Nie wiem dziś, kiedy zakiełkowała mi w głowie ta myśl, że daję sobie czas do końca marca, żeby wyjść z tej sytuacji, ale na pewno wcześniej niż Mimbla powtarzała mi, żeby Salty kulturalnie eksmitować. Nie chciałem się do tego przed nikim przyznać, nawet przed samym sobą. Ten termin był we mnie. Rozważam czasem takie rzeczy, czy naprawdę od razu po tym koszu byłem pogodzony z losem, czy jednak miałem złudzenia. Może to jak z seksualnością, mówi się dziś, że to jest skala. Pewnie nie w pełni byłem pogodzony, ale jednak mocniej to było przesunięte w kierunku, że nic już z tego nie będzie. Jedynie można spróbować przeżywać codzienność z tą nową wiedzą, że "nichuja". Tu na blogu pilnowałem się przecież, żeby jej zachowania nie interpretować jako sygnałów, że zmieniła zdanie.
W tym najmocniej się pomyliłem, że w codzienności obok niej uda mi się wyjść z tych emocji. Jest zbyt ciepła, zbyt urocza, zbyt kochana i napiszę tę drobną złośliwość głośno, bo mogę, ma charakter o wiele bardziej pociągający, niż mają grawitację te jej absurdalne cycki. Nabrały jeszcze większej mocy po koszu i jeszcze większego znaczenia po pożegnaniu. Funnily enough, wcześniej nie znaczyły nic, żartowaliśmy z Herbacianą, że wytwarzają grawitację.
No ale tak. Jest zbyt cudowna i zbyt sexy, żeby przestać ją kochać, mieszkając w tym samym lokalu.
Wiem od Herbacianej, jak zareagowała na mój list. It wasn't pretty, ale bawi mnie to jednak, że z materiału który w jakichś dziewięćdziesięciu procentach jest odą do jej ciepła, troski, uroku, życzliwości, humoru, wyciągnęła tyle, że przez rok wspólnego mieszkania i łażenia obok siebie w piżamach, zdążyłem zauważyć, że ma cycki. Może nie do końca przemyślałem, że napisać dorosłej kobiecie, że jest cudowna a na domiar złego fajna z niej dupa to takie ryzyko. Noted! Wbrew pozorom ten list ma też jakieś żarty, nie wzięła się w nim znikąd liczba papieska, tylko dlatego, że ona ma kubek z papajem. Najważniejsza wiedza, jaką mam dzisiaj, to że pomimo, że to też był jej żart i pomimo tego, że go często podejmowała, nie lubiła żartu o "dziurach w mózgu".
Tylko nigdy mi o tym nie powiedziała.
Dla mnie to był ciepły żart o dystansie i czułości do samego siebie. Dla niej, coś czego później żałowała, jak tego żartu o "sugarmommy". A ogólnie jesteśmy historią narastających drobnych uchybień w komunikacji, które skończyły się zaproszeniem na randkę tak poważnym z jednej strony i niechcianym z drugiej, że trzeba się było pożegnać. Piję tu też do siebie, nie musiałem czekać tyle czasu, żeby ją zapytać czy by poszła, zamiast zapraszać po tym jak zakochanie się rozrosło, no i mogłem o tym że dłonie są dla mnie intymne powiedzieć wcześniej.
Przede wszystkim, kiedy przy pytaniu o Skakankę rzuciła to hasło o traumach, mogłem zamiast być zły, zapytać, czy chce ze mną o tym porozmawiać. To nie było fair, ale mogłem zachować się lepiej.
Sam mogłem mieć to złudzenie, że potrafi być szczera w komunikacji ze mną po tym, jak powiedziała kiedyś "nie mogę być zła o rzeczy, których ci nie powiedziałam". Wtedy pomyślałem pierwszy raz wprost, że widziałbym tak łebską kobietę jako życiową partnerkę. Nawet powiedziałem jej, że facet który zostanie jej mężem, będzie bardzo szczęśliwy. No ale okazuje się, że to jednak było jedynie złudzenie, bo w nieco trudniejszych sprawach nie potrafiła podjąć rozmowy - ani w sprawie żartu, który jej nie siedział, ani w sprawie tego, czy zaprosiłem ją na randkę czy nie. Jednocześnie spędzała ze mną dużo czasu, więc myślę że sam mogłem trwać w tych złudzeniach, że wszystko jest w porządku.
A ostatecznie (pamiętne ostatnie słowa, ostatecznie to będzie, jak wejdę do mieszkania w czerwcu i będzie puste), ta xywka, że Salty znów pasuje - jest zła o mój list. Więc odbijam piłeczkę, ostatnie trzy miesiące to ja byłem słony, ostatnio znów ona. No i jest zła o rzeczy o których mi nie powiedziała, więc sól w pełni uzasadniona!
Kiedy oglądaliśmy "Supernatural" rzucała czasem komentarze o tym, jak bohaterowie uczą się przeżywać emocje, bo przecież mężczyźni na ogół nie mają takiego skilla. Pamięć o tym była kluczowa dla decyzji, że zostawiłem dla niej takie a nie inne pożegnanie. A toczyłem w tym temacie walkę do ostatnich chwil przed wyjściem z torbami z lokalu, czy to nie będzie za dużo emocji, czy to jest jej do czegokolwiek potrzebne. Ostatecznie pomyślałem, że przecież jest mądrą, dorosłą kobietą z którą łączyła mnie jakaś, chyba, delikatna przyjaźń, troska, uważność i będzie w stanie udźwignąć, że mężczyźni z realnego świata też jakoś przeżywają emocje. Nie trzeba do tego być dreamy bohaterem koreańskiej dramy ani Winchesterem starszym o którym mówiła "jest dziś za stary ale i tak bym go przeleciała".
(BTW, jeśli po trzech miesiącach tańca po dość godzin żeby kolana mnie nienawidziły jestem teraz tak martwy w środku, że przestałem wychodzić na zajęcia, to znaczy że minęła mi faza suicidal Deana?)
No a Herbaciana powiedziała jasno, prosząc mnie wcześniej, żebym usiadł przy stole, że padło takie zdanie, że "lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie zostawił żadnego listu". I że "brzmi jak Harlequin" (don't you say, powinno brzmieć jak przepis kuchenny czy instrukcja serwisu pralki?). I że cycki. Nie musiałem siadać, uśmiałem się.
Jeśli jest przede wszystkim zła, to znaczy że jest bezpieczna.
Uważam że to piękna, literacka, warta anegdoty czy filozoficznej powiastki reakcja. Najlepszy scenariusz jaki mogło napisać życie. Pytanie "co to za gówno" w odpowiedzi na trzy miesiące werteryzowania, kontrast jak na dobrym improv.
Myślę że przez cały czas traktowałem Salty jak dorosłą kobietę, starałem się na każdym kroku potraktować to jako sytuację między dwojgiem dorosłych. Zaprosiłem ją na randkę. Nie byle jaką randkę, może nie w tej formie, ale świeżo mówiła, że chce zobaczyć "Sen nocy letniej". Przyjąłem odmowę bez dramatyzowania, kosztowała mnie raptem jedną tabletkę ketonalu na noc. Sprawdziłem, czy ta relacja jest do utrzymania. Kiedy okazało się że nie, zapewniłem czas przejściowy z dala od siebie, samemu wyprowadzając się, zanim ona nie znajdzie innego mieszkania. A Salty? Zrzucała odpowiedzialność za relacje ze mną na Herbacianą: to Herbaciana miała za nią podjąć decyzję, czy została zaproszona na randkę, to do Herbacianej dzwoniła, kiedy mnie nie dosłyszała, to od Herbacianej wiedziałem, że jakiś żart ją irytował. A na finiszu wyśmiała ten list, w którym najczęściej powtarzającym się chyba słowem jest po prostu "przepraszam". Ta różnica wieku nie jest problemem, bo ja jestem za stary, to ona czasem zachowuje się jak dziecko.
Ja jej piszę, że nauczyła mnie czym jest dom, ona oburza się, że zauważyłem, że ma biust. It is soooooo perfect. Pewnie za dużo się na tym skupiam, ale może po miesiącach płaczu potrzebuję tego złudzenia typu "I won the brakup", co? Nie zabierajcie mi tego!
(Nic nie wygrałeś, ona po prostu nie daje latjącego faka.)
Czy to pomaga? Na chwilę. Ogólnie trwam w żałobie. Prawie nic nie ma smaku, zmuszam się do oddechu. Rozumiem w jakiś sposób jej perspektywę, bo wiem o niej jakieś rzeczy, których wcześniej jedynie się domyślałem. Nie napiszę tu o nich.
Jestem też jednak o wiele spokojniejszy, bo długo miałem w sobie jakieś poczucie, że zakochując się, zrobiłem jej jakąś krzywdę. Przestrzeliłem w tych domysłach. To nie umniejsza jej traumom, ale jednocześnie uświadamia, które słowa w jej komunikacji były ostro na wyrost. Nie zrobiłem jej krzywdy. Ani ona mnie, żeby nie było wątpliwości.
Jestem smutny, trochę też jestem rozczarowany, oprócz tego że rozbawiony. Żałoba przychodzi i odchodzi falami, w lepsze dni czasem przeszklą mi się na chwilę oczy, w gorsze potrafię płakać przez godzinę i myśleć o tych wszystkich małych gestach, które już się nie wydarzą. Nie będę jej chował soczewek z półki w łazience, żeby ich nie zachlapać, nie podstawię jej stołka na kubek z przy serialu, nie kupię dodatkowego rożka z jabłkiem na wszelki wypadek, gdyby miała trudniejszy poranek. Ona nie przygotuje dzbanka z herbatą, nie poczęstuje nadmiarem zupy, nie opowie na jaki koncert kupuje ciuchy ani nie będzie scrollować internetów w przerwach od ogarniania koreańskiej potrawy, kiedy wejdę do... już nie domu, bo bez niej to nie dom. Wrócę do mieszkania i minie jakiś czas, zanim jakoś znów poczuję się jak w domu.
Ale nie będę też już musiał przed nikim ukrywać łez, jak w te ostatnie noce marca, zanim zapukałem i powiedziałem ostatnie "bajo", kiedy chowałem się z płaczem na balkonie, żeby jej nie obudzić. Kiedy wystawiasz pod koniec marca stołek na balkon, zawijasz się na nim w koc i bezgłośnie wyjesz, i chlipiesz, i trzęsiesz się z emocji, a obok stoi obojętny, zimny, metalowy żuraw, nie zauważyłeś go wcześniej, a wszędzie wokół śpiewają obojętne ptaszory ciepłe i żywe, tak jakby złośliwie i wiosennie, jak w tych żartach, że śpiew ptaków oznacza głównie "ready to fuck", to uświadamiasz sobie, że jesteś sam i będziesz sam, i umrzesz sam, i nie ma w życiu żadnej innej prawdy oprócz samotności, i co to znaczy, że dziadek wytrzymał w świecie bez babci ledwie tydzień, jeździliśmy na pogrzeby oddalone od siebie o kilka dni, bo układasz w głowie te proste, brzydkie słowa do kobiety którą kochasz - potrzebuję żebyś od czerwca znalazła inne mieszkanie.
I wbijasz sobie gwoździkami do mózgu, że niezależnie od tego, ile jeszcze tam później będzie przeżywania emocji, jakkolwiek ona zareaguje, będzie bez znaczenia, bo godzisz się, wiesz, rozumiesz, decydujesz, że już nie potrafisz inaczej. Na dotychczasowej trasie masz przed sobą już jedynie pola z zazdrością. Są nie do przeskoczenia, jedynie możesz przestać grać w tę grę. It's for her safety and your sanity.
Zasługujemy na więcej, oboje.
Powiedziałem bratu, że mam sobie za złe, że nie umiałem z tego wyjść na zdrowy rozsądek, że przyjęcie "nichuja" do głowy nie jest równoznaczne z przyjęciem go do serca, mimo świadomości, że to może wymagać procesu. Za długo się to ciągnie. Odpowiedział, że to co robię, to jest właśnie działanie ze zdrowym rozsądkiem. Kiedyś też tak to zobaczę. I może że tam na balkonie nie miałem racji odnośnie samotności też?
Salty nawet Herbacianej opowiadała w te ostatnie dni, że jestem strasznie chory, bo mam okropny katar. Och, dziewczyno, mam złe wieści, te smarki miłosne miały Twoje imię. Ale pracuję nad tym, żeby może do czerwca przestać płakać.
Te łzy zaczynają być trochę jak niechciany żart, c'nie?