poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Żegnam dni jesienne

Nie wiem dziś, kiedy zakiełkowała mi w głowie ta myśl, że daję sobie czas do końca marca, żeby wyjść z tej sytuacji, ale na pewno wcześniej niż Mimbla powtarzała mi, żeby Salty kulturalnie eksmitować. Nie chciałem się do tego przed nikim przyznać, nawet przed samym sobą. Ten termin był we mnie. Rozważam czasem takie rzeczy, czy naprawdę od razu po tym koszu byłem pogodzony z losem, czy jednak miałem złudzenia. Może to jak z seksualnością, mówi się dziś, że to jest skala. Pewnie nie w pełni byłem pogodzony, ale jednak mocniej to było przesunięte w kierunku, że nic już z tego nie będzie. Jedynie można spróbować przeżywać codzienność z tą nową wiedzą, że "nichuja". Tu na blogu pilnowałem się przecież, żeby jej zachowania nie interpretować jako sygnałów, że zmieniła zdanie.

W tym najmocniej się pomyliłem, że w codzienności obok niej uda mi się wyjść z tych emocji. Jest zbyt ciepła, zbyt urocza, zbyt kochana i napiszę tę drobną złośliwość głośno, bo mogę, ma charakter o wiele bardziej pociągający, niż mają grawitację te jej absurdalne cycki. Nabrały jeszcze większej mocy po koszu i jeszcze większego znaczenia po pożegnaniu. Funnily enough, wcześniej nie znaczyły nic, żartowaliśmy z Herbacianą, że wytwarzają grawitację.

No ale tak. Jest zbyt cudowna i zbyt sexy, żeby przestać ją kochać, mieszkając w tym samym lokalu.

Wiem od Herbacianej, jak zareagowała na mój list. It wasn't pretty, ale bawi mnie to jednak, że z materiału który w jakichś dziewięćdziesięciu procentach jest odą do jej ciepła, troski, uroku, życzliwości, humoru, wyciągnęła tyle, że przez rok wspólnego mieszkania i łażenia obok siebie w piżamach, zdążyłem zauważyć, że ma cycki. Może nie do końca przemyślałem, że napisać dorosłej kobiecie, że jest cudowna a na domiar złego fajna z niej dupa to takie ryzyko. Noted! Wbrew pozorom ten list ma też jakieś żarty, nie wzięła się w nim znikąd liczba papieska, tylko dlatego, że ona ma kubek z papajem. Najważniejsza wiedza, jaką mam dzisiaj, to że pomimo, że to też był jej żart i pomimo tego, że go często podejmowała, nie lubiła żartu o "dziurach w mózgu".

Tylko nigdy mi o tym nie powiedziała.

Dla mnie to był ciepły żart o dystansie i czułości do samego siebie. Dla niej, coś czego później żałowała, jak tego żartu o "sugarmommy". A ogólnie jesteśmy historią narastających drobnych uchybień w komunikacji, które skończyły się zaproszeniem na randkę tak poważnym z jednej strony i niechcianym z drugiej, że trzeba się było pożegnać. Piję tu też do siebie, nie musiałem czekać tyle czasu, żeby ją zapytać czy by poszła, zamiast zapraszać po tym jak zakochanie się rozrosło, no i mogłem o tym że dłonie są dla mnie intymne  powiedzieć wcześniej.

Przede wszystkim, kiedy przy pytaniu o Skakankę rzuciła to hasło o traumach, mogłem zamiast być zły, zapytać, czy chce ze mną o tym porozmawiać. To nie było fair, ale mogłem zachować się lepiej.

Sam mogłem mieć to złudzenie, że potrafi być szczera w komunikacji ze mną po tym, jak powiedziała kiedyś "nie mogę być zła o rzeczy, których ci nie powiedziałam". Wtedy pomyślałem pierwszy raz wprost, że widziałbym tak łebską kobietę jako życiową partnerkę. Nawet powiedziałem jej, że facet który zostanie jej mężem, będzie bardzo szczęśliwy. No ale okazuje się, że to jednak było jedynie złudzenie, bo w nieco trudniejszych sprawach nie potrafiła podjąć rozmowy - ani w sprawie żartu, który jej nie siedział, ani w sprawie tego, czy zaprosiłem ją na randkę czy nie. Jednocześnie spędzała ze mną dużo czasu, więc myślę że sam mogłem trwać w tych złudzeniach, że wszystko jest w porządku.

A ostatecznie (pamiętne ostatnie słowa, ostatecznie to będzie, jak wejdę do mieszkania w czerwcu i będzie puste), ta xywka, że Salty znów pasuje - jest zła o mój list. Więc odbijam piłeczkę, ostatnie trzy miesiące to ja byłem słony, ostatnio znów ona. No i jest zła o rzeczy o których mi nie powiedziała, więc sól w pełni uzasadniona!

Kiedy oglądaliśmy "Supernatural" rzucała czasem komentarze o tym, jak bohaterowie uczą się przeżywać emocje, bo przecież mężczyźni na ogół nie mają takiego skilla. Pamięć o tym była kluczowa dla decyzji, że zostawiłem dla niej takie a nie inne pożegnanie. A toczyłem w tym temacie walkę do ostatnich chwil przed wyjściem z torbami z lokalu, czy to nie będzie za dużo emocji, czy to jest jej do czegokolwiek potrzebne. Ostatecznie pomyślałem, że przecież jest mądrą, dorosłą kobietą z którą łączyła mnie jakaś, chyba, delikatna przyjaźń, troska, uważność i będzie w stanie udźwignąć, że mężczyźni z realnego świata też jakoś przeżywają emocje. Nie trzeba do tego być dreamy bohaterem koreańskiej dramy ani Winchesterem starszym o którym mówiła "jest dziś za stary ale i tak bym go przeleciała".

(BTW, jeśli po trzech miesiącach tańca po dość godzin żeby kolana mnie nienawidziły jestem teraz tak martwy w środku, że przestałem wychodzić na zajęcia, to znaczy że minęła mi faza suicidal Deana?) 

No a Herbaciana powiedziała jasno, prosząc mnie wcześniej, żebym usiadł przy stole, że padło takie zdanie, że "lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie zostawił żadnego listu". I że "brzmi jak Harlequin" (don't you say, powinno brzmieć jak przepis kuchenny czy instrukcja serwisu pralki?). I że cycki. Nie musiałem siadać, uśmiałem się.

Jeśli jest przede wszystkim zła, to znaczy że jest bezpieczna.

Uważam że to piękna, literacka, warta anegdoty czy filozoficznej powiastki reakcja. Najlepszy scenariusz jaki mogło napisać życie. Pytanie "co to za gówno" w odpowiedzi na trzy miesiące werteryzowania, kontrast jak na dobrym improv.

Myślę że przez cały czas traktowałem Salty jak dorosłą kobietę, starałem się na każdym kroku potraktować to jako sytuację między dwojgiem dorosłych. Zaprosiłem ją na randkę. Nie byle jaką randkę, może nie w tej formie, ale świeżo mówiła, że chce zobaczyć "Sen nocy letniej". Przyjąłem odmowę bez dramatyzowania, kosztowała mnie raptem jedną tabletkę ketonalu na noc. Sprawdziłem, czy ta relacja jest do utrzymania. Kiedy okazało się że nie, zapewniłem czas przejściowy z dala od siebie, samemu wyprowadzając się, zanim ona nie znajdzie innego mieszkania. A Salty? Zrzucała odpowiedzialność za relacje ze mną na Herbacianą: to Herbaciana miała za nią podjąć decyzję, czy została zaproszona na randkę, to do Herbacianej dzwoniła, kiedy mnie nie dosłyszała, to od Herbacianej wiedziałem, że jakiś żart ją irytował. A na finiszu wyśmiała ten list, w którym najczęściej powtarzającym się chyba słowem jest po prostu "przepraszam". Ta różnica wieku nie jest problemem, bo ja jestem za stary, to ona czasem zachowuje się jak dziecko.

Ja jej piszę, że nauczyła mnie czym jest dom, ona oburza się, że zauważyłem, że ma biust. It is soooooo perfect. Pewnie za dużo się na tym skupiam, ale może po miesiącach płaczu potrzebuję tego złudzenia typu "I won the brakup", co? Nie zabierajcie mi tego!

(Nic nie wygrałeś, ona po prostu nie daje latjącego faka.)

Czy to pomaga? Na chwilę. Ogólnie trwam w żałobie. Prawie nic nie ma smaku, zmuszam się do oddechu. Rozumiem w jakiś sposób jej perspektywę, bo wiem o niej jakieś rzeczy, których wcześniej jedynie się domyślałem. Nie napiszę tu o nich.

Jestem też jednak o wiele spokojniejszy, bo długo miałem w sobie jakieś poczucie, że zakochując się, zrobiłem jej jakąś krzywdę. Przestrzeliłem w tych domysłach. To nie umniejsza jej traumom, ale jednocześnie uświadamia, które słowa w jej komunikacji były ostro na wyrost. Nie zrobiłem jej krzywdy. Ani ona mnie, żeby nie było wątpliwości.

Jestem smutny, trochę też jestem rozczarowany, oprócz tego że rozbawiony. Żałoba przychodzi i odchodzi falami, w lepsze dni czasem przeszklą mi się na chwilę oczy, w gorsze potrafię płakać przez godzinę i myśleć o tych wszystkich małych gestach, które już się nie wydarzą. Nie będę jej chował soczewek z półki w łazience, żeby ich nie zachlapać, nie podstawię jej stołka na kubek z przy serialu, nie kupię dodatkowego rożka z jabłkiem na wszelki wypadek, gdyby miała trudniejszy poranek. Ona nie przygotuje dzbanka z herbatą, nie poczęstuje nadmiarem zupy, nie opowie na jaki koncert kupuje ciuchy ani nie będzie scrollować internetów w przerwach od ogarniania koreańskiej potrawy, kiedy wejdę do... już nie domu, bo bez niej to nie dom. Wrócę do mieszkania i minie jakiś czas, zanim jakoś znów poczuję się jak w domu.

Ale nie będę też już musiał przed nikim ukrywać łez, jak w te ostatnie noce marca, zanim zapukałem i powiedziałem ostatnie "bajo", kiedy chowałem się z płaczem na balkonie, żeby jej nie obudzić. Kiedy wystawiasz pod koniec marca stołek na balkon, zawijasz się na nim w koc i bezgłośnie wyjesz, i chlipiesz, i trzęsiesz się z emocji, a obok stoi obojętny, zimny, metalowy żuraw, nie zauważyłeś go wcześniej, a wszędzie wokół śpiewają obojętne ptaszory ciepłe i żywe, tak jakby złośliwie i wiosennie, jak w tych żartach, że śpiew ptaków oznacza głównie "ready to fuck", to uświadamiasz sobie, że jesteś sam i będziesz sam, i umrzesz sam, i nie ma w życiu żadnej innej prawdy oprócz samotności, i co to znaczy, że dziadek wytrzymał w świecie bez babci ledwie tydzień, jeździliśmy na pogrzeby oddalone od siebie o kilka dni, bo układasz w głowie te proste, brzydkie słowa do kobiety którą kochasz - potrzebuję żebyś od czerwca znalazła inne mieszkanie.

I wbijasz sobie gwoździkami do mózgu, że niezależnie od tego, ile jeszcze tam później będzie przeżywania emocji, jakkolwiek ona zareaguje, będzie bez znaczenia, bo godzisz się, wiesz, rozumiesz, decydujesz, że już nie potrafisz inaczej. Na dotychczasowej trasie masz przed sobą już jedynie pola z zazdrością. Są nie do przeskoczenia, jedynie możesz przestać grać w tę grę. It's for her safety and your sanity.

Zasługujemy na więcej, oboje.

Powiedziałem bratu, że mam sobie za złe, że nie umiałem z tego wyjść na zdrowy rozsądek, że przyjęcie "nichuja" do głowy nie jest równoznaczne z przyjęciem go do serca, mimo świadomości, że to może wymagać procesu. Za długo się to ciągnie. Odpowiedział, że to co robię, to jest właśnie działanie ze zdrowym rozsądkiem. Kiedyś też tak to zobaczę. I może że tam na balkonie nie miałem racji odnośnie samotności też?

Salty nawet Herbacianej opowiadała w te ostatnie dni, że jestem strasznie chory, bo mam okropny katar. Och, dziewczyno, mam złe wieści, te smarki miłosne miały Twoje imię. Ale pracuję nad tym, żeby może do czerwca przestać płakać.

Te łzy zaczynają być trochę jak niechciany żart, c'nie?

sobota, 4 kwietnia 2026

End. Sewerslvt.

Przepraszam.

Zasługujesz na więcej. To było best I could do tego ostatniego dnia marca. Chciałbym móc być facetem, który daje Ci wszystko na co zasługujesz, ale wiem że w Twoich oczach nigdy nie będę facetem od którego przyjęłabyś cokolwiek więcej niż kubek z głupawym nadrukiem. Wciąż pracuję nad tym, żeby to zaakceptować, bo pewne sprawy nieźle rozumie głowa, a w ogóle nie rozumie ich serce.

Przepraszam że Cię okłamałem. Samego siebie też, no ale nigdy nie wiesz naprawdę dopóki nie sprawdzisz i się nie przetestujesz. Sprawdziłem na dwa razy, czy pójdziesz ze mną na randkę. Tego pierwszego dnia byłem przekonany, że udajesz że nie rozumiesz zaproszenia, żeby mnie delikatnie spławić. Więc kolejny wieczór był festiwalem konfuzji.

Przepraszam, że ten list to będą czasem nawiązania do jakichś skrawków rozmów i sytuacji o których może już dawno zapomniałaś. Na pewno kilka razy powtórzyłem, że nie staję do walki w sprawach, o których wiem że mogę je przegrać. To nieprawda. Zaprosiłem na randkę kobietę, która nie tylko wzięła to za żart, ale wręcz na drugi dzień przyszła do mnie z pączkami, bo chyba nie mam przyjaciół. Czy facet może przegrać bardziej? Długo łudziłem się, że uda mi się zapanować nad emocjami, jakie budzi we mnie ta kobieta. Przecież bez najmniejszej wątpliwości powiedziała mi, że nic między nami nie będzie.

Przede wszystkim okłamałem Cię, że to zaproszenie na randkę to było tylko takie nieszczególnie zobowiązujące sprawdzanie zainteresowania. Nie było.

Przez kilka miesięcy uważnie i ostrożnie podchodziłem do granic, jakie czułem, że wyraźnie kreślisz w naszych kontaktach. Tak interpretowałem to powtórzone dwa tysiące sto trzydzieści siedem razy przy serialu “związki z dużą różnicą wieku to pedofilia” - jako coś do czego nie dopowiadasz głośno “więc trzymaj ręce przy sobie, nie pomyśl sobie za dużo”.

Kiedy usłyszałem to dostatecznie wiele razy, postanowiłem, że pewnie będziesz się czuła bezpiecznie, jeśli w ogóle nie będę Cię dotykał. Nieźle mi się udawało, myślę, choć na pewno byłbym szczęśliwszy, gdybym mógł odpowiadać zaczepnie, kiedy z okrzykiem “walcz ze mną!” wystawiasz przed siebie piąstki. Uwielbiam tę dziewczynę. Jestem przy niej szczęśliwy.

A później któregoś jesiennego dnia wyjechałaś. Zostałem w mieszkaniu sam i nagle dotarło do mnie, że tęsknię za Tobą jak Winchester młodszy za krwią demonicy.

Uwielbiam czas przy Tobie. Lubię Cię, podziwiam Cię, inspiruje mnie Twoja pogoda ducha i dystans do złośliwości życia. Powtarzasz czasem, że “niektóre rzeczy trzeba po prostu przetrwać”. Dawałem więc przez jakiś czas radę przetrwać, że za Tobą tęsknię. Za żartami o dziurach w mózgu. Za tym że czasem masz siłę się ze mną kłócić o bzdury a czasem po prostu mówisz “not today” i to też jest spoko. Za wspólnymi posiłkami i wzajemnym motywowaniem do pilnowania białka w jadłospisie. Za tym jak na każdym kroku tańczysz i śpiewasz, to cudowne. I za tym jak wyzywasz kota od głupoli.

Żartuję sobie czasem, że mam serce głupsze od tego kota, ale na serio to jednak myślę, że serce które czuje, to jednak jest całkiem mądre serce. Nawet jeśli wszystko kończy się tak niezręcznie.

Chciałbym móc leżeć z Tobą na podłodze, kiedy wracasz zmęczona po pracy. Chciałbym przynosić Ci kawę do łóżka. I płatki z bananem, byle nie przejrzałym.

Nie mogłaś tego wiedzieć, ale ja bardzo biorę do siebie, jak mi ktoś mówi “mógłbyś mi robić kawę”. To mogło być ważniejsze niż kiedy zaczęłaś mnie dotykać przy kocie po dłoniach. Chciałbym móc robić dla Ciebie kawę i chciałbym żebyś mnie dotykała. Nawet już za pierwszym razem myślałem, czy tak nie powiedzieć:

“Salty, czy Ty byś ze mną poszła na randkę? Nie? To pliz nie dotykaj mnie po dłoniach, bo it’s confusing as hell.”

Ale nie powiedziałem, bo chciałbym. Silly me.

Chciałbym mieć zgodę żeby Cię utulić i gładzić po włosach, kiedy mówisz że męczyłaś się w nocy, spałaś ze trzy godziny tylko i masz głupi mózg. Nie masz. Chciałbym mieć prawo przytrzymać Twoje ręce, kiedy spadasz ze stołka i pomagam Ci wstać z podłogi. Zostać dla Ciebie przystojnym kocurem i nauczyć się robić takie rzeczy, jakie się podobają.

Przepraszam za tę ucieczkę. Niestety, to była w pełni, z gorącą krwią, zaplanowana ucieczka.

Ja zimą nie robiłem się coraz bardziej chory. Ja od stycznia nie umiałem przestać płakać, a z czasem płakałem coraz więcej, zamiast coraz mniej. Na początku umiałem trzymać fason, kiedy byłaś w domu. Trochę wyjeżdżałem, trochę wyjeżdżałaś. I okazało się, że i tę walkę przegrywam. To nie serce mam głupsze od kota, to jednak głowa ze złudzeniami, że to możliwe - wycofać się z takich uczuć. Kiedy widziałem Cię ostatni raz, to też od razu za tymi niedomkniętymi drzwiami wyłem i jak pijak nie mogłem trafić w dziurkę od klucza przy zamykaniu mieszkania. Nawet się ucieszyłem, że jedyne pytanie jakie padło, to “od czerwca?”, bo na mocniej dociekliwe mógłbym nie umieć odpowiedzieć bez łez. Wybacz tę tanią melodramatyczność, ale prosząc Cię o wyprowadzkę, czułem jakbym sobie sam wycinał serce.

Ogólnie nie mam problemu z płaczem przy ludziach. A tym bardziej przy kobiecie, którą kocham. Ale też czuję, że kobieta która mnie odrzuciła nie powinna oglądać moich łez w swoim temacie.

Zażartowałem kiedyś, że ten kocyk-poduszkę daję jedynie ludziom, których nienawidzę, bo trzeba go później zwinąć. Powiedziałaś wtedy “teraz wiem co o mnie myślisz”. Pomyślałem, że gdzieś po drodze jednak przeleciało Ci przez dziury w mózgu, jak mówię, że jesteś mądra, albo supercute, albo że jestem z Ciebie dumny, albo że uważam że osoba którą zaprosisz do wspólnego życia będzie bardzo szczęśliwa.

Chciałbym być tak szczęśliwym mężczyzną, jak przy Tobie. Wymyślać jakieś wspólne szczęście, co robimy, jak do niego docieramy, z pracą, szkoleniami, wakacjami, prozą życia, ale również sprayowaniem choinki. To się nie wydarzy, dopóki nie przestanę za Tobą tęsknić. A tęsknię od jesieni i mimo jasno wyrażonego braku wzajemności tęsknię też całą zimę, próbując w tym wspólnym mieszkaniu znaleźć dystans, w jakim przestanę.

Ale kiedy przestaję na Ciebie patrzeć, okazuje się że wciąż Cię słyszę, a kiedy przestaję Cię słyszeć, pukasz do drzwi z pytaniem o kawę i później przychodzisz z troską i niepokojem, bo prawie mnie złapałaś na płaczu. A następnego dnia przynosisz rurkę z kremem. Jesteś przecudowna. Jesteś kochana. Skoro nie mogę być Twoim facetem, chciałbym przynajmniej być Twoim kotem.

Kiedy wspierałaś kuzynkę po jakimś dramatycznym rozstaniu, to rzuciłaś coś takiego, że “to tylko facet”. Ja tak nie potrafię. Salty to w mojej głowie kształty odrysowanych jak na miejscu zbrodni kawałków podłogi, na których leżałaś w kuchni i przedpokoju, słodki zapach smakowej herbaty lovare (czasem coś czuję! ale czy to naprawdę była herbata?), bałagan absurdalnie sexy poczochranych włosów z nałożoną odżywką, smak holenderskich wafli i klejących kluch z koreańskich potraw, niebezpieczny błysk w oczach, kiedy wyrzucasz mnie z pokoju, wibracje ciasno opiętego jeansami tyłka, kiedy walasz mi się po łóżku w zabawie z kotem, wspomnienie jakiejś niezręcznej erekcji, zanim jeszcze zacząłem tęsknić, przegrywana czasem walka z grawitacją biustu, który na poważnie zainteresował mnie dopiero, kiedy pokochałem dziury w mózgu - uwierz, że mają jeszcze większą siłę przyciągania (może są czarne?), więzisz tam pełno światła.

Dziękuję za te wieczory, jak z wpisu z pamiętnika. Były dla mnie warte każdej późniejszej łzy. Przepraszam za to smarkanie między łzami, domyślam się, że na maxa słabo się przy tym zasypia.

Myliłem się, myśląc, że poradzę sobie, mieszkając wspólnie.

Przepraszam.

TL;DR: zmieniasz mieszkanie żeby nie żyć pod jednym dachem z zazdrosnym dupkiem.

Baaajo.

niedziela, 29 marca 2026

Petrified (Flunk x Arms & Sleepers)

Wiem że ostatecznie nie jest jeszcze tak źle, bo przecież sypiam w nocy bez tabletek - mówię Pstrokatemu Brzuszkowi. Poszedłem w piątek na zumbę do Konesera trochę jak zwykle, żeby mieć gdzie iść, trochę żeby sprawdzić, jak on się ma, bo nie odpisał na Insta, a przecież też ma jakieś swoje przygody w życiu. Jak my wszyscy.

Eskalowało to do spaceru do biedry, bycia po drodze częstowanym przez zumbowe modelki talarkami, wysłuchiwania długiej opowieści o osiemnastce syna Trenerki Danse Macabre (brawo ja, sam zapytałem), podwędzenia połowy paczki Hallsów Trenerce Damie Pchełek (sama oddała!), oglądania doprowadzających do szewskiej pasji wad remontowanego zabytkowego płotu, wreszcie: do zagłębienia się w tajemne trzewia modnej, bogatej Warszawki, tej żyjącej zaledwie przez ulicę ode mnie.

Zimno było, więc zeszliśmy do garażu, no.

Doświadczyłem więc przestrzeni zamożnych elit od samych podstaw, gdyby to była piramida potrzeb Maslova, to od najważniejszych rzeczy, widziałem sprawy fundamentalne. Chodziłem po garażu pełnym tajemnic jak jaskinia Batmana, słuchałem tam jak niedźwiedź rurowy przewala się przez instalacje, oglądałem piękniutkie, czyściutkie, błyszczące, wypasione bryki, Porsche i Corvetty, które w ogóle mnie nie interesują pewnie gdzieś tak od dziewięćdziesiątego siódmego, kiedy przestałem kupować Auto Świat na rzecz Secret Service i NEO. No ale oglądanie miejsc parkingowych, to trochę jak to podglądanie balkonów, praktykowane przez Mimblę. Można wiele zobaczyć, można się zaskoczyć!

Warszawskie elity traktują swoje podziemne miejsca parkingowe, trzysta dziewięćdziesiąt złotych czynszu za spot, jako przechowalnie wszystkiego co przyjdzie do głowy. Co tam rowery, vespy i motocykle BMW, był tam i wóz cały zapakowany jakimiś workami, nie było miejsca na kierowcę. Wymyślna podziemna komórka. A prawdziwy status i bogactwo pokazujesz przecież, kiedy na miejscu parkingowym trzymasz coś co wygląda na śpiwór bezdomnego i buciory na zmianę, bo tak ci zbywa na przestrzeni, że możesz trzymać co się podoba i gdzie się podoba.

Są tam i tacy, co mają w piwnicy podpięte jakoś na dziko, z pominięciem liczników, pralki i suszarki, więc wszyscy mieszkańcy składają im się na częste porządki. Ale największy hit to strategicznie rozstawione po garażu wózki z pobliskiego Lidla.

"Wozimy nimi rzeczy, bo to wygodne. Zajebaliśmy."

Ciekawe, czy może wymyśliła to Anita Lipnicka, zanim sprzedała swoje mieszkanie? A może właśnie dlatego sprzedała, kiedy zrozumiała klasę sąsiadów, hmm? Pstrokaty Brzuszek z delikatnym zawodem w głosie opowiada, że nie odpowiadała "dzień dobry". Och, Brzuszku! Może była w Tobie zakochana? Żebyś wiedział z jakim trudem mnie przychodzi mówić ostatnio "dzień dobry" sąsiadce z mieszkania. Obaj doskonale wiemy, sytuacja jest podobnie beznadziejna, przecież i Ty nie miałbyś dla Anitki wzajemności, jak ja nie mam od Salty. Więc może trudno tak jej było kłamać, że "dobry" na Twój widok.

Wiem że ostatecznie nie jest ani trochę dobrze, skoro balansuję wciąż na tej krawędzi płaczu, im bliżej jest, tym mocniej. Prawie mnie dziś przyłapała, wstałem rano, zrobiłem kanapki z serem i pasztetem, bo po trzech miesiącach spędzania w kuchni możliwie najkrótszego czasu, wreszcie nieco zbrzydły mi tosty, zawinąłem jak najszybciej do swojego pokoju, tak jak kocur Książę Ciemności kryje się pod łóżkiem. Muzyka tak żeby ją jak najmniej słyszeć, książka, żeby czymś zająć głowę, kocyk, żeby mieć złudzenie ciepła, a te łzy tak jak to mają ostatnio w zwyczaju, czasem na chwilę przychodzą, nie da się odciąć tak całkowicie od rzeczywistości.

To chyba dobrze, cała ta czytana ostatnio książka jest o byciu połączonym, c'nie?

Trochę przespałem pytanie na komunikatorze o kawę, ale nie przespałem pukania do drzwi, otworzyłem jak ten zombiak, poczochrany, półprzytomny, pewnie jeszcze było widać zaczerwienione od płaczu oczy, choć po domu chodzę często w kapturze. Faza emo-nastolatka, nie wyjdzie z człowieka, przecież nawet na Salsation pojawia się Evanescence, a Linkin Park lubi nawet dzieciarnia Bazyla i Herbacianej. Nieostrożny ja.

Pewnie nie powiedziała na ten widok jak Yen "jejku, jej", ale podobnie. Może "ojojojoj", jak w tej piosence na zumbie u Damy Pchełek, śmiałem się dawno temu już, długo przed Salty, może wkrótce po Mewie, że ten refren zagląda mi w serce i wiem że rozumie, bo tylko tyle ma komentarza. Piosenka oczywiście jest okropna, nie bardzo są na moich zajęciach okołotanecznych piosenki, które mógłby pochwalić bohater Murakamiego.

"Spałem. Nie, nie chcę kawy."

Ze dwie godziny później robię frytki, ona leży u siebie trochę na łóżku, trochę na fotelu od biurka, tak zabawnie, bo akurat tak się bawi z kotem w kubraczku. Kotka jest po operacji-kastracji, mam z nią iść w poniedziałek na kontrolę szwów, bo Salty się nie wyrobi z pracy raczej.

Kto to jest simp, pytał poprzedniego wieczora Pstrokaty, może np. ktoś kto jest beznadziejnie zakochany i zamiast wyprosić ją z życia, bierze jej kota na wizytę do weta? Kot niczemu nie jest winny, nikt niczemu nie jest winny, jedynie moje durniejsze od kota serce.

Wstawiam ten obiad i myślę tylko - nie przychodź, nie przychodź, nie zniosę Twojej troski. Przemykam z powrotem do siebie, niby wystraszony kocur Książę Ciemności i przez pięć minut jestem bezpieczny, ale przecież ta strzelba Czechowa musi wystrzelić. Jest taka kochana i taka nieświadoma, jak kocur Morel, ostrożnie, troskliwie zainteresowany nawet obcymi. Łapie mnie w kuchni, kiedy fryer krzyczy za kilka minut "potrząśnij żarciem"!

"Źle wyglądałeś, czy wszystko w porządku?"

Więc kłamię. Spałem. Wszystko w porządku. Nie, nie jestem mocniej chory. A kiedy brat daje znać, że mam u niego do zabrania stuff od rodziców, nawet nie muszę zastanawiać się dokąd uciec. Czy naprawdę nie ma innego sposobu? Jebać serce, jebać miłość, nie ma miłości, są tylko jakieś chemie w mózgu, chemia jest mądrzejsza i wiatr wieje przeze mnie, mózgu, wywiej mi ją z siebie, przecież ona  wyraźnie powiedziała nichuja. Nichuja nie masz powodów do przejmowania się nią, jasne? Nichuja.

O tym że szuram tym głupiutkim mózgiem w konflikcie z sercem po dnie pamiętać będą blog i arkusz kalkulacyjny. Zdesperowany ja, jak to mam w zwyczaju, zdarza się raz na kilka lat, popadam w hazard. Tylko oczywiście w swojej śmiesznej skali jedynie, jeden zakład na chybił trafił. W końcu potrzebuję naprawić trochę poważniejszych rzeczy niż cieknący kran. Mógłbym jej tak powiedzieć, jako melodramatyczną metaforę, gdyby zapytała, dlaczego musi poszukać innego mieszkania.

Na razie ja poszukuję innych przestrzeni. Od brata idę do Północnej, kupić tego totka. Poprzednio kupowałem zakład w tym samym miejscu, do koperty na ich wesele, ale tamto się nie liczy jako hazard z desperacji. Mówił ostatnio, że dostali tych zakładów sporo, cokolwiek wygrali za te rzadkie trójki, zakładali dalej, aż się wyzerowało. Tylko kasyno wygrywa, wiadomo.

Bez sensu zjadam drogie żarcie z maca (bohater Murakamiego kręci nosem, że junk food, nie kręć na mnie nosem, jestem sześć lat starszym dupkiem od ciebie), trzeba było iść na wyczepistą bułę z żabki. No ale piszę i czytam tam też, jakbym znów kończył liceum albo marnował czas na wszystkich ledwo napoczętych studiach i wytracał go w galeriach. "Działać w stronę rzeczy zbytecznych" na zawsze w bio. Odwiedzam też jakieś miejsca z wyobraźni - myślę o podsłuchach, których nie zainstalowano, o kotach, które na szczęście przeżyły, więc to wciąż moja opowieść, o tym że jest tyle lepszych opowieści i może nie ma sensu dalej snuć mojej. Wyżeram z kieszeni Hallsy i zamiast wracać na Pragę 509, jadę tramwajem do metra, metrem od początku do końca, od końca do węzła, czytając dalej "Tańcz, tańcz, tańcz" i do mieszkania też wciąż wracam na około, tj. odnajduję w końcu przejście między garażami na wysokości bramy do Konesera, o którym mówiła Różyczka.

Lepsze na pewno byłyby historie o dziewczynie, która jest pomiędzy, więc jakoś tam zna obie perspektywy i nie może tych perspektyw wymieszać. Przeczytała cały ten cykl żałobny i nie może z niego pisnąć słówka Salty. Rozmawia z Salty, może wie czy ona już chodzi na te randki, ale nie może nic o tym pisnąć autorowi cyklów żałobnych. A do tego ma własne sprawy, one powinny być najważniejsze. Albo historia o architekcie Konesera, który widział prawdopodobnie więcej świata niż cała sala zumby razem wzięta, ale żartuje że może pójdzie pracować do Żabki. Byłaby to historia jak z Szekspira, skoro życiowa osoba partnerska pracuje w Lidlu? Albo historia o prawniczce toczącej boje z byłym mężem, która ginie w katastrofie lotniczej. I historia siostry trenerki zumby, z którą były wywiady w magazynach, pilotki tego samolotu. Albo o tancerzu wyrzuconym z domu jako trzynastolatek.

To wszystko o wiele ciekawsze, nawet jeśli trochę zmyślone!

Mimbla by mi spokojnie powiedziała, że to nie konkurs na ciekawe życie i że moje emocje, nawet z nudnego, sztampowego życia o nieszczęśliwym zakochaniu, też są ważne. Trudne to, pozbyć się ich, kiedy miało się już poczucie domu, pewnie głupio to wymyśliłem, że po tym jak któregoś jesiennego dnia zacząłem tęsknić, wystarczy mi później zwykłe "nichuja", żeby się wyleczyć. Ale też bądźmy poważni - bez tego "nichuja" byłoby jeszcze gorzej. Przetrwać, przetrwać, przetrwać.

czwartek, 26 marca 2026

Wypasanie owiec w Tybecie

Jak sabotować samego siebie? No właśnie tak jak ja, tj. wyjść z założenia, że muszę mieć gdzie uciec z mieszkania, żeby jej móc powiedzieć, żeby się wyprowadziła. Jakbym tchórzył przed konsekwencjami tego, co ona może odpowiedzieć w zamian. Czy to też jest sprawa, w której da się podjąć decyzję? Kim jestem? Jestem tchórzem, bojącym się takiej konfrontacji, czy jednak jestem już zmęczony tym, że płakałem dziś już trzy razy i nie ma sensu mieć do samego siebie pretensji, że szukam miejsca z dala od niej zanim się pozbiera stąd?

Mógłbym sam się zacząć jakoś sensownie zbierać. Potrzebuję przestać ją widzieć, potrzebuję przestać ją słyszeć, potrzebuję przestać czuć jej zapach. Ja niby nie czuję zapachów, mam okropnego nosa, ale ją czasem czuję.

(Czyli mam doskonałego nosa! Czuje te kobiety, które warto czuć!)

Jakby teraz już nie było źle, przecież wiele gorzej już nie będzie. Pamiętne ostatnie słowa? Po prostu oprócz tego że chujowo jest mnie, chujowo będzie też jej.

Nie chcę żeby jej było chujowo, chcę jej ojojać i wycałować kontuzjowane kolano. Tylko mi nie pozwoli.

Im więcej mija czasu, tym więcej płaczę. Tak nie można. Wczoraj prawie pękłem na "Beautiful Things" w trakcie zajęć. "Pleeeeeease, staaaay", w drugą stronę do diaska, ona nie umiera, ona musi się wyprowadzić z mojego życia.

Dziś znów zapytała, czy robić kawę. Pochwaliła wymianę baterii przy zlewie w toalecie. Jest taka kochana. Tęsknię za wspólnym piciem kawy.

"Nie zrozum mnie źle, jesteś taka kochana", mógłbym jej powiedzieć. I zrozumiałaby źle.

Pokazałem Różyczce ten ulubiony wpis o niebie, samo wspólne bycie to było dla mnie niebo przecież. Pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że te moje najszczęśliwsze chwile ubiegłego roku to dla niej był nudny, randomowy wieczór ze współlokatorem i nic więcej. Różyczka kibicuje mi żeby postawić kropkę, śmiejemy się z tej melodramatyczności. Z miesiąc czy dwa temu próbowałem sam siebie przekonywać, że ja nie robię żadnych durnych akcji w emocjach a teraz żartujemy o wyjazdach na platformy wiertnicze. Prędzej na zbieranie czegokolwiek co można teraz zbierać, na platformy trzeba mieć jakiegoś skilla.

Dzwoniłem do kuzynki z Łodzi, niestety mieszkanie ma wynajęte.

Po tym jak mało mnie nie rozjebało w trakcie zajęć, zrobiłem podobne przewinienie co Ona, tj. ze swoim dramatem zadzwoniłem do Herbacianej, że ja przecież nie mogę z Salty mieszkać. UAFem ASAPem. Tam na Krańcu Świata też się dzieją trudne sprawy czasem, więc konkluzja była taka, na co miałem nadzieję ofc, że w razie czego mogę na ten czas do jej wyprowadzki, jeśli znajdę jaja żeby ją o to poprosić, zamieszkać u nich w ramach wzajemnego wsparcia. Już tak żyliśmy przecież. Może byłoby łatwiej i nie musiałbym rezygnować z życia w Warszawie. Nic mnie tu nie trzyma, to prawda, ale jednak nie wyobrażam sobie życia bez zajęć.

Nawet wpadłem na peronie metra na Pstrokatego Brzuszka, który mieszka przez ulicę. Obiecał że gdybym  jednak wyjechał, przygarnie na ten czas moje kwiaty do opieki!

Nie wiem czy to jest dobry pomysł, im więcej o nim myślę, tym mniej mi się podoba, tj. Herbaciana i Salty to przyjaciółki. Czuję że nie powinienem w tym rzucaniu kłód pod nogi Salty (i tak boli ją już kolano) polegać na Herbacianej. Lepszy to by było poprosić ją o wyprowadzkę i jednak przetrwać to u siebie: pomalować płytki w toalecie przez święta (przecież raczej wyjedzie), może w łazience w majówkę (przecież raczej wyjedzie), zdecydować co z kuchnią. Odświeżyć mieszkanie na tyle, żeby znaleźć innych lokatorów do pokoików później.

Cztery razy, a nie ma jeszcze piętnastej! Nie ma sensu liczyć.

poniedziałek, 23 marca 2026

For the Reunion, FFVIIAC

W ubiegłym tygodniu pochorowała się bratowa, co wciągnęło mnie w wir ucieczkowo-pomocowy. Dowiedziałem się od rodziców, że jadą do dzieciarni, chytrze wykorzystałem tę szansę, żeby podrzucić ciuchy do przeróbek czy napraw. Mamusia-krawcowa fachowo podeszła do spraw, co się da ruszyć to mi zrobi, czego się nie da, to oczywiście okazało się, że super pasuje Tatusiowi.

Pojawił się temat kuzyna w moim wieku, trzy miesiące starszy jest, zapraszającego na wesele. Wiem od jego siostry, była u mnie niedawno przecież, że telefony z nieznanego numeru z weekendu to od niego, muszę kiedyś odebrać i jakoś uprzejmie odmówić. Tato żartuje o tym, że on się nie wyrobił przed tymi okrągłymi urodzinami, bo impreza pod koniec czerwca. "Ja też się nie wyrobię, była taka jedna, o której myślałem, że bym się mógł oświadczyć, ale nici z tego". Tato łączy kropki, oficer WSI w sumie, nie ma się co dziwić:

- To ta od teatru? Strasznie smutno wyglądałeś jak o tym mówiłeś.

- No ta. Ale też strasznie wesoło wyglądałem, jak zaprosiła Cię Mamusia!

- Ja zaprosiłem mamusię na pierwszą randkę do Łazienek w niedzielę.

- Chopin, koncert?

- No tak. Bo przecież w filharmonii to bym usnął, w Łazienkach nie.

Myślę, że znam kogoś, kto opowiadał jak usypiał w operze na "Śnie nocy letniej" ale niby chętnie by spróbowała ponownie. Tylko w żadnym wypadku ze mną, ech. Myślę, że to pierwsza ładna rzecz, jaką wiem o rodzicach sprzed tej opowieści, jak krzyczano na mnie bodaj "Groszek" pod oknem szpitala. A o jakiejś nieładnej mam sny w których krzyczę do mamy "powiedz mi to".

Mózg jest głupi, serce jest głupie, nie chcą się zgrywać, współpracować. Przecież po to jej wtedy nie dopytałem tylko przytuliłem, że nie chcę z niej wyciągać strasznych rzeczy żadnych z tego czasu, jak się poznawała z Tatą. To decyzja! No ale mózg jest głupi i nocami śni sobie to wszystko od czego pęka serce. Tato teraz jeszcze mocniej rozumie, dlaczego sprawa teatru była tak smutna, więc długo tuli mnie na pożegnanie.

Przecież to o czym kto wie, to już nikomu nie zwróci nic, ani nie zawróci trzech miesięcy płaczu, ani dwudziestu lat zastanawiania się czy ja jestem (nawet jeśli nie, to w głowie tak) i koszmarów.


Salty czasem ma swoje dziury w mózgu lekko zasklepione chyba, ostatnio wyraźniej widziała, jaki dystans trzymam, więc zapytała wprost.

- Czy jesteś na mnie o coś zły?

Duma! Pytałem ją tak po Sylwestrze, kiedy wyszła imprezować z koleżankami bez słowa i w ogóle miałem wrażenie, że czymś podpadłem.

Odpowiedziałem krótko, ale jasno, mi się wydawało: Nie.

Nie odpowiedziała nic, wyszła z kuchni, kilka minut później zadzwoniła Herbaciana zamartwiona, tama puściła, wysłałem B&H na bloga, no i dowiedziałem się przy okazji, że Salty nie dosłyszała mojej odpowiedzi i poczuła się zignorowana, jakbym nie odpowiedział nic. Rozumiem ten wkurw (wiedziałem sekundę przed telefonem, że coś się stało, bo zamknęła się w pokoju), bo przecież naraziła się na jakąś konfrontację, tj. wszystko zrobiła dobrze, oprócz tego jedynie, że moja odpowiedź przeleciała jej przez dziurę w mózgu. Pewnie powiedziałem to za szybko, ale też w sumie pełna odpowiedź była dopowiedziana w głowie.

"Wręcz kurwa przeciwnie i wynika z tego że chyba jednak będziesz musiała poszukać innego mieszkania".


Idę na zajęcia, ale jedne, czuję się przemęczony ostatnio, potrzebuję wyhamować trochę. Wracam, Salty się pakuje na weekendowy wyjazd, nie wiem gdzie, ale na dłużej, bo pakuje się z kotem, więc oczywiście mam wizje że łazi na randki z tindera w tym czasie, jak jest gdzie indziej, bez zazdrosnego, odrzuconego typa w pokoju obok. Przecież ja wiem, że ona by kogoś chciała w życiu, nie mówiła tego wprost, ale jednak żartowała, że może by ją tak kto na siłowni zaczepił, atencjuszkę z książką na bieżni, albo że na imprezie firmowej się pokaże odpicowana. A Herbaciana mi tylko potwierdziła, że wspominała jakiś czas temu, że może by wróciła do randkowania.

Tydzień temu znów nawaliła pralka, akurat wróciłem do domu mieszkania uratować sytuację, kiedy Salty nie było. Chciałbym, mózg twierdzi, że to logiczne w kontekście osoby, która powiedziała coś na kształt nichuja o chodzeniu ze mną na randki, ale absolutnie nie jestem ponad to, że wyjąłem na suszarkę koronkową bieliznę. To nic nie musi znaczyć, w końcu sam ostatnio się staram, sprawia mi przyjemność dobre wyglądanie, no ale w żałosnej głowie zazdrosnego, odrzuconego mężczyzny, to znaczy że potajemne randki z tindera się udają, mózg jest głupi i serce jest głupie, nie chcą się zgrywać, współpracować. "To nie moje sprawa, jeśli się z kimś spotyka, wyraźnie powiedziała, że nic między nami nie będzie", powtarzam sobie cierpliwie, na serce to nie działa.


Wpada mi w oko, że grupa choreograficzna Cudownej daje pokaz na latynoskiej imprezie w centrum, myślę że może to premierowe przećwiczenie przedstawienia, które szykują na zawody za kilka tygodni, faktycznie tak jest. Łamię się nad tym, czy iść, nie tańczę salsy, bachaty, nic z tamtych rzeczy, ale ponoć ma być też Rueda z warsztatem, a to widziałem kiedyś w oye, że jest jakąś zabawą. Decyduję się więc, to jest najodważniejsza rzecz od zaproszenia na randkę, tj. idę choćby przez chwilę, choćby na warsztacie, tańczyć w parze. Często się te pary zmienia, do tego mocniej zwracałem uwagę na źle przestawiane nogi, ale mam tę noc za sukces z wykonanym planem minimum - wyglądałem dobrze i chyba tylko z lekkim roztrzęsieniem tańczyłem te kilkanaście minut. Wokół pełno pięknych ludzi, pełno pięknych dziewczyn, Zakresowa tuli się do mnie (ale nie tylko) po występie, cała roztrzęsiona, żartuję sobie z MonkeyG chwilę, bo też nie zna salsy, więc jesteśmy na tym samym poziomie, Salto patrzy jak zawsze tymi ogromnymi przerażającymi oczyma sowy-wyroczni i nic nie mówi, najmocniej ratuje mnie znajoma z jednej nagrywki między zbyt krótkim warsztatem a pokazem, próbuje wytłumaczyć ten podstawowy krok salsy, nie jestem tam zupełnie sam przez cały ten czas.

Note to self - nigdy więcej nie chodź w takie miejsca sam. No chyba że nauczysz się tańczyć salsę kubańską w parze, wtedy będziesz prosił do tańca, c'nie?

I chyba mimo wszystko nieźle wyglądam pośród tego tłumu pięknych ludzi, bo Cudowna ewidentnie mnie w pierwszej chwili nie poznaje, kiedy wita się długo i rozmawia ze stojącą obok koleżanką. Macha do mnie z pewnej odległości dopiero kilkanaście minut później.

Daniel Craig, słysząc gdzie była impreza, przypomina, że architekci budynek przezywają Toi-Toiem i z tego się bierze żart gówniany jak moje życie ostatnio, bo zabawa pięknych roztańczonych ludzi była w piwnicy przecież. Nic dla mnie nie znaczyli wciąż, nawet najpiękniejsze z nich. W głowie mam szambo.


Wracam do domu zaraz po pokazie, skoro nie ma tam nikogo naprawdę znajomego, a ja nie umiem poznawać obcych ludzi. Piszę do B&H, że spotkajmy się nazajutrz, potrzebuję pożyczyć narzędzia, no i potrzebuję powiedzieć na żywo, że nie mam żalu o tę pomyłkę w sprawie posiadania emocji. Biedne dzieciaki, męczą się u mnie, no ale wyjątkowo spotkanie było nie na naleśniki, a żeby odbudować jakoś ten most. Jedziemy później dalej plotkować u nich, Bazyl pyta mnie, jaki będzie następny film.

Chyba już wiem, tj. nawet zdążyłem wcześniej powiedzieć Herbacianej, że pewnie czeka ich najdziwniejszy rozwód przyjaciół w historii: nie było ślubu, jedno zostaje z całym majątkiem w mieszkaniu, ale siedzi i płacze, drugie bierze kota pod pachę i w sumie nie wie o co chodzi.

Całą noc z niedzieli na poniedziałek myślę o tym, że jednak nie obędzie się bez spektakularnych akcji, że nie ma żadnego ratunku, żadnej ulgi, że żadne zajęcia, Salsation, Commercial, Reggaeton, nie uratują sytuacji, to stanowczo nadużywane leki objawowe. Myślę o tym, żeby poprosić ją o to, żeby poszukała sobie nowego mieszkania do czerwca najdalej, tak jakby miała umowę i gdzie by w tym czasie uciec na  te dwa miesiące po ostatnim "bajo" (klucze oddaj Herbacianej), może kuzynka z Łodzi ma wolną kawalerkę? Może Ojciec Chrzestny ma miejsce w  prowadzonym ośrodku wczasowym nad morzem, jeszcze przed sezonem? Łódź by była lepsza, albo jakiekolwiek miasto, żeby był Zdrofit z zajęciami jakimiś.

Nic mnie tu nie trzyma, tj. wszyscy oczywiście mają jakieś problemy, ale nikt nie ma takich kłopotów, żebym był mu niezbędny do przetrwania, a ja pewnie potrzebuję przeżywać własne życie, a jedyny sposób żeby przeżywać własne życie dalej, to jest wyrzucić z życia osobę z którą życie się nigdy nie wydarzy.

Bo przy niej jestem wciąż zakochanym, żałosnym, zazdrosnym dupkiem. Wróciła dziś rano, przywiozła sobie nowy kubek - mówię, że kubek wróżki, takie ma wzory. "Kubek wiedźmy", odpowiada. "Muszę się nauczyć stawiać tarota, to trudne, ale nie mam głowy do tego ostatnio".

Jestem zazdrosnym, wciąż zakochanym dupkiem, słyszę że jest wypoczęta, swobodna, bez napięcia z piątku w głosie, ucieszona wiosennym ciepłem i jedynie myślę o tym, że to nie przeze mnie ani nie dla mnie i że dla kogo masz głowę, skoro nie do nauki tarota, bo sprawiasz wrażenie jakby zrobił coś co się bardzo podobało w trakcie weekendu. Jakby weekend z dala od naburmuszonego dupka nie był wystarczający.

Herbaciana ma rację, kiedy mówi mi na spacerze przez Konesera, że nie ma powrotu do tego co było przed jesienią. Jadę tu dziś po sobie jak po burej suce, dobrze że kot nie rozumie. Śpi mi na brzuchu przez pół dnia, kiedy czytam "Tańcz, tańcz, tańcz" (a jednak trochę bohater Murakamiego może z tym pomysłem na wyjazd gdzie indziej) i kiedy piszę. Potrzebuję też pamiętać, że druga strona medalu to jest że jakoś trzeba przestać płakać.

środa, 18 marca 2026

KocitSkoria, ten breakcore z plumkaniem i sajonara na końcu

Nie mogę doczekać się wyjścia z domu, mieszkania, dobrze wiem, że to ucieczka jest. Byle tylko zniknąć, zanim wróci z pracy. Tak to teraz jest i tak to będzie jeśli mi nie przejdzie, albo jeśli nie zapadną jakieś drastyczne decyzje.

Odwiedzam nowe kluby fitness, tym razem padło na Mennica Towers. Wieże są mnogie, trafiam wstępnie do tej złej, chłopak z recepcji kieruje mnie do tej naprzeciw. Obok jest Norblin, nie mam pojęcia, czym jest Norblin, może to sprawdzę? Pstrokaty Brzuszek zabiera tam przyjezdnych na wycieczki. Chyba nawet mignęło mi że jest muzeum, może to coś jak sąsiadujący z moim blokiem Koneser.

Dobrze mi służą te ucieczki z mieszkania, oprócz aspektu ucieczki, myślę. Trochę spaceruję (na tyle na ile pozwalają kolana, one się najbardziej na spacerach zużywają), trochę na nowo czuję miasto, jak za czasów w korpo. Korpo nie było specjalnie urocze, ale wiele wtedy spacerowałem, rozglądałem się, myślałem, przecież większość wpisów tego rekordowego roku założycielskiego musiała powstawać w głowie częściowo w takich sytuacjach. Wciąż trudno mi się myśli o innych sprawach niż o powodach ucieczki, ale na pewno łatwiej jednak, kiedy jakieś mam przed oczami. No ale nie chce mi się pakować z klocowatym laptopem więc CV znów nie ruszyłem.

Mimbla pytała, czy wysłałem, Pstrokaty Brzuszek pytał, przecież po to im mówię, żeby była mobilizacja, żeby nie było wstydu że nie ruszyłem tematu. Do tego Mimbla mówi, że coś tam znajomy szuka, ale w zupełnie obcych mi rzeczach, widzę też nowe fajne oferty, pod które niemal to samo CV by poszło przecież.

W domu mieszkaniu bezwład, w domu mieszkaniu paraliż. To gorszy tydzień, śpię pod kocem w dresie, nie chce mi się zdejmować narzuty z łóżka. Noł stress, jestem czysty, przecież ze dwa czy trzy prysznice biorę po zajęciach. Ale jednak. Nie mam ochoty na nic, jedynie książki jakoś wchodzą, ale Silksong, godot, cokolwiek, wszystko leży. Poza programem zajęć realizuję minimum niezbędne do przetrwania. Potrzebuję wyrzeźbić cokolwiek na NWO, może nie ze spraw świeżych, skoro nie idzie, niech będzie i full nostalgia? Jak rozprawka w szkole.

Wchodzę do nowego klubu, byłbym przysiągł, zrobiłem dobre wrażenie na dziewczynie ćwiczącej naprzeciw drzwi. W sumie dobre wrażenie robię na sobie, trzeba się wygolić wprawdzie, ale w kremowym swetrze i granatowym płaszczu nadrabiam. Zerkamy na siebie znów kiedy wychodzę z szatni, teraz mam już jednak w głowie że jestem na siłowni i moje ramiona pająka odstręczają. Trzeba podziękować za ten niepokój Salty, w końcu to z jej z koleżankami wieczoru wiem że facet to ma srać kasą i mieć ramiona jak pień drzewa, żeby nosić na rękach bez problemu.

Drugi raz o to pytam, po jaki złamany chuj mi to tłumaczyłaś później, że to tylko takie żarty były i wcale nie myślisz (myślicie?) nic takiego na poważnie. Why do you care?

W szatni w pierwszej chwili nie zauważam Instruktora, taką będzie miał xywkę, bo to pewnie jedyny facet w moim towarzystwie najbliższym aktywny w zawodzie. Sam mnie zaczepia, też uważa że dobrze  lub schludnie wyglądam, bo pyta czy po pracy.

Mówiłem wczoraj Danielowi Craigowi, że nie będę wychodził z domu wyglądając źle, zależy mi, dobrze się z tym czuję. Czy to puste? Pewnie trochę. Ale ja potrzebuję każdej możliwej rzeczy, która utrzymuje na powierzchni, to też jakaś lina ratunkowa, chwytam się wszystkiego co poprawia samopoczucie. Stówka na miesiąc w secondhandzie sieciowym czy stacjonarnym to i tak o wiele mniej niż dowolne używki, c'nie?

Rozmawiamy też chwilę po zajęciach, Instruktor, tancerz taki że narody klękają, opowiada mi że zaczął ten Salsation rok temu. Na chwilę oblewa mnie zimny pot, bo ja w różnych formach bawię się w te tany dwa lata ponad i nie widzę szans na takiego skilla przed pęknięciem kolan, ale uspokaja mnie - on po prostu ma talent. Za małolata tańczył ze cztery lata, ale już wtedy łapał wszystko w sekundę. Odpowiadam na to swoje ulubione, że byle falki się uczyłem przez pół roku i wciąż czasem tak sobie. Chwali mi falki i daje podpowiedzi, co poprawić przy chodzonych.

Uśmiech, ciepło i serdeczność to może też jest talent.

Cudowna na reggaetonie przypominała dopiero co, że robimy trudne rzeczy, te wszystkie rolle klatką piersiową itp., mam na zajęciach nowe superluźne ciuchy, myślę że półtora roku pracy to jedno, ale fashion dokłada cegiełkę i jestem ekstra zadowolony z postępów. Jest jakoś życiowo ironiczne, że nagrywki z zajęć wrzucam z filtrem "HOME" ostatnio i jedynie widoczne dla znajomych oznaczonych jako najbliżsi, tj. odgwiazdkowałem Salty. Chyba i tak nigdy tego nie oglądała, sprawiła na mnie kiedyś wrażenie, że klika czasem te lajki mechanicznie z grzeczności. Oszczędzę jej.

Ale to jest głupie.

No ale taka prawda, że nawet zanim się zorientowałem, że tęsknię, to mi zależało, żeby jej pokazać, od kiedy tylko wiedziałem, że się interesuje tańcem i byliśmy na tych zajęciach z K-popu.

Dziś pisze, że będzie miała gości na herbatę, a co mnie to, nie wrócę do domu mieszkania przed jedenastą.

Tańczę, drugie Salsation nie pykło z listą rezerwową, więc jestem gościnnie na zumbie na Gdańskim. "Tańcz, tańcz, tańcz" - czytam, myliłem się i w ogóle nie jest to oczywiste, że zupełnie nic z tej książki nie pamiętam. Wręcz wiem teraz, że była mi w tym roku przeznaczona nie tylko przez tytuł. Możliwe że to było na naleśnikach, kiedy rozmawialiśmy o podawaniu kotom kroplówek (ale w sumie mogło być i z Salty, nie jestem pewien) i powiedziałem wtedy na pewno, że śmierć kota to jest dobra sytuacja na rozpoczęcie książki. Wyszło szydło z worka, czytałem to ze dwadzieścia lat temu i niby nic nie pamiętam, ale sytuacja ze śmiercią kota na dzień dobry jest właśnie z tej książki Murakamiego. Wezmę to za dobry omen.

Zastanawiałem się kiedyś, jak nie skończyć w życiu jak jakiś bohater opowiadania Sołtysa, na pewno nie grozi mi bycie bohaterem Murakamiego. Dziwne sytuacje zawodowe i przerwy w zatrudnieniu w sumie pasują, no ale oni jednak na ogół mają tam kogoś w życiu, a mnie nie dotyka nikt. Czasem brzmię jak  jakiś incel, ffs. Do tego moje serce wiernego psa drażni, że te dziewczęta z książki to sypiają z typem na boku, a mają np. narzeczonego i dopiero się rozstają po ślubie. W ogóle seks bywa czasem w jego książkach jak rzecz, którą się zdejmuje z i odkłada na półkę. Jakie to by było wygodne.

Wierny jak pies, ale zdychający jak kot, jak najdalej od wszystkich. Głupio mi tak dystansować duet B&H, ale co ja mam im powiedzieć, że wchodzę w trzeci miesiąc płaczu i nie widać poprawy? Wcale się tak dużo w życiu nie napłakałem do tej pory, może mi się wyrównuje. Kobiety w których dostrzegasz partnerkę, może żonę, to jest kiepski materiał na współlokatorkę. Ale skąd możesz wiedzieć wcześniej, przecież to nie pierwsza laska co tu mieszka, nigdy nie było tego typu kłopotów.

Obracam te myśli w drodze z metra, nie skręcam do siebie, wlekę się najwolniejszym możliwym spacerem mimo chłodu, żeby tylko opóźnić wejście do domu, nie nadziać się na żadnych ludzi, najlepiej żeby Salty już spała, choć wiem że pewnie jeszcze nie będzie. Skręcam na Plac Konesera, wpadam na Pstrokatego Brzuszka z partnerem. Więc nie muszę jeszcze te następne pół godziny spacerować sam, miłym jest mi ten zbieg okoliczności, nie rozumiem tylko, dlaczego życie nie ma dla mnie takich zbiegów z kobietami. PB ma ostatnio powodzenie, uważa że to dlatego, że mu przestało zależeć. Nie wiem jak dotrzeć w takie miejsce i nie wiem czy w ogóle chcę, no ale to ładny kontrast. "Pogodziłem się że chyba będę sam", jak mówi, vs "pierwsza dziewczyna o której pomyślałem że mógłbym się oświadczyć" (bo była się nie rozwiodła za mojej kadencji, więc nie bardzo było jak o tym myśleć, no ale still valid).

Mamy kiedyś sprawdzić, czy damy sobie radę pomachać przez okna, to blisko.

niedziela, 15 marca 2026

Aliens, Turquoisedeath, thx dedeco

We wtorek późniejsze niż zwykle spotkanie z Różyczką, przestało jej się podobać na zumbie, więc też wtorki odpuszczam, pewnie z czasem i środy? Kiedy ostatnio byłem u Trenerki Danse Macabre, rzuciła na początku zajęć to pytanie, co się stało, że tylko raz na tydzień. Ja na to, że kiedyś miałem młodsze kolana. Przecież to by było nieuprzejme ze środka sali krzyczeć, że wolę Salsation teraz, po co prowokujesz! Ale na jutro do Damy Pchełek jestem zapisany, tam jednak mocniej lubię.

Poszła ze mną na Salsation Różyczka, ale też średnio jej się podoba. Wcześniej skończyliśmy GOW Ragnarok, ostatnia Walkiria padła szybciej niż Król Berserków, wręcz nieco byłem zawiedziony! Zaczęliśmy It Takes Two, bo ma couch co-op.

Niepokoi mnie ta gra wstępnie, skoro to gra terapeutyczna jest, będzie mnie jakoś kąsać i wkurzać, choć przecież ja nie jestem w sypiącym się związku dążącym do rozwodu, nie było żadnego związku, nie zapominaj o tym ani przez chwilę, że taki dom to twoje urojenia-marzenia, nie ma znaczenia jak bardzo byłeś szczęśliwy.

No ale jestem w odwrocie z relacji - czy można mnie winić, że próbuję to tak ogarnąć, żeby jej nie wypraszać ze wspólnego mieszkania?


W środę zrobiłem odwrót do Galerii Renova, second handy też mogą być drogie, wydaje mi się, że ten jest tańszy niż najbliższe, co nie zmienia że trzymam za słowo Daniela Craiga, obiecał wspólną wycieczkę. I  tak wydałem dużo kasy, ale jest z tego voucher do kwietnia zniżkowy, jeszcze się trochę obkupię za kilka tygodni, bo mi wciąż mało. Nabrany na program lojalnościowy w second handzie, do czego to doszło!

Czuję się dobrze na zajęciach w nowych ciuchach, po prostu! It's something! Lawyer Spice też propsuje, że dbam o wygląd, mówi że to dobry znak ogólnie, wychodzenia z depresji, odpisuję, wydaje mi się, nie zakłamując rzeczywistości, że oprócz sprawy z Salty to jest dobrze przecież.

Mój hipotetyczny profil na tinderze powinien mieć zdjęcia jak z wyboru postaci do gry. Wybierz swojego partnera czatu:

- Aragorn z temu  - tj. wersja elegancka

- za stary by tańczyć - tj. hip-hop luzak pod zajęcia

- gram na linuxie  - jeszcze nie ale zanim się zdecyduję na profil może będę

Przynajmniej bym wiedział od razu, że jeśli ktokolwiek kliknie w kierunku ok. jest nerdem. Powinienem to założyć żeby z kimś pogadać niezobowiązująco, nie żeby się koniecznie umawiać przecież. A Mimbla mówiła kiedyś, że zna małżeństwo które się poznało przez nieuważny swipe w niechcianą stronę wręcz.


Przewijam się przez dom mieszkanie w pośpiechu, w drzwiach odbieram telefon od Bazyla, taki niezobowiązujący. Bazyl właściwie nigdy nie dzwoni, bo "przejeżdża obok i o mnie pomyślał", to zawsze jest coś jednak. Widzę więc że ekipa która pomysł że ja mam uczucia bierze za żarty widzi że coś nie tak i próbuje.

Nie chce mi się z wami gadać.

Za mocno wziąłem sobie do serca ten pomysł Mimbli, że mógłbym być o to obrażony i nagle jednak trochę jestem.

Mówię jej o tym w czwartek, ale tylko znów potwierdza, że to naprawdę, naprawdę słabe, uznać człowieka za żart w sprawie zapraszania na randki, będąc jego najbliższymi ludźmi w sumie. Spacerujemy w okolicy biura przy Metro Wilanowska, wydaje mi się że osiadła już jakoś w tej nowej robocie, ale mówi że jednak wciąż trochę stres i ten impostor syndrom, bo zaczyna już "prawdziwe taski" i w sumie to nie do końca czuje że wie co robi jednak. Jeśli przezajebista Mimbla tak ma, to jak ja kiedykolwiek mam znaleźć pracę, ech?

Żartujemy sobie trochę o budynkach dziurawych czy obłych. Odwiedzamy skarpę z fotelem widokowym, kiedy między blokami, wydaje nam się, dostrzegamy koniec miasta. Jest w niej ciągły niepokój, że ja stoję na krawędzi, że sobie zrobię krzywdę, jak ten typ z osiedla u niej na Teofilowie niedawno, co wyskoczył z okna. Albo jak ten o którym rzadko mówimy wprost po tylu latach, choć wiadomo że to przede wszystkim o to doświadczenie chodzi.

Byłem tak daleko od gościa, a i tak później myślałem - rozmawialiśmy o Morrowindzie kiedyś, gdyby cokolwiek z tego pociągnąć, czy byłby jakiś inny efekt motyla? Później znów odbieram telefon od Bazyla, śmieję się że tym razem udało mi się wstawić tosty przed, ale jak najszybciej przerzucam rozmowę z siebie na Herbacianą. Mówi wprost, próbują zadzwonić drugi raz na drugi dzień, bo źle brzmiałem. Ejże, źle brzmiałem, bo w sumie chory oprócz wszystkiego innego. I Salty w domu przy której nie pisnę ani słowa o swoich stanach przecież, jeśli w ogóle cokolwiek Wam pisnę.

Zajmijcie się lepiej swoją depresją, zamiast mnie pytać o moje leki czy cokolwiek; w tym i tak Salty lepiej wam doradzi niż ja. Wszystko byście wiedzieli, gdybyście pamiętali adres bloga przecież. Nawet widzieliście pierwszy wpis żałobny, bo przeklejałem i Herbaciana od razu zaczaiła skąd to musi być.

Jak kurwa ma być dobrze, jeśli miałem przez kilka miesięcy w życiu słońce a teraz sam je gaszę?


W piątek rano budzę się akurat na ratunek od bratowej - chodź na spacer z rodziną, bo jesteśmy u fryzjera w okolicy. U fryzjera patrzę na odmalowane płytki w toalecie, to jakiś plan jest na tani remont, dla mnie spoko.

Na placu zabaw przez godzinę podnoszę dzieci do zjeżdżalni, mam w głowie tę złośliwość, że "jak będę chciał gadać z dziećmi to pogadam z bratankiem" odnośnie bycia za starym dla Salty (wychilluj, ona to ujęła dyplomatycznie: za duża różnica wieku) i życie składające się z ucieczek przed nią teraz.

Jeśli jestem dla ciebie za stary na randki, to jestem dla ciebie za stary na gadanie w kuchni o czymkolwiek przez godzinę, na uważność odnośnie spraw w pracy, albo mówienie z kogo twoja siostra by była dumna, że białko, białko, białko w posiłku; żarty że kot część rzeczy ma po mnie a część po tobie, dzielenie się mandarynkami na pół i pytania ile kawy ustawić; komentarze o dziurach w mózgu (czy ktoś kiedyś jeszcze pokocha cię za dziury w mózgu jak ja, hę?) i chwile wisielczego humoru o straszącej po pożarze na osiedlu zmarłej babci; na pytania o fanfiki potteromaniaków, a już tym bardziej na wspólne oglądanie filmów czy seriali z przygotowanym zawczasu dzbankiem herbaty i przekąskami;  no i totalnie nie wchodzi w grę planowany kiedyś Silksong, like, ever. I może na mówienie "bajo" przy wyjściu z domu mieszkania też jestem za?

Dalsza, smutniejsza część tego żartu, że mieszkałem ze żmiją, co się zachowywała jak była żona oraz z cudowną kobietą co nigdy nie zostanie żoną, to jest że sam się zachowuję jak jakiś były mąż pewnie. Może jeszcze nie aż tak, ale na pewno coraz bliżej.

Jakie to jest słabe, ale jak ja tęsknię przecież też i to też jest słabe, tęsknić do kogoś, kto mnie nie zechce.

Cały dzień spędzam z rodziną brata, kawa w ulubionej palarni Ave przy Ząbkowskiej (wywołuje we mnie zazdrość prowadząca ten biznes, tak wkręcona), pizza, już wiem że L'osteria jest spoko przecież z Walentynek z Pstrokatym Brzuszkiem, przejazd na Białołękę, klockowe wieżowce w literki z Kroplą Deszczu (nawet gra u fryzjera kiedy jest strzyżony!), czytanki z Samkruszynką. Specjalnie miałem ze sobą laptopa, żeby pogrzebać przy CV, ale nie bardzo to robię, przed tym chyba też wciąż uciekam, wymawiam się dzieciarnią.

Wieczorem w domu pada pytanie, prawie że wprost, czy wszystko w porządku - wiedziałem że te telefony nie wzięły się z niczego przecież. Kiedyś jej powiedziałem że ja nie kłamię. Teraz już chyba umiem jej kłamać, przecież nie mam innego wyjścia. Ale jakbym chciał żeby się wyprowadziła od razu bez tej walki o przejście nad sprawą do porządku dziennego to "kocham cię" byłoby najskuteczniejszą ścieżką pewnie, wiałaby ażby się kurzyło, iksde. Choć generalnie wolę jej nic nie mówić zamiast kłamać.

"Jestem chory i boli mnie głowa" - przecież to nie kłamstwo, to wymijająca prawda, nie musisz wiedzieć na dokładkę, że Mimbla mi doradza żeby ciąć przy samej ziemi, tj. wyprosić z domu mieszkania jednak.

Pięknie ci się tulipany z dnia kobiet otworzyły, przyciąłem je zgodnie z zaleceniami, nawet nie wiedziałem, jak wygląda ten kwiat przed tobą, jak postoi chwilę w wazonie.

Nawet nie wiedziałem jak wygląda dom. Przed Tobą.

Czy kiedy mówisz przez telefon "właśnie weszłam do mieszkania" to też skreślasz dom w głowie, jak ja to robię trzeci miesiąc?

Tnij, tnij, tnij. Skreślaj, skreślaj, skreślaj.

Mój bunt w mózgu to przecież niewiele ma wspólnego z tęsknotą, tj. ja nie wierzę że tak kategoryczne "nichuja" da się zmienić, nie wydaje mi się żeby ludzie się aż tak zmieniali. Po prostu:

ONA NIE ZROBIŁA MI NIC ZŁEGO

Złotymi kurwa literkami, jak magiczne zaklęcie wyryte na mózgu przez Macrosa. To by było tak bardzo nie fair, nawet jeśli nie wykopać jej jest nie fair dla samego siebie. Ze żmiją to miało sens od pierwszego tygodnia, a i tak starałem się jakoś delikatnie.

Nie patrzy na mnie, kiedy o to pyta, czy wszystko w porządku. Tchórz.

Nie patrzę na nią, kiedy odpowiadam wymijająco, przecież uwierzy w co zechce uwierzyć, a chorobę widać po mnie mocno. Tchórz. Ale widzę w oknie, że była odwrócona do stołu. Zerkam na nią teraz czasem tylko przez te odbicia. Niestety malutką twarz i tak mam na komunikatorze i nawet tam wciąż boli w chuj patrzeć na nią, kiedy akurat pisze żeby nie karmić kota, bo idzie z nim na badania przed zabiegiem.


Dziś zdzwonka z byłym szefem, pogadaliśmy, pewnie niepotrzebnie, znów o starej robocie, całkiem potrzebnie o Silksong, który zacząłem sam z taką myślą, że po tym już może będzie po wszystkim? Wyszedłem na spacer, częściej niż kiedyś korzystam z bliskości Starówki. Pod Cerkwią sympatyczna dziewczyna w koniakowym płaszczu i białym szalu, akurat mi stanęła przed nosem i jakby się wierciła trochę. Ale przecież nawet gdybym nie był wciąż emocjonalnie rozjebany z Salty to bym nie zaczepił, więc co z tego, hmm? Nawet wysiedliśmy na Starówce razem, ale jakoś mocno się spieszyła, a ja specjalnie w drugą stronę, nie mam złudzeń, że cokolwiek teraz mogę.

Choć przecież nawet wyglądam spoko, druga próba z płaszczem to pełen sukces, podobam się sobie! Mimbla przypomniała "500 dni miłości", w to przedwiośnie życzy mi jesieni.

Na Placu Zamkowym objawia się mini-przeznaczenie, jestem tam żeby cyknąć turystom fotkę ze Stadionem Narodowym. Widać z góry też ten pawilon z napisem "taniec", który pokazywał na insta Daniel Craig. Kojarzy mi się to i że  kończę drugi tom Malazańskiej, zrobię przerwę od smoków i przeczytam sobie "Tańcz, tańcz, tańcz". Nic nie pamiętam, nic nie wiem, może Murakami ma jakieś odpowiedzi albo inspiracje, kiedy taniec to jedyne co mam.

Wracam przez kładkę, siedzę tam chwilę, bo serio lubię, tylko trochę tłok, więc na niższej ławce, nie widać dobrze, jak samochody na Śląsko-Dąbrowskim wyglądają jak resoraki przez to. No i raczej nie chodzą tamtędy samotne dziewczyny, to już Harry Potter zauważył, że zawsze grupami. Może przy następnych naleśnikach też jakiś kładking, co tak będę sam siedział? Pokazałbym się w nowej koniakowej kurtce.

wtorek, 10 marca 2026

Orange County

Śni mi się, że jesteśmy z kimś nad wodą, brzegi są betonowe, brzydkie, mamy przejść przez tę wodę, bo okazuje się bardzo płytka, mówimy że to Cieśnina Gibraltarska, ale jednak nie idziemy, bo choć tak płytko, to zapach jest jakiś taki okrutnie zatęchły, zawracamy. O wiele węższa ta senna cieśnina z betonu, niż rzeczywista, choć o rzeczywistej czytałem coś tam kiedyś, albo oglądałem, że myśleli nad postawieniem mostu.

Za chwilę zostaję zamknięty w izolatce, nie wiem co to za kara, nie wiem co to za wrogowie, może to coś jak z Kafki. Mam wrażenie bycia jakimś męczennikiem. "Nie będę męczennikiem w straconej sprawie przecież", pisałem niedawno Mimbli, torturują mnie w ten okrutny sposób psychiczny, tj. dają promyk nadziei, odsłaniają na chwilę okno, dosłownie wpadają promienie słońca, ale po chwili zamykają, nic z tego, spędzisz w tej ciemnicy wieczność. Krzyczę że wytrzymam, ale kulę się, układam jak do muzułmańskiej modlitwy, czoło i kolana do podłoża.

Budzę się i myślę że przecież to wszystko ja sam, grzęźnięcie w betonowym ścieku, palenie mostów zamiast budowy, zawracanie, zamykanie w izolatce, całe moje uczuciowe szambo kipi w tych snach, jak zawsze.

Salty jest tak bardzo lepsza ode mnie (choć myślę, że może ma łatwiej, skoro nichuja nie ma dla mnie takich emocji jak ja dla niej), siedzę od rana zamknięty w pokoju, słyszę jakiś krzyk z kuchni, myślę: jednak zauważyła kubek. Nie pędzę tam od razu, dowiem się przy okazji, jak wypełznę z pieczary.

"Myślałam że mam zwidy! Dziękuję!"

Ładna kropka by to była.

Jestem dobry, wdzięczny, niczego nie oczekuję.

Nieprawda, nieprawda, nieprawda.

"No przecież ona się we mnie nie zakocha", pisałem Mimbli, na pytanie, jak się sprawy mają. Mam nadzieję że uda się jutro z nią kawa. Ktoś w internetach twierdzi, że ta piosenka o śmierci nie pasuje do nowego albumu Gorillaz, a mnie tak super pasuje ta piosenka teraz przecież, nawet jeśli to trochę inna śmierć się musi wydarzyć.

Nie ma tu żadnych przystojnych kocurów...

"I tak by ci się nie spodobało."

Kotka ma te swoje pół roku już chyba, nie wiem jak wygląda koci cykl, ale na moje to dostaje szajby już trzeci raz od półtorej miesiąca. Salty łazi po domu i z nią gada w tym tonie, albo że "nie ma jej kto wyruchać". Jak te kobiety są między sobą subtelne, jejku, jej. Co z tego że międzygatunkowo.

(Co z tego że brzmi jak z programu "co można powiedzieć do kota i żeby dojebać absztyfikantowi".)

Wspólnota doświadczeń, huehue.

(Wiadomo że dziewczyny ze swoimi różnymi parametrami mają większe szanse niż niżej podpisany, nie musiałyby się prosić, byłaby kolejka.)

Plus jest taki, że kiedy w sobotę odwiedziła mnie ekipa na naleśniki, to kotka nie siedziała zestrachana w jakimś kącie - na ogół boi się mężczyzn, ze mną się oswajała długo przecież, a ma mnie dzień w dzień - tylko łasiła do wszystkich bez względu na płeć. Było udanie, miło, myślę, choć z jedną koleżanką mam wrażenie, że za mało dawałem radę ją włączyć w rozmowy, słaby gospodarz. Ja zrobiłem naleśniki i rogale, Stania z mężem ubili śmietany i przynieśli kajmak nawet, było przesłodko. Pstrokaty Brzuszek przyprowadził swojego couchsurfera, więc było znów trochę angielsko-polsko, jak z mężem kuzynki poprzednio. Przydałyby mi się częstsze rozmowy po angielsku.

Minus jest taki, że w niedzielę naszczała mi do torby, dzisiaj do łóżka i za trzy godziny, jak już zmieniłem pościel na świeżą, znowu do łóżka. Tym sposobem kot dostał bana na mój pokój, co wydarza się w idealnym czasie, bo to znaczy, że będę zamykał drzwi, a to znaczy mniej współlokatorki, która ten tydzień ma pracować zdalnie.

Kocie, wredna jesteś, spałaś mi dzisiaj na brzuchu najpierw, a później takie rzeczy. No ale może w sumie ty jedna rozumiesz, że ta grodź w postaci drzwi jest dla mnie dobra, więc na dobrą sprawę to jednak dziękuję. Pościel do jutra sobie wyschnie. A drzwi pewnie już pozostaną zamknięte.

Salty podziękowała za kwiaty na dzień kobiet, ale nie skomentowała, że na półkę kuchennej szafki wrócił kubek. Tym razem opatrzony podpisem "back from hell for women's day". Wygląda jakby ją parzył, tj. jeszcze go nie wyjęła od wczorajszego wieczora. Nabieram podejrzeń że ona jednak miała z tym kubkiem jak ja też mam z jednym z otrzymanych - może jednak marzyła, żeby kot go zbił. A tu psikus, żart wrócił. Wiem na pewno, że lubi głupie kubki, chwaliła się różnymi przecież, ma taki z kremówkowym papieżem i kodem QR odsyłającym do jakiejś techno wersji "Barki".

Może ten ode mnie jest aż nazbyt głupi? Ej, za drogo mnie kosztował, żeby nie wrócił choć raz.

Na kubku jest rysunkowy Dean Winchester z gołą klatą, bo jakiś milion razy przy serialu powtórzyła, jaki on jest hot i że testosteron. Napis "testosteron" też jest na kubku, żeby nie było wątpliwości, skąd ten pomysł.

Może nie chce pić testosteronu?

Masz swojego kocura znów, ucieszyłabyś się, Księżniczko!

(Jakiś to jest etap żałoby, że się idzie w hejt? Chciałbym żeby gdzieś była kropka, ale może nie tu, c'nie?)

Byłem w niedzielę po dłuższej przerwie na zumbie u Damy Pchełek, aż się dziwię, jak było ekstra.

(Pamiętaj, jaki rollercoaster emocji przeżyłeś z Damą Pchełek i że teraz jesteś już perfekcyjnie obojętny. Trzeba po prostu przetrwać!)

Później dwie godziny Salsation. Jest to niezbędne do zajętości głowy i zapominania o tęsknocie. Nie wiem skąd mam w telefonie taki obrazek jak z jakiegoś profilu dla mojego wspólnego z kobieta onet targetu czytelniczek na fejsie:

myślę o tobie
ale ciszej
coraz ciszej
tak byś nie słyszała
jak zapominam

To pewnie wpadło tam przy okazji byłej. O której wciąż pamiętam, no ale coraz ciszej. Czy ktoś gdzieś tam komuś zrobił krzywdę? Wtedy, teraz? Niby nie. Powiedziałem jej wtedy, że czułem się okropny, kiedy przestałem już nawet pytać, czy ma dla mnie czas. Teraz też jestem okropny, bez żartu i bez uśmiechu. I bez czasu, bo z niego uciekam.

Bo wciąż tęsknię. Planuję jutro sklepy, zamknięte drzwi to za mało.

A żeby myśleć coraz ciszej, to trzeba się rozstać. Tymczasem Salty kupiła sobie wycieraczkę pod drzwi. I numerek do naklejenia, bo mieliśmy tymczasowy-wieczny na karteczce, brat kiedyś zostawił. Jakby jej Herbaciana powtórzyła, co jej napisałem o "przebijaniu tego balonu bullshitu że mam dom" (stąd się wzięły skreślenia domu że to tylko mieszkanie), ale w dziurach w mózgu się nie mieściło jednak, że dom to jest relacja, nie nowa wycieraczka. A o relacji powtarzam sobie do upadłego, zapominając o trosce i przyjaźni, że tak bardzo nie chciała uwierzyć, że ja mogę mieć ciepłe uczucia, że wybrała dla mnie żal i litość, że uznała, że się łaszę do niej o towarzystwo i proponuję teatr, bo nie mam innych znajomych (that's so fucked up), co może wręcz sugeruje, że gdyby cokolwiek, to ostatecznie to by się mnie wstydziła.

(Tak naprawdę wiem, że będzie tylko cudowniejsza i nie chcę na to patrzeć, nic z tego nie będzie moje.)

No więc to słabe inwestycje. Wiem to już niestety, dla mnie będzie o wiele za głośno, jeśli ktoś Cię będzie trzymał tam za drzwiami za rękę kiedykolwiek. A tym bardziej gdyby robił cokolwiek, co by się spodobało, right?

Już tak bardzo zazdrosny, choć nie ma tu żadnych przystojnych kocurów.

poniedziałek, 2 marca 2026

Full circle

 Był kiedyś taki rozedrgany kwiecień maj (choć tak naprawdę to zaczęło się wcześniej, pod koniec lutego albo w marcu, ciężko to określić teraz, po spaleniu pamiętników), kiedy pierwszy raz chciałem zaprosić dziewczynę na randkę i powiedziała mi po prostu "idź sobie". Bilety do teatru licealiście, któremu nie przeszło jeszcze przez głowę, żeby się zająć jakąś sensowną pracą, załatwiała wtedy kuzynka. Możliwe że nawet wtedy nie wiedziałem, co to miało być za przedstawienie, więc tu ostatnio bardziej się postarałem, kiedy wybrałem, wydawałoby się, spektakl skrojony pod kontekst, bo przecież dopiero co rozmawialiśmy o "Śnie nocy letniej". Tylko wyszło jeszcze gorzej. Jak głupio w sumie, że tylu starszych kuzynów studiowało w Warszawie, a ja głupiutki nie miałem nikogo, kto by mi coś wyjaśnił na temat życia wtedy.

Teraz większość kuzynów też mieszka gdzieś w okolicy, bawiłem się z ich dzieciarnią na przyjęciu.

Ta sama kuzynka była też ostatnio właśnie na tej mega imprezie rodzinnej, czterdziestej rocznicy rodziców. Nie porozmawialiśmy chyba wcale, wyszli wcześniej z mężem, ale dzwoniła do mnie, bo zapomniała zabrać coś i że może bym ja wziął, to przechwyci kiedyś. Termos na ziółka. Sam wpadłem na to, żeby go opróżnić i umyć od razu, w końcu nie wiadomo kiedy. A nawet nie byłem jej pierwszym wyborem na telefon, mam zerowy kontakt z rodziną, przez te wszystkie sprawy z rodzicami, które się działy dwadzieścia lat temu i pokutują w głowie, w snach, do dzisiaj - po prostu jak nie odebrał mój brat, to zadzwoniła do mnie.

Mój brat powinien być pierwszym wyborem każdego na świecie, jest zajebisty. Miałem kiedyś, niewiele później niż tamta sytuacja z teatrem, taki pomysł, że on mnie tak wyprzedza w życiu, no i dystans jedynie się powiększa. To bez znaczenia w sumie, każdy ma swoje życie.

No a kuzynka pojawiła się tu u mnie w domu z mężem w ostatnią sobotę, akurat byli w okolicy na zakupach. Nie chcieli herbaty, kawy, samą wodę, przynieśli czekoladę.

Jak oni się znaleźli w życiu, jak oni wszystkich zaskoczyli, to ciekawe, to ujmujące, no i jest w tym element zazdrości oczywiście, biorąc pod uwagę co tam się dzieje u mnie. Kiedy widzieliśmy się na chwilę, mijając na trasie biegowej w trakcie pandemii, nie zamieniliśmy nawet słowa, ja w ogóle się zastanawiałem kilka minut, kto to się do mnie tak uśmiecha, kiedy się mijamy. Później przez moment byli też u mamy mojej na urodzinach, więc wtedy się dowiedziałem, że ma męża z USA, wojskowy. Śmiali się ostatnio, że "z odzysku", zastanawialiśmy się jak to będzie po angielsku, wyszło na to, że "leftovers". Zajmują ich zwykłe życiowe sprawy, wspólne mieszkanie, za drogie remonty, wzajemne gesty. "Zamontował mi napęd elektryczny w rowerze, żeby miała łatwiej do pracy, jak forma gorsza". "Spaliłam dzbanek elektryczny, dlatego szukamy teraz, idziemy popatrzeć tu w Galerii". "You don't spill water on electric stuff", śmieje się, ja się dopytuję, co to za mega dzbanek musiał być, że go nie zastąpi pierwszy lepszy, był mega, podgrzewał do określonej temperatury, albo utrzymywał, to nie pierwszy lepszy.

Ten termos na ziółka i woda zamiast herbaty czy kawy zaczynają nabierać jakiegoś znaczenia, no ale nie pytam, dość już mi powiedzieli, że on ma problemy z kręgosłupem i nie może dźwigać i czasem boli w nocy, i dwie operacje już były, ale nie wiadomo czy trzecia coś zmieni. Ja jakoś rozumiem te bóle, mnie tak układ nerwowy rozwalały któreś leki, czułem się jakby mi przypiekało uda, w nocy albo po prostu stojąc przy kuchence, na szczęście minęło.

Jest w tej pierwszej dłuższej rozmowie z kuzynką po tylu latach dużo przemijania, takie myśli, że się ma ochotę po prostu doczekać emerytury (a ja bez studiów mam trudniej, żeby dobić stażem pracy do minimalnej chociaż, jestem w połowie może przecież), ale jest w niej też dużo spokoju i pogody ducha mimo wszystko, że jakoś tam siebie znaleźli z tym żołnierzem z innego kontynentu i mimo że mają wrażenie, że strasznie się sypią, to razem raźniej.

"Zrobił mi ostatnio ciastka z ciastek, pokruszone oreo i do tego serek, do lodówki, no ciastka z ciastek, tak tam w Stanach gotują, nie jak u nas, że od zera się ciasto z mąki robi raczej."

Brzmią jakby mieli dom. Patrzę na nich i myślę, że może jak jedzą mandarynki, to każdą dzielą się na pół.

Potrzebuję się przypilnować, żeby przyjąć na serio to zaproszenie i kiedyś ich odwiedzić, przecież i tak potrzebuję jakiejś przystani na soboty po zajęciach, można jechać kiedyś tam. Nie mam na razie innego pomysłu niż żeby przestać być w mieszkaniu.

czwartek, 26 lutego 2026

Pasta jajeczna

Naprawdę żyję w nudnym, śmiesznym filmie. Robię śniadanie, wchodzi do kuchni, tuli kota w ramionach, patrzy w okno, "Jakie cudowne słońce dzisiaj", stoję za nią, ja pierdolę, jaki mózg jest głupi, myśli wszystkie te cheesy rzeczy, że Ty jesteś moim słońcem i chciałbym tak do końca życia, czego nie rozumiesz, weź już zgaśnij jak mnie nie chcesz. "Tak, cudowne", nie mogę tego powiedzieć głośno, bo złamałby mi się głos, więc mówię dość cicho, przecież czuję że mi się oczy zaczynają pocić, "Masz we wszystkim rację", wdech, wydech, przy kocie wolno się rozjebać, przy niej nie.

Pauza.

"To wszystko było do kota, prawda?"

"Nie, do ciebie."

Nieprawda, niestety, już to ustaliliśmy przed miesiącem.

Za chwilę kot interpretuje moje słowa jak zaproszenie na randkę, tj. bierze je za żart i robi na odwrót, co może niepotrzebnie zauważam na głos, tj. zauważam "Kocie, w ogóle nie rozumiesz co do ciebie mówię", w trakcie mówienia słyszę co mówię i znów myślę o tamtym dniu i o tym dniu tutaj przed chwilą.

To nawet nie jest film, żyję w programie rozrywkowym typu "co można powiedzieć w przedwiosenny poranek i jako komentarz do związku którego nie będzie", a nawet się nie staram, samo tak wychodzi, jakbyśmy złapali na improv flow, tylko publiczności nie jest do śmiechu.

wtorek, 24 lutego 2026

Inne rzeczy tam i shit is difficult z powrotem

Koty co lubię i co nie

Niekwestionowanym mistrzem dostarczania emotional support jest pies Rudzik, on w ogóle nie ma konkurencji, nawet jeśli wiadomo, że jego emotional support jest bardzo samolubny, bo każdemu kto się napatoczy podkłada mordkę do głaskania. Nielegalnym jest mieć ręce w kieszeni (a o poranku masz przecież ochotę mieć ręce w kieszeni zanim niedźwiedź rurowy wyjdzie z pieca) przy psie Rudziku, będzie trącał łapkami i noskiem o głaski, aż nie ulegniesz. W końcu ulegam nawet ja, nawet z karaluchami sprintującymi o tej porze po powierzchni mózgu, ale dopiero po śniadaniu. 

Za to z kotami mam tak, że kocur Biszkopt jest super, on też się dużo tuli i mruczy i drzemiemy sobie razem, ale już kotki, ech. Stara Tośka jest taka bidula już, że przeżuwa cztery razy wolniej od pozostałych. Młoda Milka popitala po jedzenie jakby miała w dupce motorek i kradnie żarcie Tośce, jak skończy swoje. Muszę Toski bronić. W efekcie nie lubimy się z Milką z wzajemnością teraz. Ja nie lubię krzyczeć na zwierzęta, a na tą trzeba fuknąć, żeby ja odgonić. Rodzice też mówią - wyrywa jej z pyszczka czasem. Skąd tak, przecież koty nie przymierają tu głodem! No ale wiejskie to półdzikie, nie zostawiają żarcia na później, jak znajome domowe, a już tym bardziej nie próbują go zasypywać, bo coś nie pasuje. Zeżrą wszystko.

Proza życia, Mistrz Kuchni

Mamusia zostawiła trochę żarcia, śmiała się że dla oddziału wojska na miesiąc. Tatuś żartował, że w takim razie mogą mnie zostawić na miesiąc, a ja umierałem w środku, tak uwielbiam tam bywać. Na nieszczęście to nie była prawda, już przed ostatnim dniem skończył mi się chleb. Został biały ser, mama robiła z niego takie kluchy, wspiąłem się więc na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych, tj. wziąłem ser, mąkę, jajka, przerobiłem to na kształt pseudokopytek. Ja nie gotuję zbyt ambitnie, chyba że mam ścisły nadzór, ostatnio w czasach pandemicznych na Krańcu Świata. Pamiętałem że do ciasta się sypie mąkę aż nie przestanie się lepić. Strasznie nie lubię jak się lepi coś do moich dłoni, strasznie jestem głupiutki, nie odsypałem sobie do mąki do naczynka sensownego, uwaliłem tym ciastem papierowe opakowanie mąki. No ale udało się, pseudokopytka bez ziemniaka, jadalne, fajne podsmażone i ze skwarkami. Dało mi to do myślenia o tyle, że nawet tak prozaiczne wyzwanie w niecodziennej sprawie odpędziło na trochę ponure myśli.

To jest akapit motywujący, żeby przysiąść nad Godotem, bo nie ciągnie mnie do szukania roboty dla kogoś na razie.

Pieniądze

Przyszła też córa sąsiadki jednego dnia. Prawie ma rozum w głowie, bo miała oddać pieniądze rodzicom, ale mnie nie chciała, bo mnie nie pamięta. Ja pamiętam jak bawiliśmy się kilka lat temu w berka i nawet jak ma na imię, no ale mówię jej - spoko, widzę że się czujesz niepewnie, gdybyś miała tyle kasy oddać obcemu, to mądre, przyjdź wtedy a wtedy, mama już tu będzie.

Oczywiście mądrzej by zrobiła, gdyby temu obcemu człowiekowi napotkanemu w domu sąsiada w ogóle nie pokazała, że ma siedem stówek w ręku, no ale zasugerowałem rodzicom, żeby może tam porozmawiali i przekazali lekcję.

-

Trzeba nauczyć się patrzeć na inne rzeczy znów. Tato pytał, czy ja już napisałem swoją książkę. Tato, skąd ten pomysł? A bo byli na takim spotkaniu tam pod Wrocławiem, twórców, pisarzy itp., gdzie mógł na chwilę brylować w nowym płaszczu. Mówię, nie pierwszy raz ostatnio - wybiłem sobie z głowy pisanie książek, kiedy pomyślałem, że nie umiem nie pisać o sobie.

Jak jest?

Wiadomo, że mądrzej od opowiadań zacząć. A ważniejszy jest projekt w godocie.

-

POnaranek i pOnadwieczorek

Napisałem sobie ostatnio o tym zabijaniu emocji w sobie, że tak przecież trzeba.

Tymczasem...

Dzień jest szary, specjalnie nie piję kawy przed wyjściem z domu na wsi, żeby bez problemu drzemać w samochodzie, do którego idzie się przez błoto i kałuże. Przesypiam całą drogę, nie jest wygodnie, no ale może mi się coś rozciągnie w wiecznie spiętej szyi. W Warszawie dzień nadal szary, dzieją się szare rzeczy typu remonty, korki i nawet jakieś roboty kanalizacyjne na ulicy pod blokiem. Tato nie ma gdzie zaparkować, więc na razie nie oddam mamie płaszcza do naprawy.

Wchodzę do domu jakoś po dziewiątej, Ona drzwi ma uchylone mocno, kot już musiał buszować po domu. Nie gapię się już na nią, to takie dziwne, że było mi wcześniej wolno, a teraz już nie mogę, skoro wiem, że to nie jest widok dla mnie. Ale łapię migawkę, mózg ma polaroida z tego porannego cześć.

Podnosi się z łóżka, włosy ma rozpuszczone i rozrzucone w taki sposób, który jest przecudownie gorący, bo tak wyglądają włosy kobiety, kiedy siedzi na Tobie przecież. Pamiętam, że ona raczej śpi ze związanymi włosami, rozmawialiśmy kiedyś o tym, więc dziwię się trochę. Chyba ma nową piżamkę, kremowa, wygląda jakby była w męskiej koszuli, żałuję że to nie moja koszula i mam jakoś sucho w ustach, bo to nie widok dla mnie. Widać dolinkę między piersiami, to na moje pokuszenie nieco większy dekolt niż na ogół nosi, na ogół przecież nosi za duże podkoszulki po domu. Spodenki też są zbyt kuse na moje serce, do którego szybko się okazało, zgubiłem obiecywany nóż. Jeszcze nie dziś. Wygląda tak jak bita śmietana wygląda w oczach trzylatka. Przez ten ułamek sekundy mam wrażenie, że za oknem jednak jest słońce, a przecież wcale nie ma.

Kiedy nie wiedziałem jeszcze, że nie będzie randki, nie była dla mnie aż tak erotyczna jak bywa teraz. Podobała się po prostu, ale tęskniłem do jej towarzystwa przede wszystkim. Zakazany owoc robi swoje. Mam nadzieję, że to jest postęp w mimo wszystko dobrym kierunku. Z Pstrokatym Brzuszkiem śmiałem się ostatnio ze starej, pozostałej w adresie mejlowym, xywki, kradzionej z licealnej lekcji chemii - spartolony elektron. Tu przychodzi na myśl inna lekcja, o tym że zanim się rozrywają plastikowe wiązania między cząsteczkami, to też są na chwilę najsilniejsze.

Wraca wieczorem i mówi mi - Stała się katastrofa.

Ja wiem od rana jaka katastrofa się stała, nie wiem skąd wiem, ale wiem że zbiła kubek. Dałem jej kubek, jedyny taki na świecie, grafika narysowana przez super kumpelę, z którą pracowałem kiedyś, to był prezent na urodziny, wymyślony jeszcze kilka miesięcy zanim w ogóle pomyślałem, jak okrutnie tęsknię. To było bardzo osobiste dziękuję, że masz ochotę spędzać ze mną czas, bo ten czas jest super.

Co się zbiło, pytam, choć wiem, bo nie widziałem go na półce, ani na stole, ani na suszarce, stąd miałem tę myśl już rano przecież.

Pokazuje mi zdjęcie zbitego kubka, ja mówię "shit happens", nie mówię, że przecież prawie go z jakiegoś powodu rozbiła od razu, jak go dostała, nie mówię, że nie wiem jak ten zbity kubek ma się do mojego zbitego serca, bo przecież jakoś. Nie zrobiło na mnie wrażenia, kiedy kot jakiś czas temu rozwalił wazonik po byłej. Tu nie wiem, jakieś zrobiło. Zamówię kopię kubka, przecież mam tę grafikę, dostanie w nim bukiecik na dzień kobiet. Będę jej zamawiał ten kubek dopóki jest obok, jeśli będzie trzeba pewnie, jako jakiś symbol-artefakt wznoszenia się ponad nichuja.

Chyba by mi nie pokazała tej katastrofy, gdyby mimo nichuja odnośnie randek, nie ceniła sobie tej relacji, jaką mieliśmy, tak?

Próbuje mnie zachęcić do rozmowy o grach komputerowych, bo kupiła coś co też mam na wishliście. W głowie paranoje - może kubek zbity, żeby zrywać więzi, może gra kupiona jako rewanż za coś co ja kupiłem i mieliśmy grać razem, kiedy jest ostatnio oczywiste, że nie będziemy spędzać tak czasu. Niewiele jej podejmuję, tracę apetyt w połowie podwieczorku, emocje wciąż we mnie buzują i ręce trzęsą mi się nie tylko dlatego, że ogólnie mi się trzęsą. Ciągniemy w przeciwne strony chyba, ja próbuję złapać dystans, ona może próbuje pokazywać że może być spoko, że chciałaby żeby było spoko, tak myślę.

Nichuja nie jest spoko i nieprędko będzie jak było, jeśli w ogóle, bo ja tęsknię za tym, żeby móc patrzeć na nią tak samo, jak patrzyłem całą jesień. A tak mi nie wolno.

Przyjaciołom powtarzam, że to całkiem urocze, że się zachowuje, jakby była przekonana, że to zaproszenie na randkę było z jakiegoś znudzenia życiem, a nie że może ja mam jakieś uczucia.

sobota, 21 lutego 2026

Jak Jezusek z Borja nie chcę

Lubiłem z Nią pożartować o sprawach brutalnych i ostatecznych. Bywa z niej gapa, mówi że ma kłopoty z wyczuciem przestrzeni, więc obija się i łapie siniaki na każdym kroku w domu mieszkaniu. Ja się śmieję, że dzięki temu nie odkłada jej się na żaden poważniejszy uraz. Nawet kiedy spadła ze stołka, to ja miałem złamane serce. No bo ja nie mam tego problemu, nie robię sobie w domu mieszkaniu krzywdy, oprócz tej sytuacji, kiedy mi się skumulowało i zwichnąłem stopę przy wstawaniu z fotela.

Dzięki tym żartom wiem już, że Ona skądś wie, że szansa na śmierć od rany kłutej to jest siedem procent. Naturalnie od razu wtedy zakładam, że ja na sto procent będę w tych siedmiu, gdyby doszło co do czego, choćby to była rana kłuta stopy. Na pewno byłem dość blisko takich spraw ostatecznych już, upuściłem kiedyś nóż.

Mimbla, kiedy wspominam jej o tym Starym Werterze we mnie, ostrzega, że cały ten romantyzm był do dupy, w takim ostrożnym i zatroskanym tonie, żeby mi żadne głupoty nie przechodziły przez myśl przypadkiem. Rozumiem skąd to, spokojnie, nie mam takich pomysłów, miałem tylko raz kiedyś w czasie okropnej migreny, chciałem skakać z okna z bólu głowy nie serca. Wystraszyło mnie to wtedy, co chyba dobrze o mnie świadczy.

Mimbla ma trudno, nie wydaje mi się, obiektywnie można powiedzieć, że o wiele trudniej niż ja. Jakoś tak, chyba głupio w sumie, pytałem ostatnio, czy czegoś z tych wszystkich spraw nie żałuje, gdyby miała dać szczery wywiad. "Przecież nigdy nie przewidzisz", odpowiada spokojnie. Matko Bosko, jaka silna kobieta to jest.

Przecież nigdy nie przewidzisz, że jak nadasz koleżance xywkę od żartu, który się jej nie spodobał gdzieś w okolicy zapoznania (od razu wtedy go porzuciłeś, to wszystko co po nim zostało) to w rok później jedyną słoną osobą w tym układzie będziesz ty sam. Może powinieneś był to przewidzieć, lubisz te symetryczne, przewrotne żarty, tak? "Salty" też było przeciwieństwem cukru! Literackie klamry i strzelby Czechowa, jak zwykle okazuje się, że to życie pisze najlepsze scenariusze, tylko dlaczego to musi być tragikomedia.

Może powinienem żyć tak, jakbym pisał taki scenariusz, mam jakieś pojęcie o powiększaniu przypału i humorystycznych grach z czasu zabawy w improv, wtedy nic mnie jednak nie zaskoczy?

Zaskoczy, zaskoczy.

Myślę to tonem w jakim powiedziałby to Kropla Deszczu, bo nikt nie powie tego tak pięknie i pewnie jak trzylatek przecież.

Z Pstrokatym Brzuszkiem rozmawialiśmy za to o wyrabianiu sobie dobrych nawyków. Przypomniały mi się wtedy takie tricki behawioralne, które praktykował instruktor improv, typu podszczypywanie albo strzelanie sobie w nadgarstek gumką recepturką, kiedy się popada w niechciane schematy. Dla Pstrokatego Brzuszka jest to sprawa, nomen omen, brzuszka i trochę mu tego zazdroszczę. Na mnie niestety spadła dziś ta świadomość, że mam do wypracowania taki nawyk w sprawie serca i są szanse, że nawet w spalonych kiedyś w tym piecu, który utrzymywał mnie ostatnie dwie noce po minus dwadzieścia przy życiu, pamiętnikach z liceum, nigdy nie byłem tak egzaltowany.

A ja potrafię być szalenie egzaltowany, przecież dlatego je zjarałem.

Żyj tak, jakbyś pisał scenariusz tragikomedii, pamiętasz? 

Believe me or not, dziś jednak żałuję sfajczenia pamiętników, mam ochotę spróbować sprzedać te dwadzieścia lat depresji. Skoro była kiedyś przebrnęła przez całego tego bloga, to wierzę, że jest czytelnik, który to kupi po opracowaniu. A przecież śmiałem się, czytając je na wyrywki przy przerabianiu na podpałkę.

No więc, jak mówi Mimbla, przecież nigdy nie przewidzisz. Nie przewidzisz, że kiedy podejmiesz tę decyzję, że wychodzisz z sercem, zostaniesz wzięty za żart do tego stopnia, że zamiast jasnej odpowiedzi, otrzymasz jakąś dziwaczną, to brzydkie słowo, no ale jednak, litość, bo może nie masz przyjaciół.

"Kupię mu pączki i pooglądamy filmy" to jest dobra odpowiedź bonusowa, jeśli wcześniej odpowiedź na propozycję wyjścia do teatru brzmi "hell yeah", a nie kiedy brzmi "wtf, chyba żartował z tą randką, ale jeszcze się upewnię u wspólnej koleżanki".

Nie przewidzisz, czy może uprzesz się na możliwie jak najdłużej zapomnieć, że podejmując decyzję o sprawdzeniu, czy wolno Ci zawalczyć o to szczęście, tak blisko, że na wyciągnięcie ręki, brakuje tylko zgody żeby je chwytać za dłoń, będziesz w konsekwencji musiał w końcu podjąć też decyzję, że tę pierwszą decyzję trzeba odwołać, nadpisać taką decyzją że już nie. I to jest najmniej romantyczna decyzja na świecie. Ale tak trzeba, c'nie?

To jest pytanie do Mimbli na następną kawę - jak przestać. Niepokoiła się ostatnio, że źle to znoszę, że wydawałem się za pierwszym razem trochę spokojniejszy i patrzący na jakieś perspektywy, że przecież tego kwiatu to pół światu. Tak jest, ale najpierw trzeba przestać. Ja wiem, jak to się potrafi rozmyć z czasem, byłem przez, ile, dekadę prawie, w związku, w którym z początku było dwieście procent wzajemnej troski, czułości itd. itp. Aż w końcu przestało, pewnie kiedy przestaliśmy razem cokolwiek planować, a ja nie chciałem za bardzo przypominać, że był w tym jakiś plan kiedyś, bo musielibyśmy ułożyć nowy, inny.

Ale teraz muszę sam to jakoś gwałtowniej uciąć.

Stąd pewnie te żarty o tinderach i zakładaniu gay-targeted of, w poszukiwaniu gwałtownych i efekciarskich ucieczek, jakby ten film mógł się zrobić ciekawy jednak.

W praktyce, to jednak piszę razem z życiem scenariusz tragikomiczny, godny pamiętników nawet jeszcze nie licealisty, raczej gimnazjalisty (już nie ma?). Przecież ja muszę umrzeć od tej rany kłutej. Za każdym razem, widząc ją, potrzebuję sam sobie wbijać nóż w serce, żeby to zamordować, tak? Nie jak do tej pory, że na chwilę umieram, kiedy ją widzę. Automord to ma być. I kiedy jej nie widzę w sumie też. Metaforycznie te noże, wiadomo. Bo gumka recepturka na nadgarstku to niestety nie ten kaliber emocji.

Czy może da się przestać jakoś inaczej? To nie ma wyłącznika. Żart to by było że sprawdzić czy nie alkohol (wszyscy wiemy że nie), ale przecież częścią tej tragikomedii jest, że ja jestem naprawdę wporzo typem. Nie jakimś księciem z bajki i na pewno jednak jest jakimś problemem, że nie sram kasą (było nie było, Ona jest księżniczką z pałacu na Podkarpaciu), no i oficjalnie za starym, tak. Ale jednak zadbanym, wolnym od nałogów wszelakich, z dystansem i nawet jakimiś pasjami innymi niż same gry komputerowe (które ona w sumie też lubi, więc to by nie była aż taka red flag, jak upierają się w sieci), uważnym, słuchającym i z sercem. I nie mieszkam z mamą!

Prawieże odfajkowana checklista z fejkowych listów o love stories do redakcji kobieta onet. Nie wiem dlaczego mi czasem ten syf wyskakuje w feedzie, nie wiem dlaczego go czasem czytam, może to kariera dla mnie? Umiem pisać pod ten sam target.

To nie jest typ, który odwala jakieś dzikie akcje w nieszczęśliwym afekcie. On sobie próbuje wykoncypować, jak to rozwiązać z klasą, no ale na razie mu nie wychodzi z klasą (doceń sam siebie: z klasą jest zaprosić na randkę przed rozmową o emocjach i z klasą jest zrobić krok czy dwa kroki wstecz w relacji która nigdy nie będzie taką jakiej pragniesz), bo mu wychodzi, że trzeba, jak w żarcie, zabić serce serią przypadkowych ran kłutych. Bo przy jednym dźgnięciu szansa na sukces to raptem siedem procent. Może przy ranach kłutych łyżką jest większa?

For fucks sake, kiedyś będę żałował, że nie da się spalić internetowego pamiętniczka. "I'm in love with my sadness", wiadomo, skoro wciąż tak bawią mnie te skreślenia domu. Śmieszno i smutno.

czwartek, 19 lutego 2026

Wełniany ocieplany płaszcz Magnat r.M

Dzień zaczyna się od dowcipu: wchodzę do kuchni i od razu podkłada mi pod nos kota, mówi że jako emotional support.

No tak, jadę na wieś do rodziców, no tak, to powinno być bardzo miłe, że pamiętasz, że nie przepadam za tymi wyjazdami. Wciąż lubię Cię o wiele, wiele za mocno, tj. chyba nic się nie zmieniło jeszcze, więc szczególnie doceniam te chwile, kiedy jesteś tak tępa (jeśli to udajesz to jesteś o niebo lepsza ode mnie), że nie dostrzegasz żartu. Jesteś ostatnią osobą na świecie z którą porozmawiam o emotional support. Od kota biorę, kiedy sam przychodzi, no ale nie dowiesz się o czym sobie gadamy, bo o Tobie. Dałaś mi niedawno do zrozumienia, że muszę zabić w sobie różne takie emocje, wyrośnięte w minionym półroczu. Łatwiej to robić nawet u rodziców, niż przy Tobie. Jesteś obecnie jedynym na świecie zjawiskiem przez które wyję o emotional support.

Albo przez które chichram się jak szaleniec, kiedy pod koniec tego średniego anime ("Gasaraki" jest lepsze, kiedy się już okazuje, że te namiastki mecha-porn są pretekstowe i mocniej idzie w horror, oprócz tego że w NGE pod koniec, gdyż ponieważ never nuke a country twice, I guess), bohater krzyczy:

"Abandoning your soul won't resolve your sorrow!"

A mnie się przypominają ostatnie żarty o życiu po heartbreaku, o tinderze, albo wręcz of, bo na dobrą sprawę jedyne komplementy jakich słucham w życiu dostaję od queer-kolegów...

O wiele mniejsze marzenie, niż zabranie fajnej kobiety do teatru, to był fajny płaszcz kiedyś. Próżne takie, by się chciało ładnie wyglądać, a ja nigdy nie umiałem sobie dobrać płaszcza ładnego. Chodziły za mną takie mocniej militarystyczne kroje kiedyś, wojsk lotniczych, albo jaki zgrabny trencz, nie pykło nigdy, choć raz jeden z sieciówki był blisko. A dzień po tym, jak mi powiedziała nichuja w sprawie wyjścia do teatru, wyjechaliśmy z Bazylem i Herbacianą na Mistrza i Małgorzatę do Łodzi. Nie do końca siadło mi to przedstawienie-rock-opera i do tego zniszczyłem sobie wtedy, zahaczyłem, szwy poszły, taki krótki płaszcz. Mam go z czasu tamtych prób z elegancją z okresu w korpo, ale długo już udaję że nie mam, bo w sumie przestał mi się podobać.

Zapomniałem go dziś zabrać do Mamy na ratunek. Upiorne to nieco. Płaszcz jest czarny i chcę go odratować na pogrzeby, ale przecież jej tego nie powiem, że może to na jej imprezę. To już trochę ten wiek, że się człowiek zastanawia, kiedy coś jebnie na amen. W grudniu rodzice przerabiali czterdziestą rocznicę ślubu, a ja byłem wtedy na granicy, żeby w ogóle nie przyjechać.

Stąd ona pamięta, że nie lubię tam jeździć przecież.

Pod koniec krótko poprzedzającej jubileusz wizyty na wsi, Mama pytała o szatana w piosenkach na mojej playliście, jakbym zapraszał do jej świętego domu zło. I jeszcze nie przyszła z tym do mnie sama, wiedziała, że to będzie afera, przysłała Tatę. Tymczasem ja jej szorowałem z brudu drewniany sufit i ani przez sekundę nie skontaktowałem, że remix piosenki zespołu Kombi, oryginał zresztą też, ma w tekście tego szatana, zdecydowanie bohatera negatywnego. A kwestia religii zawsze była między nami trudna i wciąż nie umiem się nauczyć, że ten cholerny bóg to mimo wszystko też jest miłość i troska, nawet jeśli kiedyś przysłonił szereg spraw, w których, będąc nastolatkiem, mogłem potrzebować wsparcia. Obraziłem się, że przyjeżdżam pomóc a dostaję komentarze o szatanie, jakby znów czytała dzieciom swoje wykłady o bogu z kartki.

Wytworem szatana muszą być nie tylko pieniądze i wykłady z kartki, ale też sieciowe second-handy. Mam z internetów fajny granatowy płaszcz, skoro tamten czarny rozwaliłem w Łodzi, to pierwszy zakup w sklepie, który dobrze wyszedł i może mnie zbyt rozochocił, bo szatańsko się nabrałem, że następne też tak dobrze pójdą. Nope, nope. Mam teraz też kurtkę którą muszę spróbować sprzedać przez zbyt krótkie rękawy i szczęśliwie nie mam już grafitowego płaszcza z pagonami, który tak super wyglądał na zdjęciach, że nawet Ikona Stylu Daniel Craig, antyfan płaszczy dwurzędowych, mówił, że może będzie świetny.

Na zdjęciu tak, świetny. Na mnie? Cóż, był taki film aktorski z Super Mario Bros, o którym należałoby zapomnieć, gdyby nie tępaki-mięśniaki z malutkimi główkami w nim. Mniej więcej tak sam siebie odbierałem, jak oni wyglądali, kiedy założyłem ów płaszcz, zbyt obszerny i jeszcze, a fe, z poduszkami w ramionach.

Ale nie mam go już, bo na moim Tacie wygląda świetnie. Tato był oficerem, to nie dziwne, że w takich rzeczach potrafi wyglądać. Sprawdziliśmy dziś, kiedy przyjechał mnie zabrać na to wiejskie zesłanie, gdzie mam aż pięć stworów do zaopiekowania. Nie mam przy tym wątpliwości, że większości tak potrzebnego emotional support dostarczy ulubiony pies Rudzik, śliczny jak pluszowa maskotka. Tuli się we mnie, mruczy, gładzę go po mordce i za uszami, i robię mu wyrzuty, że nie jest nią, bo wolałbym tak jej, hehe. Znaczy chlip.

Pogodziłem się z Mamą po tej aferze grudniowej, która wprawdzie odbyła się wtedy jedynie we mnie, ale jednak. Opowiedziałem jej o tej piosence, z siedemdziesiątego ósmego jest, tytuł ma "Pieniądze". To jej młodość, ale tej akurat nie znała. "Słowa mają moc", mówi, ostrzegawczo. Mama jest nawiedzona i nie jest to obelga w jej uszach - jest "na wiedzy", wiedźma. Ja też wiem mamo, niedaleko pada japko, w książkach dla młodzieży był ten którego imienia nie wolno wymawiać a do tego sam miałem wpisy i tagi typu "sprawcza siła słowa" kiedyś, kiedy przypadki splatały życie i litery akurat.

Jak za chwilę, bo najważniejsze jest, kiedy Tato wchodzi do kuchni w swoim nowym eleganckim płaszczu i Mama mówi mu tak, że nie mogła powiedzieć nic silniej dla mnie gorzkiego i słodkiego równocześnie, że serducho przeskoczyło bit po równo na smutno i wesoło, bo na te czterdzieści wspólnie zapracowali.

"Chyba potrzebuję zabrać Cię do teatru!"

Tato, idź! Ja bym nie dyskutował ani przez sekundę.

wtorek, 17 lutego 2026

"You good, BRO?" 💀

 Inne rzeczy, zupełnie inne rzeczy.

Słucham starej muzyki, słucham nowej muzyki. Uciekam ostatnio od piosenek, które wprost podbijają emocje, jak te playlisty z zajęć, muzyka pop o miłości mi nie służy i choć wszelkie możliwe remixy wicked game są cudne, to trzeba dać na wstrzymanie. Krakowski spleen niech zostanie, leci na Salsation ten taneczny! Śpiewam. Ale ogólnie to gra jak Telefon Tel Aviv i okolice, tylko trzeba przejść do "What it was will never again" (niebo było, niebo, ale zjadłeś owoc zakazany, tj. przyznałeś się, że chciałbyś dążyć żeby tak zostało), zamiast zapętlać ten "Sound in a dark room". Ściągam sobie różne piosenki z YT, porządkuję bałagan, który już miałem w plikach na dysku. Będzie porządek - pójdzie na tablet. Fajne są takie znaleziska nie przez algorytm - jak ściągam z tego YT Telefon Tel Aviv, to patrzę co tam wrzucił jeszcze ten ktoś, kto wrzucił tę płytę. Jak inaczej trafić na Sinusstøv? I najbezpieczniej czuję się tulony przez jakieś nastrojowe elektroniczne rzeczy z chrobotaniem - jeszcze Utah Saints, jeszcze Arms & Sleepers, nawet jeśli ogólnie jest zimno, a nie jak w ulubionej ich nucie.

Trzeba odkopać Lali Punę może?

Powinno być ciepło. Nie wszędzie ze szczegółami opowiadam tę ostatnią sytuację, no ale wśród znajomych mi jakoś ludzi nie ukrywam, że sercowo jestem w drzazgach. I wtedy okazuje się, że nawet bez wnikania we wszystkie szczegóły, robią się Ci ludzie jeszcze bliżsi. Są cudowni, są cierpliwi, posłuchają, poklepią po ramieniu, przytulą, czasem opowiedzą jakąś swoją historię, może nawet określając ją jako "haki", żebym też na nich coś miał. Czuję wdzięczność za nocne gadanie na komunikatorze z Lawyer Spice, za walentynkową pizzę z Pstrokatym Brzuszkiem, za spotkania na Wilanowskiej z Mimblą, za troskę i wsparcie Daniela Craiga, który bez chwili namysłu dał mi przecież od razu przestrzeń żeby się rozjebać i wypłakać, i pewnie nawet usłyszał za dużo, usłyszał czego nigdy nigdzie nie zapiszę, ale miał wyrozumiałość i cierpliwość do wszystkiego.

Staram się mieć cierpliwość i wyrozumiałość też. Na zumbie typ mi mówi, dałeś czadu, widzę go w sobotę w Koneserze, okazuje się trudnym charakterem, nie może przestać gadać, kiedy mu mówię cześć, wiem przez te pięć minut przed zajęciami, że ma dwadzieścia dwa lata, pisze książkę fantasy o Afryce, w której jest jakaś twierdza, ma jakąś koleżankę która mu to czyta i daje uwagi, bo sama zna się na Afryce. No i widzę typa, który koniecznie chce komuś o sobie opowiedzieć. Przecież też tak mam. Pewnie nigdy nie zaproszę na naleśniki, tzn. to niezbyt dobre wrażenie wstępne, ja chyba się aż tak nikomu nie narzucałem. Mam nadzieję. Ale słucham. Wiem jak dziwny typ na zumbie może mieć przejebane przecież.

No i choruję, na razie jutrzejsze zajęcia z Różyczką stoją pod znakiem zapytania, najgorsze było w niedzielę, dobrze że jeszcze mi został ketonal na ból głowy, zrobiłem sobie dziś dzień przerwy, na szczęście obyło się bez leków, no ale katar i kaszel grube. Mogła mi to sprzedać, mimo że nigdy się nie dotkniemy, przecież choruje od miesiąca non stop. Na pewno jest dzielniejsza ode mnie i znosi bez komentarza, że nie mogę na nią patrzeć. Jak cudownie było na nią kiedyś patrzeć. I ściemnione uśmiechy też niezbyt mi wychodzą, no ale choroba to dobra wymówka. 

Ona inicjuje rozmowy, ja ich nie podejmuję. Nie umiem na razie rozmawiać, tj. wiem jak to może być (niebo), nie chcę sobie przypominać i znów tęsknić. Chyba na razie lepiej rozmawiać o pogodzie, nawet jeśli miałoby tak już w ogóle zostać. Kot, kiedy wstaje z popołudniowej drzemki i przychodzi się przytulać (do mnie w sumie jedynie jak jej nie ma), słyszy to, czego ona nigdy nie usłyszy, tj. że trzeba przestać. Ona tego nie wie, więc potrafi powiedzieć coś co brzmi jak osikowy kołek w moje serce wampira. Śmiertelne ucięcie głowy jest kiedy mówi o tym, że nie wiadomo kiedy ja żartuję w kuchni i na chwilę się zacina, a ja słyszę jak jej chroboczą zębatki głowie, że by pasowały do piosenki Lali Puny, kiedy sobie przypomina, że to co dla mnie najważniejsze to wcale nie był żart.

Ale tak sobie przecież wybrałem, że dam radę to przetrwać.

"Bro". Herbaciana kiedyś pytała czy ja ją traktuję jak młodszą siostrę. A ja nie potrzebuję młodszej siostry. Młodsza siostra powtarzała mi, że krzywdzę kobiety. Dlatego ona została zaproszona na randkę, żeby ewentualnie sobie o emocjach pogadać gdzie indziej niż pod tym dachem i żeby pod żadnym pozorem jej nie zrobić krzywdy jakimś mówieniem wprost jak z głupiego filmu dla nastolatków.

Ale jeśli nie wybrnę, to trzeba będzie przemyśleć słowa Daniela Craiga o stawianiu siebie na pierwszym miejscu. "Ona nie chce zmieniać mieszkania bo w sumie wam się razem dobrze mieszka", napisała Herbaciana. Będę się musiał wtedy czepiać tych słówek, że "w sumie", że "wam" (nie będzie żadnych nas przecież), że jestem dla niej żartem i że na informację o mojej nadinterpretacji dotyku, do którego tęsknię, bardzo brzydko powiedziała "faceci" i tego nie nadpisze już żadna troska dnia powszedniego.

Oczywiście wszystko jej wybaczę, jeśli zmieni zdanie. Jaki to jest etap żałoby, to utrzymujące się wyparcie, że było nichuja? Wciąż jakiś wczesny?

Miały być zupełnie inne rzeczy, ale nie da się uciec tak zupełnie, kiedy się mieszka pod jednym dachem, ech.

Zacząłem nową grę, dałem się oszukać, że to będzie fajny boss rush, Eldest Souls, jest to boss rush, ale bardzo mocno bullet hell. Może potrzebuję teraz właśnie czegoś takiego, co wymaga super skupienia i wygranych okupionych potem i krwią, ale też może odpadnę po trzech bossach. Bo ja nigdy nie lubiłem bullet hell.

Jest czym zająć ręce w każdym razie. No i oglądam anime, "Gasaraki", kiedy nie mam siły na książkę. Średnia rzecz, gdybym nie potrzebował ucieczki, dawno bym to rzucił, no ale są mechy i wciąż liczę, że pojawią się jakieś lepsze z alternatywnej rzeczywistości. A jak nie to trudno, dociągnę do końca i przed następną serią przeczytam recenzję (żeby przypadkiem się nie okazało że to anime bullet hell).

Muszę wystawić trochę ogłoszeń na vinted, robiłem tam zakupy, mam super swetry, ale nie wszystko się udało, pewnie długo będą wisieć mniej udane płaszcze w szafie (kończy się sezon, było nie było, coraz bliżej wiosna), jeden zostawiam, dwóch się muszę pozbyć, to loteria, no ale w sumie wydałem ostatnio na ciuchy mniej kasy niż za ćwierć płaszcza ze sklepu, więc nie bolą tak wtopy. I wiem już z czym trzeba ostrożniej. I w ogóle wiele więcej mi nie trzeba.

Staram się wyglądać sensownie chyba pierwszy raz od "coś się tak wystroił" sprzed lat. "Dla Ciebie, przecież", nie odpowiedziałem wtedy, tak zapiekło, ale w sumie miałem już w głowie, że sprawia wrażenie jakby jej nie zależało. Czy może projektowałem na nią jakieś swoje emocje, bo mnie coraz mniej zależało?

Za chwilę znów będą ze dwa tygodnie odwyku, może to będzie już dość żałoby? Po obu, hopefully?