Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

poniedziałek, 30 czerwca 2025

To że masz paranoję nie oznacza że oni nie chcą cię dorwać (but in a good way, I guess)

Gdzieś po drodze zniknęła z zajęć Różyczka - choć nadal mamy sporadyczny kontakt na insta. Ogólnie rzecz biorąc, to nie wiem nic, nie powiedziała, dlaczego odpuszcza (znaczy powiedziała coś w co nie do końca wierzę, ale przecież sam mówiłem takie rzeczy też), no ale mam swoje podejrzenia, bo przecież był taki moment, że i ja odpuściłem. Opadło we mnie wszystko kiedyś, kiedy usłyszałem plotkę, że zadzieram nosa, od kiedy się uczę tańczyć też, a do tego robię przykrości instruktorkom.

Dżizaskurwajapierdoleitpitd - jak mógłby zadzierać nosa ktoś, kto z trudem patrzy na samego siebie w tych lustrach, a bez luster i tak czuje się jeszcze durniej?

Instruktorkom, czyli komu? No, Damie Pchełek, z którą relacja przecież wydawała się na przełomie 24/25 wreszcie całkiem wyregulowana i poprawna, a za chwilę kazała spadać na drzewo, czego nie da się powiedzieć w miły sposób, w jak ładne słówka by się tego nie ubierało. No i od razu te plotki. Przeszło mi po dłuższej przerwie, choć teraz to poza zajęciami unikam DP jak ognia. Wiem że Różyczka po drodze też miała z nią jakieś przygody, każdy sobie tę relację rozwiązuje po swojemu.

A może sobie dopowiadam bez sensu, ale przecież ciężko myśleć o tym inaczej, jeśli Różyczka była godzinową rekordzistką ptasiego teamu. I to pomimo wyjazdów!

W każdym razie ten zryw w kierunku celebrowania dnia urodzin pokazałem też na insta, wylistowałem pod tym kątem mniejsze grono, tj. mam tam kilka koleżanek z zumby, które czasem zapytają czy ze mną ok., jak mniej chodzę, to jest super, ale nie chciałem żeby wszyscy wiedzieli, że te urodziny mam. No więc Różyczka wiedziała, Lawyer Spice wiedziała, tyle. A kiedy wszedłem na drugi dzień na salę po przerwie spowodowanej zmordowaniem łydek, to na wejściu rozpostarła ręce do przytulenia Serce Sali, mam z nią taką historię wczesną z Kapitanem, że jest moją trzecią trenerką w tej dziedzinie.

Skąd to przytulenie? Tylko Różyczka mnie tak witała. Hej, no potrzebuję tego, jak każdy. Nie pytałem o szczegóły, choć paranoja jest taka, że te dziewczyny mają jakąś grupę wiadomości na temat dziecka specjalnej troski, znaczy mnie i może jednak wiedziała o urodzinach. Ostatecznie to chyba dobrze, c'nie?

-

Zajeżdżam się znowu, poszedłem wczoraj na zumbę, choć miałem w perspektywie trzy godziny u Cudownej. A dziś kolejne cztery. Nie wiem czy znów wczoraj Cudownej nie podpadłem, na wszelki wypadek złapię trochę dystansu, wejdę dziś do szkoły prawie równo z dzwonkiem, czasem mam wrażenie, że potrzebuje ode mnie odpocząć. To nie jest jakieś takie przerażliwione i drażliwe wrażenie, myślę że to jest ok., odczytać tak pewne komunikaty i odpuścić. Ja na lekach mniej się boję gadać, co mi ślina na język przyniesie, wcześniej bałem się gadać cokolwiek, to też trzeba w samym sobie podregulować pewnie, co warto, czego nie warto. Wiem, że bawią mnie często jakieś trzecie, czwarte kroki w żarcie o którym pomyślałem i wychodzę na dziwaka, dopiero tam zaczynam, nikt nie rozumie ocb. Albo zapamiętuję co ludzie mówili, później mi się to kojarzy, a im się kojarzy, że to może jednak kiepsko coś przypominać, wyciągać z innych zajęć. Pewnie powinienem być cichszy, wyjdę na tajemniczego!

Jest we mnie ta obawa, że za dużo entuzjazmu znów się skończy jakimś "idź sobie", trzy razy zastanawiam się, czy powinienem przerobić zdjęcie z przygotowań do pokazu na wersję z kamehamehami, ale jednak się decyduję. Czyli czasem jednak pomyślę, nie wszystko jest na rympał!

Jak to leciało, między bodźcem a reakcją jest miejsce na wolność wyboru?

-

Sypie mi się klawiatura, ma lekko ponad rok, chyba już nigdy nie kupię mechanicznej. Potrzebuję wymienić switch w lewym shifcie, albo wyczyścić, to ma być w sumie zaleta, że da się je samodzielnie serwisować. Może jeszcze będzie spoko. Próbowałem ostatnio wrócić do MS Designer Keyboard, ale brakuje przycisków nawigacyjnych do tekstu, uwielbiam ją, ale zostanie tylko na wyjazdy, bo jednak Home/End itp. to mój chleb powszedni, tym bardziej jeśli się wróciło intensywniej do blogowania (nawet na NWO!). Do tego niedawno kupione słuchawki bezprzewodowe coś się fochują i grają po cichu, sprawdzę czy aby restart telefonu nie pomoże, ale jeśli nie, to w sumie nie wiem co.

(Znalazłem właśnie że słuchawki mają własną oddzielną od telefonu regulację głośności, wszystko gra przynajmniej tutaj, uff!)

Pralka też wygląda jakby jednak coś było nie tak, wstawiłem dziś ją i znów trzeba było spuszczać wodę z filtra żeby otworzyć. Not cool, kiedy właśnie straciłem pracę, żeby się zaczynały sypać różne drogie rzeczy. Pewnie równolegle z szukaniem roboty warto rozglądać się za lokatorem.

Na razie napięcie rośnie, niestety. Zniknęła oferta pracy, która mnie jakoś interesowała, nawet nie zdążyłem spróbować. No ale recesja to recesja.

-

A urodziny były zupełnie fajne, bez zadęcia, bez spiny, zresztą przyjechałem do przyjaciół przede wszystkim zrobić naleśniki, zamówić pizzę na kolację i przez kilka godzin w ogóle nie byłem pewien, czy się przyznawać, co to za impreza. Ale jednak się przyznałem, postawiliśmy na pizzy świeczki, odśpiewano mi sto lat, ich chłopaki są wyćwiczeni po zjazdach rodzinnych, lecą bez końca tę upiorną piosenkę. Wcześniej pograliśmy w Wipeouta, ależ to jest dobre, może warto sprawdzić, czy ta wersja z PS3 może wreszcie już się dobrze emuluje na PC? No bo kupować PS5 czy nawet PS4 pod tę wersję odpicowaną na maxa to jednak głupio. A swojego PS3 z Krańca Świata nie zabiorę, na pewno korzystają częściej niż ja.

Może pogram na przełomie lipca i sierpnia, kiedy jadę do opieki nad kotami.

W ogóle historia dnia tamtego jest taka, że nauczyłem młodszego z chłopaków robić miotełkę, tj. taki ruch rodem z break dance'u, którego nauczył mnie ze trzydzieści lat temu Najlepszy Wujek Na Świecie. Kiedy to było, może miesiąc temu. No i teraz on to już potrafi na pewno lepiej ode mnie, a jak pokazał w szkole, to później występował z tą miotełką na jakiejś gali zakończenia roku chyba, gdzie dzieciarnia tańczyła.

Dumnym! To teraz trzeba samemu opanować flare... Żeby tylko się trzydziestodziewięcioletnie nadgarstki nie posypały. Kierunek plaża? No nie wiem, po poprzednim wciąż jeszcze się łuszczę. A o breaku też czasem rozmawialiśmy z Różyczką, że to by było super.

czwartek, 26 czerwca 2025

Ale jestem, next stop 40

 Mój dom powoli znów zmienia się w dom. Tylko pozory i iluzje, brzmiał tytuł fajnego bloga kiedyś, tylko pozory i iluzje, brzmiałby tytuł filmu o moich ostatnich dwudziestu latach życia? U lekarzy powtarzam: dobrze udaję.

Mój dom powoli znów zamienia się w dom. Lokatorka z którą się tak strasznie gryźliśmy, przyjęła do wiadomości, że wyprowadza się do końca lipca, na co umówiliśmy się już dobre trzy miesiące temu, ale po drodze próbowała się buntować. Wybadałem wczoraj delikatnie temat - bo nie zapłaciła jeszcze czynszu za czerwiec. Powiedziała że myślała że rozliczymy się z końcem lipca. Mam w głowie że pewnie nie chce mi zapłacić czynszu, żeby naciskać na jakieś korzystniejsze warunki dla siebie, mam to głęboko, tj. najważniejsze dla mnie żeby się wyniosła i tyle.

Uff, uff, uff. To najważniejsze do wyniesienia z domu, osoba dająca poczucie mieszkania z byłą żoną. Nie miałem żony, ale wiem że dokładnie tak czułbym się, mieszkając przez jakiś czas z życiowej konieczności z byłą. Na szczęście z tą nie bardzo jest jakiś majątek do podziału, albo zostawi meble, albo nie zostawi i dopłaci kasę.

Mój dom powoli znów zmienia się w dom. Zdawałoby się, że nieźle dbam o porządek, no ale przecież tylko pozory i iluzje. Spiąłem się wczoraj, powynosiłem rzeczy spod łóżka, gdzie trzymałem drugie łóżko, spod fotela i kanapy deseczki wyjąłem, wyniosłem szafę-słupek, która mi nie pasowała za bardzo do przestrzeni, takie rzeczy na wieczny-tymczas ustawione czy schowane, zamiecione na wieki pod dywan. Niby wydawało się, że to wcale nie przeszkadza, ale jednak przeszkadzało bo od razu widać różnicę. Nie wiesz o co chodzi niby, bo to się przecież tak nie rzuca w oczy, ale kiedy nie leżą jakieś tam deski pod fotelem to jest po prostu o wiele schludniej i to czuć.

Salty też mówiła, że ją dzień wcześniej wzięło na porządne sprzątanie, taka aura może. Bidulce zaprotestowała wczoraj pralka, przeszła cały program, nie chciała oddać ciuchów. Note to self, jeśli wyłączenie z prądu i odwirowanie nie wystarcza, prawdopodobnie trzeba spuścić wodę z filtra i pralka przestanie być obrażona. To pewnie nie pierwszy raz, kiedy mi tak robi, no ale nie pamiętałem i musiałem grzebać w internetach. W każdym razie sukces, choć dwa razy do tego podchodziłem, najpierw na pewniaka i zostawiłem sprawę, wychodząc na zajęcia, później z internetem, kiedy po zajęciach okazało się, że mam zapłakane emotikony od Salty, bo jej pralka wciąż robi na złość, a ma w niej ciuchy na swoje tańce.

We wtorek wciąż ćwiczyliśmy choreografię Cudownej do nagrania, walczę z tym od miesiąca. Mam ostatnio chwile zwątpienia, kiedy jakieś rzeczy, które przecież ćwiczę od miesięcy, nie wychodzą. A bez lustra to w ogóle się rozsypują, zostaje po tym, jak ciało się umie poruszać, tylko pamięć, albo coś mniej wyraźnego, tylko wspomnienie, tylko cholerna jaskinia Platona, mizerne i zafałszowane odbicie tego ideału, wyrażanego przez Cudowną, albo podglądanego u Salta i innych starszaków.

Walczę, pracuję nad sobą, żeby mnie to nie zniechęciło. Wiem że wiele rzeczy, które teraz jakoś tam potrafię skoordynować w ciele, nawet jeśli jeszcze niezbyt estetycznie, to są rzeczy, które pół roku temu nawet z lustrem nie wychodziły wcale a wcale. Czyli tak naprawdę sprawa jest prosta - trzeba więcej ćwiczyć bez lustra, myślę.

Ćwicz, ćwicz, brzmi jak mowa pokemona.

Dzień urodzin wydaje się trudny do zagospodarowania, rano wizyta u lekarza, w poczekalni robię notatki na bloga. Zwiększył mi dawkę leków i dołożył L4 - mówi, że są wskazania i że widzi że jest lepiej, ale dążymy do tego żeby było 10/10, więc jak nie jest, to można. To jest coś, co miło usłyszeć, kiedy przez całe życie trwało się w obawie, że powiedzą ludzie, jak szef powtarzał w biurze, że coś ściemniasz, to kiepskie tak powtarzać przy współpracownikach (a pudełka z recepty mają podpis "lek zaburza sprawność psychofizyczną", może trzeba było pokazać ze zwolnieniem od lekarza?), no i jest ryzyko, że któryś Ci o tym opowie, jakiego miałeś szefa, że Tobie przez telefon mówił "zdrowie najważniejsze", a w biurze odwrotnie; że to nieprawda, że po prostu weź się w garść, przecież sam byłeś takim ludziem, że tak sobie powtarzałeś.

Niesłusznie.

Na tym polega się wzięcie w garść, że leki i L4 przecież.

Pierwszy raz od wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu (to zupełnie losowa liczba powtórzeń, nikt nie zliczy tego już) lat, mam taki pomysł, że chciałbym ten dzień z kimś celebrować, zamiast się kryć po kątach i powtarzać, że przecież to jest dzień w którym zaczęły się wszystkie moje problemy. Jest w tej myśli jakieś poruszenie i wzruszenie, przełykam je z trudem, skręcając w Belwedreską.

Będę teraz przełykał smarki aż do przychodni, gdzie jest toaleta, na szczęście to nie tak daleko. I tak nie udało się umówić na rezonans magnetyczny, można jedynie w tych placówkach, które mają taki lab. Ech!

Zwracam uwagę na wystawę plakatu na płocie Łazienek, jest tam plakat sympatyczny, od razu przesłany do Herbacianej, że "teraz nawet kotek może strzelić kilka fotek". Za kilka kolejnych plakatów patrzę, a po murku pod plakatami idzie kocisko, przeciska się pod gałęziami w stronę tego kociego plakatu. Zawracam z telefonem, próbuję go złapać razem z plakatem. Niestety, po złej stronie płotu jest i nie chce pozować. Trudno, to piękna, mała przygoda. Miałbym kawałek szynki w kanapce, to może bym mu zdążył strategicznie podłożyć na trasie do zatrzymania, niestety nie miałem już nawet kanapki, zjadłem po drodze.

Później wracałem nad Wisłą, tydzień temu widzieliśmy się pod Poniatówką z Mimblą z rodziną. Minęła mnie na tym odcinku dziewczyna z tatuażem na ramieniu - przytuleni Muminek i Migotka. Więc napisałem do Mimbli, że dziś spoglądam na plażę ostatniego spotkania z perspektywy przeciwnego brzegu i że te Muminki, bo one od samego początku się z nią kojarzą, to fajne.

Ustawiłem się że robię u Bazyla i Herbacianej naleśniki dzisiaj. Nie będę sam, zresztą dali mi urodzinowy prezent już z miesiąc temu, bo przecież też nie pamiętają dokładnie kiedy mam, skoro się tak zawsze kryję. Dostałem puzzle z oryginalnymi pokemonami, na pamiątkę żartu, jaki im kiedyś wyciąłem. Cudowne!

piątek, 13 kwietnia 2012

Coming out

Śpiewam. Bardziej na głos i mniej na głos, ale jednak. We wtorek podśpiewywałem w domu przez cały wieczór - pierwsze prawo samotności, tańce i swawole, na które nikt by sobie w towarzystwie nie pozwolił. Może i ktoś z domowników był w dalszym zakątku mieszkania, no ale ja miałem swój kawałek podłogi i żałosne popiskiwania z głośniczka laptopa, odległość była bezpieczna. Zresztą śpiewałem już kilka dni wcześniej - na pewno w niedzielę, zaprosili mnie Bazyl z Herbacianą, chwaliłem się, że kupię płytę, no bo wreszcie będzie, czekam od jesieni. A jaką? Dni Mrozów, Makiego i Chłopaków. To Ci z Hydrozagadki? Jaskółeczki? Tak właśnie. To ja też chcę!

A no to słuchajcie, jest w internecie do słuchania już, słuchajmy.

Przy tej okazji przypominają mi się różne rzeczy, niekoniecznie wtedy, choć wtedy też, od wtedy. Bazyl przypomniał mi, że właściwie przestałem ostatnio słuchać piosenek. Pewnie kiedy umarły słuchawki, albo kiedy umarł T10, już obiecałem kupić nowe. Jemu się bardzo podoba fragment o plakatach, Pistolety i Róże i Żelazne Dziewice, nie pamiętam, żeby kiedyś miał plakaty, ale na pewno wciąż lubi patatajki. Mnie się tak bardzo podoba chyba głównie dlatego, że nigdy nie byłem takim chłopakiem, o jakich się w tych piosenkach śpiewa, ale jeśli miałbym być jakimś innym niż byłem, to właśnie takim. To na szczęście nie ma sensu, nie szkodzi, że się ze wszystkim spóźniałem, albo że nic nie ogarniałem. Bazyl nawet próbował dzielić się ze mną muzyką, przyjmijmy, że za małolata, nie będę pisał dokładnie, bo przecież wstyd, ale np. - puścił mi z kasety Nightwisha. No okej, gra jakaś gitara, wtem - śpiewa Tarja! Ja się śmieję, pierwszy raz coś takiego słyszę, operowy metal. Nie żebym kiedykolwiek znał jakikolwiek metal. Kilka miesięcy później już mi nie przeszkadzało, byłem po pierwszym konwencie, NW słuchał Pogański-Bożek-Pogromca-Dinozaurów, słuchali ludzie z forum, zasymilowałem i po kolejnych kilku miesiącach słuchałem tych wszystkich zespołów z paniami na wokalu, które wyskoczyły nam z Bazylem przypadkiem w propozycjach na YT. Namiętnie, z czcią i uwielbieniem, nawet dorobiłem się czarnego swetra, choć na konwent przyjechałem w najlepszych spodniach mojego życia, z odpinanymi nogawkami, ale odpinanymi pod kolanami, w sumie były trochę dresowe, dopiero na forum "wyjaśnili" mi, jakie to było faux pas. Ja niewinny jak nieobsrana łąka, pewnie dlatego bardziej od NW poszedłem w stronę ********, ************** i ********** niż, powiedzmy, nie wiem, czegokolwiek z growlem. Therion?

Więc u Bazyla okazało się, że lubimy teraz kompletnie inne rzeczy i ciężko nam przetrzymać utwór zapuszczony przez drugą stronę. Mnie było trudniej, bo przecież się nie interesuję, on ma jakieś nowe rzeczy, ale nie powtórzę nazw. Ewa Braun, płyta jest w napędzie w pracy, mówię, szpanuję, że odwrócony noise, muzyka drogi - to jeszcze było na pograniczu zainteresowań, przesłuchane. Jemu podoba się nowa Coma, przeciwnie do wcześniejszej, koncepcyjnej, ja mówię, że Rogucki śpiewa w takich rejestrach, że rozumiem co drugie słowo i nie kupuję wesołych piosenek od nich. Okej, to puszczę ci smutną - też jej nie kupuję, bo przecież dla mnie smutne to jest Portishead. Przychodzi Herbaciana - Ojejku, brzmi jakby się miała popłakać zaraz. Ale ja też Wam puszczę piosenkę, ulubioną. I wskakuje Barry White. Mam po tym wieczorze melancholię i jeszcze nie mam nieskończonego smutku. Nie uczę się niczego nowego, ale przynajmniej przypominam sobie, że można się nowych rzeczy uczyć.

Oczywiście najbardziej pewnie jara mnie napomknienie Bazyla, że może bym mu tego Morrowinda przyniósł, przygotowuję paczkę z dodatkami, patchami i modami, a kiedy źle się wgrywa na serwer i pada decyzja o użyciu dysku - duch zwycięża materię. Na wszelki wypadek zgrywam pliki dwa razy. Bazyl instaluje z komunikatem - sic! - Katastrofalny błąd! Walczymy z tym przez chwilę, po czym okazuje się, że druga kopia plików nie ma tego problemu.

Kiedy lata wstecz zacięliśmy się wysoko w windzie, to będzie kilka metrów w górę, 9/10, jak się okazało po wyciągnięciu, poza żartami o zerwanej kabinie mówiliśmy o Morro, ja początkujący, wydawało mi się, że KP 70 to dużo, szybko wyprowadzono mnie z błędu. Bazyl czekał, aż nas ktoś z tej windy wyciągnie i zupełnie bez związku, po prostu gdzieś z tamtego czasu, najładniejsze co mi się o nim przypomniało to dwudziesty siódmy czerwca zero pięć, kiedy odbieraliśmy żałosne miejscami wyniki (nowych, więc żałosne po trzykroć) matur. Przecież nawet wiem, która to mniej więcej była godzina, bo dyrektorka mnie ochrzaniała, że jestem po czasie pracy sekretariatu, czyli po piętnastej. Pamiętam ważne czasy, dokładnie siedem lat temu to była długa przerwa, w pół drogi między jedenastą a dwunastą, a z wynikami jechaliśmy Ikarusem w pół drogi między trzecią a czwartą i w pół drogi między dwoma mostami na Jagiellońskiej świat był tak bezbrzeżną możliwością, że usiedliśmy na schodach (tego się nie da zrobić w tych wszystkich neoplanach) i wznieśliśmy toast butelkami soku marchwiowego.

Ale to wciąż nie to, o czym miałem napisać. Otóż miałem napisać, może nawet zacytować najdonioślejsze osiągnięcie literackie, piątkowe opowiadanie z lat jeszcze wcześniejszych, niż usłyszałem Tarję, czyli zanim w ogóle wiedziałem, że ktokolwiek może się poważnie interesować muzyką. Przynajmniej wiedziałem, że można się poważnie interesować PlayStation. Z braku źródła zreferuję krótko, ale jestem prawie pewien, że mam je w którejś szafie.

Opowiadanie jest o wakacyjnej, rodzinnej przygodzie. Nie ma w nim krwi, ale jest pot, nawet chyba są łzy. Rodzina przyjeżdża do górskiego miasteczka i wyrusza na podbój szczytu. W drodze natyka się na przeszkody, jak podejście łagodne i podejście coraz mniej łagodne, lęk wysokości i wreszcie - deszcz. Ten ostatni zawraca rodzinę spod samego szczytu, kiedy podejście w ogóle już nie jest łagodne, a najmłodsi bywają paraliżowani widokami. Tego samego dnia rodzina odjeżdża, tu jestem prawie pewien, że cytuję, gdyż było to clue całego opowiadania, które aż do ostatniego zdania mogło się rozgrywać gdziekolwiek: - A nad nimi wznosił się stary rycerz zaklęty w kamieniu - Giewont.

Ba dum tss.

I koniecznie chciałem się przyznać, że zarówno na podejściu łagodnym, jak i łagodnym coraz mniej, słuchałem z walkmana Vengaboys, choć starałem się zapętlać nie Ibizę, ale raczej któryś z takich. Jako muzykę drogi, można rzec. Poszukam kiedyś jeszcze, jak były skomponowane ich kasety, mam wrażenie, że kawałek zaczynał którąś stronę, albo kończył, ostatnia godzina na YT nie pozwoliła mi go jednoznacznie zidentyfikować.

czwartek, 2 czerwca 2011

Capatob

Wróciłem, odpocząłem może dzień i życie mi się rozkręciło. Pomijając konieczność przestawienia się na inny czas, bo w tamtę stronę trudniej niż w tę, na wyjeździe odpocząłem nawet bardziej. Jak można nie odpocząć, jeśli śniadanie gotowe, do pracy dwa kilometry hotelowym vanem, a na miejscu – będę delikatny, bo nie wypada inaczej – słabo przygotowane szkolenie?

Prawie codziennie spotykam się z ludźmi, zapraszają do kin, domagają się opowieści, a ja przecież nic więcej nie mam do opowiedzenia, niż kilka akapitów niżej. Chyba że w pracy, postanowiłem lepiej przygotować szkolenie i chyba się udaje. Bardzo niespokojny okres, dużo przesiadywania w biurze, lepiej, że sporo, jak na mnie, spotykania się z ludźmi.

Wszyscy wokół potwierdzają, jak bardzo kiepską mam fruzyrę. Potwierdzały, już trochę odrasta. Wiedziałem, wiedziałem, ale ja lubię chodzić do fryzjera jak najrzadziej. Odrastam ale i zarastam, golić też lubię się jak najrzadziej. Na tyle mnie lubią, że nie odganiają, zapraszają, szczególnie one, tak marudziły na ten brak fryzury, że ostatnio usłyszałem - No! Coraz lepiej wyglądasz!

A skoro coraz lepiej wyglądam, to może najwyższa pora, żebym coś wreszcie napisał. Mniej się siebie wstydzę. Bo te dwa pierwsze akapity powstają od miesiąca, tytuł też wpisałem pewnie dwa tygodnie temu, nie będę przekopywał społecznościowych portali dla dokładniejszych dat, po prostu opowiem coś, co dla mnie jest ładną historią. Jest to historia o mojej głowie, albo o siedzeniu przed monitorem, które, tak mi się wydaje, całkiem bywa wartościowe. Choć rower też planuję, będą trasy, będą! Sobie obiecuję od miesiąca.

Chyba bardziej będzie z głowy, niż mi się wydawało, nie pamiętam. Hej, zaznaczę sobie tagi, tfu, etykiety, a później sprawdzę, które nie weszły. Ułomny plan wypowiedzi, na ogół robię w drugą stronę jednak.

Więc był ten koncert, o którym pisałem poprzednio, 19 wiosen. Jeszcze nie zdążyłem ukraść, jeszcze nie zdążyłem kupić, mam te stare piosenki (okej, kiedyś też ukradzione) z Lampy, ale reszta słuchana czasem na myspace, albo z filmami. Wręcz może wypadałoby wreszcie nauczyć się robić plejlisty w obu tych przybytkach, same się nie zrobią, choć w tym pierwszym rejestracja zrobiła się sama. I jest plakat, o ten, widzicie, że tam jest napisane Capatob, a może nawet widzicie, że tam wcale nie jest napisane Capatob. Ja nie widziałem, często nie widzę, może dzięki temu czasem fajnie się zaskakuję. Oczywiście to wciąż odnajdywanie samego siebie w innych miejscach, ale załóżmy, że nie wiesz, nie umiesz czytać cyrylicy, wpiszesz hasło w wyszukiwarkę i znajdziesz zdjęcie statku cyknięte kilka lat wcześniej - tu może być już ciężko z wyobrażaniem sobie, no ale - w dniu Twoich urodzin. No bo akurat to podlinkowane było cyknięte w dniu moich. Strasznie fajne, no i już wiem, że to Saratów, nie tylko statek, ale i miasto Gagarina.

Oczywiście mogłeś być sprytniejszy i kliknąć w link pod plakatem, tam od razu jest fragment koncertu, ale wiesz, ja ten plakat najpierw widziałem gdzie indziej i jako plakat, nawet mam już powieszony za sobą w pracy. W tej pracy sporo się robi zdjęć, trochę byle jakich, ale jeśli wejdę komuś w kadr, to na ogół jestem teraz z Gagarinem. A dokładnie teraz to nawet widzę, jak odbija się w szybie przede mną (chill, zasadniczo jestem już po pracy, tylko wreszcie mogę i umiem coś napisać, to piszę).

(To pisałem wczoraj i Głaz mnie zgarnął do wyjścia.)

Nie dość ładne? Przecież kiedy kilka dni później Nawrocki śpiewał o Gagarinie i Łajce - poczułem się trochę jakbym miał urodziny. Ja chyba nie za bardzo lubię obchodzić urodziny, ale akurat takie bym lubił. Przepraszam, że ciągnę ten temat, to nie jest żadna próba wymuszenia, przysięgam. Świetny koncert, już nie za dychę niestety, dla Młota to jest umowny wyznacznik jakości koncertu, bo był za stówę w kongresowej na Archive z orkiestrą i nie do końca o to mu chodziło, na szczęście za dwie dychy też dawało radę. Wziąłem brata i zupełnie niespodziewanie połowę zaprzyjaźnionego mieszkania coraz mniej już studenckiego. Smoczy z dziewczętami, jedna się wkręciła w rytm, druga dostała na urodziny tę książkę Guldy, która, podobnie jak kiedyś jeden kapelusz w klubie obok, zmieniała kolory i na sklepowej półce niespodziewanie okazała się zieloną. Ile rzeczy, ile rzeczy, w sklepie byłem kilka dni później z Głazem, tradycyjny, wiosenny spacer, z zakupów nad torami, wciąż wskazuje te same osiedla, że kiedyś będzie tam mieszkał, inne rzeczy wciąż są tylko u mnie. A ekipa ściągnęła mnie przed koncertem na film, film wybrał Smoczy, już zapomniałem, że on wybiera najstraszliwsze możliwe filmy - ale może będę pamiętał, żeby upewniać się trzy razy, do którego kina idziemy, to nie będę musiał dojeżdżać na połowę. Ksiądz 3D, Boże, broń!

No ale do filmów to ja w ogóle nie mam szczęścia, minął tydzień i okazało się, że Dwie Kalorie z Błyskotką idą na nowych Piratów. Cóż, ja chyba nie umiem chodzić na ciekawe filmy, zawsze mam wrażenie, że to dopiero połowa, kiedy się kończy. To już piątek, w czwartek prześwietnie brzmiące Maki w Hydrozagadce, i MKL, głównie pewnie MKL, ale nie wiedzieć czemu bez szejk banana, to pewne rozczarowanie. Wygrałem u Zmywaka płytę, najwięcej mam teraz w domu płyt z Mińska, ale szykuje się też jedna z Mrozów. Nie bardzo jestem w domu, żeby posłuchać, no bo w piątek słabe kino i dobry spacer - przez deszcz, przez noc, przez pół miasta. Zaszliśmy z Centrum na Gocław (bez ekscesów, cokolwiek jest z Gocławiem nie tak, mam podejrzenia o walkach klubów). Nocne kolory miasta, kałuże na moście, pod mostem ognisko, puste drogi, lewa, prawa, przytyk, lewa, prawa, uśmiech. Wracam na Białołękę, kiedy już świta, przesypiam swój przystanek, choć pamiętam przebudzenie dwa wcześniej. Czuję się pięć lat młodszy, co nie znaczy, żebym w ostatnich miesiącach czuł się jakoś staro, po prostu żyłem mniej intensywnie. Kiedy tak ostatnio?

Oczywiście to po prostu coraz wcześniej świta.

W kolejnym tygodniu potańcówka u dziewcząt, nikt nie kazał tańczyć, w ogóle nikt nie tańczył - pół nocy graliśmy w kalambury. Nigdy nie byłem w tym klubie, ale udało mi się pokazać sen pszczoły cośtam, cośtam. I tak źle go na kartce zapisano, miał mniej słów niż na stronie. Melina w centrum z materacem, dziesięć minut do soboty pracującej, a wieczorem gra w Tekkena u Smoczego. Jeśli już koniecznie trzeba w coś grać, to warto czasem obić sobie ryje na konsoli, a nie tylko tłuc w nieszczęsnego Morrowinda (etykieta "gry" odhaczona!).

Aha, bonus. Jedzcie śniadania. W domu, przed czymkolwiek, pracą, szkołą. Pewnie właśnie kraczę, ale od kiedy Smoczy urządził mi przedterminowe urodziny (widzicie, mam już odhaczone, nic nie musicie) i tym samym wymusił jedzenie śniadań, nie pamiętam, żeby bolała mnie głowa. A na pewno i tu na to marudziłem.

Nie wiem skąd się wzięło Mogwai, Gulda ich wspominał w linkowanym na fejsie artykule, może chodzi o to, że powinienem ich uwzględnić w planie wakacyjnym? Zgubiona myśl. Jest też Pryt - a może PrYt, bo zawiaduje chyba trochę trypowym profilem na fejsie i podpisuje się tak, jak jest na zdjęciu - jako Y. Check. Chyba wszystko. Jak nie wiecie, co się czego tyczy, pytajcie, może odpowiem, a może wyjdzie, że sam się w tych etykietach pogubiłem i połowy wciąż brak. A najlepiej nie przejmujcie się etykietami, to nie był najlepszy plan.

środa, 30 marca 2011

Weekend, marudzenie, krach systemu, Tryp

Naród rozmraża się w wakacje! - powtarzała Mimbla, bo ona i jej urodzeni z trzydniowym odstępem, całkiem niedawno urodziny Dwóch Kalorii, a przecież Małpolud też zapraszał na urodziny, z miesięcznym wprawdzie opóźnieniem, ale wpasowuje się w trend. W ogóle się na początku nie przyznał, że impreza jest urodzinowa i nie bardzo miałem czas kombinować prezent, dostał tylko pół prezentu, ale przynajmniej luksusowego - kilo cukru. Wyszło na to, że jestem pierwszym gościem, poznałem żonę, podejrzałem dokładniej jak oni fajnie ze sobą żyją, i jak fajnie urządzają świat wokół. Niepoważne rozmowy, w kuchni tablica z różnymi wycinkami - zrobili z Prezesa Wiedźmina, a jak grał w grę, to specjalnie starał się tak, żeby nie spać z żadną z dziewczyn, choć nie do końca wyszło, no ale i tak go nie skończył. Przydałby się stroboskop - Małpolud wyciąga z szuflady niby butelkę, ale jednak jest obita jak dyskotekowa kula, bo zdejmują ją kiedy przyjeżdżają rodzice, niech myślą że żyją poważniej. To nie jest tak, że po dwóch godzinach nie chciałem wychodzić, bo wciąż byłem jedynym gościem (reszta tego wieczoru wybitnie spóźnialska), tylko tak, że lubię z nimi siedzieć. A ja nie z każdym umiem siedzieć, na ogół nie umiem.

Na szczęście, kiedy już się zbierałem, zadzwonił domofon, już wcześniej sugerowałem dowcip, żeby jak kto wejdzie, sprawiali wrażenie, jakby nikogo jeszcze nie było (O tak! Ja będę płakać, rozmazana cała!), a że głupio byłoby tak poznawać kogokolwiek, mijając się w drzwiach, to poszedłem schodami. W drodze na tramwaj przybiłem piątkę kibicom, trzech, rozkrzyczani i rozpici - na szczęście krzyczeli komu kibicują, mniejsze to niebezpieczeństwo, wykpiłem się tą piątką i okrzykiem. Za chwilę telefon od Mimbli - Gdzie jesteś, czekamy z tortem! Godzina jedenasta, impreza trwa ze cztery godziny, trzydzieści osób w lokalu, a oni czekają z tortem na mnie? Jaki wstyd, że nie umiem się rozdwajać, byłbym w obu miejscach na raz. Impreza do rana, podłoga nie robi się jakoś bardziej miękka od pościeli, ale jednak wysypiam się na tyle dobrze, że w niedzielę idę jeszcze na rower i jest mi całkiem ciepło z tym wszystkim.

Ale znów przychodzi poniedziałek, tylko gorszy, no bo co z tego, że jest siódma dwadzieścia na zegarze, jeśli trzy dni wcześniej to była szósta? Zmiana czasu mnie kompletnie rozbraja, dołożył się do tego pierwszy tej wiosny megakorek, siedzę w pracy wypruty z sił i drażliwy na wszystko, w słuchawki wrzucam muzykę ostrzejszą niż na ogół (a przez ostatni miesiąc świetnie mi się pracowało przy The King of Limbs), do tego głośniej niż na ogół, żeby się tylko odciąć od otoczenia. Wstać, zjeść śniadanie, rowerować, to nie jest kwestia ciepła, bo rower łatwo rozgrzewa, jeśli mamy już powyżej zera. Świadomość nie rejestruje pierwszego budzika. Przy drugim budziku słychać, że ktoś się kręci po domu - kto wie, czy to nie zniechęca do wstawania bardziej niż wczesna godzina. Jak spać, żeby mózg tak nie mrowił z rana? A przecież 2008 nie jest tak odległy, to jak wczoraj. Ciągle nie ogarnąłem jeszcze, co się zmieniło - ubiegły rok zmarnowałem w autobusach. A rano spod Rawy przyjechał tata - czyli musiał wyjechać koło piątej. Nie ogarniam. Zapisuję ten akapit i zastanawiam się, jaki jest sens publikować tak marudny akapit, rezygnuję z dopisywania innych - idę spać. Tak, znów są budziki. Nie - nie wstaję z ostatnim. Jeszcze tylko chwilka. Budzę się za pół godziny, dom jest pusty, ja, wyspany i spóźniony, spokojnie składam kanapki, obieram marchewkę, jadę do pracy i czuję się tak dobrze, że mam to za zwycięstwo.

Akurat dzisiaj nie wypadało się spóźnić, bo dla podniesienia słupków Great Work Place szef wymyślił wyjście do kina. Z pompą, ankieta z filmami w intranecie, popcorn i cola, zarezerwowana cała sala. I poszliśmy - ankietę wygrał Jeż Jerzy.

Wszystko co wcześniej wiedziałem o Jeżu - wiedziałem z opowieści. Sam nie znałem komiksów, miały być podejścia, obiecanki cacanki. Film niby chwali Wojciech Orliński, ale dopiero po obejrzeniu zauważyłem to niby. No bo jest tak, że fajnie podłożono głosy, że jeż jest Jeżem Jerzym, tłucze się z Zenkiem, ma złego klona. Ale film jest kiepski. Chłopaki dostali najlepsze klocki, wszystkie zginacze i technicsy z silniczkami, ale zrobili z nich kupę. Tak, śmiałem się. Nie, nie jestem usatysfakcjonowany. Jeśli, jak pisze za Arystotelesem Orliński, film kieruje mnie w stronę Dobra, to chyba tylko dlatego, że chciałbym uwierzyć, że Jeży naprawdę jest fajnym gościem i pewnie kiedyś sięgnę po komiksy. Do tego nie rozumiem, dlaczego wśród latających nad Warszawą lalek z sex-sklepu nie było ani jednego Baranka Bożego? Może był jakiś?

No ale - tu też jest zwycięstwo. Jeż nie był pozycją w momencie oddania firmowej ankiety do wypełniania. Jeszcze było przed premierą, kino nie miało go na liście. Ale interweniowałem i raptem pół godziny później się pojawił. I wygrał. Więc poszliśmy na Jeża na koszt korpo, zaproszono różnych ważniaków, sztywniaków z HR, był azjatycki przełożony. Co tam, że film kiepski, jeśli szef musi teraz udawać, że od początku spodziewał się kurew, kopulacji, urywanych głów i pewnie nawet wielkiego czarnego rysunkowego członka?

Całkiem jest ładnie. Wiosna. Ciepło. Do kina szedłem w samej kurtce, bez bluzy. Sześć lat temu z początkiem wiosny wydawało mi się, że miłość tłucze mnie obuchem po głowie. Rok temu wydawało mi się, że to nie we mnie uderzył samolot. W tym roku wreszcie wydaje mi się, że jestem odpowiednio przygotowany: przez internet do mózgu sączy się Tryp.

czwartek, 10 marca 2011

Gdzie się podział las, Królowo Marsa?

Niespodziewanie rześki poranek, przyjemne pięć stopni od kilku dni i historyjka-rebus na tablicy w pracy, gdzie mieliśmy już rozpracowywane o wiele trudniejsze hasła: na złe to i kura piardnie czy czas nie guma, budzik nie sanki. Teraz jest wiosenne i jest jednocześnie internetowym memem. Okazuje się być nadspodziewanie trudne, a wydawało mi się oczywiste. Prosta rzecz a uczy, czy może przypomina, o pokorze, o bogactwie świata, który każdy widzi inaczej i gdzie indziej, i nie ma się co dziwić, że nie słyszał jeszcze hasła Wiosno, napierdalaj!

Jechałem wczoraj do Bazyla i Herbacianej, wzięli w sobotę ślub i to nie dla kredytu czy przez wpadkę, po prostu - ładne. Na stacji metra dostałem info, żeby jednak nie być za wcześnie, półtorej godziny, no to lepiej iść na spacer - z Politechniki doszedłem do Ronda ONZ. Lubię chodzić tymi ulicami, choć raczej nie pamiętam, jak się która nazywa - tylko że Polna jest Polną wiem, no ale pracowałem przy niej, trzeba było znać adres do zamawiania pizzy. Ta kombinacja wieczornego światła, perspektywy na wąską uliczkę i wciśnięte pomiędzy nią a kamienice drzewa - a zieloność tuż tuż - uspakaja mnie. Przechodzę pod Mariottem i pierwszy raz widzę kolorowy Pałac Stalina. Jasne, gdzieś już o tym czytałem, mignął mi z tramwaju, ale nie tak przejrzyście. Nierzeczywisty, ostry, nachalnie wręcz wyraźny. Dobrze komponuje się z nim toitoika od strony pętli autobusowej, ale może jednak lepiej wyglądałby bez niej.

Dojechałem do Górczewskiej, chwilę pokręciłem się między blokami, żeby tylko nie być za wcześnie. A jednak posypywanie głów popiołem zatrzymało ich jeszcze dłużej - dobrze, że udało mi się wbić do klatki. Mogłem na schodach podumać nad ostatnim powrotem Discovery. Bo czytałem lead na dużym portalu, że nowy pojazd może ludziom umożliwić powrót na Księżyc - a w przyszłości nawet na Marsa. Powrót ludzi na Marsa? Przecież o pierwszej wizycie, czy chociażby próbie, nawet Verne nie pisał.

A może się czepiam. Bo to bardzo ładne hasło. Powrót ludzi na Marsa. Kosmos skończył się.

Opłaciło się czekać na schodach, zaprosili mnie do kuchni, niby post, ale akurat ja dostałem mięso. Zadowoleni ze mnie, że nie pytam, co im się po zaobrączkowaniu w życiu zmieniło. Ba, ja wiem, że to nie tak od razu się puchnie, tyje i siwieje. Kiedy dociera Smoczy, jestem już tak rozpieszczony gościną, że prawie zasypiam na kanapie, ale kiedy wracamy, wydaje mi się, że mówię znów przytomnie. Wiadomo o czym - o pracy, studiach, kredytach, wyjazdach z kraju. Ledwie wrócił z Erasmusa, a kombinuje, zastanawia się. Nie żeby dużo bardziej mu się tam podobało, bardziej mu się podoba tutaj - no ale. Mam wrażenie, że to powtarzanie, że teraz jest inaczej niż kiedyś, kiedy siedzieliśmy do rana na parapecie, albo krawężniku, po tym jak przyjechałem od niej rowerem przez las, że się ludzie kończą, bo żonaci, albo pracujący, albo za starzy, to jest próba uzyskania potwierdzenia - tak, nic Cię tu już nie trzyma. Nie myślę tak jednak - bo słuchaj, chodzi nie tylko o to, żeby się spotykać przy wódce, tylko żeby razem coś robić.

Porządkowałem ostatnio kontakty na fejsie, klucz był mało ścisły, kto mi zalazł za skórę, albo kto mnie nie interesuje, to nie jest prawda, bo naprawdę interesują mnie te osoby, które wyświetlają się na tablicy - może dziesięć? Po co mi ludzie z klas z liceum, albo wcześniej, nigdy słowa nie zamieniliśmy. Ktoś się tam raz odezwał, niech sobie zostanie. Jak pokasuję pół firmy to się nie obrażą? O, a to dziewczyna z pierwszych studiów. Zjawiskowa, uśmiech ruszał bryłę z posad świata. Teraz gdzieś w UK, musiała mnie kiedyś znaleźć przez mejla, w UK jest też druga, która była najpierwszą towarzyszką i moim mózgiem wtedy, z nią nawet wymieniliśmy dwie wiadomości. Ale ta pierwsza po co w znajomych, hmm? Zostawiłem, bo jednak warto sprawiać wrażenie, że się tobą atrakcyjne kobiety interesują, nawet jeśli naprawdę się nie interesują. Łajdactwo! Rzadki pokemon w kolekcji.

No i masz. Minął tydzień od porządków i rok od ostatniego kontaktu - proponuje mi do znajomych koleżankę, nie mam pojęcia, która to, przypuszczać tylko mogę, a zdjęcia nie ma. Chyba wiem, chyba. Ale słuchaj - ja na tym fejsie ani nie mam zdjęcia wyraźnego, w kasku takie, ani nawet już nie jestem jako ja podpisany. Więc to nie jest tylko kwestia braku kontaktu, ale również mojego kamuflowania się. I dziwię się i cieszę - bo nie tylko pamięta, kto to, ale jeszcze podoba jej się Powrót ludzi na Marsa.

Niespodziewanie rześki poranek, ciepło i siąpi, krople są dopełnieniem niewyspanego mrowienia na mózgu, koją, to jest wszystko i nic, przestrzeń dla myśli.

poniedziałek, 7 marca 2011

Muumilaakson maaliskuu

Marudzenie moje przyniosło dziś bezbłędny odzew. Marudziłem na finiszu pracy, że ani mi się pracować nie chce, ani z pracy wychodzić, na co Wiedźma bez zastanowienia rzuciła - Idź kupić paluszki z makiem. I nie miała pojęcia, że przecież nie może być na moją niemoc lepszej odpowiedzi niż przypomnienie czegoś zapomnianego, bo odniosła wrażenie bycia gromioną wzrokiem, podczas gdy ja patrzyłem, porażony, jakby mi się jaka Pytia ukazała. Bo jakby się nie ukazała, to nie ma mowy, żeby mówiła z sensem. A tu proszę - już kiedyś na pewno wspominałem, że są w tej rodzinie czarowne historie, tak, miałaś, dziewczyno, podstawy obawiać się Tarota. No bo jak to tłumaczyć inaczej, skoro broniła się, że niby z Cyganem mówiliśmy o rowerach dzisiaj i stąd jakoś wzięły się paluszki? Co ma rower do paluszków? Okej, kupuję je czasem, właściwie jedynie przy Rynku Nowego Miasta, ale częściej chodzę tam z buta jednak.

Nie ma zresztą co marudzić - jestem kojarzony z rowerem i paluszkami z makiem, na pewno mogło być gorzej.

Do tego wrócił do mnie odtwarzacz, chyba przez miesiąc byłem na odwyku, zapomniałem go zabrać z domu - zacięcie na zorganizowanie ksywki - Mimbli, kiedy Dwie Kalorie zarządził poprzednio zabijanie bestii. Mimbla powiedziała, że zestaw daje radę, poza może Paktofoniką. Cóż, nie żebym ja sam jeszcze półtora roku temu widział czy słyszał cokolwiek w takiej muzyce, kiedyś na pewno się na nią krzywiłem, a teraz Motor co i rusz podsyła jakieś kawałki, które jednak mają trochę więcej treści niż, powiedzmy, samotne pierdolę to...

Tu przerwał, gdyż ponownie go rypło i miał z tego frajdę, że złożyło się w całość, wskoczyło na swe miejsce. Everything is from inside, tak pomyślał wieczorem w środę (o piosence, w której tego nie ma) i tak pomyślał w czwartek rano, co chyba pozwoliło mu iść do pracy na tę wcześniejszą godzinę, nie to żeby należało się tu od razu popularne hasło profit, ale na pewno to jakieś osiągnięcie. A w ogóle - przeprowadzanie biura wiązało się z porządkami i pakowaniem, i wtedy władował do torby antyczne już prawie papiery, które w pierwszej połowie ubiegłej dekady (dlaczego to słowo ma brzmieć dumnie?) wędrowały do szkoły, później ocenione do domu, później z niewiadomych przyczyn wylądowały u Smoczego i dopiero w ostatnich miesiącach zostały tam odkryte, ale znów, zamiast lecieć do jakiejś teczki czy pudła w domu, wylądowały w szufladzie roboczego biurka, gdzie czekały do przeprowadzki. Otóż te papiery miałem teraz na wyciągnięcie ręki, wypakowane miesiąc temu z torby, mam z nimi ten problem, że bardzo wstydzę się takiego siebie, jakim byłem wtedy, a jaki byłem, o tym jasno chyba świadczy zdanie z wypracowania z pierwszej liceum:
Są tacy, którym treści w stylu "pier**** rząd, pier**** matkę, ojca, babkę" lub "wczoraj zabiłem dziewczynę a dzisiaj znowu piję"* odpowiadają, ja jednak zdecydowanie do nich nie należę.
Byłoby to coś na kształt riserczu ziemkiewiczowskiego? W każdym razie, kontynuując przerwaną myśl, od dzisiaj wiem już, skąd się Motorowi wzięło sformułowanie Poczekalnia dusz, którym określa jedno zawodowe zagadnienie, a z fejsa wiem też, po kim powtarza czasem jakie to uczucie, gdy zawodzi człowiek. Tak mi się przynajmniej wydaje, że wiem, może to starsze jednak jest.

Intensywny weekend, właściwie cały tydzień, już poprzednio pisałem od Katastrofy, do domu wróciłem w piątek po pracy, ze strasznym bólem głowy, który przeszedł po darowanym naleśniku, chińskiej zupie i kąpieli, na szczęście, bo w perspektywie był większy - wieczór u Wielkiego Elektronika, który jest jedyną osobą z tamtego świata, którą chętnie spotykam. Fajne ma dzieciaki, nawet jeśli się mnie boją, trzy miesiące temu głównie się przewracały, teraz głównie uciekają. Leniwy wieczór, w tle film z wesela, przekonujący mnie o tym, że sam nie chcę czegoś takiego nigdy organizować, niepewne siebie towarzystwo, oczy chcą widzieć więcej, brak zaufania. Wreszcie upragniony sygnał - zostawiliśmy ich, otworzyłem bramę, wyjechali, zawróciłem jeszcze, podbiegłem do Elektronika, nie dla niego rzucone w przestrzeń cześć, trzeba się pożegnać jak należy. A u Smoczego historie - o Finlandii, prohibicji, nocach polarnych i samobójstwach, które statystycznie są tam pierwsze, ale drugie po nich są wylegujące się na drogach renifery. Co powtarzam w domu Mimbli, bo przecież ona to studiuje, a o poranku (w nocy olewanie bestii i obserwacja wielkich radości, naprawdę ładne to dla mnie było) słucha fińskiego radia. Podobno pierwszy raz tak o poranku, kiedy grają chyba stare rzeczy, bo kojarzą mi się z dwudziestoleciem, na co słyszę - A wiesz, że pierwszy fiński film był o pędzeniu bimbru? Ale się nie zachował.

Więc jeśli wydział ugrofinistyki UW kiedyś zrobi remake tego filmu, to wiedzcie, że pomysł był mój. Ciekawe, że Muminki Tove Jansson pisała po szwedzku, skoro fińskie Muumilaakson marraskuu brzmi sto razy ładniej niż oryginalne Sent i november. Marraskuu to listopad, ja potrzebowałem do wpisu marca - świat chciał, że brzmi praktycznie tak samo. Maaliskuu. Znów klik w głowie, bo inne miesiące nie brzmią aż tak podobnie, żeby nie było.

Wyszedłem z pracy kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi. Nie chodzi mi tu o nieudolne opisywanie majestatycznych okoliczności przyrody, bo na finiszu zimy najbardziej cieszymy się, kiedy słońce jest w zenicie i cieplutko wali w okna, i to raczej takiemu by się należało. Po prostu robiło się już szaro, na tyle szaro, że nie mogłem się za bardzo przyglądać twarzom mijanych dziewcząt - podobno ludzie bez wad wzroku bardziej dają wtedy radę? I szedłem Kruczą, zdawało mi się, że przy kolejnej przecznicy dziewczyna tuli się do faceta. Wgapiłem się w płotek, przeszedłem kilkadziesiąt metrów - krzyk. Bo to jednak dwóch facetów, jeden o głowę niższy, większy w bojowym nastroju, a obok trzeci. Odpychają się, walka nie jest pewna, w ogóle nic nie jest pewne, sytuacja do ominięcia z daleka, ale przecież - z lewa blok, z prawa płot, przeskoczyć to sprowokować, zawrócić chyba też. Przeszedłem pomiędzy nimi a tym trzecim - Walcz, kurwa!

Ale to nie do mnie. Każda studzienka na trasie z wyżłobieniem wokół - dwa razy bym skręcił kostkę. Syrenka na Rynku Starego Miasta jak pięść do nosa, zdaje się, że kiedyś była na Barbakanie i to było dobre miejsce. Paluszki Żerań mają teraz inne opakowanie, nie wiem, czy nie zmieniły się w smaku, bo nie było z makiem. Kupiłem dwa sznurki obwarzanków.

* Byłby to mocny kandydat na tytuł posta, gdybym nie ustalił go już wcześniej.

środa, 19 stycznia 2011

Fsiubździu, a niech sobie będzie

Na twarzoksiążce nastąpiły spodziewane z dawna zmiany, teraz już nie mogę wybrać, jak wygląda mój profil, oni bardzo chcą, żebym bardziej był zdjęciem niż słowem - wyraźny sygnał, żeby odezwać się tutaj. Nawet jeśli miałbym pisać o twarzoksiążce właśnie - bo zdarzyła się tam ładna rzecz, to dlaczego mam nie napisać. W piątek dostałem zupełnie niespodziewanego mejla od dziewczyny, z którą spotkałem się cały jeden raz w życiu, a był to mejl z noworocznymi życzeniami w formie kartek. Wydumałem sobie, że pewnie ma jakiś sprytny program czy aplikację do synchronizacji kontaktów z fejsa i stąd wie, gdzie słać mejla, bo ja jej przecież nie podawałem, a wątpliwe, żeby specjalnie wbijała na profil do mnie spośród kilku setek znajomych. Światowa to jest bardzo dziewczyna. Akurat obudziłem się po zejściu w pracy (to znaczy drzemce obiadowej, ale raczej kiepsko się wtedy czułem) i tak mnie ta niespodzianka ucieszyła, że wymyśliłem skomponować jakąś kartkę w odpowiedzi. Jaką miałem frajdę ze składania, a ona ponoć równie wielką frajdę z takiej odpowiedzi, oraz - jakie to wszystko było proste. Ładnie.

W jakimkolwiek miejscu bym nie pisał, choćby było to tylko i wyłącznie moje miejsce, po dłuższej nieobecności odczuwam obowiązek usprawiedliwienia się. Całe lata pamiętników, przerwa, powrót - No, więc, tego... Bez sensu. Coś tam pisałem po drodze, to jest udało mi się zarejestrować na forum, które kiedyś już wspominałem, towarzystwo jest dość hermetyczne, głowy pełne zupełnie nieżyciowych informacji (no bo komu na co się przyda dogłębna znajomość historii świata gry?), wciągnęło mnie to na kilka dni. Myślałem na przykład już w ubiegły poniedziałek, żeby coś napisać tutaj i najlepiej właśnie w poniedziałek, żeby mniej to było smutne, bardziej wyspane, ale zamiast tego analizowaliśmy kilkanaście zeskanowanych z zagranicznego periodyku obrazków. To znów odkrywanie Ameryki - jak to fajnie, że ktoś mnie czyta i odpowiada, dopowiada w temacie, który nas tam wszystkich naprawdę jara, nawet jeśli po czwórce do zapowiedzi podchodzimy sceptycznie.

Za to właśnie przed poniedziałkiem (tamtym) działo się dla odmiany prawdziwe życie, czyli tak zwane spotkania towarzyskie. Działo się już w tą marudną środę, bo udało się spotkać ze Smoczym, który przyjechał na kilka dni z Niemiec. Od pół roku nie było takiego spotkania, to znaczy właściwie od kiedy wróciłem w ubiegłym roku z Offa. Pełen skład, mieszkanie już chyba nie tak studenckie jak kiedyś, ale wciąż tak samo zaprzyjaźnione. Świetne uśmiechy dziewcząt, nawet pomysł, żeby iść na sanki, tylko jakoś sanek brak. Czarna Mewa już snuje plany wakacyjne, jechać gdzieś i bez niczego, i byczyć się wspólnie nad jeziorkiem. Żeby nie ten brak snu, to bym dłużej korzystał, a nawet korzystałbym pomimo braku snu - tylko że ja miałem niedomiar snu, ale nadmiar bólu głowy - odpadłem o północy i wreszcie coś śniłem przez więcej niż dwie godziny.

Nazajutrz drugi biegun - Dwie Kalorie zapraszał do kawiarni. Nigdy sobie siebie w kawiarni nie wyobrażałem, odwiedziłem chyba dwa razy w życiu z Niedodzwanialną, jestem zdecydowanym zwolennikiem herbaty w domowym zaciszu. Więc pewnie się zestresowałem, bo gdzie to i jak to znaleźć, i w ogóle przegapiłem wiadomość, że nie spotykamy się w kawiarni, tylko pod dworcem, skąd razem dotrzemy. Czyli oni czekali na mnie, a ja na nich - dobry początek! I to jeszcze oni docierali do mnie, strasznie kiepskie uczucie, kiedy czekasz na grupę, której w większości w ogóle nie znasz - lepiej na odwrót, kiedy się samemu dociera, wbija w spotkanie. A jednak - to też był dobry wieczór, na tyle dobry, że prawie zapomniałem o czynionych na forum rozkminkach, choć przecież był to pewien punkt przełomu w temacie. Inna sprawa, że po powrocie do domu przez dwie godziny tłumaczyłem wymyślony alfabet, upierając się przy samodzielnej zabawie, a nie na gotowe.

Może zacznę częściej pisać, kiedy już skończę do spółki z Katastrofą brnąć przez Lamerskie Wprowadzenie do Pythona. W ogóle nie opłacało się przestawać być studentem, skoro sesja mnie nie mija, ale cóż, na pewno trudniejsze to łamigłówki niż puzzle ze smoczego alfabetu.

czwartek, 30 grudnia 2010

Tribute to grudzień, 5. Koniec kryzysu

No dobra, ja tylko żartowałem, że już nie będę pisał bloga. Jeżeli kiedykolwiek chciałem czegokolwiek, co nie było słabo osiągalną kobietą, to właśnie pisać coś, blog się świetnie nadaje, bo nikt nie pilnuje, nie sprawdza i nie ocenia głośno, jest ochota, to jest i pisanie. Grudzień minął na smarkaniu i przesiadywaniu w pracy, bo trzeba omijać tłumy przecież, te w autobusach i na drogach. W związku z wolną Wigilią liczyłem na cudowne ozdrowienie, trzy dni wysypiania, to pewniak być powinien! Nosa z domu wtedy nie wyściubiłem i oczywiście w poniedziałek przyszedłem do pracy niewyspany i chyba jeszcze bardziej schorowany. Praca minęła, wróciłem do domu i okazało się, że nie mogę spać, tak w ogóle - skąd to? Przynajmniej o tej drugiej nocy zdecydowałem się na wzięcie laptopa i wystukałem jakieś tysiące znaków posta na forum, na które chciałem się zarejestrować, opisując olśnienie w związku z ośmioletnią grą (owszem, to znów Morrowind). Olśnienie się na razie marnuje, bo wciąż nie dostałem mejla z potwierdzeniem rejestracji, a do tego jak większość moich rzeczy, kiedy przybywa im dni, coraz bardziej traci wartość i sens w moich oczach.

No i znów poszedłem do pracy, słodko wreszcie przysypiając w autobusie, jak dobrze, że już nie jest tak mroźno, bo bym mógł przymarznąć do szyby. Przeżyłem dzień jeszcze boleśniejszy niż poprzedni i wróciłem spać. Wstałem kilkanaście godzin później - cudownie ozdrowiały.

A w każdym razie czuję się już o wiele lepiej.

Powiastki zaległe #2

Na początku grudnia, w pierwszą sobotę, poszedłem na imprezę. To zupełnie niespodziewany owoc poprzedniej firmowej integracji, kiedy zapoznawaliśmy koleżanki Dwóch Kalorii i nawet dodawaliśmy na fejsie, a później dostałem na tym fejsie zaproszenie na kicz party. Okej! Ubrałem taką starą marynarkę, nie mam pojęcia po kim to, zawsze chciałem ubrać, na tę okazję miała towarzystwo dresu z dwoma paskami. Na miejscu poznałem Szefa, który został Szefem, bo miał paski trzy. Trzeźwe właściwie towarzystwo przymusiłem do tańczenia Macareny, a kiedy było coraz to mniej trzeźwe, to nie trzeba było przymuszać, nawet były zupełnie uczciwe tańce. To był drugi raz w tym roku, kiedy tańczyłem, pierwszy, kiedy mi się podobało. Wcześniej okazało się, że mam styczność z dziewczyną z Mińska i gościem z Gorzowa - no to od razu poleciały nazwy Mistrzów - Maki i Chłopaki, Muzyka Końca Lata i Kawałek Kulki, a nawet usłyszałem tekst - Grałem z bratem szefa KK! A później typ dorwał gitarę i zagrał, i zaśpiewał - Hej dziewczyno, masz ładne kolana!

Zupełnie dla siebie niespodziewanie zakończyłem imprezę kolejnego dnia o czternastej, choć wcale mnie jeszcze nie wyganiano. Również wtedy nasiliła się nieszczęsna choroba, cóż.

Tym razem nie było żadnych opowiastek damsko męskich, może dlatego, że nikt nie gadał w mieszkaniu o rpg, albo dlatego, że balkon był bardzo niewielki i niezbyt przy minus dziesięciu zachęcający. Posłuchałem za to o rozterkach ludzi w podobnym wieku, którzy właśnie kończą studia, praktykując jednocześnie w firmach, pełni obaw, że nie dostaną stałej roboty po obronach. I wzdychają trochę nad tym, choć nie do przesady, ale wystarczająco, żebym mógł dla odmiany bardziej docenić swoje miejsce w życiu. Przecież sam, zbyt leniwy na sumienne studia (czyli pewnie po prostu zbyt leniwy, bo nawet dla papierka mi się nie chciało prześlizgiwać), pracuję od trzech lat w tym samym miejscu, mam stałą umowę, co ponoć jest dla niektórych marzeniem, coraz mniej marudzę, coraz więcej robię, a nawet naprawdę doceniam dużą swobodę. Przede wszystkim jednak wciąż doceniam fantastycznych ludzi.

Dobry wieczór

Pod koniec grudnia, w ostatnią środę, poszliśmy na imprezę. To znaczy wczoraj. To była kolejna impreza integracyjna, przysługują raz na kwartał. Rodziła się w wyjątkowych bólach, na szczęście mnie zespół przycisnął (żeby nie napisać, podłożył gotowe do wysłania dokumenty). Pal licho kiepską pomidorową i niezbyt okazały stek, skoro wszystkim wokół smakowały naleśniki. Choć tego samego dnia Cygan obwieścił odkrycie Ninjump i obawialiśmy się, że większość oleje imprezę i będzie chciała zostać ninja, udał się jeden z lepszych wieczorów tego roku. Z Protestanką mówiliśmy o Cejrowskim (którego nie znosi) i Kazimierzu Nowaku (ona jest źródłem książki, którą czytałem tych kilka miesięcy temu), Cygan też się dosiadł i wtedy mogłem słuchać, jak wymieniają poglądy o afrykańskiej muzyce, na jakich byli koncertach i inne takie - to ulubiona rzecz, widzieć i słuchać, kiedy ktoś się czymś fascynuje. Mogłem się kłopotać odpowiedzią na pytanie, w jakie ja bym chciał jechać miejsce - bo po prostu nie ma takiego miejsca, o którym kiedykolwiek marzyłem. Zamówiliśmy butelki wina dla nieobecnych, dostaną w nowym roku i przy wyjściu dziękowaliśmy właścicielowi za ciepłe przyjęcie. Szedłem do autobusu na Marymont, trochę wiało, trochę sypało, śnieg skrzył tak świeżo.

Tribute to listopad

Więc jeśli już otacza nas klimat podsumowań, albo noworocznych postanowień, to nawet jeśli nie popieramy instytucji noworocznego postanowienia, albo w ogóle nie jara nas sylwestrowy klimat i imprezy, i być może nie planujemy na ten wieczór nic specjalnego, już bardziej zastanawiamy się jak przetrzymać jutrzejszy koncert Kombi pod oknem - to przynajmniej bądźmy razem przy tak zwanych momentach. Najlepsza chwila tego roku to piętnaście minut w listopadzie, chyba pod koniec, od godziny piętnastej, kiedy czytałem na głos raczej niezbyt udane opowiadanie...

Eejże, nie to, że od razu moje!

...komentując trochę, śmiejąc się i wygłupiając ze słuchaczem. Jeżeli jest więcej takich rzeczy, o których przez ostatnie lata zapomniałem, a lubię je wręcz szalenie, jak takie głośne czytanie, to życzyłbym ich sobie w ramach przyszłorocznych momentów. Mogą to być również nowe rzeczy, a mogą to być i okazje do czytania. Bo przecież pisać to mam gdzie, no!

poniedziałek, 15 listopada 2010

Skalpele, dissiki, rowerki

Gdyby ktoś się nade mną zastanawiał, co się dzieje i takie tam, to wypadałoby wytłumaczyć się, albo rzucić przynajmniej jakieś ładne łgarstwo - żeby napisać jedno zdanie, należy przeczytać tysiąc stron, jakoś tak. Nie da się ukryć, że z czytelnictwem się opuściłem, w autobusie wciąż Wilk stepowy, a to nie jest długa książka. Czytałem ją już, ale przecież jestem w zupełnie innym miejscu w życiu teraz, więc odczytuję lekko inaczej, nie będę zostawiał. Toż to nie Ulisses, ale jakby kto pytał, skąd wzięła się w mojej głowie pierwsza o książce Joyce'a wzmianka, to właśnie z okładki Wilka. Oczywiście muszę kiedyś przez niego przebrnąć, będę mógł przestać nad nim biadolić, albo może będę jakoś sensowniej biadolił, bo przecież nie może być tak, że samego siebie tutaj zaczynam zanudzać.

Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.

Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.

Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.

Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.

W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.

Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.

Wtem!

Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!

Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.

niedziela, 7 listopada 2010

Życie w szponach wyobraźni

Pokój, siedzę na kanapie z kimś, wchodzi koleżanka z czasów szkolnych. Opowiada, że odłożyła już sto tysięcy złotych na mieszkanie, przez trzy lata od kiedy się widzieliśmy. A ty ile odłożyłeś, pyta mnie. Migam się od odpowiedzi, komentuję, że pewnie więcej zarabiała, będąc w Ameryce, to musiałaś odkładać ze trzy kafle miesięcznie? W trakcie rozmowy siada na mnie, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi - erotyzm nie jest wliczony w tę przyjaźń. Inni wychodzą, a ja nagle wiem, że ona jest potwornie smutna i staram się na pociesznie przytulić. Jednak ona wyślizguje się wszelkim próbom, nie, nie opiera się, po prostu jest tak wiotka i jakby w jakimś śliskim dresie. Kiedy się ześlizguje, muszę ją podnieść z podłogi i spróbować jeszcze raz, w poszukiwaniu odpowiedniego układu ciał.
Sen to czwartkowy, zanotowany na zebraniu, a później jakoś nie było czasu, żeby się tu podzielić. Dzisiaj miałem już kolejny, zupełnie inny, ale po drodze przecież się coś działo. Na przykład w ramach jednego fajnego projektu, który staram się zrealizować w pracy, wyważałem otwarte drzwi - no jestem amator, a nie programista, nie mam czasu zapoznawać się z pełną specyfikacją języka, więc wcale nie spodziewałem się, że funkcja do kopiowania plików nie to, że nie istnieje, tylko odmiennie od pozostałych funkcji powiązanych z plikami, nie zaczyna się na "f". Hej, dlaczego miałaby zaczynać się na "f", jeśli może nazywać się po prostu "copy"? Strasznie mi się to podobało, kiedy wpadłem na nią w chwilę po tym, jak ręcznie zrobiłem przepisywanie tych plików.

Później była firmowa impreza kręglowa, na której dla odmiany niewiele było żenady, bo większość koncentrowała się na meczu, a nie grze. Ja najpierw musiałem zapytać, czy nasi są biali, czy niebiescy, a później dowiedzieć się, w którą stronę którzy grają. Na szczęście na tyle jestem rozgarnięty, że kiedy słyszałem zachwycony ryk, to wiedziałem, że padła bramka, sam ryczałem i oglądałem powtórkę.

Ktoś rzucił hasło uczczenia zwycięstwa odpowiednio zwącym się browarem, ktoś inny, że jak poprzednio (nie wiem, kiedy to), na powietrzu, wprawdzie trochę padało, ale znalazło się niezłe miejsce pod przejściem nad jezdnią. Stoi pięciu chłopa, korporacyjny element, i z rozrzewnieniem wspomina, jak w liceum ukrywali browary po kieszeniach i plecakach, a później zeszyty do wyrzucenia, ale taka cena unikania przyłapania. Marudzą, tęsknią, jakie to życie mieli wtedy proste, a ja słucham i uśmiecham się, bo ja to jakimś sposobem wszystko ominąłem i nawet nie jestem pewien, czy tęsknić. Zawsze są jakieś problemy, tamte już przeżyte, więc pewnie dlatego tęsknią. W drodze powrotnej z Głazem dyżurny temat, kto gdzie mieszkanie i po ile, czy to już czas na kredyt, czy w ogóle zdolność kredytowa, czy trzeba czekać na kogoś, straszne. Wcześniej w kuchni dosiadł się do nas szef - O czym gadacie?
- Zbieramy na mieszkanie dla Głaza, cegiełka czterdzieści tysięcy!

Wczoraj po pracy plan na wytchnienie, nie dodzwoniłem się do Czarnej Mewy, jeszcze we wrześniu obiecywaliśmy jakieś wyjście. Odebrał za to niezawodny Katastrofa, tu bez wyjścia, z odwiedzinami. Na Kabatach również jego Smorka, nie spodziewałem się jej, mówił przecież, że się uczy, no ale skoro jest, to przecież, że uśmiechajmy się. Polecali jakąś książkę o wyłażących z głębin płaszczkach, ja sobie przypomniałem, że wikipedia ma artykuł o wielkich kałamarnicach sprzężony z artykułem o kaszalotach, bo gdyby ich nie zjadały, to pewnie byśmy nie wiedzieli, że takie są, a oni doszli, że z ryb czy stworzeń głębinowych faktycznie tam niewiele informacji - pewnie nie pisałem, że oboje dzielą zamiłowanie do biologii, więc mogą z takim oceanicznym tematem płynąć. Na szczęście nie na tyle daleko, żeby nie poczęstować obiadem, nie dość, że wyszedłem pełniejszy, to jeszcze z książką Iwaszkiewicza o Chopinie (płaszczki mnie jednak nie skusiły). Będzie jak znalazł, kiedy już przebiję się znów przez Hallera. Pożyczył mi to K2, on z kolei zajmuje się muzyką, widziałem kiedyś różne biografie u niego, więc w związku z Harrym szukałem Mozarta, ale na Fryderyka też jest okoliczność w tym roku.

I żadna z tych rzeczy nie tłumaczy dzisiejszego snu.
Wyglądam trochę jak Batman. Skrywam się w kurhanach, po kryjomu wyłapuję i pokonuję wrogów, którzy wdzierają się do ciągnących się pod nimi jaskiń. Wokół ciemność, noc, te kurhany się czasem zapadają, rządzę. Później szturm na siedzibę wroga, tym razem już w jakiejś armii, wielu nas. Przebijamy się przez korytarze, to dzieje się w kosmosie, musimy dotrzeć do centrum stacji, gdzie czeka na nas główny wróg, główny boss.

Wiadomo, że to ja go muszę rozwalić, wskakuję tam, ostrzeliwując się, pomieszczenie jest duże, okrągłe, walczymy. I kiedy ja mam wygrać, to on wdusza tajny przycisk, a podłoga w środku pomieszczenia otwiera się na kosmos i spadam w przestrzeń.

Prostuję się tylko, żeby lecieć szybciej, bo skądś wiem, na czym polega ta pułapka, oni specjalnie nas wpuścili do samego serca, żeby tym łatwiej nas zniszczyć. Spadam w przestrzeń a za mną spada bomba, jakie to słowo jest nieadekwatne do skali zjawiska - to jest pocisk atomowy, który zniszczy wszystko z czym przybyliśmy.

Myślę tylko, żeby zamknąć oczy, to może nie stracę wzroku, czuję wybuch i dwa smagnięcia po nich - nawet jeśli będę widział, to na zawsze zostaną mi pionowe znamiona na białkach.

środa, 27 października 2010

Życie to surfing

Kobiety występują w trasie Strzały z Biodra, wyświetlają mi się na fejsbuku, raczej rzadko się wyświetlali do tego tygodnia, a teraz dzień w dzień coś. Nie wiem czy to w ramach promocji trasy, czy w ramach ogólnej promocji ktoś dostał ich profil pod swoją opiekę. Tak mają na przykład Pustki, które mam na tym fejsie dwa razy - raz jako stronę, raz jako znajomego. Sami mnie zaprosili, więc wysłałem wiadomość z pytaniem, po co takie rozdrobnienie, a oni że to taki newsletter, czego nie da się zrobić ze strony. No okej, jeśli tak chcą, choć jeszcze nic z tego newslettera nie dostałem.

Załatwiłem bilety, najlepsze zagospodarowanie przerwy w pracy od długiego czasu, tramwajem z Placu Politechniki do OCH-Teatru (to jest och-teatr, OCH-TEATR, czy gdzieś pomiędzy?). Kupuję te bilety i widzę ulotki - Kantata na cztery skrzydła, widzieliśmy to przedstawienie w Natolińskim Ośrodku Kultury ze trzy lata temu i przy okazji Mistrza i Małgorzaty Katastrofa wspominał, że chętnie by znowu zobaczył. Więc podesłałem, zaproponowałem kilku nowym osobom i teraz czekam na odzew. Choć sam kiepsko rozplanowałem listopadowy budżet i teraz migam się od chodzenia na filmy w ramach Festiwalu Pięć Smaków. A Kantata to jest przedstawienie typu żeby pękło w nas to co przynosi strach, zawsze na czasie.

Ekipa z Trójmiasta śpiewa nową piosenkę We are the mutants, na którą aż się wyszczerzyłem, bo to jest sensowna piosenka o internecie. Nie wiem, kto to napisał, pewnie jakoś się dzielą doświadczeniem i pomagają sobie, bo Nawrocki to chyba za stary typ na dziewczyny o twarzy z mangi. Zastanawialiśmy się z bratem, gdzie i jak jest teraz w piosenkach internet, kto i jak go wkomponowuje, ale padły tylko dwa dodatkowe hasła - Myslovitz i Róże Europy. Jak ja uwielbiam Róże, to tutaj nie należy im się pogrubienie. Klattowi się nie udało - Bobry w sieci sugerują wielką internetową sielskość i wspólne surfowanie, co to w ogóle znaczy z tobą surfować wszędzie? Nie ma czegoś takiego jak wspólne surfowanie, zdarza się, że impreza przeradza się w jakieś youtube party, ale to już zupełnie inna sprawa. Choć równie kiepska jak ta piosenka. Sztuczność.

Inaczej jest z Myslovitz, to pewnie wynika z rozbieżnych zainteresowań frontmanów, bo Rojek organizuje swoje Offy, a Klatt (może też swoje?) Opola i Eurowizje. Rok wcześniej mieli na płycie Nocnym pociągiem aż do końca świata, tam od początku wiadomo, że w ogóle nie jest sielsko, realny świat nie ma żadnych szans, ale i tak właściwie wypadałoby nawiewać. Ja widzę w tym jakieś nawiązanie do dwa lata starszych skalarnych odjazdów - może nie każdego twarz wyskakuje w telewizji, ale pytanie kim naprawdę jestem sam, czy bardziej jestem taki sam, czy bardziej jestem taki, jak do kogoś, to sam sobie niedawno tu zadawałem, więc musi być - szkolne słowo - uniwersalne, a może nawet coraz intensywniej uniwersalne w czasach sieciowych portali społecznościowych. Tak, widzę tu pewien dysonans, najpierw piszę, że nie ma wspólnego surfowania, a teraz, że społecznościówki, ale chodzi mi o to, że one nas jakby rozmywają. Sam jestem skonfudowany, wrzucam czasem na fejsa jakieś linki, które za chwilę kasuję, bo przypominam sobie, że docelowy odbiorca też przegląda zupę Czerskiego i na pewno wcześniej już widział mordercze cycki. I po co niby komu taki lolkontent (to jakieś słowo z okolic Orlińskiego, nie wiem, czy dobrze rozumiem, ani czy nie jest zarezerwowane tylko dla wtajemniczonych arystokratów, nadszyderstwo, itd. itp. ojej, jakie długie zdanie w nawiasie, stop) z mojej strony.

Kobiety mają już internet oswojony, w piosence nie ma dziwnych słów jak plik, to są po prostu oglądane na fejsbuku zdjęcia. Połączone satelitą pulsujące skronie dają takie ciepłe wrażenie, jakby trzymali się za ręce. Beznadziejnie ładna melodia z wibrafonem, chciałoby się dla odmiany uwierzyć, że jest w tej wielkiej cyfrowej maszynie jakiś duch. Oczywiście wiem, że to nie jest maszyna, to niewidzialna sieć i zerojedynkowy wirus, ale po pierwsze nie widziałem tego filmu o Zuckerbergu, a po drugie na pewno nie będzie lepszy niż Ghost in the Shell.

Najwcześniejszy piosenkowy wątek internetowy kojarzę z The Users - Nie idź do pracy, to szatan puszcza e-maile. Nie mam pojęcia, czy Świetlicki miał wcześniej taki wiersz, piosenkę, czy ten akurat kawałek był na potrzeby występu, za to jasno widać, jak to dawno - bo kto dzisiaj mówi na mejla e-mail? Ja w 1999 uczyłem się HTMLa i robiłem strony o mandze, o ambitnej nazwie Kumi's site, aż dostałem mejla z firmy Kumi, która mnie, trzynastoletniemu, groziła sądowym pozwem za bezprawne używanie nazwy. No i że w ogóle jest taka płyta też się dowiedziałem z mejla. Prawdopodobnie ciężko ją znaleźć, a tym bardziej kupić, dzisiaj nawet się przeraziłem, bo zapamiętałem pojęcie yass i domenę art, a na yass.art.pl wyskakuje pożegnanie - kaplica. Ale jednak wciąż jest do pobrania. Może zapomnieli skasować, tylko startówkę podmienili.

czwartek, 14 października 2010

Ani jednej piosenki o miłości

Starałem się wczoraj być bardzo zen, więc przez kilka godzin przewracałem się na łóżku, zamiast komukolwiek zwracać uwagę na głośność społecznych interakcji. Telefon opacznie wziął ze mnie przykład i w myśl cichej zen nie zwrócił mi z rana uwagi, że wypadałoby wstać do pracy. Obudziłem się więc wyspany, wypoczęty i z tym pięknym uczuciem, że coś jest nie tak. Ciepło, przyjemnie, nie muszę roztrzęsiony zimnem szukać skarpetek - aha, to pewnie znaczy, że jestem spóźniony! A spóźniony nie ma powodu do pośpiechu, skoro spóźnienie już się technicznie dokonało. Okazuje się, że wychodząc z domu pół godziny później niż na ogół, zastaje się ulice puste, przejezdne. To wcale nie jest olśnienie, to po prostu przypomnienie, że matrix has you. Robię w tym tygodniu w pracy plakat, jest takie bardzo fachowe narzędzie do plakatów zwane Power Pointem, zainspirowałem się i zainspirowano mnie Warholem, o którym wiem tyle samo, co do wczoraj wiedziałem Mansonie, i teraz jestem bardzo dumny z oznaczenia krachu systemu cyfrowo zielonym kadrem z Matrixa. Ciekawe, czy przejdzie?

Wysiadam na Politechnice i idę Polną w stronę przeciwną do zwyczajowej, kupuję w piekarni pierogi (świetne miejsce ta piekarnia naprzeciw basenu) i zawracam do pracy - spóźniony o całe pół godziny, choć wyszedłem do niej godzinę później niż zwykle. Lubię takie zagięcia czasu i przestrzeni.

Trudniejsze do zagięcia są temperatury, wyciągnął mnie wczoraj na rower Bazyl, z którym jeździłem też poprzednio i skończyło się przeziębieniem. Znalazłem szalik, rękawiczki, czapkę i tylko nie pomyślałem o cieplejszych skarpetkach - marzły palce. Ale ogarnęliśmy część dobrej trasy na wieczór, bardzo pozytywny przeskok z nie będę miał jaj, żeby iść, na takie weeeehaaaa! Mijamy dwie kobiety na ścieżce i jedna przygaduje drugiej - Masz swoje nikt nie jeździ!
Nie jesteśmy hardkorami, rower to dla mnie sposób na ciepły czas, ale nie na życie, więc najzimniej rozbijałem się nim dwudziestego piątego listopada, również z Bazylem. Jestem prawie pewien, że to była sobota, 2006. Wpadliśmy na pomysł rzucania monetą na rozstajach i tym sposobem wyjechaliśmy nocą do Marek. To nie jest od nas bardzo daleko, ale też nie bardzo blisko i na pewno nie wpadło mi nigdy do głowy, że można tam dojechać bez zauważenia, że zmieniło się miasto. Wtedy też podejrzewałem przetasowania w czasie i przestrzeni.

Sporo przetasowań następowało w poniedziałek, kiedy bawiliśmy się na imprezie integracyjnej, z firmy, ale w tym lepszym gatunku, czyli bez szefostwa. Pozwoliliśmy sobie zaprosić, to znaczy, tego, przymusiliśmy Dwie Kalorie do zaproszenia koleżanek. Tak dla równowagi - przecież nasz dział nie wyłamuje się ze stereotypu zmaskulizowanych jednostek informatycznych. To były między innymi te dziewczęta, które mają na fejsie, że lubią Kings of Leon lub Justina Timberlake'a, ale na szczęście okazały się sympatyczne i ciekawe do rozmowy, i śliczne, i miały dla nas wiele wyrozumiałości, a pewnie jeszcze więcej ciekawości, skoro tak tłumnie stawiły się na spotkanie z korporacyjnym elementem. Nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, czym je Dwie Kalorie przekonywał. Taka jedna chwiejna Ania, kiedy była odprowadzana na przystanek, przekonała się, że właściwie nie ma pojęcia, gdzie tu jest odpowiedni przystanek i zwiedziłem tak ze czterdzieści numerów Puławskiej. Taka inna Ania okazała się obiektem kultu, w ogóle wiele było w okolicy postaci mitycznych, ta właśnie ezoteryczna Ania, inne dziewczę, do którego zwracano się per Matko Boska, sam Dwie Kalorie też ma być Bogiem (którego słowo dopiero nabiera siły twórczej, ale jednak), a Młotek w pewnym świetle, jeśli patrzeć z określonego kąta, ma na uszach ów laur starożytnego półboga, herosa.

On właśnie wyratował nas pod koniec, czyli w połowie nocy, kiedy opuszczaliśmy lokal, oferując swoje skromne progi. Zawiozła nas tam znawczyni tajemnego języka Goa'uld, głównie po to, żeby zniszczyć nas w Guitar Hero. Nie było czego zbierać, więc wzięła się zabrała, a myśmy się rozwiewali pośród nocnych myśli. Znów do trzeciej nad ranem. Bardzo słabo mi się później spało, więc nawet nie zabolała mnie konieczność wstawania do pracy po trzech godzinach, za to zapamiętałem jeden ze snów na podsumowanie. To bardziej wrażenie niż sen, z typu tych, gdzie jest się na raz obserwatorem i aktorem.
Około czterech postaci, prawdopodobnie Młotek pośród nich, no i ja też. Jesteśmy w białym pomieszczeniu, dachu nie ma. Perspektywa z góry - staramy się tam jak najlepiej ułożyć, dopasować. Chodzi o to, żeby wypełnić sobą całą przestrzeń. Patrzę na to z pewnej odległości, jak niezdarnie się tam przestawiamy, jak układamy się w tym pudełku po droższych cukierkach - są takie bardzo fajne metalowe pudełka, z pokrywkami, które dobrze nadają się na składowanie sentymentów.
W końcu udaje nam się i myślę, że to jest pełnia.

sobota, 9 października 2010

Nirvana at last

Już trochę zluzowałem, wymyśliłem dla siebie nowy mit - tym razem to będzie mit odminowania, to znaczy przeciwieństwa podminowania ma się rozumieć. Sytuacja analogiczna do tej, kiedy wstępujący na minę (do nieba?) człowiek, słyszy takie klik i po prostu wie. Były jakieś sceny z minami w Edenie, kiedy jeszcze go kupowałem, z dziećmi chyba - tu nie było znieczulicy. W każdym razie mnie chodzi o odwrotność, czyli po takim klik jest niebo na ziemi.

Zaczęło się od Dwóch Kalorii, który niespodziewanie wrócił któregoś dnia do pracy w godzinę po jej opuszczeniu i zaczął pleść złośliwe fanaberie - Wiesz, jeśli mogę siedzieć przy piwie ze zgrabną, wysoką, rudą, albo wrócić do pracy, to chyba wiadomo, że trzeba wrócić.
W domyśle, poza wszystkimi zaletami ciała, pozostawił fakt rozmawiania, spotykania się, wspólnego spędzania czasu. Od razu mu obiecałem, że się przez tydzień nie odezwę, wcale nie na żarty. Będzie mi tu wypominał, że kiepsko mi idzie spotykanie się z kimkolwiek, drań. Ale za chwilę zagaił jakoś tak - Mam na pulpicie taki katalog, QC75, zrobiłem, żeby pamiętać o czymś i oczywiście zapomniałem.
Wcale się nie wypowiadałem o prawach Murphy'ego, skutecznie tłumaczących kwestie przeznaczenia, bo ono się właśnie dokonywało. Olałem narzucający się zawodowo pomysł z Clear Quest'em i wszedłem do archiwum QC, sprawdzić, który to jest siedemdziesiąty piątek odcinek. No i zrobiłem to głośno - Mhm, tak, sprawdźmy, który to jest siedemdziesiąty piąty odcinek Questionable Content!
Dwie Kalorie patrzy jakoś tak dziwnie, jakby nie do końca wierzył, albo jakby nagle wyraźnie usłyszał przesuwające się tryby przeznaczenia i mówi - Wiesz, tak, to było to.
Klik.

Teraz to nawet pamiętam, że to był poniedziałek, kiedy szedłem na Annie Hall. Oraz to wcale nie jest tak, że my tylko komiksy w robocie oglądamy! W ogóle nie oglądamy komiksów, nie śmielibyśmy, a ten katalog to miał na pulpicie, ale w domu. Tak. Czy mógłbym dostać szklankę wody?

W środku tygodnia spotkałem się z Herbacianą, połaziliśmy po pustych Łazienkach, dostałem takie draże, z piratem na opakowaniu chyba. Wziąłem papierki dla Bazyla i u niego zasiedziałem się z herbatą, przypadkiem dowiedziałem się, że takie rzeczy jak Kim Nowak można usłyszeć w radiu, no i pogadaliśmy w temacie ustawiania sobie życia z kimś. Kiedy przychodzi ten moment, że człowiek jest prawdziwie zaniepokojony brakiem towarzysza do tego najpiękniejszego, najskuteczniejszego życiowego zobowiązania XXI wieku - kredytu mieszkaniowego? Przestaje udzielać się na fejsie, albo jeśli i tak się zbytnio nie udzielał, to przestaje na niego bez sensu wchodzić (może nawet kasuje), bo goście, z którymi siedział od szkoły podstawowej w ławkach, mają tam zdjęcia z żonami, domami, samochodami i na deser takie z cukierkowych urlopów w Egipcie i Turcji. Mam jeszcze czas.

Skończyłem też Podróż do źródeł czasu - słusznie wynotowałem wcześniej nadzorcę galerników, bo powraca jakoś w środku i w przedostatnim akapicie też. Słusznie byłem w kinie na Annie Hall, bo Alvy mówi do niej, czy do siebie o niej, że czytali inne książki, a bohater Carpentiera też myśli o Rosario, że zbyt wiele książek ich dzieli - oczywiście dodając do tego jeszcze więcej zmiennych środowiskowych. Zastanawiam się ostatnio nad takimi sprawami, to nawet dla mnie brzmi karkołomnie - gdzie są granice podziałów? Jaka jest ich wytrzymałość, jak to obejść, albo odsunąć i wspólnie żyć, iść przed siebie w sytuacjach, kiedy wspólna dla naszych światów zdaje się tylko grawitacja. Jakieś są, nawet dla tego zaślepionego iluzją powrotu do natury bohatera, który pewnie nie zdaje sobie sprawy, że śmierć trędowatego zawraca czas wcale nie u źródła. A przynajmniej ja to tak czytam.

Dwie Kalorie wspominał wczoraj rodzinny weekend, w którym zaplanował grę w Wiedźmina na laptopie. Ja mu na to, że w sumie nie grałem, bo mnie zniechęciła niemożność skoku, którą mogłem przyjąć bez szemrania dziesięć lat temu w skradankowym Metal Gear Solid, ale nie w przypadku wywijającego mieczem Geralta. Jasne, kiedyś spróbuję, ale na razie nie ma sensu, szczególnie, że z trudem oderwałem się od Morrowinda. I tutaj następuje jakiś przeskok na książki, który znowu jest okazją do kliknięcia, bo przecież wziąłem od Bazyla pierwszy tom wiedźmińskich opowiadań, do autobusu, zanim dorwę coś nowego.

Na deser Lynch - obejrzałem wczoraj Lost Highway, nieśmiałe podbieranie z klucza samobójcy, który sporo pisał za życia o muzyce. O filmie napisał, że warto, coś jest na rzeczy, bo w pewnym momencie nawet Corgana słychać. Ja do tej pory widziałem tylko Prostą historię, więc nie miałem podstaw spodziewać się ciemnych kadrów i ciszy, za to na pewno zachęcił mnie któryś negatywny komentarz, że seks i wyuzdanie. Obejrzałem i jednak bardziej od tego zwróciłem uwagę na ciemne kadry i ciszę, ale kliknięcie przyszło dopiero po wejściu na fejsbuka:
włączyłem tvp, żeby zobaczyć co dziś dają. latem w piątki wieczorem dawali "Zemstę niedźwiedzicy", "Krwiożerczą małpę", "Zabójcze mrówki" itd. niestety dziś rozczarowanie - "Dzikość serca"
Przecież, że gdybym wiedział wcześniej, to Zagubioną autostradę oglądałbym dopiero dzisiaj.

sobota, 11 września 2010

To nie będzie film

Obejrzę pewnie wkrótce jakiś film, to mogą być Chłopcy z ferajny, tylko muszę zaczekać, aż brat wyjdzie gdzieś w noc, tak się zapowiada. Na razie muszę cierpieć Wilki z głośników. Nie, żebym robił Gawlińskiemu jakieś osobiste wycieczki, po prostu od lat trzymam się takiej zasady, żeby nie lubić słuchanych przez siostrę rzeczy (najwyraźniej to ona zaszczepiła dzikich pchlarzy bratu). Na ogół się udaje - słuchała jeszcze HIM i Bon Jovi, gdzieś na przełomie wieków musiałem alergicznie reagować na It's my life, a później się chłopaki najwyraźniej skończyli. Zasada nie zadziała w przypadku Myslovitz, cóż - jakoś to przeżyję.

Kombinowałem dzisiaj, czy nie wybrać się w poniedziałek do Luny na Miasto Boga, zupełnie zapominając, że już mam tam ustawione spotkanie z kręglami. Ustawiliśmy je wczoraj, staram się teraz uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, gdyż za niespełna dwa tygodnie Smoczy wyjeżdża do Niemiec i pewnie długo się nie zobaczymy. Ostatnia szansa na ostateczne obrzydzenie się sobie. Mam w związku z tymi spotkaniami dosyć ambiwalentne myśli, bo raczej lubię słuchać ludzi, ale mam pewną określoną wytrzymałość na słuchanie kawałów i ona się kończy mniej więcej po dziesięciu minutach. Piątkowe opowiadanie kawałów w Honoratce trwało na moje ucho ze trzy godziny. Najwyższy stopień wyobcowania osiągnąłem, kiedy Pierwszy Mistrz Dowcipu okazał się wiernym naśladowcą Józka, którego wiernym naśladowcą jest Grzegorz Halama, po czym okazało się, że siedzący naprzeciw niego słabszy mistrz dowcipu, jest wcale nie gorszym naśladowcą Józka, którego naśladowcą jest Grzegorz Halama i tak przerzucali się tekstami, usiłując dociec, który może tytułować się synem Józka, o którym historia zapomniała. Przypuszczam, że Cytat świetnie odnalazłby się w tej sytuacji, ja tylko siedziałem u szczytu stołu i musiałem ubrać bluzę, bo robiło się coraz to zimniej.

Wyrolował mnie Czarna Mewa, kazał siedzieć i być jakąś ostoją rozsądku, umówiliśmy się, że po wyjeździe Smoczego zainaugurujemy jakieś spotkania bez Smoczego, żeby się zupełnie nie rozpadło wszystko, a on mnie tak wyrolował, że bardzo szybko uciekł, kiedy już byliśmy na Białołęce. Po co w ogóle tam jechał, skoro mieszka właściwie naprzeciw Honoratki, tego nie wiem, ale wiązało się to również z moim opuszczeniem imprezy, gdyż, choć pewnie tego głośno nie przyznałem, jest on i dla mnie ostoją rozsądku i łącznikiem z rzeczywistością, co jest szczególnie cenne w towarzystwie Smoczego. Dość powiedzieć, że poprzednio, kiedy Czarnej Mewy z nami nie było, Smoczy zaciągnął nas do kina na Eragona. O pierwszej w nocy niewiele kin jest otwartych, więc pewnie wymyśliłby coś jeszcze straszniejszego.

Brat wyszedł, zbawca, pozwolił wyłączyć Wilki!

Odczekałem, aż Pierwszy Mistrz Dowcipu z kobietą zabiorą Mewę, wytłumaczyłem, jak potrafiłem najlepiej, że mieszkam w przeciwną stronę, więc nie ma sensu mnie podwozić i to był pierwszy raz, kiedy kogoś tego wieczoru do czegoś przekonałem. Tak właściwie miałem ochotę na spacer, formę rekreacji dawno na Białołęce zarzuconą na rzecz roweru i było to dobre, gdyż w ciepłą noc można zdjąć z szyi szalik i można złapać oddech. Myślę, że to oddech jest najważniejszy - udał mi się też dzisiaj po pracy. Szedłem przez niemal puste warszawskie ulice, prawie nieumyślnie trafiłem do Alei Róż, która wychodzi na bibliotekę - mogę się chyba do niej zapisać, skoro do jakiejś muszę. Dalej, w połowie Alei, stał Fiat 125p, trochę porysowany, trochę mu się na nosie kruszył lakier, jak odchodząca płatami skóra spalona słońcem. Dawno takiego fiata nie widziałem. To już wstęp do uśmiechu - na kamienicy przy Alei Róż jest tablica upamiętniająca Gałczyńskiego, to znaczy nie do końca samego Gałczyńskiego, tylko jego fakt zamieszkania w kamienicy swego czasu. Podobną ma dwa metry dalej Słonimski, ale o nim nie miałem tutaj powodu pisać, więc się tak nie wyszczerzyłem. Albo nie wyszczerzyłem się bardziej - stopień wyszczerzenia stały po Gałczyńskim.

To pewnie przez informację o muralu z Beksińskim zacząłem się rozglądać po pamiątkowych tablicach, Bex@ wciąż czytana, pokazuję ludziom w pracy, Głaz mówi, że zamówi dla siebie, takie fajne. Przy okazji poleca przejrzeć ofertę księgarni, żebym może coś sobie dobrał, bo i tak trzeba płacić za wysyłkę, więc pewnie znowu nie spełnię planu budżetowego. Na razie wybrałem pięć tytułów, a dwa inne chcę z innego sklepu.

A skoro jeszcze mogę być przy Beksińskim, to wypowiadał się na temat blogów tak:
Zresztą moja potrzeba wymiany myśli (niech Pani rzuci okiem na standardowe blogi) jest równa zeru:
Tsheść co słychać?
Nudno qrwa
I tak dalej.
Co przecież nie jest nawet w połowie tak dla mnie niszczące, jak wypowiedź na temat własnego malarstwa:
Co do grafiki, to ja nie mam tematów przewodnich, bo mnie chodzi o formę, a nie o temat. Robię twarz lub postać i tyle. Pretekst dla formy.
Może to i dobrze, może to domknięcie okręgu, bo dla nas jego obraz był pretekstem dla pogodzenia konspektu prezentacji z wybranym przez Smoczego tematem. Za to domknięciem tematu imprezy jest dzisiejszy sen:
Jedziemy większą grupą autobusem, to na pewno już poranek, to na pewno po imprezie, skoro wzdłuż pojazdu szlaja się wybitnie najebany Czarna Mewa. My jesteśmy gdzieś z tyłu, a on z przodu się zatacza, pokazuje wszystkim faka i śmieje się przy tym perfidnie, jak to on.

W tym momencie zauważam, że jest jakby za taką przegrodą, która wygląda jak przynitowane okno samolotowe i z tamtej strony zaczynają do niego wstawać dresiarze. Siedzę jak sparaliżowany, wszyscy tak siedzimy, a dresiarzy robi się coraz to więcej, teraz już i po naszej stronie - dobijają się przez tą przegrodę, jest ich przynajmniej dziesięciu i każdy chce Mewie wpierdolić.

Wciąż paraliż, czy raczej pewnie strach, żeby mi okularów nie przetrącili i okolic twarzy przy okularach, oraz innych miejsc na ciele.

Później wywlekam go z autobusu, jest ze mną jeszcze ktoś, załamuje nad sprawą ręce, ja pilnuję, żeby autobus nie przejechał Mewie po nogach, układam jego głowę na swoich kolanach niczym zrozpaczona dziewica. On z tym samym najebanym uśmiechem, choć może już trochę mniej zadowolonym - Wpierdolili mi trochę.

czwartek, 9 września 2010

Perturbacje i paralaksy

Przetrząsając pudło z książkami siostry (nie to, żeby była zwolenniczką trzymania książek w pudle, po prostu ma przemeblowanie), odrzuciłem leżące na wierzchu podejrzanie wyglądające wydawnictwa (wydawnictwo Fronda?) i trafiłem na BEX@, Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim.

Wydana w 2005, nie wiem w którym miesiącu, a mogła mi się bardzo przydać do matury. Stąd się zresztą w domu wzięła, obowiązywała mnie nowa matura, na język polski szło się przygotowanym z konkretnego, wybranego z kilkudziesięciu tematu. Myślę, że bardzo ucierpiałem, że nikt mi się nie kazał przygotować ze wszystkiego. W każdym razie maturę zdawaliśmy w tym samym momencie z Bazylem i Smoczym. Nie czuliśmy oporów moralnych przed odnalezieniem tego samego tematu, przecież jakieś musiały się pomiędzy szkołami powtarzać i padło na Motyw apokalipsy w tekstach kultury. Co dosyć jednoznacznie wskazuje na fakt, że nosiliśmy wtedy czarne swetry i długie pióra. Niejednoznaczny jest fakt, że ja ot tak po prostu się tak nosiłem, bo z ułomnie gotyckich kawałków dla emo nastolatek niewiele rozumiałem i dziś przyznać się mogę najwyżej do faktu, że wciąż lubię S&M i kilka dni temu odpaliłem to po latach. Za to bez tej całej orkiestry Metallica jest dla mnie nie do słuchania. Wtedy też nie była, więc kiedy w pierwszej liceum dosiadł się do mnie fan jakiegoś Slayera, musiał się szybko rozczarować towarzystwem.

Smoczy nie miał czarnego swetra ani długich piór, oraz nie przejmował się zbytnio wybranym tematem.

Rok później z tego samego tematu maturę zdawała siostra, ona podeszła do niego poważnie, bo do wszystkiego zawsze podchodzi poważnie, a do tego podobał jej się Siewca Wiatru Kossakowskiej. Był to zresztą najmocniejszy punkt wszystkich prezentacji, największa frajda, że obok drzeworytów Dürera i wierszy Baczyńskiego możemy sobie postawić książkę, w której anioły rzucają mięsem. Wielka bitwa, niemal koniec świata, zastępy anielskie przeciw siłom ciemności, donośne - Kurwa! - podsumowujące brak wsparcia i odpowiedź - Kurew też nie mamy!. Wydawało nam się to fajniejsze niż Koniec świata Gałczyńskiego. W drugim roku nowej matury nauczyciele byli już bardziej ogarnięci i trzeba było mieć teksty źródłowe do każdego podejmowanego w prezentacji zagadnienia - więc Bex@ kupiła siostra.

Smoczy na tyle nie przejął się tematem, że na tydzień czy dwa przed terminem dzwonił do mnie roztrzęsiony, że on nie ma motywu apokalipsy, tylko apokalipsę w literaturze i malarstwie! A nasze konspekty traktowały malarstwo raczej marginalnie, do tego Słownik motywów literackich jest mało pomocny w sprawie malarstwa. No i stąd wziął się w naszych prezentacjach Beksiński - z nieuwagi Smoczego. Pewnie skojarzyłem, bo miesiąc wcześniej umarł i sprawa musiała być trochę głośna. Kojarzyłem, że widziałem w internecie jakieś jego prace, że są takie ponure i smutne, i na pewno znajdzie się coś wystarczająco apokaliptycznego. O dziwo nie wybraliśmy żadnego krzyża w piaskowej burzy - bardziej nam pasowało TE, którego teraz nie mogę nigdzie znaleźć, może znajdę na dysku. Dziwne, że mam tu jakiś tytuł, bo z książki wynika, że jego obrazy tytułów nie miały. Siedziałem u Smoczego z czarnym pisakiem, dostałem kartkę A4 i naprędce interpretowaliśmy, a w tym roku przypadkiem znaleźliśmy te kartki, z dosyć kiepskimi ortografami.

Książkę wziąłem niejako przyciśnięty potrzebą i mało znowu nie zostawiłem, godząc się na autobusową nudę. Wstęp Śnieg-Czaplewskiej wydaje się potwornie pretensjonalny. Jasne - ostatnim chwilom życia malarza znamion tragizmu nie odmówiłby nawet mój ulubiony zecer Hessego. Na szczęście się na nudę nie zgodziłem, na szczęście to nie jest wymiana listów, tylko listy samego Beksińskiego. Prawie jakby czytać jego bloga, typowe XXI-wieczne podglądactwo, może nawet niegodne, bo on tłumaczy, jak bardzo o sobie nie lubi mówić, jak unika świata, wernisaży, restauracji. Ale bardzo wyraźnie też mówi najładniejszą rzecz - że on w ogóle ludzi nie ocenia, że żaden z niego sędzia. Tym bardziej nie na miejscu jest dla mnie wstęp, w którym autorka dojeżdża zabójcę. Taki wstęp może zabić książkę, on jest w ogóle do ominięcia, ewentualnie do przeczytania na koniec.

Za to sam Beksiński jawi się fantastyczną postacią - ze swoim upodobaniem do odrdzewiaczy i McDonalda, zamawiania w junk-foodach, bo jedzenie jest czynnością fizjologiczną, a nie społeczną. Ironiczny - ludzie marudzą na popularny napój, że odrdzewiacz, podczas gdy kwas solny noszony w żołądku jest wielokroć skuteczniejszy i żyją. Do tego rzadko spotykane u człowieka siedemdziesięcioletniego żywe zainteresowanie komputerami - że kasowanie plików z dysków twardych wcale nie oznacza ich ostatecznego skasowania, albo biblijno programistyczne rozważania o patchowaniu ludzi, które byłoby lekiem na różne bezeceństwa. Pojawiają się też podobne do tych Lema komentarze - jak to sobie ludzie swobodnie interpretują jego malunki i często płyną z tematem w miejsca, które autorowi mogą wydać się najwyżej śmieszne. Z tego co na razie przeczytałem, najwięcej w mejlach prozy życia, mniej o warsztacie, czy tzw. Sztuce - mnie to pasuje.

Ciężko powiedzieć, na ile myśmy wtedy popłynęli - pewnie ostro, skoro szukaliśmy konkretnego obrazu, pod konkretny temat. Na TE nie ma katedry ani krzyża, jest jakiś rozgracony samochód, wyniesiony przez niby to roślinę. W środku niewyraźna postać, kolory szarobure, jak to u Beksińskiego. Fajne było wymyślanie historii, podpinanie apokalipsy pod obrazową rzeczywistość (bo apokalipsa nie jest końcem świata, tylko objawieniem, czego każdy z nas się wtedy nauczył) - naturalne przetasowania, stopiona kosmicznymi mocami mechanika pojazdu, niewyraźne, może przestraszone stworzenie wewnątrz. Oto nowy początek.

Na hasło Beksiński google znalazło mi taką stronę - w drodze z Kabat wielokrotnie przejeżdżałem obok tych bloków i ani razu nie widziałem. Następnym razem zahaczę.