrażenie, że zawsze było. Sprawdź znaczenie słowa wirtualny.

Więc są ludzie, którzy mówią, że koszulka mechanicznej pomarańczy i ludzie, którzy chwytają za długopis i rysują na pomarańczy zębatki, przekładnie, sprężyny. I to drugie jest kluczem do lśnienia.