Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzaltacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzaltacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

niedziela, 22 czerwca 2025

Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie (czyli też paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem c.d., bo te cytaty!)

Popołudnie jak z pocztówki lub ze starego zdjęcia, takiego z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie mogę pamiętać czy w latach 90. pod Poniatówką była plaża, bo mieszkaliśmy na Gocławiu opodal ostatniego bloku w Warszawie i Białołęce w dosłownie ostatnim bloku w Warszawie, świat pomiędzy słabo istniał. Teraz mieszkam trochę po środku, opodal tego budzącego zachwyt dziecka, kolorowego budynku na Pradze, chyba był w nim wtedy też i zabawkowy.

Dziś na tej plaży, na którą przyjechałem wygłupiać się, uczyć macaco, które wcale nie jest Macondo z Marqueza, ale chyba jednak nie mam jaj aż tak się tu w szczycie zainteresowania plażą wygłupiać, no i bolą nogi wciąż; dziś na plaży zdjąłem okulary, więc świat jest niewyraźny jak stara pocztówka czy zdjęcie z polaroida. Widzę ziarenka piasku na starym ręczniku podłożonym pod dupsko, dalej już nic nie jest wyraźne a słońce razi, że ciężko czytać opowiadania Sołtysa - które wreszcie, ile to lat, kończę. Głosy też słyszę niewyraźnie, mniej wyraźnie niż ciężarówki i tramwaje przewalające się górą. Jest faktura ręcznika, atakujące ze sporadycznymi porywami wiatru ziarna, reszta rozmazana, jak wspomnienie którego nie mam, bo jest tylko na zdjęciu z mamą na huśtawce, ma skórzaną kurtkę, spódnicę, taka jest piękna i szykowna i pochylona nad zainteresowanym czymś chyba w trawie mną, takim na chudych jak u koguta nóżkach i w zbyt krótkich, dawno niemodnych spodenkach.

Gdzie jest to zdjęcie, czy na pewno tak wygląda, pewnie gdzieś u rodziców?

Ty już takiego nie zrobisz, wiesz? Nie wiesz czy chciałeś. Raczej, chyba, nigdy nic pewnego.

To pismo w notatniku też nie jest wyraźne, nie wiem jak wygodnie pisać na plaży, nie przygotowałem się jakoś super w ten pierwszy dzień, mam ich zapewnione o wiele więcej, wyrobię się.

Tego dnia, kiedy przypomniałem sobie pierwsze chyba wspomnienie, najwyraźniejsza była dziewczyna w klubie przy Mazowieckiej. Stroboskopowe światła dyskoteki dodały jej jeszcze konturów, a lubiła też co jakiś czas podkreślić szminką usta. Dobrze wiesz, że byłeś u fryzjera dla tej dokładnie dziewczyny, choć nie mogłeś wiedzieć, czy w ogóle tam będzie. Możesz teraz mieć wrażenie, że warto żyć dla takich chwil właśnie, a tutaj to nawet długich - czują to teraz łydki przede wszystkim, choć minęło kilka dni - godzin, kiedy ona tańczyła, zdając sobie raczej sprawę, co robi, jakie to jest wrażenie, jakie wywiera wrażenie na każdym typie w klubie, atakowali ją przecież co i rusz, wierząc może, że to tańczy tylko dla niego. I za chwilę kolega ją odławiał. Też byś chciał - no ale poszedłeś do klubu wychodzić ze strefy własnego komfortu oficjalnie i tu samo wyjście się liczy u kogoś, kto nie był w modnym miejscu z piętnaście lat, a nie próbować porywać do tańca najlepszą i najpiękniejszą tancerkę, wynudziłaby się przecież.

I przecież wiesz, że ostatni taniec, oprócz tego grzecznościowego z siostrą na weselu brata, to właśnie był ostatni taniec, z którego uciekła. To strasznie bez sensu, że chciałbyś żeby pierwszy kolejny taniec coś znaczył, ale przecież kiedy zakochiwałeś się dziesięć lat temu, albo dwadzieścia lat temu, albo kiedykolwiek, to zawsze kiedy tańczyły.

Co Cię nie zabije, itp., to dlatego dziewczęta w tańcu robią jeszcze mocniejsze wrażenie.

Nie wiesz jak to opisać, myślisz banałami, że wygląda jak płynne złoto, albo może nieco mniej banalnie, że patrzenie daje taką radość i zachwyt, jak oglądanie wstrzykiwanych do wody barwników, zupełnie zaczarowane wicie się i rozpuszczanie, i rozpraszanie kolorów w przestrzeni. Mógłbyś tam siedzieć te pięć godzin i jedynie patrzeć, no ale to by było trochę creepy (to Twój style, czyż nie mówią tak?). Nie masz słów, choć na drugi dzień na torcie jedynie o tydzień przedwczesnym masz 39 i może w tym wieku to warto by było mieć już jakieś słowa. Ale, jak wiadomo, w tym miejscu w którym lubisz samego siebie nie ma miejsca na szczere słowa, więc znów robisz fikołki ze słowami, powiedz to wprost, no powiedz, chodzi o Salto, w oczywisty sposób chodzi o Salto, od tej nocy grudniowej, kiedy uciekłeś, przerażony najbardziej może tym, że to będzie tak, że zdjęcia od M. to będą zdjęcia od Salta, no i co, tak właśnie było, czy Salto naprawdę musi nawet na imię mieć to swoje M.? A Ty jesteś w samym środku tamtego występu i nie potrafisz nawet prostej falki przed taką publicznością, jaki wstyd.

Hej, pół roku później falka o wiele lepiej!

Powiedziałem Bazylemu i Herbacianej o tej nocy, że na pewno warto by się dowiedzieć czy M. z OMG ma męża, nawet nie robiąc sobie nadziei, albo po prostu żeby nie robić głupot - to urocze, ale nie tak dramatyczne jak dwadzieścia lat temu z inną na M., być może to jedyne obok wymęczonych, starczych łydek, miejsce, że te 39 robi różnicę. No ale hej, fajnie sobie podramatyzować na blogu lekko. To zresztą też osobisty inside joke, że już się jednej dziewczynie z OMG oświadczyłem. Opowiadałem też że Salty - wiesz, wiesz, wiesz że to nie przypadek, jak blisko jest Salty do Salta, wszak to ten sam grudzień - wspominała że na wianki się zasuwa żeby się sparować z kimś. I oni wtedy wpadli w jakąś taką zgodną ciszę i to jest pewien niepokój, bo Herbaciana dobrze zna Salty, to nawet nie jest OMG, to jest WTF po prostu, kiedy umowa-nieumowa brzmi tak, że jest traktowana jak młodsza siostra, a z drugiej strony są te powtarzające się komentarze że związki z dużą różnicą wieku są obrzydliwe, więc skąd ta nagła cisza. Zresztą nam chłopcom najmądrzej zawsze wyjść z założenia, że jedynie nam się wydaje, więc tak robię, mając pewność że to wskazane z Saltem i mniejszą przez tą ciszę z Salty.

Kiedy Salto wyszła już z klubu wydarzyła się taka czarna mała, podobała mi się, podnosząca okulary z nosa, jakby zapraszając do bycia zapraszaną do tańca. To jednak tak działa, że kiedy wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy, to faktycznie patrzy, przecież była tam i Maryjka z grupy wtorkowej (nie mylić z M.-Salto), może byś nie zwrócił uwagi, gdyby się ciekawie nie przyglądała, czy Ty to Ty. Tylko że ja wiedziałem co będzie i po co idę, że idę wyjść ze strefy własnego komfortu, ale nie aż tak daleko, bo tak daleko nie ma sensu po prostu. Ja teraz już od ponad roku powtarzam że się potrzebuję ogarnąć, że nic się nie wydarzy, nic nie będę wydarzał, bo rzeczy się nie dzieją same z siebie, zanim się nie ogarnę, nic z nikim, tak mówiłem o Damie Pchełek, żeby jej krzywdy nie zrobić z tamtego miejsca w którym byłem przed rokiem.

Z happy pills można mieć wrażenie że jestem w lepszym, no ale jednocześnie jest to miejsce i noc, kiedy wiedziałem, że za dwa dni w pracy czeka na mnie wypowiedzenie, więc dziewczyna podnosząca z nosa ciemne okulary żeby złapać się za oczy zanim może za ręce w tańcu, Dama Pchełek, Salty czy Salto, nie, nie, nie, nie. Kiedy wiesz że masz te swoje 39, nawet jeśli do tego jeszcze tydzień, a jesteś po prostu bezrobotnym żulikiem z Pragi, to wciąż nie jesteś materiałem na randki.

Może kiedyś nadasz się na bohatera opowiadania Sołtysa, takiego przez chwilę stojącego poza kadrem dnia dzisiejszego, niezbyt wyraźnego, nie wiadomo o czym, bo tam poza kadrem jest cała reszta, czyli wszystko, starsi ludzie przypominają sobie jak byli kiedyś inni, całe życie miga w kilku stronach.

Co mogę zrobić, żeby nie skończyć się na tych kilku stronach? Oprócz happy pills? To jeszcze za wcześnie. 

W każdym razie jestem tu sobie na plaży pod Poniatówką, bo miałem uczyć się robić salto, tzn. takie prawie salto, macaco się nazywa ten ruch. Co to jest za cyrk, że każde salto i Salto tak przeraża niemożliwością, czy to może jednak chodzi o to, że nigdy nie będziesz gotowy i to z tym trzeba się liczyć i nauczyć żyć.


piątek, 13 kwietnia 2012

Coming out

Śpiewam. Bardziej na głos i mniej na głos, ale jednak. We wtorek podśpiewywałem w domu przez cały wieczór - pierwsze prawo samotności, tańce i swawole, na które nikt by sobie w towarzystwie nie pozwolił. Może i ktoś z domowników był w dalszym zakątku mieszkania, no ale ja miałem swój kawałek podłogi i żałosne popiskiwania z głośniczka laptopa, odległość była bezpieczna. Zresztą śpiewałem już kilka dni wcześniej - na pewno w niedzielę, zaprosili mnie Bazyl z Herbacianą, chwaliłem się, że kupię płytę, no bo wreszcie będzie, czekam od jesieni. A jaką? Dni Mrozów, Makiego i Chłopaków. To Ci z Hydrozagadki? Jaskółeczki? Tak właśnie. To ja też chcę!

A no to słuchajcie, jest w internecie do słuchania już, słuchajmy.

Przy tej okazji przypominają mi się różne rzeczy, niekoniecznie wtedy, choć wtedy też, od wtedy. Bazyl przypomniał mi, że właściwie przestałem ostatnio słuchać piosenek. Pewnie kiedy umarły słuchawki, albo kiedy umarł T10, już obiecałem kupić nowe. Jemu się bardzo podoba fragment o plakatach, Pistolety i Róże i Żelazne Dziewice, nie pamiętam, żeby kiedyś miał plakaty, ale na pewno wciąż lubi patatajki. Mnie się tak bardzo podoba chyba głównie dlatego, że nigdy nie byłem takim chłopakiem, o jakich się w tych piosenkach śpiewa, ale jeśli miałbym być jakimś innym niż byłem, to właśnie takim. To na szczęście nie ma sensu, nie szkodzi, że się ze wszystkim spóźniałem, albo że nic nie ogarniałem. Bazyl nawet próbował dzielić się ze mną muzyką, przyjmijmy, że za małolata, nie będę pisał dokładnie, bo przecież wstyd, ale np. - puścił mi z kasety Nightwisha. No okej, gra jakaś gitara, wtem - śpiewa Tarja! Ja się śmieję, pierwszy raz coś takiego słyszę, operowy metal. Nie żebym kiedykolwiek znał jakikolwiek metal. Kilka miesięcy później już mi nie przeszkadzało, byłem po pierwszym konwencie, NW słuchał Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów, słuchali ludzie z forum, zasymilowałem i po kolejnych kilku miesiącach słuchałem tych wszystkich zespołów z paniami na wokalu, które wyskoczyły nam z Bazylem przypadkiem w propozycjach na YT. Namiętnie, z czcią i uwielbieniem, nawet dorobiłem się czarnego swetra, choć na konwent przyjechałem w najlepszych spodniach mojego życia, z odpinanymi nogawkami, ale odpinanymi pod kolanami, w sumie były trochę dresowe, dopiero na forum "wyjaśnili" mi, jakie to było faux pas. Ja niewinny jak nieobsrana łąka, pewnie dlatego bardziej od NW poszedłem w stronę ********, ************** i ********** niż, powiedzmy, nie wiem, czegokolwiek z growlem. Therion?

Więc u Bazyla okazało się, że lubimy teraz kompletnie inne rzeczy i ciężko nam przetrzymać utwór zapuszczony przez drugą stronę. Mnie było trudniej, bo przecież się nie interesuję, on ma jakieś nowe rzeczy, ale nie powtórzę nazw. Ewa Braun, płyta jest w napędzie w pracy, mówię, szpanuję, że odwrócony noise, muzyka drogi - to jeszcze było na pograniczu zainteresowań, przesłuchane. Jemu podoba się nowa Coma, przeciwnie do wcześniejszej, koncepcyjnej, ja mówię, że Rogucki śpiewa w takich rejestrach, że rozumiem co drugie słowo i nie kupuję wesołych piosenek od nich. Okej, to puszczę ci smutną - też jej nie kupuję, bo przecież dla mnie smutne to jest Portishead. Przychodzi Herbaciana - Ojejku, brzmi jakby się miała popłakać zaraz. Ale ja też Wam puszczę piosenkę, ulubioną. I wskakuje Barry White. Mam po tym wieczorze melancholię i jeszcze nie mam nieskończonego smutku. Nie uczę się niczego nowego, ale przynajmniej przypominam sobie, że można się nowych rzeczy uczyć.

Oczywiście najbardziej pewnie jara mnie napomknienie Bazyla, że może bym mu tego Morrowinda przyniósł, przygotowuję paczkę z dodatkami, patchami i modami, a kiedy źle się wgrywa na serwer i pada decyzja o użyciu dysku - duch zwycięża materię. Na wszelki wypadek zgrywam pliki dwa razy. Bazyl instaluje z komunikatem - sic! - Katastrofalny błąd! Walczymy z tym przez chwilę, po czym okazuje się, że druga kopia plików nie ma tego problemu.

Kiedy lata wstecz zacięliśmy się wysoko w windzie, to będzie kilka metrów w górę, 9/10, jak się okazało po wyciągnięciu, poza żartami o zerwanej kabinie mówiliśmy o Morro, ja początkujący, wydawało mi się, że KP 70 to dużo, szybko wyprowadzono mnie z błędu. Bazyl czekał, aż nas ktoś z tej windy wyciągnie i zupełnie bez związku, po prostu gdzieś z tamtego czasu, najładniejsze co mi się o nim przypomniało to dwudziesty siódmy czerwca zero pięć, kiedy odbieraliśmy żałosne miejscami wyniki (nowych, więc żałosne po trzykroć) matur. Przecież nawet wiem, która to mniej więcej była godzina, bo dyrektorka mnie ochrzaniała, że jestem po czasie pracy sekretariatu, czyli po piętnastej. Pamiętam ważne czasy, dokładnie siedem lat temu to była długa przerwa, w pół drogi między jedenastą a dwunastą, a z wynikami jechaliśmy Ikarusem w pół drogi między trzecią a czwartą i w pół drogi między dwoma mostami na Jagiellońskiej świat był tak bezbrzeżną możliwością, że usiedliśmy na schodach (tego się nie da zrobić w tych wszystkich neoplanach) i wznieśliśmy toast butelkami soku marchwiowego.

Ale to wciąż nie to, o czym miałem napisać. Otóż miałem napisać, może nawet zacytować najdonioślejsze osiągnięcie literackie, piątkowe opowiadanie z lat jeszcze wcześniejszych, niż usłyszałem Tarję, czyli zanim w ogóle wiedziałem, że ktokolwiek może się poważnie interesować muzyką. Przynajmniej wiedziałem, że można się poważnie interesować PlayStation. Z braku źródła zreferuję krótko, ale jestem prawie pewien, że mam je w którejś szafie.

Opowiadanie jest o wakacyjnej, rodzinnej przygodzie. Nie ma w nim krwi, ale jest pot, nawet chyba są łzy. Rodzina przyjeżdża do górskiego miasteczka i wyrusza na podbój szczytu. W drodze natyka się na przeszkody, jak podejście łagodne i podejście coraz mniej łagodne, lęk wysokości i wreszcie - deszcz. Ten ostatni zawraca rodzinę spod samego szczytu, kiedy podejście w ogóle już nie jest łagodne, a najmłodsi bywają paraliżowani widokami. Tego samego dnia rodzina odjeżdża, tu jestem prawie pewien, że cytuję, gdyż było to clue całego opowiadania, które aż do ostatniego zdania mogło się rozgrywać gdziekolwiek: - A nad nimi wznosił się stary rycerz zaklęty w kamieniu - Giewont.

Ba dum tss.

I koniecznie chciałem się przyznać, że zarówno na podejściu łagodnym, jak i łagodnym coraz mniej, słuchałem z walkmana Vengaboys, choć starałem się zapętlać nie Ibizę, ale raczej któryś z takich. Jako muzykę drogi, można rzec. Poszukam kiedyś jeszcze, jak były skomponowane ich kasety, mam wrażenie, że kawałek zaczynał którąś stronę, albo kończył, ostatnia godzina na YT nie pozwoliła mi go jednoznacznie zidentyfikować.

poniedziałek, 20 lutego 2012

ba dum tss tss tss tss tss tss tss tss tss tss

1. Reakcja! (żeby nie za daleko)*

Nie mam pojęcia, dlaczego Kosmos Kosmos nazywa się właśnie tak, to może być cytat z czegokolwiek, a może być po prostu, a może jeszcze zostanie kiedyś cytatem. Na razie wtajemniczono mnie, że jest hipsterski, ale również wyjaśniono, że podczas mojej bytności hipsterów w okolicy nie było, więc pewnie powinienem sądzić po wystroju - kolorowych żarówkach i kosmicznych mackach. Specjalnie pytałem, czy w tym roku w ogóle jeszcze się o hipsterstwie mówi, dla mnie to nie są rzeczy oczywiste, ale podobno się mówi, więc ja też.

Do tego kosmosu^2 przyjechało 19 wiosen, zrobili spotkanie Kosmopolitanii, czyli że nie tylko koncert, ale też jakiś panel dyskusyjny, tak to wygląda w opisie zawsze, że będą dyskutowane dzieła i idee, jako stały niebywalec wydarzeń kulturalnych miałem o tym przesadne wyobrażenie, sprowadziło się do wywiadu z PDW, przy którym nie było słychać pytań. I wtedy znów przerwa, kiepski czas, bo poszedłem sam, jak zwykle na czas, czyli jak zwykle za wcześnie, czyli czułem się kiepsko, ale o tym dalej, przewińmy do wyjścia Street City Nomads, piszą, że acid electro i prosty punk, pewnie im się to zmieniło od początków działalności, na koncercie jednak przeważało pulsownie i tss, tss, mniej było kawałków jak Pojebane społeczeństwo, a więcej jak ten o lesie. Bardzo często mam tak, że zespoły bardziej podobają mi się koncertowo niż studyjnie, to też jest taki przypadek. W każdym razie wokale wypadają fajniej w niezbyt ciemnej (bo im światła nie zgasili przez pół koncertu) piwnicy.

Wiosny wyszły na scenę późno, o jedenastej dopiero (a ja muszę ściągnąć jedenaście z linka), więc stałem tam już w bardzo rozziewanym stanie. W ogóle byłem w kiepskim stanie, na szczęście tego wieczora nie męczył mnie katar, ale zmęczyła mnie praca, jak zwykle muszę napisać, że sam siebie zmęczyłem, ale cóż - coś tak w robocie (koncertowo!) zjebałem, w pracy, czyli to pewnie znaczy, że grono zainteresowanych osób jest szerokie, do tego pewnie zorientują się wcześniej, niż ja sam - tak było. W poniedziałek dopiero zapadną jakieś wyroki. Może przesadzam, z jednej strony honest mistake, a z drugiej będę rozmawiał z szefem, przy którym nie zdystansuję się językiem obcym. No i chodzi o to, że idąc na koncert czułem się obco, czekając na koncert czułem się jeszcze gorzej, w trakcie koncertu, który w tle miał planetę z pierścieniami, poczułem się odwrotnie niż z Tobą, Tobą, i Tobą, mogli sobie ludzie szaleć, mogła mi jedna (nie) taka (jak bym chciał) nachalnie wchodzić w kadr (co i tak jest ubzdurane), ale ja już byłem w trybie nie dotykaj mnie, i tak nie da się. Jesteśmy kosmosami i dzielą nas kosmosy. Inne rzeczy ubzdurane. Zero kontaktu. Kiedy później rozmawialiśmy o tekstach, nie potrafiłem tego powtórzyć, choć niby miałem jakieś refreny znać - nareszcie sam do końca.

I to się nie zmieniło od poprzedniego razu, przy premierze Pożegnania ze światem Marcin mówił, że żegnają się również z dotychczasową twórczością, ale nawet jeśli Tryp i 11 brzmią inaczej, albo Wiosny mniej delikatnie szarpią strunę, to wciąż chodzi o wejście w czarne, oślizgłe miejsce, napisałbym cuchnące, ale mam katar, więc do mnie samego to mniej przemawia i nie jest to konkurs epitetów, i o wyjście z niego trochę innym, naprzeciw cudzym kosmosom. I starać się mniej szorstko.

2. Przed koncertem uratował mnie telefon

Dziennik pokładowy, 17.02.2012, 20:31 - 21:40.
- O godzinę za wcześnie kosmos kosmos.
- Dobre są te fantazyjne kształty na ścianach - jakaś namiastka zajęcia.
- Wcale nie siedzi mi się tu łatwiej, kiedy schodzi się coraz więcej ludzi.
- No to super. Po pierwsze primo - skończył mi się sok. Po drugie primo - obok się jakaś para usadawia.
- Posiedzisz - nauczysz się mieć Angry Birds na telefonie. Albo chodzić na koncerty o godzinę później.
- Ciężko na piersi - panika.
- Zaczynam słyszeć jakieś bębny, to pewnie jeszcze chwilę, bo resztę nagłaśniali kiedy przyszedłem.
- Uchachana ekipa z łodzi - Widzew! Jebać Legię!
- Tłumione w ustach ziewnięcia.
- Nie wszystkie stłumione.
- Po wywiadzie z PDW. Kibel. Umiarkowanie czysty. Można by przeczekać?
- Typ niesie trzy browary, chwila refleksji, czy mnie nie zawadzi, ale jednak to fachowiec.
- Długa przerwa. Albo ja stoję w zbyt eksponowanym miejscu, dostaje sumę wszystkich minut. Chyba właśnie wszedł k.

3. Po koncercie nie poszliśmy do Planu C

A zanim gdziekolwiek poszliśmy, postaliśmy trochę na zimnie i miałem okazję wytłumaczyć, dlaczego po takim koncercie czuję się lepiej niż przed, czyli mniej więcej to, co napisałem na początku. Miałem okazję uścisnąć Marcinowi dłoń, kiedy zbierali się do samochodów, zaraz mieli jechać do Łodzi. Oswoiłem się z towarzystwem, znalazłem jakieś styczne orbity do rozmowy, anarchiści snuli plany, w Planie B zapytali mnie, co sądzę o miejscu, to znów kwestia hipsterstwa, bo anarchiści hipsterscy nie są, może trochę przesadzają, bo kiedy powiedziałem mu, że ma fajną koszulkę, taką z wiosnami, to się ucieszył i mówił, że ma bandamę na szyi, żeby druga koszulka spod spodu nie wystawała, choć okej, na co dzień też ją nosi. Odpowiedziałem, że ciężko mi się wypowiadać o miejscu, w którym spędziłem raptem dziesięć minut, fakt, pierwsze wrażenie było fatalne, ale wcale nie przez mniej anarchistycznych ludzi ubranych ładniej niż ja, tylko przez ten sufit nad schodami, który sprawiał wrażenie atakujące nawet kogoś mojego nieokazałego wzrostu.

Porozmawiałem z filmoznawczynią, nie wiadomo skąd wziął mi się w tej rozmowie Hesse (bo na pewno nie padło tam dosłownie tylko dla obłąkanych, co innego mi się skojarzyło), do tego obiecałem obejrzeć reżyserską wersję Blade Runnera, i uciekłem po trzeciej dopiero, głównie przez wzgląd na sobotnią misję, chyba też mogę napisać, że kosmiczną, bo wpuszczałem dzieciaki do CNK.

Dla równowagi od tej całej kultury całe sobotnie popołudnie spędziłem oglądając hollywoodzkich X-Menów, cztery filmy, tylko Wolverine'a nie udało się nigdzie dorwać.

*Na wypadek cytowania.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poprasówka, prawie jak stanowisko

Staram się z dystansu patrzeć na aktualne zawirowania wokół ACTA, przecież żadna ze stron nie uznałaby mnie niewinnym, bo już w życiu sporo się naściągałem, ale oprócz tego coś tam też kupiłem, na ogół pewnie nabijając kabzę jakiemuś korpo potworowi czy czemuś takiemu. Czytam wypowiedzi, Żakowski stara się odrabiać punkty u internautów (dobrze kojarzę, że gdzieś tam stracił? ja zapomniałem, ale internet na pewno pamięta), WO jedzie Żakowskiego, a dalej to już zupełnie bez nazwisk, w sumie dobrze, bo w internecie przecież się to dzieje, ja nawet (nielegalnie!) nie mam teraz nazwiska na fejsie, choć gdzieś tam ma je zapisane na pewno. I dopiero wczoraj pomyślałem, coś chyba niewesołego to jest, co trudno będzie z poniższych notatek (nie zobaczycie ich) złożyć w logiczną całość, tym bardziej, że, jak to w internecie, wciąż dochodzą nowe wątki, chociażby dziś tematycznym manifestem dzieli się Czerski, uwzględniony w planie i bez tego, a teraz muszę przez niego zapobiegawczo powiedzieć, że wydawało mi się, że kolejne generacje nic istniały tylko na papierze już wczoraj. W końcu miałem się tym pochwalić.

Planowe notki blogowe, tfu, to chyba te najgorsze.

Zacznijmy od fejsa, na którym dla odmiany od kolejnych demotywatorów i kwejków, prawdziwą furorę robił ostatnio pudelek. Też ważna strona, kiedy prawie cztery i pół roku temu zaczynaliśmy pracę, była w zespole osoba odpowiedzialna za pudelkową prasówkę, oraz osoba, która przechwytywała wszystkie informacje o Kim z rodziny, do pewnego momentu, prawniczej. Ów pudel również zajął stanowisko, wyszło mu to lepiej niż choćby Palikotowi, wiecie, że ja normalnie z pudelka nie wrzucam, ale teraz wrzucę, a kiedy teksty z pudla namiętnie zaczyna przeklejać intelektualna przyszłość narodu, po równo studenci kulturoznawstwa, języków i politechnik, to sygnał jest jasny - coś się dzieje. Kij w mrowisko włożył w tekście Z Pudelkiem na barykady Paweł Wroński, pudel nie pozostał dłużny, a dalej to już spirala nienawiści - kto ma z kim powiązania, kto zarabia na plikach, wasza spółka straci, blablablabla. Nie doczekałem się niestety kolejnego komentarza pudla, a szkoda, to chyba Varga domagał się w jakimś niedawnym felietonie polemik, tu miałem istne Celebrity Deathmach.

Również na fejsie toczyła się krótka dyskusja o komentarzach pod serwisami GW, tam akurat chodziło o oskarowe nominacje i powszechny antysemityzm, zamiast wypowiedzi o filmie, ale mnie wydawało się, że to ogólna przypadłość serwisów portalowych. Po komentarze na poziomie chodzi się na strony i fora tematyczne, te na onecie czy pod serwisami agory odpala się dla beki (a może jest taka strona na fejsie?). Tym bardziej zaskoczyły mnie komentarze pod wspomnianą wyżej wojną - z których większość jest po prostu uczciwym komentarzem, bez wycieczek osobistych, ludzie tłumaczą, przyklaskują pudlowi, bo przecież tak właśnie jest - większość pieniędzy na kulturę nie ma. Oczywiście pojawiają się też hasła ogólnie pozostające w cieniu złodziejstwa - patenty, tańsze zamienniki i leki, albo niejawne ustalenia - ale przecież nie o tym pisał pudel i nie o to toczy się spór. Spór toczy się o to, co od dekady powtarzają różni ludzie, ale do tej pory dyskusje się rozładowywały. Nie pamiętam tej o Generacji Nic Wandachowicza, chyba zaczynałem wtedy liceum, brak zainteresowania światem, nie wiedziałem, że coś się dzieje. Żulczyk wspominał o pokoleniu 1200 brutto (patrzyłem na wskaźniki inflacji, dziś to powinno być 1400), kiedy już liceum kończyłem, też to przegapiłem, czyli bardzo słusznie z dziennikarskich zapędów nic nie wyszło.

Ostatnio zapamiętałem hiszpańskie indignados, czytałem o umowach śmieciowych, chwilowo mnie to nie dotyczy, ale boję się. To nie jest oczywiste, jak bardzo się boję, trzeba zajrzeć we wspominane ostatnio tabelki w excelu, które przypominają, że nie chcemy się wpierdolić w kredyt na całe życie. Kosztem kultury przede wszystkim pewnie. Od lat nie słucham Głaza, że powinienem się trochę bardziej i trochę częściej bawić. Zgodziłem się być zakładnikiem tych tabelek - w końcu mam ten fart, może nie aż taki, jak Smoczy i Bazyl z mieszkaniami, ale jednak jest szansa, że nie zawsze tak będę, może ledwie przez pół życia.

Jeśli cokolwiek może mi się w tych sprawach podobać, to daty, znowu luty i znowu spada na głowę nierozumiem.

O tych pokoleniach, które Czerski usiłował liczyć - ja byłem wtedy na Jana Pawła II, kiedy palili tysiące zniczy, Wielki Elektronik nas wyciągnął. Ale nikt z nas nie szukał pojednań, nikt nie mówił o pojednaniach, może nie wiedzieliśmy, że są jakieś pojednania, w końcu ja się nie interesowałem światem, nikt z nas na to nie wpadł. Wręcz najwięcej dowiedziałem się o nich właśnie z książki Czerskiego, ale to już było rok później. Zanotowałem wczoraj - media same to wymyślały. Chciały widzieć coś, czego nie było. A teraz znów widać, może nawet bardziej, skoro skacze spora część Europy. Fantastyczny tłum, mógłbym być częścią takiego tłumu. Kiedy Cytat z Cyganem mówią o meczach, to bardzo ważna jest oprawa. Wspólna sprawa. Wiesz, że lubię Róże Europy, nawet znalazłem się kiedyś w niezręcznej sytuacji z PDW, to chyba jedyna sytuacja z PDW, proponował wódkę w temacie, przecież ja nie piję, trochę boję się, że może mnie pamiętać. Właśnie u nich to czułem, właśnie to mi się podobało, że tam wszędzie jesteśmy my, mamy dla was kamienie, jesteśmy rock'n'rollowcami, jestem pewien, że Ty i Ty, i Ty.

Tylko wiecie, boję się. To w ogóle nie jest głębokie, mam to pod samą skórą. Może dlatego trzymam dystans. Nie wierzę Wam. Nie ufam. Podobają mi się te teksty o tworzeniu nowego, no bo tak jest, internet wywrócił świat, dlaczego godzić się na okopywanie biznesowych modeli. Pewnie dzisiaj kupię płytę Gettokosmos, pewnie nawet za trochę więcej niż wołane prosto do artystów pięć złotych. Ale nie mogę odpędzić tej myśli, że wyszliśmy na ulice, czego nie zrobiła Generacja Nic, ani inne pokolenia, o których nie przeczytałem, wcale nie za wolność naszą i waszą. Mam wrażenie, że wyszliśmy, bo zabierają nam igrzyska. To jedno, co pokolenie tysiąc dwieście brutto miało poza chlebem - megaupload i seriale, wszystkie te fantastyczne, naprawdę fantastyczne amerykańskie seriale, przy których zapomina się, jak trudno się realizować, jak trudno wierzyć w marzenia, kiedy tysiąc dwieście brutto i mieszkania budowane wcale nie tańsze - po prostu coraz mniejsze. O wiele bardziej podoba mi się manifest Czerskiego, ale jednak mam wrażenie, że wyszliśmy na ulice głównie dlatego, że w konsekwencji mogą nas odpiąć od Matrixa. Nie lubię tego.

Tak, nie mogę się zdecydować, czy wyszliście, czy wyszliśmy.

sobota, 21 stycznia 2012

!UR gonna be alone again, roboczo niewidziane filmy

Doczekałem się, dziesiątego listopada wyszło Skyrim, od tej daty rozgrzeszam się za niebycie, może trochę przed, albo w ogóle się rozgrzeszam, bo to żaden grzech nie być, żaden grzech również walić w świat skojarzeniami i dygresjami, więc choć pomyślałem, że może to bez sensu, to jednak znów wrzucę kursywą Czy Erich Fromm wiedział jak żyć i nie będę szukał w internecie, czy na pewno tak. W ogóle nic ostatnio nie słuchałem, Myslo też nie, jakieś jutubki, nawet robiłem listę odtwarzania Ewa Braun, ale zmienili tam layout i nie chciało mi się szukać, gdzie to teraz. Zepsuły mi się słuchawki i nie kupiłem nowych, zepsuł mi się niby to niezniszczalny iRiver T10, myślę, że wcale się nie zepsuł, tylko ten włącznik coś się na mnie obraził, już wcześniej dawał znaki, trzeba było dociskać pod kątem lekko. Chętnie bym uciekł w internet szukać remedium, bo przecież jak to, znowu się wdrażać w pisanie, na pewno się nie uda.

Wdrażać się, na takie przedstawienie sprawy brak mi słów.

Mam wprawdzie drugie słuchawki, ale one mają trzy metry kabla i są otwarte, ten kabel jest pozawijany wokół okołobiurkowych struktur w pracy, która o wiele bardziej jest ostatnio dla mnie domem niż miejsce zameldowania, więc gdzieżby tam je wynosić. I szkoda ich, wielkie i wygodne, nawet dubstep daje radę, choć charakterystyka, o której więcej kiedyś czytałem, niż sam jestem w stanie ocenić, nie jest w ogóle basowa. W pracy buczało ostatnio Twin Prix, z dotarciem do którego mam historię, cieszę się na tę myśl, bo to jest łącznik między pół roku temu i dziś. Srsly, to ważne, naprawdę się cieszę, mam ciepło w coraz wątlejszej, korporacyjnej klatce piersiowej (guess what: znów piszę z(za) biur(k)a), cieszę się, bo mogę się przyznać, że rozważałem zamknięcie interesu i przeniesienie się pod jakiś adres w stylu pantonieja-dot-blogspot-dot-kom (Kto z was zna takiego?). I nie chodzi o Was, o Ciebie, Ciebie, Ciebie, kimkolwiek jesteś (dzień okularnika, dzień okularnika), tylko o mnie, bo miałem wrażenie, że się nie udałem.

O, blogger się zmienił od mojej ostatniej bytności, kiedyś nie musiałem wstawiać znaczników do akapitów. Tak, po każdym wpisanym wciskam Podgląd i podważam, rozważam. Muszę kupić marchewkę, może jutro w drodze do zameldowania.

Łącznik to znów historia o internecie, pewnie w tym czasie ładniejszą byłaby o jakiejś pipie, ale nie, chodzi o fejsa, wiecie, gdzie całe dnie spędzają ludzie i wysyłają zaproszenia do znajomości i nawet już przestałem się nad tym zastanawiać, kto z nich mnie interesuje, bo po usuwaniu znów zapraszali, powiadamiali. Nie spodziewałem się tam Marcina Pryta, to oczywiście znaczy, że wcale nie jestem internetowym wyjadaczem, bo w internecie po pierwsze nie należy się spodziewać, a już na pewno nie należy być zaskakiwanym czymkolwiek na fejsie ani podchodzić do niego nazbyt poważnie, co niby wiem, ale jednak wciąż boli mnie klikanie w przyciski interfejsu typu "Odrzuć" zaproszenie, przecież nie chcę nikogo odrzucać, mam inne plany zwyczajnie. Czyli kiedy do znajomości zaprasza mnie Marcin Pryt, to w pierwszej chwili mam wrażenie, że chodzi konkretnie o mnie, że wie o mnie, choć skąd niby, a nie o przynależność do grup 19 Wiosen i lubienie Trypa. Przetrawiłem tę nobilitację i w sugerowanych wydarzeniach doszły mi muzyczne Marcina, właśnie stąd mam Twin Prix. Dzięki, Marcin, nieźle izoluje od korpoświata wokół.

A skoro pozwalamy już sobie na dygresje, to przez chwilę jednak czułem się ostatnio dinozaurem. Kiedy zobaczyłem oburzonego Julesa, zastanawiałem się, kto wyciągnął z sieciowego lamusa goatse. A to po prostu urocza piosenka, którą w czasach (nomen omen ktoś nawet do mnie powiedział ostatnio) usuwania znajomości większość świetnie czuje.

Wyszedłem wczoraj z pracy, to już jest cenne, że wyszedłem, bo przestało to być w moim przypadku oczywiste, Katastrofa zapraszał na kręgle, wykręciłem się z poprzedzającego je filmu 3D, może to źle, katastrofa by była jeszcze wspanialsza. Kręgielnia w Galerii Mokotów to w ogóle nie jest moje miejsce, jest skrajnie nie moje, no i zawsze zostaje jeden kręgiel, jakże to tak. Przez większość wieczoru czułem się źle, obudziłem się pod koniec, bo zwęszyłem wyjście, szedłem wreszcie zadowolony, przez pasy po białych pasach. Mówię Katastrofie (nomen omen napisałem już dzisiaj), że słyszę Greka Zorbę - Ale gdzie, gra gdzieś? Nie, po prostu słyszę. Ostatnio słyszałem go na weselu Herbacianej i Bazyla, nasze pokolenie nie zna kroków. Nie oglądałem, nie czytałem. Może nadrobię, dziś nadrobiłem młodego rudego Sinatrę, co wzięło się z dyskutowania zjawiska filmów noir z Protestanką, w wyniku czego zgłosiłem się do Głaza po tytuły. Czy to nie jest piękne, powiedzieć Bogart, Sokół maltański, a dostać Rzymskie wakacje i Śniadanie, o którym dzień wcześniej gdzie indziej pisałem: nie oglądałem*? Przecież Głaz ma Audrey na ścianie.

Dzięki za uwagę, wszyscy poszukujący dat okularników, dzięki Asterix, może to nie będzie ostatni raz, kiedy ktoś odkopuje archiwa, może będzie jeszcze więcej archiwów, tyle przede mną katastrof. Keep calm and fus ro dah, uprzedzam, pewnie będę coś pisał też o grach. Tylko nadrobię zaległości w pisaniu o grach, bo inaczej nie wypada opowiadać.

*Ale trochę wiedziałem o co chodzi, bo przecież bawiłem się w robienie plakatów. Więcej ich było, Daimos też! Nie pochwaliłem się tam, to przynajmniej tu się przypomnę, wszystko aktualne poza datą - trzeciego lutego!

wtorek, 12 kwietnia 2011

!For Emily, Wherever I May Find Her?

Jest kwiecień, więc, jak to kiedyś Rynna zauważyła, będę pisał mniej składnie i bardziej do siebie. Na pewno zauważyła, że mniej składnie, chyba nawet użyła słów w sensie egz-art-owany-wannabe, ale to nie tak. To po prostu mój kod, to jest próba zdystansowania się, ale wciąż nie odczarowania, no bo wtedy nie byłoby pisania w ogóle w temacie. Jeśli dobrze pójdzie, to tylko dzisiaj i z głowy.

Przez tydzień byłem chory, dostałem zwolnienie od lekarza i wydaje mi się, że w ogóle nie z tego powodu tam poszedłem. W poniedziałek bolało, we wtorek zaopiniował przeziębienie, kiedy już w sumie nie bolało. Przeziębienie czułem też, bo jestem notorycznie przeziębiony – zwalam na mało snu i fakt, że w mieszkaniu trzy piąte domowników są od pół roku zawsze przeziębione. Nie ma warunków dla zdrowia. Myślałem, że jednak coś te tabletki pomagają, na pewno pomagały na mniejszy katar, ale w sobotę znowu bolała mnie głowa. A chorowanie się skończyło, wczoraj poszedłem do pracy, wypoczęty w miarę i szczerze uśmiechnięty, ale ostatecznie wróciłem do punktu wyjścia, znowu poniedziałek, znowu głowa. Może powinienem zacząć analizować ciśnienia i inne takie. To wkurza po prostu, tak samo jak bezsenna noc, kiedy, niby deszczowa, ale jednak ciepła, przychodzi wiosna i nie znajdujesz w sobie siły na realizację tak głupiutkich planów, jak chociażby te rowerowe dojazdy do pracy. Serio, to by mi wystarczyło, chociażby to, choć plany związane z pracą też łatwiej realizować, kiedy szafa gra.

Jak ja ostrożnie dzisiaj piszę, no bo jestem po tej bezsennej niemal nocy i już obiecałem pisać głupoty, proszę, proszę.

Straciłem wyjście do kina, tym razem nie musiałem na Niedodzwanialną wpadać na mieście, sama się odezwała, że trzeba na Allena przecież. Znów będzie dzień okularnika, jedna z popularniejszych z rzeczy, które Was tu sprowadzają, choć nie mam pojęcia, kiedy to wypada. Czy byłem? Czekałem na Ciebie. Okej, rezerwuję. Nie okej, ja umieram. Innym razem, przyszły tydzień, to już teraz, ale teraz to już rozważamy maj. To też zabawne, napisałem jej, że różnie to bywa i mało jestem pewny, żeby nie nadawała mi wysokich priorytetów w tej sytuacji, jeśli ma coś w planach, trudno, będzie okej. Something in the Way, Nevermind, Nirvana.

To bardzo kiepskie, dostać ataku bezsennej nocy akurat dwunastego kwietnia, który znów jest wtorkiem. Spodziewałbyś się końca świata, przed południem jeszcze, ale na szczęście jesteś tak zarobiony, że nie ma czasu wracać do tego.

Są ważniejsze daty zresztą. Takie bardziej światowe – piąty kwietnia. Wtedy umarł Kurt Cobain. Wtedy strzelił sobie w głowę. Teraz już wiem, ale skąd miałem wiedzieć wcześniej, jak to dokładnie wyglądało? Miałem się interesować bliżej grungem? Kurt Cobain, gość z koszulek, samobójstwo, Smells Like Teen Spirit i Come as You Are, to jest jak zbawienie, możemy cofnąć się bardziej niż sześć lat, kiedy w Katowicach dostałem do ręki gitarę i te nuty (taby!), prawie się nauczyłem. Chyba nie mógł to być 2003, bo wtedy jeszcze Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów nie miał gitary żadnej, ale mógł być 2004, kupił ją jako rekwizyt do zdjęć. Asucon 9, czyli schyłek chyba, już wszyscy wokół mówili, że druga liga konwentów, ale przynajmniej turniej DDR dawał radę.

Aha, i oglądałem dwa sezony Californication, to musi być koło ósmego kwietnia już, bo nie od razu go znaleźli przecież. Tyle wiedziałem do zeszłego wtorku, kiedy trafiłem na artykuł rocznicowy i autentycznie się zawstydziłem, że wcześniej zdążyłem publicznie napisać dom, w którym kompletnie już nie pamiętam, co było, poza tym może, że chciałem sobie strzelić w bolący łeb. Z tych okolic znalazłem też (choć tu było trudniej) I Awake, Soundgarden, na nich też załapałem się kiedyś w VH1, a Black Hole Sun dostało swój rebus na tablicy w pracy, ale teraz dowiedziałem się, że Cobain lubił ich wczesne nagrania. To znalezione na pewno wcześniejsze niż to z VH1. Tropy. Wiecie, fejsbuk to wcale nie jest największe zło, można się zainteresować. Czasem słyszy się takie rzeczy - zastanawiam się, czy się nie wypisać - to się wypisujcie, jeśli inaczej nie umiecie.

Ja wczoraj np. wysłałem wiadomość, podobną trochę do jednego z najładniejszych mejli, jakie napisałem w życiu, w zamyśle przynajmniej, bo wtedy poszedł mejl w zamian za smsa, teraz dłuższa wiadomość, też jak mejl w sumie, i z piosenkami, w zamian za krótki komentarz. Mam w dokumentach katalog nazwany listy, dla mnie mejle to są listy właśnie, bo wyrosłem w czasach, kiedy pewnie dziewięćdziesiąt procent papierowej korespondencji stanowią urzędowe pisma. Ten katalog ma podkatalogi 2008 (13 listów), 2009 (2 listy) i od wczoraj 2011 - no bo przecież całe to miejsce jest zamiast. Te linijki na pewno jakoś umościły mózg, łatwiej mogłem po nich znieść tykanie zegarów.

Z pracy wyszedłem półprzytomny, tym razem nie uciekł mi autobus, nie sprzed nosa w każdym razie, więc chodziłem od wiaty do reklamowego słupa przy przejściu, chyba zawsze tak chodzę, nie lubię na przystanku po prostu stać, i miałem frajdę z wystawiania dłoni na powiewy wiatru, który za bardzo nie wysysał z człowieka ciepła.

czwartek, 17 lutego 2011

En i e er o zet u em i (e?) em, bez obietnicy poprawy

W ramach ulubionej powtarzalności świata na początku lutego Motor rzucił hasło Paktofonika, że słucha drugiej płyty i mam do sprawdzenia kawałki. Kiedyś mi dał pierwszą, a ja we wpisie założycielskim cytowałem sobie najpopularniejsze pewnie zdanie. Tam na początku lutego, kiedy pogodziłem się z faktem, że bliżsi i dalsi znajomi znudzili się korespondencją i żeby cokolwiek jeszcze pisać, zostaje tylko założenie bloga. Ostatnio więcej siedziałem na forum niż tutaj, więc poprawiam opatrzony BBCode na html. To całkiem zabawne, podobnie mam z okazji wspominanego już Pythona, bo w pracy zdarzają się PHP i JS, mózg się czasem zacina, kiedy trzeba rozważać poprawność składni.

Ponieważ jestem dumny z wysokiej pozycji na liście wyników wyszukiwarki po wpisaniu frazy najnudniejsza praca świata, nie będę zbyt głośno marudził, że nic takiego nigdy nie napisałem. Starczy wspomnieć, że przy przeprowadzaniu biura z wózka i kartonów skonstruowaliśmy czołg, którym z dumą przejechaliśmy następnie wzdłuż budynku. Jasno chyba z tego wynika, że jeśli takiej szukasz - to nie moja. Znaczy, bo dla mnie praca to nie jest tylko czynność, nie mam konstruowania kartonowych czołgów w zakresie obowiązków.

Są w nowym biurze plusy, może nawet będzie prysznic, na razie są chociażby schody, które oszczędzają czekania na windę, a do tego dają minus dwa do starzenia się. A że jest to wszystko po prostu po drugiej stronie ulicy, to wciąż wchodzi w grę opcja rower, oczywiście jeżeli tylko będę wstawał. Na razie nie umiem - każde wyjście do pracy to wciąż jest najambitniejsze, wymagające największego wysiłku przedsięwzięcie dnia. Żeby zwlec się rano z łóżka. Tego dnia z czołgiem chyba nawet się za bardzo nie spóźniłem, bo wychodząc spotkałem kilka osób z innej grupy, a chwilę wcześniej Cygan z Cytatem wyszli do baru w budynku obok, zapraszali.

Pewnie jeszcze się tutaj nie chwaliłem, że przez pierwsze trzy lata pracy spóźniłem się do niej może trzy razy? Raz zepsuł się autobus, a raz budzik. Serio. Teraz już nie ma się czym chwalić - od grudniowej choroby, na którą nałożyły się zawieje, zamiecie i T-raperzy, nie przejmuję się za bardzo oficjalnymi godzinami pracy. Mam taki ustrój, że liczą się tylko precedensy - nie umiem odwracać kolei rzeczy. Albo jest status quo, albo zupełna olewka.

Więc wyszedłem wtedy z pracy, oczywiście na Rozdroże, wzdłuż Armii Ludowej. Widzę, że taka ciemna staruszka zaczepia jakiegoś typa, brzydko napisać, że to typ, bo pewnie ze cztery krzyże, ładny płaszcz, ale olał ją, to niech będzie typ. Zawróciłem - Pani o coś pytała?

Ona była naprawdę malutka i cała czarna, chudziutka, bezzębna, pomarszczona, choć nie do przesady. Bajkowa staruszka, bez pudru czy różu. Miałem wielką ochotę o tym napisać już wtedy, siódmego lutego, ale nie napisałem, bo jakoś byłem pewien, że to zbyt egzaltowane. Teraz już się trochę rozmyło, nie pamiętam słowo w słowo. Wciąż jest tak samo egzaltowane, ale za to ja jestem już później.

- Ale pan młody jest to nie...
- Słucham?
- Bo pan młody jest.
- Może będę umiał pomóc - Nie dawałem za wygraną. Oczywiście jest tu kwestia status quo - zawsze wychodzę z założenia, że na ulicy ludzie pytają.
- Pracę pan ma?
- Mam - Wcale mnie to jeszcze nie zbiło z tropu. Głupi.
- A kupiłby mi pan taki napój - pyta nieśmiało, wskazuje na sklep obok - bo ja już siły nie mam, ciężko.

To dopiero jest uderzenie obucha, że ona nie pyta o drogę, o autobus, jak kiedyś na Rozdrożu taka babcia z Wilna, której pokazywałem przystanek w stronę Gocławia i później się wyklinałem, że przecież mogłem z nią zejść na dół i wybadać linię najlepszą, tylko tu o pieniądze chodzi. A nawet nie miało o to chodzić, bo ja wyglądam za młodo, żeby pieniądze mieć. Właściwie jakoś przesadnie dużo nie mam, skąd niby. W ogóle nie o mnie miało chodzić.

- Taką herbatę, czy soczek?
- Nie, takie... - coś usiłowała wytłumaczyć, ja może nie za bardzo chciałem rozumieć, włożyłem rękę w kieszeń, wyjąłem monety.
- Pani sobie kupi? - zapytałem, wkładając jej do ręki monetę.
- O! Bogato!

Nawet nie wiem, czy powiedziałem dobranoc, albo do widzenia, odwróciłem się na pięcie i szybko uciekałem, tak ładnie filmowo przebiegłem przez jezdnię na zmieniającym się już świetle, bo spadło na mnie wtedy kilka rzeczy, które krążą nad głową od dni, miesięcy, może od lat, różnie. Spadło mi na głowę nierozumiem. Tłumaczone przez specjalistkę od finansów paski wynagrodzeń, podatki niepodatki, opłaty, podstawy, ubezpieczenia. Ósemka na przykładowym pasku jak stalowa rękawica rzucona w twarz uczestnikom spotkania. Emerytalne nagłówki w serwisach internetowych, inflacje, PKB i Musi Odejść. Klasy średnie biurowe i zwykłe, a o tych całych OFE to nawet WO ostatnio. Rewolucje, dyktatury, transport ropy. Kupuj, napędzaj gospodarkę. Historie Cygana o walce o kredyt. Polacy nie mają oszczędności. Sprzeczne sygnały, widmo katastrofy, podskórne wrażenie, że sami się wariujemy, że to coś się sypnie bez mojego wpływu. Prędzej, później, ale w tych planach zawsze coś nie wypali.

Włożyłem jej do ręki pięć złotych, bo to jednak centrum miasta, wszystko kosztuje tutaj więcej, ja takich rzeczy jak butelkowane napoje w ogóle nie kupuję, więc wolałem dać z takim naddatkiem na wszelki wypadek. To co odpowiedziała, to nie było swojskie, cytatowe powodzi się, na bogato, ona się tej monety jakby przestraszyła. Pan młody jest, dziecko, jeszcze wczoraj dostawałeś cukierki, a przedwczoraj cię przewijali. Życie przed tobą, albo nie masz, albo i tak jeszcze długo nie będziesz miał. Czuję się taką małą, ciemną, jałową kuleczką wstydu pomiędzy wirtualnymi wycieczkami, oczyszczaniem starożytnych ruin z kultystów a plądrowaniem domów i muzeów na okazję buntu uciśnionych, pomiędzy ciepłym łóżkiem a staruszką, której ciężko iść.

Tak to już pewnie jest, jak się nie ma problemów.

piątek, 17 września 2010

Nie dość mądry na niebo

Mały spoiler na początek - wpis nie bez powodu opatrzony jest etykietą egzaltacja. Nie żeby była taka kapela, może też jest. Ja po prostu, lojalnie - ostrzegam. Może da się przestawić etykiety ponad wpis i nawet być w ten sposób jakoś oryginalnym, oraz oszczędzić sobie ostrzegania na przyszłość?

W poprzednim odcinku spodziewał się przygód niezbyt powiązanych z zakorkowaniem świata, oraz rozważał odwiedziny w dwóch miejscach, w których podobno z chęcią go widzą, w dwóch towarzystwach, na zorganizowanych zabawach. Wszystko się spełniło, odwiedził oba miejsca, a wcześniej rano bez problemu przebił się E-8 do metra. Przygoda musi zaskoczyć. Tym razem czaiła się w mroku.

Jest tu pewien dystans. Gdyż jest mi on potrzebny.

Wyszedł z lokalu na Sadybie po ostatniej obowiązkowej kolejce. Co tam katar, musiał się pojawić, to sport drużynowy, a jego wytypowano kiedyś kapitanem. Bardzo podobne typowanie odbyło się kiedyś na IFK, kiedy wybierano starostę roku i padło na niego, bo przez poprzedzające dni musiał być najgłośniejszy. Tutaj zastanawiał się, czy w ogóle pisać się na cykl imprez, ale przecież chcą go, to niech idzie. Poszedł i uczestniczył z sinusoidalnym zaangażowaniem, a wychodził z poczuciem ulgi, gdyż wcześniej miał w sobie pewne zażenowanie. Sobą oczywiście też.

Oddzwonił do Smoczego, który widać przegapił wiadomość o orientacyjnej godzinie przybycia i dopominał się pośpiechu. Postanowił się pospieszyć i nie było to dobre, gdyż wyszło dłużej, niż gdyby miał postępować wedle planu i z mroku wyskoczyły przygody. Najpierw wsiadł w pierwszy lepszy autobus jadący w kierunku, żeby może jeden przystanek przejechać, do większej trasy, może tam będzie coś więcej. Nie zapamiętał jednak nazwy przystanku, na którym wsiadł i pomylił kierunki na trasie, więc zamiast jechać gdzieś do Pomniku Lotnika, wylądował na Stegnach. Czyli gdzieś, gdzie jeszcze w sumie nie był. Nie to, żeby się przeraził, czy zgubił. Nawet jeśli przez chwilę poczuł się zgubiony i przeklnął pośpiech w duchu, to każdy głupi wie, że żeby dotrzeć do celu, należy znaleźć miejsce, w którym nie będzie się zgubionym. Poszedł więc w jakimkolwiek kierunku, licząc na natknięcie się na przystanek i znalezienie czegokolwiek w jakimkolwiek, znajomym już, kierunku.

Szedł tak ze słuchawkami na uszach i nie od razu usłyszał krzyki. Nie były to atakujące krzyki, więc się rozejrzał i na chodniku z drugiej strony bocznej drogi dostrzegł kobietę. Machała do niego, oraz wyraźnie nie satysfakcjonowało jej rzucone z daleka - Słucham?
Więc podszedł bliżej, a ona już wyciągała do niego rękę.

Kobieta to była wiele od niego starsza, tak ze dwa razy, więc nic tu mówić o atrakcyjności, można najwyżej o okularach i papierosie, oraz wieku nieokreślonym. Wyszedł z założenia, że pewnie chce o coś zapytać i już szukał jakiejś repliki, że tak właściwie, jednak będzie trzeba to przyznać, to trochę jest zgubiony. Ale ona zaskakuje - wyciąga dłoń, mówi dzień dobry. On odpowiada, że dobry wieczór i niemal gryzie się w język, bo może to nieuprzejme, może się obrazi, że niby jej od razu przygadał, choć on tak z automatu. Kobieta ma papierosa i puszkę prawdopodobnie z piwem. On nie jest w stanie wiele powiedzieć o puszkach piwa, więc równie dobrze może dobrej kobiecie zwrócić honor i napisać, że z energy drinkiem.

On jest po prostu nastawiony na piwo, bo pięć lat temu przed dworcem w Łodzi zaczepił go taki menel, który też od razu z ręką, oraz czuć było od niego piwo. On na pewno ma to w pamiętniku, ale szczegóły nie są istotne. Istotne jest wejście w pewną szynę rozumowania, która zakłada bycie pomocnym, miłym i uprzejmym, ale najbardziej pomocnym, skoro ktoś mówi do niego na ulicy.

W żadnym wypadku nie wpadł na to, że to jest scena z książki, filmu, opowiadania, że to Hesse albo inny mistrz zen pisze i właśnie trafił mu się duchowy przewodnik. A w każdym razie szansa na takowego.

- Mogę w czymś pomóc?
- A gdzie tam pomóc, porozmawiać chciałam, z kimś mądrym.
To już jest wytrącenie z bycia pomocnym, bo gdzieżby on się za mądrego uznawał, a w każdym razie gdzieżby się on przyznał. Dobrze, że się nie przyznał, bo oczywiście byłoby jeszcze gorzej.
- Nie jestem pewien, czy Pani dobrze trafiła, ale postaram się pomóc.
- No co, na studenta pan wygląda.
- Nie jestem studentem, niestety... - dodaje tak przepraszająco to niestety, bo przecież niespieszno mu do tego od dłuższego czasu. Najwidoczniej postanowiła zrobić z niego swojego studenta i zbiera dane metryczne.
- A skąd pan jest?
- Z Białołęki - odpowiada on i myśli, że lepiej, żeby nie pomyślała, że z Ciupagi. - Szukam przystanku jakiegoś.
- A dokąd chcesz dojechać?
- Na Banacha.
Ona nie widzi problemu, widzi same możliwości, doskonale wie, jak się tam dostać. Już idą w tę stronę, z której przyszedł, że tam niby przystanek dobry będzie.
- Po co tam jedziesz? - dwa buchy i znów zaciekawiona.
- Chcę spotkać się ze znajomymi. Właściwie, to wystarczy, że dojadę gdziekolwiek w tamte okolice, może być i Pomnik Lotnika.
- No to jesteśmy w niebie. Tam 187 jedzie.
Więc okej, ale jednak nie, bo ona znowu zapytuje - Co tam jest napisane?
Patrzy na drugą stronę, tam jest centrum serwisowe jakieś, czyta jej to i widzi, że jest wielkimi wołami również adres. Już wie, że to jest duchowy przewodnik, bo ma w głowie cały świat, wie, gdzie są największe woły, żeby się odnaleźć, ale nie chce jej jeszcze bardziej rozczarowywać, że ulica Sikorskiego nijak nie wpisuje się w jego mapę w mózgu. Na południe od Armii Ludowej to on zna tylko Belwederską, KEN i Puławską. No i Heńka-Hynka, bo był na rowerze. Czyta jej więc - Sikorskiego.
Ale bez zrozumienia na twarzy. Ona musi być zawiedziona bardziej nawet, niż on się spodziewał, więc rozpoczyna procedurę rekrutacyjną, którą wcześniej lekkomyślnie pominęła.
- Sikorskiego znasz?
- Znam. - Jego myślenie przestawia się na tych kilka głośnych w historii kraju postaci. To ważne.
- A Ge-ktoś-berga-czy-rauta? - kontynuuje inwigilację, rzucając nazwisko, którego nie jest w stanie nawet zapamiętać.
- Nie znam.
- A kim był ten Banach, to wiesz?
Tego również nie wie, więc wraca do początku.
- A jakiegoś innego Sikorskiego?
- Sikorskiego nie generała?
- Tak, Sikorskiego nie generała, znasz?
- Nie znam.
Tą odpowiedzią najprawdopodobniej pogrąża się ostatecznie, ale przecież przez myśl mu nie przeszło, że to już inwigilacja na tematy polityczne. Po rozważeniu sytuacji kilka minut później, zastosował wobec siebie ruch zwany facepalmem, bo nawet on wie o takim Sikorskim.
- Jak to? TVN24 nie oglądasz?
- Nie oglądam.
Gdyby nie była duchowym przewodnikiem spotkanym środkiem nocy, pewnie wytrzeszczyłaby efektownie oczy, ale właściwie przez całą rozmowę ma zamiast twarzy nieruchomą maskę. Bez serc, bez ducha, znaczy bez uczuć, bo na te dwa pierwsze wychodzi on.
- No to co my teraz zrobimy?
Tu dostrzega swoją szansę.
- Może Pani mi powie, gdzie dojdę, idąc w tamtą stronę, - pokazuje, skąd przyszedł - a gdzie, jeśli pójdę tam? - pokazuje, dokąd zmierzał.
Ona się wcale nad tym nie zastanawia.
Wskazuje pierwszy kierunek:
- Tam - robi pauzę - pójdziesz do nieba.
- A tam - znowu pauza - do piekła. W którą stronę idziesz?
On już w tym rzekomym niebie był, stamtąd przyszedł, więc wybiera piekło. Do przodu. Dopiero później przychodzi mu do głowy, że spotkany ciemną nocą przewodnik duchowy mógł to odebrać jako kolejny przytyk, jako młodzieńczą butę i przekorę. Podczas gdy on starał się być tak uprzejmy i pomocny, na ile było go stać, gdyby nie pospieszanie Smoczego, to szedłby i gadał dalej, pomimo wychodzenia na mądrego inaczej.
- Jednak pójdę do piekła. - Wciąż jest uśmiechnięty, ma nadzieję, że nie jakoś bardziej niż do tej pory.
- Pewnie masz tam wielu znajomych.
- Pewnie tak. Do widzenia.

Idzie, pomimo że po pięciu krokach przypomina sobie wątek autobusu 187 z drugiej strony. Widzi autobus 503, czyli jednak jest w Dolinie Służewieckiej, okej, jestem w domu i wcale nie zgubiony i dojadę bez problemu do tego pomnika. Najpierw dojeżdża na Rozdroże, później do Ronda Jazdy, może sporo ma przesiadek, ale jednak radzi sobie. Notuje zdarzenie w zeszycie, wie już, że dobrze mówiła o tym niebie, bo widzi jakieś 187 przy pomniku, ale przecież taka już nasza rola, młodzieniaszków, żeby robić na opak i po swojemu, choć cel ten sam.

Zorganizowane spotkanie w okolicy Banacha to impreza z karaoke, wśród miłych ludzi, którzy chcą go mieć przy sobie. Czarna Mewa jest zawiedziony, że w zestawie nie mają Kur, bo byłby to numer popisowy, ten z szatanem. Mają wszystko inne, albo prawie, bo z Róż Europy to nie ma nawet najpopularniejszego ponoć Jedwabiu, który można by wymruczeć i mieć to za sobą. Coś, co się zna, przecież nie będą mieli Kontestatorów, zresztą świat by implodował, gdyby w sytuacji ponownie narastającej żenady śpiewać Kontestatorów. Każą mu śpiewać, więc się drze, kalecząc Grechutę dalece bardziej, niż kiedykolwiek zrobił to Turnau. Turnau tak kokieteryjnie mawia, że zamach na kogoś, Znów wedrujemy Baczyńskieo, podczas koncertu z piosenkami Grechuty. Za to on zupełnie szczerze, bo on nie śpiewa, on się drze. Widzi, że zatykane są uszy i jest mu głupio. Dają mu mikrofon, po czym krzyczą, żeby ciszej. On nie kontestuje, on się po prostu ubiera i zbiera, i zaprzecza na odchodnym Smoczemu, że w sumie fajny wieczór. Fajny to był, kiedy Czarnej Mewie opowiedział sen, ale to pięć minut.
Na co Smoczy mu odpowiada - Kiedyś byś się bawił. Zmieniłeś się.

Wcale tak nie czuje, ale pozostawia bez odpowiedzi, nie ogląda się za siebie, idzie na tramwaj. Nie pierwszy raz mu Smoczy coś takiego mówi przecież.

Ma w głowie taką myśl, że i skąd przyszedł, i dokąd poszedł, tam było piekło.

Jest to bardzo ładne zakończenie opowieści, ale wieczór kończy się wpisem na bloga i słuchaniem Dnia, w którym pękło niebo do tego, bo na pewno tego nie zagrają w sobotę, koncert na zakończenie lata w dzielnicy to przecież chałtura jakaś. Do tego bardziej mu takie zjadanie ptaków chwilowo pasuje, niż Ja mam kogoś, kogo kocham. Siedzi sobie po nocy i pisze, gdyż to najpewniejszy do tej pory sposób, żeby nie przyszło nam tu zwariować.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Blog się jesieni, czy pamiętasz, jak pachną dziewczęta zielenią?

Jejku jej, jak ten internet poszedł do przodu. Niby zdawałem sobie z tego sprawę, widziałem już takie rzeczy, kliknij i zmieniają się tła i kolory, ale jednak blogger musi mieć to od niedawna. Więc oto jest, przepraszam za teksturę tła, nie było układu kolorów, który nadawałby się do użycia bez obrazu tła, a ta jest jakby rozmazana, jakby ktoś przesadził z kompresją i chyba najmniej inwazyjna z dostępnych. Podobno mamy ostatni naprawdę ciepły tydzień tego roku, więc co mi szkodzi przygotować się kolorami na buro pomarańczową jesień. Mówiliśmy wczoraj o kolorach, podobno pomarańczowy jest zakłamany, niebieski ufny, a mnie się to zupełnie nie zgadza, bo przecież od razu wiem, że pomarańczowy jest po prostu - ciekawy. Przez historie z internetu, przez historie z ludźmi, przez światło pomarańczy.

Zaproszono nas wszystkich na grilla. Żelazna ekipa, wydaje mi się, że poprzednio na grillu byliśmy (znaczy ja uczestniczyłem, bo oni mogli po drodze) tam pięć lat temu, to znaczy u progu dojrzałości. Pierwszy raz to siedemnastego czerwca, później na urodzinach - Wielki Elektronik atakował dziewczynę, która od roku jest już jego żoną, czekam, kiedy będę mógł poczytać bliźniętom jakieś bajki, a ona nam wszystkim załatwiła zaproszenie do koleżanki. Więcej tam było tych koleżanek, dziewczęta rok młodsze, my walczyliśmy o studia, czyli o piękną przyszłość, dziś już wiadomo, kto ma skończyć, a kto z tym skończył, ale wtedy każdy jeden robił wrażenie, szaleństwo, próba trzech związków pomiędzy dwiema grupami. Oczywiście dziś już wiadomo, kto ze sobą skończył. Wtedy siedzieliśmy ekipą na trzepaku, musiało być jakieś małpowanie, pewnie byliśmy sprawniejsi, silniejsi, pewnie bardziej nam zależało, żeby zwracać na siebie uwagę. Zawody, kto dłużej będzie skakał, bluzy i kurtki dla zmarzniętych dziewczyn, gwiazdy nad nami.

Kiedy wczoraj staliśmy na tym samym trzepaku z Wielkim Elektronikiem, gwiazdy były takie same. Umiejscawialiśmy przeszłości w czasie, mnie z tym łatwiej przez pamiętniki i przez tego siedemnastego czerwca, jedną z dat ironicznej świata geometrii, antysymetrii. Poznanie tak zwanej MPD, ale w dwa lata później ostatnia, nazwijmy ją poważną, rozmowa z nią i raczej bojowe, złe rozstanie po niej. Trochę mi dojechała i trochę byłem przejęty do momentu, jak mi wyszła data rokroczna. W każdym razie - legalnie stoimy na trzepaku, bez żadnego małpowania, po prostu, bo padło hasło trzepak, do którego wszyscy obecni musieli się obowiązkowo zastosować, kiedy podchodzi żona jego i zaczyna nas ochrzaniać, że on pijany, a ja głupi, że mu tak pozwalam, że za chwilę na pewno on poleci, z czego również i ja będę miał problem, ponieważ wina będzie nasza wspólna. Oto rzeczywistość, oto dorosłość, dojrzałość - ona chce nam odebrać nawet wspomnienie marzeń.

Wiem, mają dzieci dwoje, wiem, on żywiciel rodziny. Do trzepaka jedynie z trzepaczką.

To przecież w ogóle nie jest posrane, przynajmniej na tle pozostałych par szalonego zetknięcia. To ja tu jestem, ja. Słabo się z tym czuję, nawet pomimo ogarnięcia powtarzalności dat. Patrzeć na nią nie mogę, mam poczucie fałszu, irytuje mnie każde wypowiedziane słowo, irytuje mnie ton, słyszalna w głosie rezerwa, nonszalancja. Byłem tam głębiej i wiem, że jest inaczej trochę, na maskę patrzeć nie umiem spokojnie. Do tego nie umiem się zachować tak, jakby to na mnie nie robiło wrażenia, staram się nie przebywać w tej samej przestrzeni, nie patrzeć, nie widzieć. Pewnie powinienem napisać, że jestem fałszywy, irytujący i nonszalancki.

Stykamy się może raz w roku, pewnie dlatego nie chce mi się nic z tym robić, nic kombinować, niezbyt często sobie uświadamiam, że skreśliłem człowieka. Ale na pewno w ostatnich tygodniach wielokrotnie powtarzałem komuś bliskiemu, że skreślanie jest złe, brzydkie i trochę śmierdzi, a do tego każdy nowy człowiek jest szansą.

Długo zbieramy się do wyjścia, Bazyl z Herbacianą i przypadkiem MPD. Ona ma całkiem blisko, jedna stacja, przyjechała rowerem. No ja też, nikt by się mnie inaczej nie spodziewał przecież. I ona mówi, że ciemno, że trochę strach, że chłopaki dodatkowo straszą, że by się przydał ktoś do odprowadzenia jednak, raźniej i bezpieczniej. Co dla mnie, rzecz jasna, jest perspektywą mrożącą krew w żyłach, sumą wszystkich nocnych strachów. Nie mówię, że przecież spoko, że nic się na tej drodze nie dzieje, takiej drodze, którą nocami kilka razy w tygodniu pokonywałem w każdej porze roku i największym niebezpieczeństwem, na jakie trafiłem, był policyjny patrol, który wymyślił sobie spisać mnie za sikanie w miejscu publicznym, a przecież przeszedłem kilkadziesiąt metrów przez pole na skraj lasu. Policja to niebieski, budzi ufność. Znajduję jeszcze bezpieczniejsze rozwiązanie - Słuchaj, on też przyjechał rowerem, może Cię odwiezie. Odwiózł, czyli zamiast rozwiązać, znowu odroczyłem sprawę.

sobota, 21 sierpnia 2010

Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej

Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.

Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008
Mars Volta, Rzeszut poleca
Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.

Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008
Diagnoza mp3
Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
19/05/2008
mikegowinband.republika.pl
Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
31/07/2008
Laska nekedy boli
Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
16/09/2008
Koszula m
Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
01/05/2009
Chotomów złota - aleja legionów
Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
18/10/2009
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
30/10/2009
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.

Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
24/11/2009
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
02/02/2010
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?

czwartek, 8 lipca 2010

Powiastki zaległe

Padam na pysk jak pies Pluto, napisałem wczoraj do Katowic. Takie zdanie, którego pochodzenia nie znam, oczywiście kojarzę psa Pluto, ale kiedy dokładnie padał na pysk to już nie. Niedodzwanialna w smsie tak mi kiedyś, a teraz miałem dobry moment do użycia, no bo co, jak zmęczony i śpiący po intensywnym dniu, to chyba się nadaje.

Mam wrażenie, jakbym od miesiąca nie napisał zdania, a jeszcze dłużej nie trzymał w ręku długopisu.

Jakimś sposobem na kilka dni wyrwałem się z wirtualnego świata, w tym tygodniu, bo jeszcze w weekend biegałem po Twierdzy Smutku i Solstheim, zresztą na wyspie wciąż sporo mam do zwiedzenia. Coś się jednak przesunęło w świecie, może to to wrażenie, że od soboty do niedzieli zmieściły się trzy dni, już dawno nie widziałem, jak noc przechodzi w dzień, przesypiam to na ogół. Gadanie na balkonie, przy piwie i innych trunkach, ja niestety Johnny Walkera od Jacka Danielsa nie odróżniam, ale któryś z nich chyba. Głównie na balkonie, bo wewnątrz zebrało się kilku rpgowców i miałem wrażenie, że większość tych opinii znam z forów dyskusyjnych, do tego o Morrowindzie tylko na początku, a ja poza Elder Scrolls świata nie znam, żadne Diablo, Baldur's Gate, czy - heretyk! - Fallout pierwszy i drugi. No ale, ale, właśnie dla takich ludzi był balkon, gdzie podczas spożywania trunków toczy się rozmowy o związkach.

Mój Boże! I Twój i jakikolwiek inny, na Teutatesa i Ozyrysa-Japisa, cały Asteriksowy panteon hipnotyczny, nie mogłem być śpiący.

Oglądałem kiedyś taki film Closer, nawet coś o nim ze Smoczym mówiliśmy, który to, mając mnie za niepoprawnego romantyka, głośno radował się zimnem i cynizmem i ich przewagą nad rozmemłanymi chłopcami. No jasne, rozmemłani chłopcy w pewnym momencie przestają przystawać do rzeczywistości, teraz już dokładnie nie kojarzę, ale może tam Natalkę czy Julkę wygrał lepszy człowiek po prostu. Pamiętam różnicę pomiędzy facetami, ale już np. kobietki mniej kojarzę. W każdym razie skojarzyłem to tej sobotniej nocy, kiedy na balkonie z kobietą spełnioną, czyli taką, co to w miarę świeżo znalazła miłość życia, ścierał się cyniczny bohater (ale nie ja, nie Smoczy, to zresztą w ogóle nie jest ważne, kto, nikt najlepiej, bo to jest refleksja ogólna). On mówił tak - A kojarzycie ten serial, ja jestem wielkim fanem, How I Met Your Mother, tam jest taka postać Barney, którego mam za skondensowaną do jednego człowieka esencję XXI wieku, tak to teraz działa, seks, seks, przygodny seks. No to patrzymy na siebie ze Smoczym, bo oczywiście znamy legen - wait for it - dary Barney'a Stinsona, np. z Cytatem z roboty też byśmy tak spojrzeli i jeszcze dodali słowo awesome! Wszak Barney musi budzić podziw każdego młodzieńca, który znajduje się na tym życiowym etapie jebaka wannabe.

To oczywiście jest taka rozmowa, w której słabo uczestniczę, to prawdopodobnie jest jeden z mocniejszych powodów mojego niepicia, sam właściwie nie wiem, co by ze mnie wylazło, po której stronie bym się opowiadał, czy właśnie tak bym skończył, tego się obawiam. Żeby tylko nie wypowiadać się natchnionym głosem o miłości, albo braku miłości, to już lepiej o ogólnej kondycji świata, albo najlepiej o grach rpg (role playing games, to niby nie jest o miłości?).

Bohaterka spełniona objawiała różnorakie prawdy, np. jeśli zależy Ci na kobiecie, to zostań jej przyjacielem, przyuważ na imprezie jak płacze i hop, Twoja, pocieszycielu, tutaj nawet można zmieniać kolejność. Albo mówi o koleżance dwudziestoletniej, która ma osiemdziesięcioletniego mężczyznę i kochają się, upite głosy od razu mówią hajs, jak ich podpuściła, bo on mieszka u niej i hajsu nie ma. Raczy bohatera cynicznego tymi historiami, aż ten nie wytrzymuje i się rozkleja i nagle wątek jednej kobiety, którą czasem wspominał nabiera pierwszorzędnego znaczenia - bo to już rok, jak ona.

No i podsumowanie jest takie, że potwornie paraliżujące poczucie krzywdy nosimy w sobie. Żeby pękło, something must break, nanoszą się czasoprzestrzenie.

Wracałem chyba pierwszym metrem i wpadłem na pomysł, że żeby nie mieć poczucia krzywdy z powodu przespanych wyborów, wstąpię do komisji od razu z rana, właśnie otworzyli. Od kiedy mam prawo głosu zbierałem się pół godziny przed zamknięciem, a tu proszę, jak obywatelsko zakończony dzień drugi weekendu, wrócić, przespać się i niespodziewany dzień trzeci w postaci niedzieli poświęcić na doskonałe tracenie czasu. Inna sprawa, że kolejne dni też mi tak potrafią schodzić, siedzę w pracy i do głowy wpadają słowa, nie od razu wiem skąd, że ciepłe powietrze unosi mnie wysoko.

Od pisania boli mnie dłoń, to chyba naprawdę zapomniałem, jak się trzyma długopis. Powrót do tradycji wpisów zebraniowych, fajnie, że nie boli mnie nic po rowerze, a była taka trzytygodniowa chyba przerwa, różnie się tłumaczyłem, głównie przesadną temperaturą. Wróciłem nań wczoraj i w poniedziałek, jest w okolicy sporo równego, słabo uczęszczanego asfaltu, są jakieś lasy, ulice leśne, ćwierkanie, ogarnianie ścieżek pomiędzy asfaltami.

poniedziałek, 31 maja 2010

Cure for optimism i oszukuję system!

Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.

Mlaskanie.

Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.

Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!

I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.

Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.

Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.

To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.

Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.

Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.

Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!

sobota, 8 maja 2010

Rozedrgany kwiecień maj

Tak, to już ten dzień, to już ten piątek, kiedy zaczynamy kultywować kolejną świecką tradycję, wziętą być może z amerykańskich filmów, a być może od naszych ojców, w każdym razie pamiętam, że mój w ubiegłym roku, albo może jeszcze wcześniejszym pojechał i był, zresztą nie taki to kłopot, skoro wszyscy mają naszą klasę. Ten piątek zupełnie bez związku z przeszłością, żadna rocznica, ja mówię, że trzeba było wybrać datę egzaminu któregokolwiek, zresztą może przypadkiem, ale ktoś tam odpowiada, że zgadza się okres i basta i nic więcej nie trzeba. Ja wcześniej bardzo się zastanawiam, czy w ogóle iść, no bo z jakiej racji mamy sobą być zainteresowani teraz, jeśli nie byliśmy przez trzy lata wtedy, a już tym bardziej przez ostatnie pięć lat, kiedy jednego Ławka widziałem może trzy razy, z czego raz przypadkiem. - Co, nie lubiłeś ich? - zapytuje ktoś, może Głaz, a ja mu na to z tym uśmiechem szelmy, czyli że niezbyt poważnie, czyli że to było po prostu i nie chodzi o rzucenie kamieniami, czy przezywanie Pocahontaz za plecami, tylko może bardziej o krzyk do kumpla z równoległej i znalazł sobie przyjaciela dopowiedziane przez miejscowych, tak było po prostu, byłem, więc mówię mu z tym uśmiechem dającym do zrozumienia - To oni mnie nie lubili! I siedzę i czekam, bo wracać do domu bez sensu, można poczekać, można oglądać Meeting The Natives polecone przez Cygana, choć raczej poprzestanę na jednym odcinku, bo w końcu wyszedłem przed czasem na spacer. I od razu zobaczyłem taki kształt jakby sprzed pięciu lat, przeszedłem obok i później sobie uświadamiałem, że to mogła być Ona, czyli nie ta, co miała oczy i jednak nie była brana pod uwagę, tylko ta od przewracania się na schodach, dzięki której osiągałem szczyt egzaltacji, a ona nie poszła do teatru, przez co nauczyłem się, że szczyt to jeszcze nie koniec, cały kosmos jest tam wyżej, jeśli tylko chcę, jeśli tylko mam ochotę. Miałem. Więc idę niespiesznie (a jakże), Marszałkowską, widzę szczątki wieloryba, na chwilę staję na przystanku w stronę przeciwną, to znaczy - rozkojarzony; i orientuję się za trzy sekundy, że to trochę głupio, że zupełnie jak pięć lat wcześniej przy okazji jeszcze innej, a teraz przecież nie chodzi o żadną, no chyba, że to była Ona. Kilka godzin później Ławek ma w opisie "A teraz wstecz", kilka godzin później mówi - Stęskniłem się za tymi mordami. Może ma trochę racji, w końcu zebrała się nas jedna trzecia, co jako klasa matematyczna często powtarzaliśmy, chyba głównie po to, żeby nie było tak cicho jak z początku. Zebrała się taka jedna trzecia, która sprawiała wtedy wrażenie bardziej ogarniętej, a w każdym razie stabilniejszej psychicznie, mniej inwazyjnej, dobrej? Ta mała dziewczyna, która dwudziestego siódmego sierpnia dwa tysiące czwartego przyśniła się jako wielka dobroć i łapana za kolana, nie, nie tak, obejmowana jak bogini i bez erotyzmu, która wprawdzie później okazała się jak one wszystkie, ale jednak należy do lepszych wspomnień. Poszliśmy na pizzę, kogo nie ma i co się z nimi dzieje, żona nie puści, żona, dziecko, taksówkarz w Irlandii, jak to skończyłeś studia terminowo, oszuście! Wszyscy wokół muszą widzieć, że to oszustwo, ja to odbieram jako oszustwo, no bo nawet w pizzerii robimy rundkę wokół lokalu, zanim nam znajdują miejsca - przedstawienie. Więc dlaczego niby się nie przedstawimy, dlaczego każdy nie wstanie i nie da świadectwa, kim teraz jest? Siara, siara, cicho, siedź, nawet w żartach, nie! Kiedy dla mnie siara tak siedzieć, w myśl świeckiej tradycji po latach razem, kiedy nie mam nic do powiedzenia o piwie, kiedy staram się słuchać o erasmusach i obrączkach i w myśl postanowienia z tramwaju - idź i uśmiechnij się, i popatrz po prostu, co się przez te pięć lat zmieniło - uśmiecham się i staram nie patrzeć nikomu w oczy, nie każcie mi ze sobą rozmawiać, nie chcę tu powiedzieć głośno, że oto zainicjowaliśmy swoje uczestnictwo w tej świeckiej tradycji, polegającej na unikaniu niezręcznej ciszy, oby to było za dwadzieścia lat następnym razem.

Oczywiście to tylko taka projekcja, to ja tak miałem, a wy się tam bawcie dobrze. Ławek, mordo, z tobą się spotkam zawsze. Ale z nimi mi nie każ, nie.