Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ała. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

Ignore the smoke

 Czerwcowa przygoda choreograficzna, post scriptum

Strasznie, strasznie, strasznie nie wiedziałem, jak to może zaboleć, w ogóle nie spodziewałem się, jak to może zaboleć, w ogóle właściwie nie pamiętałem, że ta przygoda to też jest projekt rekrutacyjny do grupy choreograficznej Cudownej. A przecież to nie jest okłamywanie siebie czy innych, że nie jestem tym - TERAZ (czego nie dopowiadam w sumie) - zainteresowany, bo przecież wiem gdzie jestem, technicznie i psychicznie. Przygoda była fantastyczna, ale przy poważniejszych, bardziej złożonych choreografiach byłbym kulą u nogi, przecież i z tą sobie jeszcze nie radziłem. Oczywiście kawał drogi przeszedłem już w tym towarzystwie, postępy w koordynacji są oczywiste, zaczynam jako tako falować nawet, a samo wystąpienie przed kamerą, nawet jeśli raczej w charakterze statysty z tylnego rzędu, to jest być może najdalsze wyjście poza strefę własnego komfortu ze wszystkich, albo co najmniej równie dalekie, jak to wyjście do klubu.

Byłem zadowolony i szczęśliwy, i kiedy zgubił się Cudownej przy tej okazji głośnik, to działałem żeby już na kolejne spotkanie mieć nowy, do tego niezdarnie bo niezdarnie, ale upakowany w barwy projektu. Żeby się trochę jak najszybciej zrewanżować za tę radość. Żeby skorzystać z tej zasady kontrastu, o której Maj mówiła, ucząc falki na HH, że najpierw głowa w przód, zanim w tył, dla podkreślenia, a która przecież ma i w storytelingu zastosowanie, żonglerka przeciwstawnymi emocjami, niech się od razu po zgubie ucieszy!

Więc dlaczego tak musiało zaboleć to przypomnienie, że to był też projekt rekrutacyjny i nie ma mnie na krótkiej liście zaproszonych, że najgłośniej biłem i krzyczałem brawo jak najszybciej.

Nie lubię tych spojrzeń, a było ich w trakcie kilka, znów jak na dziecko specjalnej troski, jakby było komuś mnie szkoda i żal, że wyleciałem z fragmentu choreo, albo że nie dostałem invite'a (choć nieoficjalnie dostali wszyscy - "możecie zostawać na treningi"). Nie chcę niczyjego współczucia, wkładam w to maximum uczciwej pracy, jeśli na razie nie stać mnie na więcej, to też jest okay!

Wracałem z tym do domu, cały zmarkotniały, przeszło za kilka godzin, kiedy dostaliśmy nagranie z zachwyconej Cudownej, testującej nowy sprzęt.

No i z tym komentarzem wracałem, że "więcej rzeczy nie widzę" niż tylko w którą stronę co się kręci w tańcu, który pojawił się kilkanaście minut wcześniej, bezpiecznie sobie zgrywałem głupa, że nie wiem o co w tej mowie ezopowej chodzi, w końcu jestem prosty chłopak z Pragi.

Której?

Myślałem że MonkeyG i myślałem o MonkeyG, lubię jej poczucie humoru, ale na insta ostatnio były wrzuty z brunchu z jakimś typem, zegarek na ręku zdecydowanie męski i raczej wskazujący na dobrą partię, więc pewnie jak zawsze, wydaje się. A tydzień później jedna z koleżanek pytała "co słychać", wciął nam się w ten zalążek small talku kolega i uciekła, też moja wina pewnie, ale może ona?

My chłopcy mamy tak wygodne życie, że dziewczęta nas pierwsze nie zapraszają na kawę, że możemy sobie nie widzieć, kiedy to jakoś średnio wygodne akurat. Bo z projektów rekrutacyjnych, to wypadałoby się gdzieś zrekrutować do pracy przede wszystkim, prawda?

Prawda?

A Lawyer Spice powtarza "nie rusz dupy z własnej grupy". Łatwo tak gadać, jak się ma męża, huehue.

Prawdaaaaa?

A nie jakieś rozkminy Marquezem, że "miłość rozkwita w czasach zarazy" i może wcale nie trzeba mieć pracy żeby chodzić na randki, bo tak straszliwie chciałbym czasem kogoś dotknąć, że aż kurwa boli.

No more need for fashion police

Nakupowałem nowych portek, niestety są w kolorze czarnym jedynie, wolałbym mieć do tego jakieś warianty inne, no ale ostatecznie ujdzie, bo czuję się w nich o wiele lepiej niż w za dużych dresach, jakie do tej pory nosiłem na zajęcia. To też jest pozytyw nagrywek, jak zmiana garderoby wpływa na samopoczucie, próba luźniejszych ciuchów się spodobała, do tego buty w typie tenisówek zamiast asixów do biegania nie zacinają i nie wiiiizgają tak po parkiecie, można się lekko ślizgać, aż Maj na Litefeet powiedziała ostatnio, że bardzo ładnie mi wszedł rev up (i pytała o spodnie, bo jej chłop szuka i uważa że spoko). Dla odmiany też tak czułem, że coś weszło ładnie, nawet jeśli oprócz tego nie wchodził shamrock, chop, a harlem shake to będzie wyzwanie do nauki na najbliższe półrocze, jak falka.

Ciekawe kiedy wróci Rada, ikona stylu, powinna być ze mnie dumna, że się sam trochę odpicowałem! No i wrzuciłem ostatnio na insta nagranie z Commercialu, sam, nie kradnąc od Radej, zajarany choreografią z którą radzę sobie tak sobie wciąż, ale jednak na tyle znośnie, że nie bałem się pokazać i samemu sobie coś tam wytknąć. Gdzieś tam po drodze myślałem, że chciałbym mieć w tym wszystkim swobodę Wiedzącej Czego Chcącej, to chyba jednak nierealne w tym roku, ale samo nagranie wydarzyło się jakby samo z siebie ("Rada musi zobaczyć to choreo, Salty też, lubi k-pop"), dopiero później przypomniałem sobie, że to był jakiś cel do zrealizowania wyznaczony w starszym wpisie tutaj.

Kino pod chmurką

Ponieważ koleżanki z tańców najpierw dodają mnie na insta, a następnie marudzą, że nic tam nie ma na moim insta i może powinienem jednak poczuć się do obowiązku, żeby coś tam wrzucić, to oczywiście mam od razu paranoję, że to pod ciekawość potencjalnie romantyczną i research, ale niech macie, zacznę grać w tę grę. Również dlatego, że to ponoć pomaga na depresję, doceniać i pokazywać, że się cośkolwiek w żyćku dzieje.

Mam plan na rolkę, żeby sobie też odświeżyć jakieś skille w montowaniu video, w końcu w gamedevie delikatnie tego też liznąłem, podsumowującą ten projekt Cudownej z mojej perspektywy, ale muszę do tego bardzo rano wstać, np. jutro, podobnie jak na nagrywki, żeby ulice były puste. No i kradnę do tego żart MonkeyG, nawet jeśli to już jest za późno, może się ucieszy.

Znów jest lato i znów nie tylko wiem, ale też po prostu czuję przy chodzeniu, że przesadzam, kolana chciałyby czasem pokrzyczeć. Więc przymusiłem się wczoraj do przerwy od zajęć taneczno-sportowych, tylko żeby nie iść na żadne zajęcia, to trzeba sobie znaleźć jakieś inne rzeczy do roboty. Wpadły mi w oko reklamy kina letniego pod Pałacem, akurat mieli puszczać Taksówkarza, którego nie widziałem do tej pory nigdy. No to hej ho, let's go!

Nagrałem spod Pałacu rolkę na Insta, że coś robię w życiu też innego niż lamię na tańcach, niech mają.

Ale oprócz tego to och boy, to nie był łatwy wieczór. Może typ z depresją i zapędami do paranoicznego postrzegania świata nie powinien oglądać takiego filmu? Och, nie, odwrotnie, przecież dlatego Jokera kiedyś chciałem oglądać, że jest filmem o typie któremu matka nagadała głupich rzeczy. Oba jakby o mnie.

Zdziwiło mnie dobre zakończenie. Może nawet trochę rozczarowało, że nie umarł?

Ale oprócz tego, to schizy. Pełno ludzi wokół, czy patrzą na mnie, czy nie patrzą. Czy te dziewczęta co przysiadły metr przede mną, odwracają się do mnie, nie, raczej nie, raczej tak o się rozglądają, pewnie za kimś, nawet na samym końcu. To miała być w sumie moja randka z samym sobą, dlaczego ludzie mogą siadać tak blisko. Kiedy czytałem przed startem książkę było jeszcze w miarę, nie da się rozglądać i łapać spojrzeń. Choć też od razu okazało się, że nie do końca uciekłem przed zumbą, z radia puścili przynajmniej dwie piosenki do których czasem tańczymy. No ale ja o piosenkach wiem cokolwiek tylko z zajęć dziś już, niech tak będzie, instruktorki-kuratorki gustu muzycznego na pewno lubią weselsze piosenki niż sam bym wybrał!

Dziś w domu grają stare płyty A Perfect Circle, for whatever reason, nie chciałem dziś piosenek z zajęć.

A po to już w ogóle jakiś dramat, przewalająca się masa ludzi, zimno, zimno, zimno, problemy ze złapaniem oddechu, kiedy pół idę, pół biegnę do metra, jakby wstęp do ataku paniki

Jadę z zamkniętymi oczami, tak jeżdżę metrem, jeśli mogę usiąść, udaję że nie istnieję, to dzieci tak robią, wydaje im się że ich nie widać, kiedy same zamkną oczy. Raczej film był bardzo dobry, raczej randka z samym sobą była kiepska, może pozytyw jest w tym jakiś, że już na swojej ulicy wyminęła mnie taka zjawa, widziałem ją w szybie wychodząc od bramek najpierw, w czerwonej kurtce i długiej spódnicy, Uszata kiedyś się dziwiła, że je lubię, fajnie opinają tyłek, pomyślałem że specjalnie tak ścina na pasach, żeby uciec jak najdalej przed jakimś podejrzanym typem na pustej już ulicy; może pozytyw w tym jakiś że na chwilę tam miałem popęd seksualny, podobała nam się i oprócz strzelanin (uff, uff, moja Praga już cywilizowana) chyba wszystkie te filmowe emocje się przeze mnie przewaliły.

Zwolniłem, żeby nie być creepem idącym dwa metry za nią. Skręciła w bramę blok przed moim, uff.

Ale to też znaczy że nie było żadnego katharsis w trakcie filmu, c'nie?

niedziela, 22 czerwca 2025

Jak ładnie ułożone mam dzisiaj życie (czyli też paniczny, nieuleczalny lęk przed lataniem c.d., bo te cytaty!)

Popołudnie jak z pocztówki lub ze starego zdjęcia, takiego z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie mogę pamiętać czy w latach 90. pod Poniatówką była plaża, bo mieszkaliśmy na Gocławiu opodal ostatniego bloku w Warszawie i Białołęce w dosłownie ostatnim bloku w Warszawie, świat pomiędzy słabo istniał. Teraz mieszkam trochę po środku, opodal tego budzącego zachwyt dziecka, kolorowego budynku na Pradze, chyba był w nim wtedy też i zabawkowy.

Dziś na tej plaży, na którą przyjechałem wygłupiać się, uczyć macaco, które wcale nie jest Macondo z Marqueza, ale chyba jednak nie mam jaj aż tak się tu w szczycie zainteresowania plażą wygłupiać, no i bolą nogi wciąż; dziś na plaży zdjąłem okulary, więc świat jest niewyraźny jak stara pocztówka czy zdjęcie z polaroida. Widzę ziarenka piasku na starym ręczniku podłożonym pod dupsko, dalej już nic nie jest wyraźne a słońce razi, że ciężko czytać opowiadania Sołtysa - które wreszcie, ile to lat, kończę. Głosy też słyszę niewyraźnie, mniej wyraźnie niż ciężarówki i tramwaje przewalające się górą. Jest faktura ręcznika, atakujące ze sporadycznymi porywami wiatru ziarna, reszta rozmazana, jak wspomnienie którego nie mam, bo jest tylko na zdjęciu z mamą na huśtawce, ma skórzaną kurtkę, spódnicę, taka jest piękna i szykowna i pochylona nad zainteresowanym czymś chyba w trawie mną, takim na chudych jak u koguta nóżkach i w zbyt krótkich, dawno niemodnych spodenkach.

Gdzie jest to zdjęcie, czy na pewno tak wygląda, pewnie gdzieś u rodziców?

Ty już takiego nie zrobisz, wiesz? Nie wiesz czy chciałeś. Raczej, chyba, nigdy nic pewnego.

To pismo w notatniku też nie jest wyraźne, nie wiem jak wygodnie pisać na plaży, nie przygotowałem się jakoś super w ten pierwszy dzień, mam ich zapewnione o wiele więcej, wyrobię się.

Tego dnia, kiedy przypomniałem sobie pierwsze chyba wspomnienie, najwyraźniejsza była dziewczyna w klubie przy Mazowieckiej. Stroboskopowe światła dyskoteki dodały jej jeszcze konturów, a lubiła też co jakiś czas podkreślić szminką usta. Dobrze wiesz, że byłeś u fryzjera dla tej dokładnie dziewczyny, choć nie mogłeś wiedzieć, czy w ogóle tam będzie. Możesz teraz mieć wrażenie, że warto żyć dla takich chwil właśnie, a tutaj to nawet długich - czują to teraz łydki przede wszystkim, choć minęło kilka dni - godzin, kiedy ona tańczyła, zdając sobie raczej sprawę, co robi, jakie to jest wrażenie, jakie wywiera wrażenie na każdym typie w klubie, atakowali ją przecież co i rusz, wierząc może, że to tańczy tylko dla niego. I za chwilę kolega ją odławiał. Też byś chciał - no ale poszedłeś do klubu wychodzić ze strefy własnego komfortu oficjalnie i tu samo wyjście się liczy u kogoś, kto nie był w modnym miejscu z piętnaście lat, a nie próbować porywać do tańca najlepszą i najpiękniejszą tancerkę, wynudziłaby się przecież.

I przecież wiesz, że ostatni taniec, oprócz tego grzecznościowego z siostrą na weselu brata, to właśnie był ostatni taniec, z którego uciekła. To strasznie bez sensu, że chciałbyś żeby pierwszy kolejny taniec coś znaczył, ale przecież kiedy zakochiwałeś się dziesięć lat temu, albo dwadzieścia lat temu, albo kiedykolwiek, to zawsze kiedy tańczyły.

Co Cię nie zabije, itp., to dlatego dziewczęta w tańcu robią jeszcze mocniejsze wrażenie.

Nie wiesz jak to opisać, myślisz banałami, że wygląda jak płynne złoto, albo może nieco mniej banalnie, że patrzenie daje taką radość i zachwyt, jak oglądanie wstrzykiwanych do wody barwników, zupełnie zaczarowane wicie się i rozpuszczanie, i rozpraszanie kolorów w przestrzeni. Mógłbyś tam siedzieć te pięć godzin i jedynie patrzeć, no ale to by było trochę creepy (to Twój style, czyż nie mówią tak?). Nie masz słów, choć na drugi dzień na torcie jedynie o tydzień przedwczesnym masz 39 i może w tym wieku to warto by było mieć już jakieś słowa. Ale, jak wiadomo, w tym miejscu w którym lubisz samego siebie nie ma miejsca na szczere słowa, więc znów robisz fikołki ze słowami, powiedz to wprost, no powiedz, chodzi o Salto, w oczywisty sposób chodzi o Salto, od tej nocy grudniowej, kiedy uciekłeś, przerażony najbardziej może tym, że to będzie tak, że zdjęcia od M. to będą zdjęcia od Salta, no i co, tak właśnie było, czy Salto naprawdę musi nawet na imię mieć to swoje M.? A Ty jesteś w samym środku tamtego występu i nie potrafisz nawet prostej falki przed taką publicznością, jaki wstyd.

Hej, pół roku później falka o wiele lepiej!

Powiedziałem Bazylemu i Herbacianej o tej nocy, że na pewno warto by się dowiedzieć czy M. z OMG ma męża, nawet nie robiąc sobie nadziei, albo po prostu żeby nie robić głupot - to urocze, ale nie tak dramatyczne jak dwadzieścia lat temu z inną na M., być może to jedyne obok wymęczonych, starczych łydek, miejsce, że te 39 robi różnicę. No ale hej, fajnie sobie podramatyzować na blogu lekko. To zresztą też osobisty inside joke, że już się jednej dziewczynie z OMG oświadczyłem. Opowiadałem też że Salty - wiesz, wiesz, wiesz że to nie przypadek, jak blisko jest Salty do Salta, wszak to ten sam grudzień - wspominała że na wianki się zasuwa żeby się sparować z kimś. I oni wtedy wpadli w jakąś taką zgodną ciszę i to jest pewien niepokój, bo Herbaciana dobrze zna Salty, to nawet nie jest OMG, to jest WTF po prostu, kiedy umowa-nieumowa brzmi tak, że jest traktowana jak młodsza siostra, a z drugiej strony są te powtarzające się komentarze że związki z dużą różnicą wieku są obrzydliwe, więc skąd ta nagła cisza. Zresztą nam chłopcom najmądrzej zawsze wyjść z założenia, że jedynie nam się wydaje, więc tak robię, mając pewność że to wskazane z Saltem i mniejszą przez tą ciszę z Salty.

Kiedy Salto wyszła już z klubu wydarzyła się taka czarna mała, podobała mi się, podnosząca okulary z nosa, jakby zapraszając do bycia zapraszaną do tańca. To jednak tak działa, że kiedy wydaje Ci się, że ktoś na Ciebie patrzy, to faktycznie patrzy, przecież była tam i Maryjka z grupy wtorkowej (nie mylić z M.-Salto), może byś nie zwrócił uwagi, gdyby się ciekawie nie przyglądała, czy Ty to Ty. Tylko że ja wiedziałem co będzie i po co idę, że idę wyjść ze strefy własnego komfortu, ale nie aż tak daleko, bo tak daleko nie ma sensu po prostu. Ja teraz już od ponad roku powtarzam że się potrzebuję ogarnąć, że nic się nie wydarzy, nic nie będę wydarzał, bo rzeczy się nie dzieją same z siebie, zanim się nie ogarnę, nic z nikim, tak mówiłem o Damie Pchełek, żeby jej krzywdy nie zrobić z tamtego miejsca w którym byłem przed rokiem.

Z happy pills można mieć wrażenie że jestem w lepszym, no ale jednocześnie jest to miejsce i noc, kiedy wiedziałem, że za dwa dni w pracy czeka na mnie wypowiedzenie, więc dziewczyna podnosząca z nosa ciemne okulary żeby złapać się za oczy zanim może za ręce w tańcu, Dama Pchełek, Salty czy Salto, nie, nie, nie, nie. Kiedy wiesz że masz te swoje 39, nawet jeśli do tego jeszcze tydzień, a jesteś po prostu bezrobotnym żulikiem z Pragi, to wciąż nie jesteś materiałem na randki.

Może kiedyś nadasz się na bohatera opowiadania Sołtysa, takiego przez chwilę stojącego poza kadrem dnia dzisiejszego, niezbyt wyraźnego, nie wiadomo o czym, bo tam poza kadrem jest cała reszta, czyli wszystko, starsi ludzie przypominają sobie jak byli kiedyś inni, całe życie miga w kilku stronach.

Co mogę zrobić, żeby nie skończyć się na tych kilku stronach? Oprócz happy pills? To jeszcze za wcześnie. 

W każdym razie jestem tu sobie na plaży pod Poniatówką, bo miałem uczyć się robić salto, tzn. takie prawie salto, macaco się nazywa ten ruch. Co to jest za cyrk, że każde salto i Salto tak przeraża niemożliwością, czy to może jednak chodzi o to, że nigdy nie będziesz gotowy i to z tym trzeba się liczyć i nauczyć żyć.


poniedziałek, 20 lutego 2012

ba dum tss tss tss tss tss tss tss tss tss tss

1. Reakcja! (żeby nie za daleko)*

Nie mam pojęcia, dlaczego Kosmos Kosmos nazywa się właśnie tak, to może być cytat z czegokolwiek, a może być po prostu, a może jeszcze zostanie kiedyś cytatem. Na razie wtajemniczono mnie, że jest hipsterski, ale również wyjaśniono, że podczas mojej bytności hipsterów w okolicy nie było, więc pewnie powinienem sądzić po wystroju - kolorowych żarówkach i kosmicznych mackach. Specjalnie pytałem, czy w tym roku w ogóle jeszcze się o hipsterstwie mówi, dla mnie to nie są rzeczy oczywiste, ale podobno się mówi, więc ja też.

Do tego kosmosu^2 przyjechało 19 wiosen, zrobili spotkanie Kosmopolitanii, czyli że nie tylko koncert, ale też jakiś panel dyskusyjny, tak to wygląda w opisie zawsze, że będą dyskutowane dzieła i idee, jako stały niebywalec wydarzeń kulturalnych miałem o tym przesadne wyobrażenie, sprowadziło się do wywiadu z PDW, przy którym nie było słychać pytań. I wtedy znów przerwa, kiepski czas, bo poszedłem sam, jak zwykle na czas, czyli jak zwykle za wcześnie, czyli czułem się kiepsko, ale o tym dalej, przewińmy do wyjścia Street City Nomads, piszą, że acid electro i prosty punk, pewnie im się to zmieniło od początków działalności, na koncercie jednak przeważało pulsownie i tss, tss, mniej było kawałków jak Pojebane społeczeństwo, a więcej jak ten o lesie. Bardzo często mam tak, że zespoły bardziej podobają mi się koncertowo niż studyjnie, to też jest taki przypadek. W każdym razie wokale wypadają fajniej w niezbyt ciemnej (bo im światła nie zgasili przez pół koncertu) piwnicy.

Wiosny wyszły na scenę późno, o jedenastej dopiero (a ja muszę ściągnąć jedenaście z linka), więc stałem tam już w bardzo rozziewanym stanie. W ogóle byłem w kiepskim stanie, na szczęście tego wieczora nie męczył mnie katar, ale zmęczyła mnie praca, jak zwykle muszę napisać, że sam siebie zmęczyłem, ale cóż - coś tak w robocie (koncertowo!) zjebałem, w pracy, czyli to pewnie znaczy, że grono zainteresowanych osób jest szerokie, do tego pewnie zorientują się wcześniej, niż ja sam - tak było. W poniedziałek dopiero zapadną jakieś wyroki. Może przesadzam, z jednej strony honest mistake, a z drugiej będę rozmawiał z szefem, przy którym nie zdystansuję się językiem obcym. No i chodzi o to, że idąc na koncert czułem się obco, czekając na koncert czułem się jeszcze gorzej, w trakcie koncertu, który w tle miał planetę z pierścieniami, poczułem się odwrotnie niż z Tobą, Tobą, i Tobą, mogli sobie ludzie szaleć, mogła mi jedna (nie) taka (jak bym chciał) nachalnie wchodzić w kadr (co i tak jest ubzdurane), ale ja już byłem w trybie nie dotykaj mnie, i tak nie da się. Jesteśmy kosmosami i dzielą nas kosmosy. Inne rzeczy ubzdurane. Zero kontaktu. Kiedy później rozmawialiśmy o tekstach, nie potrafiłem tego powtórzyć, choć niby miałem jakieś refreny znać - nareszcie sam do końca.

I to się nie zmieniło od poprzedniego razu, przy premierze Pożegnania ze światem Marcin mówił, że żegnają się również z dotychczasową twórczością, ale nawet jeśli Tryp i 11 brzmią inaczej, albo Wiosny mniej delikatnie szarpią strunę, to wciąż chodzi o wejście w czarne, oślizgłe miejsce, napisałbym cuchnące, ale mam katar, więc do mnie samego to mniej przemawia i nie jest to konkurs epitetów, i o wyjście z niego trochę innym, naprzeciw cudzym kosmosom. I starać się mniej szorstko.

2. Przed koncertem uratował mnie telefon

Dziennik pokładowy, 17.02.2012, 20:31 - 21:40.
- O godzinę za wcześnie kosmos kosmos.
- Dobre są te fantazyjne kształty na ścianach - jakaś namiastka zajęcia.
- Wcale nie siedzi mi się tu łatwiej, kiedy schodzi się coraz więcej ludzi.
- No to super. Po pierwsze primo - skończył mi się sok. Po drugie primo - obok się jakaś para usadawia.
- Posiedzisz - nauczysz się mieć Angry Birds na telefonie. Albo chodzić na koncerty o godzinę później.
- Ciężko na piersi - panika.
- Zaczynam słyszeć jakieś bębny, to pewnie jeszcze chwilę, bo resztę nagłaśniali kiedy przyszedłem.
- Uchachana ekipa z łodzi - Widzew! Jebać Legię!
- Tłumione w ustach ziewnięcia.
- Nie wszystkie stłumione.
- Po wywiadzie z PDW. Kibel. Umiarkowanie czysty. Można by przeczekać?
- Typ niesie trzy browary, chwila refleksji, czy mnie nie zawadzi, ale jednak to fachowiec.
- Długa przerwa. Albo ja stoję w zbyt eksponowanym miejscu, dostaje sumę wszystkich minut. Chyba właśnie wszedł k.

3. Po koncercie nie poszliśmy do Planu C

A zanim gdziekolwiek poszliśmy, postaliśmy trochę na zimnie i miałem okazję wytłumaczyć, dlaczego po takim koncercie czuję się lepiej niż przed, czyli mniej więcej to, co napisałem na początku. Miałem okazję uścisnąć Marcinowi dłoń, kiedy zbierali się do samochodów, zaraz mieli jechać do Łodzi. Oswoiłem się z towarzystwem, znalazłem jakieś styczne orbity do rozmowy, anarchiści snuli plany, w Planie B zapytali mnie, co sądzę o miejscu, to znów kwestia hipsterstwa, bo anarchiści hipsterscy nie są, może trochę przesadzają, bo kiedy powiedziałem mu, że ma fajną koszulkę, taką z wiosnami, to się ucieszył i mówił, że ma bandamę na szyi, żeby druga koszulka spod spodu nie wystawała, choć okej, na co dzień też ją nosi. Odpowiedziałem, że ciężko mi się wypowiadać o miejscu, w którym spędziłem raptem dziesięć minut, fakt, pierwsze wrażenie było fatalne, ale wcale nie przez mniej anarchistycznych ludzi ubranych ładniej niż ja, tylko przez ten sufit nad schodami, który sprawiał wrażenie atakujące nawet kogoś mojego nieokazałego wzrostu.

Porozmawiałem z filmoznawczynią, nie wiadomo skąd wziął mi się w tej rozmowie Hesse (bo na pewno nie padło tam dosłownie tylko dla obłąkanych, co innego mi się skojarzyło), do tego obiecałem obejrzeć reżyserską wersję Blade Runnera, i uciekłem po trzeciej dopiero, głównie przez wzgląd na sobotnią misję, chyba też mogę napisać, że kosmiczną, bo wpuszczałem dzieciaki do CNK.

Dla równowagi od tej całej kultury całe sobotnie popołudnie spędziłem oglądając hollywoodzkich X-Menów, cztery filmy, tylko Wolverine'a nie udało się nigdzie dorwać.

*Na wypadek cytowania.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Poprasówka, prawie jak stanowisko

Staram się z dystansu patrzeć na aktualne zawirowania wokół ACTA, przecież żadna ze stron nie uznałaby mnie niewinnym, bo już w życiu sporo się naściągałem, ale oprócz tego coś tam też kupiłem, na ogół pewnie nabijając kabzę jakiemuś korpo potworowi czy czemuś takiemu. Czytam wypowiedzi, Żakowski stara się odrabiać punkty u internautów (dobrze kojarzę, że gdzieś tam stracił? ja zapomniałem, ale internet na pewno pamięta), WO jedzie Żakowskiego, a dalej to już zupełnie bez nazwisk, w sumie dobrze, bo w internecie przecież się to dzieje, ja nawet (nielegalnie!) nie mam teraz nazwiska na fejsie, choć gdzieś tam ma je zapisane na pewno. I dopiero wczoraj pomyślałem, coś chyba niewesołego to jest, co trudno będzie z poniższych notatek (nie zobaczycie ich) złożyć w logiczną całość, tym bardziej, że, jak to w internecie, wciąż dochodzą nowe wątki, chociażby dziś tematycznym manifestem dzieli się Czerski, uwzględniony w planie i bez tego, a teraz muszę przez niego zapobiegawczo powiedzieć, że wydawało mi się, że kolejne generacje nic istniały tylko na papierze już wczoraj. W końcu miałem się tym pochwalić.

Planowe notki blogowe, tfu, to chyba te najgorsze.

Zacznijmy od fejsa, na którym dla odmiany od kolejnych demotywatorów i kwejków, prawdziwą furorę robił ostatnio pudelek. Też ważna strona, kiedy prawie cztery i pół roku temu zaczynaliśmy pracę, była w zespole osoba odpowiedzialna za pudelkową prasówkę, oraz osoba, która przechwytywała wszystkie informacje o Kim z rodziny, do pewnego momentu, prawniczej. Ów pudel również zajął stanowisko, wyszło mu to lepiej niż choćby Palikotowi, wiecie, że ja normalnie z pudelka nie wrzucam, ale teraz wrzucę, a kiedy teksty z pudla namiętnie zaczyna przeklejać intelektualna przyszłość narodu, po równo studenci kulturoznawstwa, języków i politechnik, to sygnał jest jasny - coś się dzieje. Kij w mrowisko włożył w tekście Z Pudelkiem na barykady Paweł Wroński, pudel nie pozostał dłużny, a dalej to już spirala nienawiści - kto ma z kim powiązania, kto zarabia na plikach, wasza spółka straci, blablablabla. Nie doczekałem się niestety kolejnego komentarza pudla, a szkoda, to chyba Varga domagał się w jakimś niedawnym felietonie polemik, tu miałem istne Celebrity Deathmach.

Również na fejsie toczyła się krótka dyskusja o komentarzach pod serwisami GW, tam akurat chodziło o oskarowe nominacje i powszechny antysemityzm, zamiast wypowiedzi o filmie, ale mnie wydawało się, że to ogólna przypadłość serwisów portalowych. Po komentarze na poziomie chodzi się na strony i fora tematyczne, te na onecie czy pod serwisami agory odpala się dla beki (a może jest taka strona na fejsie?). Tym bardziej zaskoczyły mnie komentarze pod wspomnianą wyżej wojną - z których większość jest po prostu uczciwym komentarzem, bez wycieczek osobistych, ludzie tłumaczą, przyklaskują pudlowi, bo przecież tak właśnie jest - większość pieniędzy na kulturę nie ma. Oczywiście pojawiają się też hasła ogólnie pozostające w cieniu złodziejstwa - patenty, tańsze zamienniki i leki, albo niejawne ustalenia - ale przecież nie o tym pisał pudel i nie o to toczy się spór. Spór toczy się o to, co od dekady powtarzają różni ludzie, ale do tej pory dyskusje się rozładowywały. Nie pamiętam tej o Generacji Nic Wandachowicza, chyba zaczynałem wtedy liceum, brak zainteresowania światem, nie wiedziałem, że coś się dzieje. Żulczyk wspominał o pokoleniu 1200 brutto (patrzyłem na wskaźniki inflacji, dziś to powinno być 1400), kiedy już liceum kończyłem, też to przegapiłem, czyli bardzo słusznie z dziennikarskich zapędów nic nie wyszło.

Ostatnio zapamiętałem hiszpańskie indignados, czytałem o umowach śmieciowych, chwilowo mnie to nie dotyczy, ale boję się. To nie jest oczywiste, jak bardzo się boję, trzeba zajrzeć we wspominane ostatnio tabelki w excelu, które przypominają, że nie chcemy się wpierdolić w kredyt na całe życie. Kosztem kultury przede wszystkim pewnie. Od lat nie słucham Głaza, że powinienem się trochę bardziej i trochę częściej bawić. Zgodziłem się być zakładnikiem tych tabelek - w końcu mam ten fart, może nie aż taki, jak Smoczy i Bazyl z mieszkaniami, ale jednak jest szansa, że nie zawsze tak będę, może ledwie przez pół życia.

Jeśli cokolwiek może mi się w tych sprawach podobać, to daty, znowu luty i znowu spada na głowę nierozumiem.

O tych pokoleniach, które Czerski usiłował liczyć - ja byłem wtedy na Jana Pawła II, kiedy palili tysiące zniczy, Wielki Elektronik nas wyciągnął. Ale nikt z nas nie szukał pojednań, nikt nie mówił o pojednaniach, może nie wiedzieliśmy, że są jakieś pojednania, w końcu ja się nie interesowałem światem, nikt z nas na to nie wpadł. Wręcz najwięcej dowiedziałem się o nich właśnie z książki Czerskiego, ale to już było rok później. Zanotowałem wczoraj - media same to wymyślały. Chciały widzieć coś, czego nie było. A teraz znów widać, może nawet bardziej, skoro skacze spora część Europy. Fantastyczny tłum, mógłbym być częścią takiego tłumu. Kiedy Cytat z Cyganem mówią o meczach, to bardzo ważna jest oprawa. Wspólna sprawa. Wiesz, że lubię Róże Europy, nawet znalazłem się kiedyś w niezręcznej sytuacji z PDW, to chyba jedyna sytuacja z PDW, proponował wódkę w temacie, przecież ja nie piję, trochę boję się, że może mnie pamiętać. Właśnie u nich to czułem, właśnie to mi się podobało, że tam wszędzie jesteśmy my, mamy dla was kamienie, jesteśmy rock'n'rollowcami, jestem pewien, że Ty i Ty, i Ty.

Tylko wiecie, boję się. To w ogóle nie jest głębokie, mam to pod samą skórą. Może dlatego trzymam dystans. Nie wierzę Wam. Nie ufam. Podobają mi się te teksty o tworzeniu nowego, no bo tak jest, internet wywrócił świat, dlaczego godzić się na okopywanie biznesowych modeli. Pewnie dzisiaj kupię płytę Gettokosmos, pewnie nawet za trochę więcej niż wołane prosto do artystów pięć złotych. Ale nie mogę odpędzić tej myśli, że wyszliśmy na ulice, czego nie zrobiła Generacja Nic, ani inne pokolenia, o których nie przeczytałem, wcale nie za wolność naszą i waszą. Mam wrażenie, że wyszliśmy, bo zabierają nam igrzyska. To jedno, co pokolenie tysiąc dwieście brutto miało poza chlebem - megaupload i seriale, wszystkie te fantastyczne, naprawdę fantastyczne amerykańskie seriale, przy których zapomina się, jak trudno się realizować, jak trudno wierzyć w marzenia, kiedy tysiąc dwieście brutto i mieszkania budowane wcale nie tańsze - po prostu coraz mniejsze. O wiele bardziej podoba mi się manifest Czerskiego, ale jednak mam wrażenie, że wyszliśmy na ulice głównie dlatego, że w konsekwencji mogą nas odpiąć od Matrixa. Nie lubię tego.

Tak, nie mogę się zdecydować, czy wyszliście, czy wyszliśmy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

rif/itnu, cały kosmos jest tam wyżej

Przepraszam za te straszne tytuły, to pułapka, którą sam na siebie zastawiłem i sam w nią teraz wpadam.

W ubiegłym tygodniu zaobserwowałem, że jeśli śpię naprawdę mało, nie mam później problemów z bólem głowy, a do tego jestem tak przytępiony, że wszelkie obowiązki wykonuję spokojniej i dokładniej. Może to jest metoda? No dobra, nie jest, choć pamiętam, że na podobnej zasadzie działałem w liceum - w okolicy czwartku odsypiałem dopiero, albo w dwudziestominutowej przerwie, sam odkryłem tzw. powernap. A tak to do drugiej, trzeciej, książki o smokach. Mógłbym jednak przysiąc, że porankom nie towarzyszyło aż takie jak teraz otępienie, i na pewno nie było żadnego upierdliwego mrowienia na mózgu. Gdyby było - miałbym o tym tekst źródłowy, a w tych tekstach tylko obiekty przecież i chyba nawet słowa nie ma, że mama wysłała kiedyś do szkolnej pani psycholog.

Pani psycholog musiała zrobić kawał świetnej psychologicznej roboty, bo poza tym że rozpoczęła znajomość chytrze obiecując przechwytywanie mnie również w trakcie zajęć, które sam sobie wybiorę (fizyka), nie pamiętam już, czy chciała mi cokolwiek wpoić do głowy. Pamiętam dwa zgrzyty - kiedy powiedziała, że mam takie oczytane oczy ("Aha! Mama jej powiedziała, że sporo czytam. Ale tu cię mam! Od książek o smokach nie da się być oczytanym!"), oraz kiedy zasugerowała, że jeżeli w tej relacji jest jakikolwiek problem, to nie ze mną - bo mama przyszła do niej ze stertą papierów i tłumaczyła zło w rodzinie, przed którym chce mnie ustrzec, ale nie da się, jak nie da się ze mną gadać ("Wara od mamy!"). Do tego pożyczyła książkę, "Doktorów" Segala, w której nie ma ani jednego smoka, a też dało się przeczytać. Nawet kupiłem kolejną jego książkę ("Akty wiary") i okazało się, że o ile w książkach o smokach nie przeszkadza mi powtarzanie tych samych schematów, to jeśli dwie kolejne obyczajówki mówią o fajnych/dobrych/ładnych/wytrwałych/mądrych ludziach, którym kilkanaście lat zajmuje dojście do wniosku, że chcą razem żyć, to zaczyna irytować mnie ich szeroko pojęta zajebistość. Dużo później wpadłem na to, że irytuje mnie, że sam nie umiem niczemu się aż tak poświęcić, radzę sobie średnio w swojej zupełnie zwykłej rzeczywistości i książkowe sukcesy bohaterów wcale mnie nie motywują.

Ostatnio dużo czytałem na jesieni, ostatnio miałem ochotę na coś Murakamiegio, ale boję się kupić te dwa tomy świeżej trylogii, bo pewnie zapomnę do trzeciego. Oho, a to ci dopiero!
Segal, syn rabina, uczęszczał do Midwood High School w Brooklynie. Ojciec zgodził się na to pod warunkiem, że chodził na wykłady wieczorowe do miejskiego żydowskiego seminarium teologicznego[1]. Następnie studiował filologię klasyczną na Uniwerstytecie Harwarda.
Widać ten umiał, wiedział, o czym pisał. A ja to miałem trochę o klikach dzisiaj.

W środę rezerwowałem bilet na koncert 19 Wiosen, za późno trochę, ale i tak się opłacało. Jeszcze w wakacje, na offie, nie przekonali mnie zbytnio do siebie, koncert w dzień i na otwartej przestrzeni, to nie taka muzyka. Żeby chociaż w nocy i pod gwiazdami, Pryt by z tego więcej wyciągnął, bo to jest człowiek z gwiazd, ale pewnie też bym tego nie zauważył, bo oni nie istnieją bez tekstów, a te trzeba znać przed koncertem już, w trakcie nie ogarniesz. Pierwsze tropy miałem już dawno, zdania z na każdą chwilę zmarnowany kwiat, a w pamięci została ballada o takim, co Nożem uczył uczciwości. Chwilę wcześniej rozmawiałem też ze stonerowcem-Młotem, któremu akurat przyszły ze stanów płyty - kosmiczny stoner mówi i podsyła linka. Faktycznie jest kosmiczny, a film pokazuje rakiety, które się w większości rozpadają w chwilę po starcie. Że iść trzeba, byłem tym razem przekonany, bo słyszałem kilka kawałków z ostatniej płyty, kilka starszych też i przede wszystkim: bardzo przemówił do mnie Tryp. Pokazałem Młotowi, nawet pokazałem plakat - całkiem też kosmiczny przecież. I siedziałem w pracy do późna, bardzo do późna, bo dogadałem się z Katastrofą, że przechwycą mnie w metrze, daleko po północy na Kabatach dopiero próby uśnięcia, niezbyt owocne. To się uparłem, że choć to czwartek i szkolnym trybem wypadałoby wreszcie odespać - poszedłem po bilet, poszedłem na koncert. Przynajmniej bez mrowienia na mózgu, nawet mi się to podobało, ten stan niedospania i niedotlenienia, ogólnej słabości - jak ulał na ich koncert.

Oczywiście przyszedłem za wcześnie, oczywiście nie udało mi się zgarnąć nikogo znajomego, Małpolud już z planami, ale przynajmniej mnie zgarnięto przed wejściem - nie umiem sam gospodarować czasem zaraz przed koncertem, nawet jak się nie odzywam, to lepiej mi w towarzystwie. Dzięki!

No i z bliska, pod sufitem, po ciemku, to był zupełnie inny koncert. Na offowej scenie nie było widać, ile potu wyciska z siebie wokalista, dźwięk rozłaził się w przestrzeni, zamiast, jak należy, dudnić po ścianach i mózgu, wszystko gruz i kurz. Pod sceną od razu szaleje ekipa, wszystkie teksty w głowach, z kamerą, ale nie trzeba wiele czasu, żeby inni też się rozkręcili. Ja niby stoję na uboczu, ale właściwie każdy obok przynajmniej dyga i usiłuje ryczeć refreny. Układ sam przecież znam, zdzieram schorowane gardło. I nie szkodzi, że nie znam na pamięć reszty tekstów, bo przynajmniej wiem już o co tam chodzi, żeby rejestrować pokłady gówna w sobie i wokół, i mieć podstawy wyskakiwać z tego świata. Patrz! Widziałem kiedyś z Niedodzwanialną różowo-miejskie zdjęcia, kojarzyły mi się z żuciem betonu i podobnie myślę o 19 Wiosnach i Trypie. To wszystko jest początek - wszystko zaczynaj od siebie. A Marcin też mówi sam za siebie.

Koncert zadedykował wszystkim ofiarom kosmonautyki.

niedziela, 3 kwietnia 2011

¡Viva España!

Tak mi się weekendy teraz układają, że co i rusz jeżdżę 509, to jest autobus na Gocław, na osiedle mojego dzieciństwa. Raz zajechałem do końca, akcja z marzanną. Wczoraj tylko do połowy, przesiadka na Starzyńskiego, planszowy wieczór spędzony u Dwóch Kalorii, ale na Gocław i tak dostałem się we śnie:
Jestem na Gocławiu, gdzie kiedyś mieszkałem. Wchodzę do bloku i przekradam się korytarzami – widzę dziewczynę, myślę, że może to Oświecona, nie jestem pewien, więc żeby przekraść się jak najbardziej niepostrzeżenie, ślizgam się cicho po podłodze. Ale słyszę, jak mówi do kogoś, że może ja to ja, czyli jednak ona to ona. Ganiamy się przez chwilę po tych korytarzach, śmiech, zabawa, łapię ją i przewracamy się tak, że leży plecami na mnie. No i nowa zabawa – jestem transportowcem i muszę ją dostarczyć z powrotem. Dosiada się druga z sióstr, idzie mi w miarę gładko, ale kiedy jestem już pod drzwiami, siły zaczynają mnie opuszczać. No i mdleję, budzę się na trawie przed blokiem, myślę, że to znowu restart, jak w grze, dajmy na to w Final Fantasy VII, kiedy się spędziło za dużo czasu na lodowcu, bohater mdlał z wycieńczenia. Nie czuję się źle, a ktoś znajomy od razu przyprowadza dzieciaka, którym się trzeba zaopiekować. Idziemy więc na spacer, przez różne osiedla, robi się z nas cała ekipa. Ktoś wyraża obawę, że na osiedlu przed nami to się gada i krzyczy po hiszpańsku, jakby każde z osiedli miało mieć swój język i kulturę, i toczyły ze sobą walki. Faktycznie, słychać krzyki, chłopaki grają w piłkę w przejściu pod blokiem, ale mówię spoko, damy radę. Przechodzimy przed jedną z bramek pełni napięcia, kiedy gra się na chwilę uspakaja, słyszę krzyk, ale jestem pewien, że to jest rzucone do współgraczy: poczekajcie chwilę. Czyli że możemy przejść bez zaczepiania. Aż nagle jedna z piłek, a grają takimi piłkami do tenisa, wpada pod nogi kogoś z naszej drużyny i zaczyna się walka o nią – biegniemy na placyk za blokiem, wymieniamy podania, a oni starają się ją nam odebrać. Podają do mnie, słaby ze mnie gracz, ale dzięki temu zaskakujący, jakoś się przy niej utrzymuję. Zostaje mi ostatni przeciwnik do okiwania, jest bardzo wysoki i tyczkowaty, więc obmyślam taktykę dużej zwrotności, bo on na pewno długo nawraca. I wygrywamy, wracają na swoje boisko pod blokiem. Drużyna zadowolona, że bez żadnych strat idziemy dalej, a ja biorę piłkę w rękę, trochę starmoszoną i mokrą od kałuż i wracam na tamto boisko, zostawiam ją na skraju, mówiąc, że teraz ma również nasze kopnięcia i wszyscy rozumiemy, że to jest znak pokoju i sojuszu między nami a Hiszpanami. Akrobatycznie, biegnąc trochę po ścianach, doganiam swoją ekipę, która osiągnęła już jeziorka nad rzeką – ciepło, można rzucić się do wody. Część już w rzece, np. mój brat, pytam, czy woda nie zimna – zimna. No to nie ma mowy, ja nie wskakuję.
W piątek na pewno nie byłem miłym towarzyszem dla nikogo, nie lubię, kiedy tak ze mnie wyłazi, że mam zły humor. Pod koniec dnia, kiedy atmosfera się rozluźniła i ekipa była radośnie zaczepna, rozdawałem nawet jakieś faki, odczepcie się, zostawcie. Nie jestem z siebie dumny. W domu trafiłem na ładny film, miałem kiedyś się na niego wybrać do Luny, ale akurat chyba wyskoczyło firmowe spotkanie, My Blueberry Nights. Historia o historiach - uspakajające. Skończyłem, odebrałem wiadomość: Ja wytrzymałem do 7 sekundy :P Jak długo Ty wytrzymasz??. Dwie dziewczyny i kubek, jak widać jeszcze nie każdy zdążył się na to natknąć, choć internet taki stary. I jak tu skutecznie pozbywać się gówna z pokładu?

poniedziałek, 21 marca 2011

To nie jest StarCraft

Kupę czasu spędziłem ostatnio w pracy, mam takie biuro, że siedzi się w nim całkiem dobrze niezależnie od czasu pracy, ale tej ostatniej też było sporo. W tamten ciepły weekend udało się odkurzyć rower, to nawet zanim był ciepły, bo już w piątek pojechałem na nim do Smoczego, który walczył ze smarowaniem laptopa i oczywiście zostały mu śrubki. Jak skończył to pokazywał mi filmy ze StarCraft2, połowę filmików pewnie, jarał się tym zupełnie tak, jak jarano się dziesięć lat temu, kiedy intra i outra od Square czy Namco oglądano z wypiekami i poświęcano im w recenzjach akapity. Teraz jakoś nikt nie zwraca na to uwagi, technologia tak poszła do przodu, że pewnie często nie ma sensu bawić się w renderowanie, bo gry ładne. No ale StarCraft to strategia, pewnie ładna, ale fabuły nie buduje się oddziałami komandosów chyba - stąd te filmy, o których ani słowa nie powiedział Młot czy Cytat kilka miesięcy temu w pracy, od razu tylko o rozgrywkach sieciowych, platynowych ligach i sztuczkach z wysyłaniem niby komunikatów błędów. Smoczy też już się jara perspektywą zabawy w sieci (muszę sobie przeciągnąć kabel, bo po WiFi nie ma sensu) ale jako pierwszy powiedział mi, że to ma jakąś fabułę. Trochę jak Starship Troopers, nie mogło go nie wciągnąć.

Więc pośmigałem na rowerze, do pracy (sobota), z pracy do Katastrofy, znów do pracy (niedziela), do domu przez osiedle Dwóch Kalorii - Założę się, że od podstawówki nikt do Ciebie nie dzwonił z takim tekstem, czy nie idziesz na rower! - nie poszedł, już i tak zboczyłem z trasy, to pojechałem okrężnie, oczywiście przez błota w lesie, ale i tak sprytnie, bo trafiłem na niezamknięty przejazd kolejowy, to jest: nie wyłączony z ruchu. Wczoraj powtórka błotnej przygody, kilka kilometrów na wale, lekcja pokory, kiedy sto metrów przed sobą ma się biegacza i nie idzie go dogonić. A przecież jemu też się lekko nie biegło.

Jednak teraz będzie już lepiej, bo przecież przyszła wiosna. Wręcz sami ją sprowadziliśmy, ja trochę na doczepkę, ale to się okazało później dopiero. W sobotę była urodzinowa impreza Dwóch Kalorii, z początku ciasna, ogólnie poprawna, ale bez momentów. Co innego odprowadzanie dziewczyn na przystanek, to już drugi raz o nich, więc niech mają ksywki - Oświecona i Błyskotka, no bo takie odprowadzanie stwarza szansę rozmowy przecież. Może w klubie też można rozmawiać, ale ciężko, jeśli się siedzi na oparciu kanapy w kącie, do tego im więcej ludzi tym bardziej wolę słuchać. A z kąta nawet słuchanie niełatwe, zostają tylko wygłupy. Zresztą nawet w mniej osób bardzo lubię słuchać, ale to siostry są, więc rozmawiały bardziej ze mną niż ze sobą, siebie mają codziennie. W tej rozmowie wyszło, że będą topić Marzannę, a ja się bardzo do pomysłu zapaliłem, tak bardzo, że nawet mi przez myśl nie przeszło, jak teraz, że mogły chcieć oszczędzić Marzannę i utopić mnie, skoro i tak już się jaram. Przejechałem całe miasto, mam bezpośredni autobus, ale znowu byli w okolicy rodzice, więc podrzucili kawałek i byłem za szybko, marzłem na pętli. W nagrodę dostałem Marzannę do poniesienia, radosna procesja, nad kanał czy na most, jednak na most - miejsce, z którego widać Babilon. Mam na pamiątkę film, jak traktują kukiełkę jakimś pryskiem, jak wkładają jej pod sukienkę zapalniczkę, jak zajmuje się cała i wtedy dopiero leci do wody. Długo się jeszcze paliła na wodzie, pomarańczowy punkcik na rzece, staliśmy w takim miejscu, że zanim zniknęła zupełnie, wpasowała się w odbite światło Babilonu.

No i dzisiaj rano może nie było jeszcze wiosennie ciepło, ale słońce dokazywało!

Zaprosili mnie na partię Osła, straszny osioł ze mnie, ale na pewno to lepsze niż oglądanie Human Centipide. Była wśród nas kolejna ofiara trailera, biedaczek nie może spać po nocach, musi obejrzeć. Wtedy też okazało się, że cała ekipa jest spokrewniona, siostry, kuzyni, narzeczona, wszystko w rodzinie - przez co przestraszyłem się, czy moje uczestnictwo nie było jednak jakimś wproszeniem się, brakiem taktu, na doczepkę właśnie. Na szczęście seria karcianych porażek uczyniła ze mnie osła ofiarnego, to chyba wszystko wynagradza. Na wyjściu tłumaczyli mi, jak dojść na przystanek - wzdłuż płotu szkoły. A jaka szkoła? Unicef! No! To wiem, gdzie jestem, chodziłem do tej szkoły! W następstwie idealnie trafiłem w autobus, nie musiałem marznąć.

Pomimo że nie było jeszcze wiosennie ciepło, złaziłem dzisiaj pół Centrum, Empiki i Traffiki, kupiłem Lampę, ale to marny plon, bo przecież miały być prezenty, w sobotę kolejne urodziny. Wiosenny zryw, Małpolud też zaprasza (choć bez okazji), to najpierw pojadę na Pragę, a później na Ursynów. Jutro poszukam jeszcze jakichś mniej oczywistych księgarń, podoba mi się założenie, zrealizuję, choćbym miał wręczać prezenty tydzień po imprezie. Bo choć nie jest jeszcze wiosennie ciepło - sam pomysł mnie grzeje.

Ale oprócz tego mam w ustach pewien niesmak, kiedy tak bardzo wiem, że źle się dzieje na świecie. Oczywiście na świecie ogólnie wiele dzieje się źle, ale ostatnio pewnie w istotniejszych z punktu widzenia globalnej gospodarki węzłach, więc wszyscy patrzą. Patrzę i ja, czytam o trzęsieniu albo zajmowaniu miast, to nie jest fajne, ale niesmak jest dopiero kiedy widzę - Świt Odysei. Odyssey Dawn. Nie umiem sobie wyobrazić bardziej groteskowej i obrzydliwej nazwy dla operacji wojskowej. Myślę z początku - że niby początek wielkiej przygody dla Libii? Później czytam, że to również motyw w utworze Homera, a do tego - gra:
Ale to nie wszystko. "Świt Odysei" ma jeszcze drugie znaczenie. - W taki sposób tytułuje się gry komputerowe - mówi prof. Sztachelska. Faktycznie, można znaleźć i japońską grę o tytule "Lunatic Dawn Odyssey", "The Lost Odyssey" czy "The Sunstone Odyssey" - nawiązującą swoją nazwą również do słońca.
- To sprytna nazwa: odsyła do faktów kultury, które zna każdy, a jednocześnie odsyła do gry komputerowej. Rodzi wyobrażenie, że operacja wojsk to gra, zabawa w wojnę, w której chodzi o atrakcyjną wyprawę, najeżoną przygodami, zakończoną prawdopodobnie zwycięstwem - wyjaśnia Sztachelska.
Czy ktoś już wytłumaczył Pani Profesor, że to nie jest StarCraft?

czwartek, 30 grudnia 2010

Tribute to grudzień, 5. Koniec kryzysu

No dobra, ja tylko żartowałem, że już nie będę pisał bloga. Jeżeli kiedykolwiek chciałem czegokolwiek, co nie było słabo osiągalną kobietą, to właśnie pisać coś, blog się świetnie nadaje, bo nikt nie pilnuje, nie sprawdza i nie ocenia głośno, jest ochota, to jest i pisanie. Grudzień minął na smarkaniu i przesiadywaniu w pracy, bo trzeba omijać tłumy przecież, te w autobusach i na drogach. W związku z wolną Wigilią liczyłem na cudowne ozdrowienie, trzy dni wysypiania, to pewniak być powinien! Nosa z domu wtedy nie wyściubiłem i oczywiście w poniedziałek przyszedłem do pracy niewyspany i chyba jeszcze bardziej schorowany. Praca minęła, wróciłem do domu i okazało się, że nie mogę spać, tak w ogóle - skąd to? Przynajmniej o tej drugiej nocy zdecydowałem się na wzięcie laptopa i wystukałem jakieś tysiące znaków posta na forum, na które chciałem się zarejestrować, opisując olśnienie w związku z ośmioletnią grą (owszem, to znów Morrowind). Olśnienie się na razie marnuje, bo wciąż nie dostałem mejla z potwierdzeniem rejestracji, a do tego jak większość moich rzeczy, kiedy przybywa im dni, coraz bardziej traci wartość i sens w moich oczach.

No i znów poszedłem do pracy, słodko wreszcie przysypiając w autobusie, jak dobrze, że już nie jest tak mroźno, bo bym mógł przymarznąć do szyby. Przeżyłem dzień jeszcze boleśniejszy niż poprzedni i wróciłem spać. Wstałem kilkanaście godzin później - cudownie ozdrowiały.

A w każdym razie czuję się już o wiele lepiej.

Powiastki zaległe #2

Na początku grudnia, w pierwszą sobotę, poszedłem na imprezę. To zupełnie niespodziewany owoc poprzedniej firmowej integracji, kiedy zapoznawaliśmy koleżanki Dwóch Kalorii i nawet dodawaliśmy na fejsie, a później dostałem na tym fejsie zaproszenie na kicz party. Okej! Ubrałem taką starą marynarkę, nie mam pojęcia po kim to, zawsze chciałem ubrać, na tę okazję miała towarzystwo dresu z dwoma paskami. Na miejscu poznałem Szefa, który został Szefem, bo miał paski trzy. Trzeźwe właściwie towarzystwo przymusiłem do tańczenia Macareny, a kiedy było coraz to mniej trzeźwe, to nie trzeba było przymuszać, nawet były zupełnie uczciwe tańce. To był drugi raz w tym roku, kiedy tańczyłem, pierwszy, kiedy mi się podobało. Wcześniej okazało się, że mam styczność z dziewczyną z Mińska i gościem z Gorzowa - no to od razu poleciały nazwy Mistrzów - Maki i Chłopaki, Muzyka Końca Lata i Kawałek Kulki, a nawet usłyszałem tekst - Grałem z bratem szefa KK! A później typ dorwał gitarę i zagrał, i zaśpiewał - Hej dziewczyno, masz ładne kolana!

Zupełnie dla siebie niespodziewanie zakończyłem imprezę kolejnego dnia o czternastej, choć wcale mnie jeszcze nie wyganiano. Również wtedy nasiliła się nieszczęsna choroba, cóż.

Tym razem nie było żadnych opowiastek damsko męskich, może dlatego, że nikt nie gadał w mieszkaniu o rpg, albo dlatego, że balkon był bardzo niewielki i niezbyt przy minus dziesięciu zachęcający. Posłuchałem za to o rozterkach ludzi w podobnym wieku, którzy właśnie kończą studia, praktykując jednocześnie w firmach, pełni obaw, że nie dostaną stałej roboty po obronach. I wzdychają trochę nad tym, choć nie do przesady, ale wystarczająco, żebym mógł dla odmiany bardziej docenić swoje miejsce w życiu. Przecież sam, zbyt leniwy na sumienne studia (czyli pewnie po prostu zbyt leniwy, bo nawet dla papierka mi się nie chciało prześlizgiwać), pracuję od trzech lat w tym samym miejscu, mam stałą umowę, co ponoć jest dla niektórych marzeniem, coraz mniej marudzę, coraz więcej robię, a nawet naprawdę doceniam dużą swobodę. Przede wszystkim jednak wciąż doceniam fantastycznych ludzi.

Dobry wieczór

Pod koniec grudnia, w ostatnią środę, poszliśmy na imprezę. To znaczy wczoraj. To była kolejna impreza integracyjna, przysługują raz na kwartał. Rodziła się w wyjątkowych bólach, na szczęście mnie zespół przycisnął (żeby nie napisać, podłożył gotowe do wysłania dokumenty). Pal licho kiepską pomidorową i niezbyt okazały stek, skoro wszystkim wokół smakowały naleśniki. Choć tego samego dnia Cygan obwieścił odkrycie Ninjump i obawialiśmy się, że większość oleje imprezę i będzie chciała zostać ninja, udał się jeden z lepszych wieczorów tego roku. Z Protestanką mówiliśmy o Cejrowskim (którego nie znosi) i Kazimierzu Nowaku (ona jest źródłem książki, którą czytałem tych kilka miesięcy temu), Cygan też się dosiadł i wtedy mogłem słuchać, jak wymieniają poglądy o afrykańskiej muzyce, na jakich byli koncertach i inne takie - to ulubiona rzecz, widzieć i słuchać, kiedy ktoś się czymś fascynuje. Mogłem się kłopotać odpowiedzią na pytanie, w jakie ja bym chciał jechać miejsce - bo po prostu nie ma takiego miejsca, o którym kiedykolwiek marzyłem. Zamówiliśmy butelki wina dla nieobecnych, dostaną w nowym roku i przy wyjściu dziękowaliśmy właścicielowi za ciepłe przyjęcie. Szedłem do autobusu na Marymont, trochę wiało, trochę sypało, śnieg skrzył tak świeżo.

Tribute to listopad

Więc jeśli już otacza nas klimat podsumowań, albo noworocznych postanowień, to nawet jeśli nie popieramy instytucji noworocznego postanowienia, albo w ogóle nie jara nas sylwestrowy klimat i imprezy, i być może nie planujemy na ten wieczór nic specjalnego, już bardziej zastanawiamy się jak przetrzymać jutrzejszy koncert Kombi pod oknem - to przynajmniej bądźmy razem przy tak zwanych momentach. Najlepsza chwila tego roku to piętnaście minut w listopadzie, chyba pod koniec, od godziny piętnastej, kiedy czytałem na głos raczej niezbyt udane opowiadanie...

Eejże, nie to, że od razu moje!

...komentując trochę, śmiejąc się i wygłupiając ze słuchaczem. Jeżeli jest więcej takich rzeczy, o których przez ostatnie lata zapomniałem, a lubię je wręcz szalenie, jak takie głośne czytanie, to życzyłbym ich sobie w ramach przyszłorocznych momentów. Mogą to być również nowe rzeczy, a mogą to być i okazje do czytania. Bo przecież pisać to mam gdzie, no!

środa, 20 października 2010

Parada atrakcji

Słuchaj, od dwóch dni nie śpię, przewracam się do drugiej, trzeciej z boku na bok, jeśli dzisiaj nie będę miał zajęcia, to mnie szlag trafi - tak powiedziałem siostrze i mam do łóżka komputer, z którego jakoś tam zrezygnowałem w ostatnich miesiącach, kiedy ostał się jako ostatni komputer w domu. Wydawało mi się, że to bardzo wskazane poświęcenie, że to w ogóle nie powinien być problem, skoro kiedyś jeden komputer wystarczał na pięć, a nie trzy osoby w mieszkaniu. Oczywiście od razu trafiła się okazja do oszustwa i mam z pracy taki tablet, siedem cali, na których można marnować czas tak samo efektywnie, albo może jednak mniej, bo bardzo kiepsko się na nim pisze. Na pewno nie do bloga. Na ostatnim zebraniu Geniusz pytał, czy może nie myślałem o tych ultramałych formach blogowych, twitter czy pinger, co to z powodzeniem można z telefonu. Ja mu mówię, że nie w moim stylu. Nie da się tam odpowiednio napuszyć, a w każdym razie ja bym nie umiał.

Wynika z tego, że dwie ostatnie noce były niezłą okazją do dalszej praktyki zen. Praktyka to jest chyba coś, co się na stałe wciela w życie, ja bym chyba jednak wolał od czasu do czasu ćwiczyć, a nie być przymuszanym katarem i niespaniem. Czy to nie jest jakaś tortura, czy nie stosowali tego, że daje się człowiekowi usnąć tylko na chwilę, po czym znowu atakuje? Średnio siebie widzę w tamtych czasach walczących opozycji, skoro psychikę łamie mi zwykły katar. Pewnie za dużo bym chciał. Zaraza i szaleństwo - spędziłem weekend grzeczny jak nigdy, na pewno nie choruję po wyjściu na rower, bo to było w piątek, a ja się rozłożyłem w niedzielny wieczór. Znów chory na pracę chyba. I znów trudno pozbyć się tego poczucia niesprawiedliwości, że skoro zachowałem się ładnie, zgrabnie, zorganizowanie, z wytarciem wszystkiego kurzu w pokoju, z zakupami, z łażeniem po domu w mistrzowskich skarpetach dostanych od mamy, to zupełnie mi się nie należy choroba. Ledwie się z poprzedniej wykurowałem.

Oczywiście ta aktualna będzie o wiele gorsza, straszniejsza, mordercza niemal, bo tutaj jasno widać postawę roszczeniową, czyli że nie sprzątałem dlatego, żeby mieć w pokoju czysto, tylko żeby coś z tego mieć, jakąś od świata pieszczotę. Bardzo to niepoważne, wychodzić z założenia, że jak się będzie grzecznym, to zewsząd grzeczność na człowieka spłynie. Niechby nawet grzeszność jakaś, ale nie katar!

Ponieważ jestem osłabiony, ponieważ jestem niepoczytalny, to nawet się przyznam, że w kontekście dzisiejszego najważniejszego wydarzenia w tym smutnym kraju, owszem, zasmuciłem się, owszem, rzekłem, że ludzi mamy popierdolonych, ale już w pół godziny później przyjąłem tę cyniczną pozę:
- Słuchajcie, czy już ktoś sugerował, żeby mu postawić pomnik, czy możemy być pierwsi?
Na szczęście nie miałem jaj, żeby wrzucić to słowo na fejsa, bo wstydziłbym się ostro, kiedy jakakolwiek poczytalność wróci. Bardziej niż jakichkolwiek emohumorystycznych wtrętów. Ciężko mi się zdystansować do tego, co się na tym fejsie dzieje, raz chciałbym żeby to była zabawka, raz myślę, że to jednak zabija komunikację. Przecież i tak liczy się liczba wyświetleń stron, reklam - tak samo jak w internetowej wersji tekstów z Dużego Formatu. Trafiłem przez świeżą koleżankę (tj. jeszcze wyświetla się na mojej tablicy) na wywiad z Marią Peszek, podzielony na jakieś dwadzieścia stron, na każdej może pięćset słów. Przewijanie po pół strony, klik na następną, nie dziwota, że systematycznie wróżona gazetom śmierć wciąż nie następuje. To bardzo dobrze - ludzie mogą pisać listy, tak?

Sporo ostatnio rozmawiam, takie rozmowy, w których należy się deklarować, kim jestem, jaki jestem i tak dalej, przez co zamiast sobie być - mniej robię się pewny, czy bardziej jestem, czy bardziej w rozmowie pozuję. To oczywiście dobrze, żeby mnie w kontrolowanych warunkach rozchwiać czasem. Nie ma w tych rozmowach żadnych opcji politycznych, tylko zachowania społeczne. Młotek użył w stosunku do mnie słowa szyderca, a ja przecież w ogóle tak o sobie nie myślałem, bo szyderstwo jednak kojarzy mi się z pewnym obyciem w świecie, daleko mi do tego. To nie jest tak, że użył tego w jakimś negatywnym znaczeniu, tylko w takim sensie, jak z dzisiejszym pomnikiem - wydało mi się, że to jest słowo, które najlepiej podsumowuje wszystkie informacje, docierające do mnie z kraju w ostatnich miesiącach. Więcej w tym cynizmu, czy więcej dystansu? A przecież to nie jest prawda, że jest we mnie tyle blazy - słowo blaza nie istnieje w takim znaczeniu - że taki jestem zblazowany. A jak ludzie by to odbierali? Studenci od piwa i porno - kolejny rekord kliknięć lubię to, czy może jednak by mnie (i słusznie i nie chyba) dojechali? Czy może jeszcze większe rozczarowanie, brak reakcji, bo sukcesywnie kasują mnie z tablicy i to już niczyja ignorancja, tylko moja postępująca nieciekawość i zbędność.

Żeby nie było za łatwo - znalazłem u siostry na półce "Kompleks polski" Konwickiego i czytam od tygodnia w autobusie, pewnie jestem lekko za połową. W autobusie już coraz słabsze światło - tym lepiej mieć ten oszukańczy firmowy tablet, można z internetu odpalić komiks.

Dziś na Rozdrożu znów typ z Kolskiej - słychać go z daleka. Wcześniej jednej dziewczynie powiedziałem, że nie mam drobnych (miałem), później pomyślałem, że jak chce chociaż złoty osiemdziesiąt, to może na serio zbiera na jakiś bilet. Nie wiem, staram się trzymać tej wersji z nierozdawaniem mozolnie ciułanych ziaren, w końcu w pracy ludzie w takim wieku, że wciąż rozmowy o mieszkaniach i kredytach. Ciułam na jakiś wkład kiedyś z kimś. Typ, który wyszedł z Kolskiej podchodzi do mnie i zaczyna litanię:
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili...
- Proszę Pana, od miesiąca Pana wypuszczają.
- Proszę Pana, mnie z Kolskiej wypuścili - podejmuje niezrażony, jakby nie rozumiał.
- Proszę Pana, musi Pan znaleźć jakieś inne miejsce teraz, bo tu Pan nie utarguje.
- Proszę Pana, poratuje Pan złotówką. - Ja naprawdę nie wiem, czy on jednak nie jest jakoś upośledzony, albo głuchy.
- Proszę odejść, ja już Panu nie pomogę więcej.
Odszedł, patrząc tak samo bezradnie, jak - jakie słowo - zawsze. Obok mnie siedziała jedna kobieta, ucieszyła się na tę scenę, kiedy już odszedł, a obok niej taka całkiem sympatyczna, naprawdę ładny uśmiech, może w moim wieku, to dodała, że on cały dzień wychodzi z Kolskiej. I wsiadły do autobusu, ja czekam dalej na swój i na przystanek wbijają dwie pannice, ja wiem, pewnie po siedemnaście lat, niezgrabne, oklapłe dupska, diety cuda i zero grzecznego ruchu. Słychać, że też je zaczepił.
- Słyszałaś, kurwa? Niech dziad spierdala!

Noż.

czwartek, 7 października 2010

Nic do powiedzenia

Trafiłem wczoraj na tego nieszczęsnego żulika, co to wyszedł z Kolskiej. On prawdopodobnie codziennie stamtąd wychodzi i zawsze wraca do siebie przez Rozdroże. Nie za bardzo zwrócił uwagę na moją uwagę, że już go nie tak dawno ratowałem i on wtedy zamiast kupić bilet, wysiadł na kolejnym przystanku. Nie dalej jak pięć minut później trafił się kolejny, taki bardziej chytry z twarzy. Żeby go poratować monetką. To ja mu, że niedawno ratowałem tego, co to z Kolskiej wyszedł.
- A! Znam go!
I poszedł dalej.

Trochę mnie przeraża myśl, że to żebractwo musi przynosić całkiem duży profit. Czy to jest profit godny, to każdy może patrzeć jak chce (debile-dopalacze?). Pewnie mają swoje rewiry, albo trasy, pewnie się wszyscy znają, czasem walczą o miejscówki. I przez całe lata opowiadają tą samą historię. Kojarzyłem jednego takiego z Foksalu - Pół roku temu też Pan wyszedł ze szpitala...

Jak tu wierzyć, że cokolwiek jest prawdziwe?

Internet grzmi, tragiczna śmierć motocyklisty na Modlińskiej, a moją pierwszą myślą jest: dobrze, że zdążyłem dojechać do pracy. Do tego słowo tragiczny mam na stałe skojarzone z Panem Johannesem.

To nie są rzeczy, o których chciałbym tu pisać. Każdy może sobie wejść na gazetę, czy cokolwiek - wedle uznania.

Super chaos.

poniedziałek, 4 października 2010

Królowa musi mieć na imię

Raczej kiepsko się dzisiaj czuję, przysnąłem w autobusie tak, że budzono mnie na pętli. Kiedyś nie znosiłem kapturów, teraz chodzę w kapturze, bo wieje zimnem i boli od tego głowa. Specjalnie nie idę do fryzjera, żeby trzymać ciepło na mózgu. Ciekawe ile wytrzymam. To było od razu czuć, tak kalendarzowo, z dnia na dzień - we wrześniu nawet w te chłodniejsze, deszczowe dni, powietrze było ciepłe. Teraz już nie jest, teraz już fontanna przy Rozdrożu potrafi być wieczorem wyłączona, albo można na zatopionej w niej pomarańczowej rurze zobaczyć odpoczywające kaczki. Czy klucze ptaków otwierają niebo? Czy ludzie zjedli ptaki?

Mistrz i Małgorzata nie był aż tak uwspółcześniony, jak to sobie wyobrażałem na wieść o uwspółcześnieniu, w ogóle właściwie nie był uwspółcześniony. Jakieś nieśmiałe i właściwie wcale nie aż tak śmieszne ukłony do CBA, albo homoseksualna relacja teatralnych oficjeli, wcale nie jestem pewien, czy to było potrzebne, nawet jeśli jest jakimś uśmiechem do samego siebie, bo artyści często mają przyklejaną homoseksualną plakietkę. A reszta, to już bez zmian właściwie, z tymi samymi pominięciami, co pięć lat temu, tylko gorzej. Najbardziej rozczarowałem się Wolandem, zresztą tutaj właśnie spodziewałem się uwspółcześnienia, że skoro gra go kobieta, to będzie ten diabeł kobietą właśnie. Ale nie był, a z dziewczyny niestety nie jest Krystyna Feldman. Poprzednio Woland lśnił (mam wrażenie, że teraz zagrał Mistrza) a teraz na tyle nie lśnił i - co w przypadku tej postaci powinno być niedopuszczalne - na tyle się mylił, że zwracałem uwagę na takie szczegóły jak nieudolne utykanie, błędne przekładanie laski. Poprzednio wychwyciłem jedną pomyłkę Piłata, tym razem Piłat bezbłędny, wciąż ten sam. Może ekipa jest zmęczona przedstawieniem, ósmy raz wystawiają, pierwszy raz w tym sezonie, a ja tu jeszcze na nich dodatkowo marudzę. Te pięć lat temu, to było wielkie przedsięwzięcie, możliwość zaprezentowania wszystkich możliwości nowej sali, z naprawdę fachowo zrobionymi wstawkami filmowymi, współpraca kilku grup aktorów. Nowi nie sprostali moim wspomnieniom. Wiadomo, że ciężko wygrać ze wspomnieniami.

Dobra, tak naprawdę jestem obrażony, że tym razem nie trafił mi się ani jeden dolar na zakładkę do książki. Bo gorzej, to nie znaczy, że źle, ja się bawiłem i nawet bezczelnie szczerzyłem podczas przedstawienia w Varietes (no, dziewczęta w bieliźnie, a ja facet przecież), na pewno też bawili się towarzysze. Druga przerwa, nie spodziewaliśmy się, że kiedy u Szatana zaczynie się bal, na nas będzie czekał poczęstunek. Przez chwilę mogłem udawać, że uczestniczę w przedstawieniu i zapytałem Smorkę, z którego piekła przybyła.

Tyle, następnym razem postaram się bardziej i ładniej, albo może o poprzednim właśnie - zaskoczyłem się, że w starych zeszytach nie ma o tamtym przedstawieniu ani słowa. Albo nie, bo musiałaby wystąpić ówczesna królowa, a kto by tego niby chciał. Na razie idę przesypiać intensywne samopoczucie.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Blog się jesieni, czy pamiętasz, jak pachną dziewczęta zielenią?

Jejku jej, jak ten internet poszedł do przodu. Niby zdawałem sobie z tego sprawę, widziałem już takie rzeczy, kliknij i zmieniają się tła i kolory, ale jednak blogger musi mieć to od niedawna. Więc oto jest, przepraszam za teksturę tła, nie było układu kolorów, który nadawałby się do użycia bez obrazu tła, a ta jest jakby rozmazana, jakby ktoś przesadził z kompresją i chyba najmniej inwazyjna z dostępnych. Podobno mamy ostatni naprawdę ciepły tydzień tego roku, więc co mi szkodzi przygotować się kolorami na buro pomarańczową jesień. Mówiliśmy wczoraj o kolorach, podobno pomarańczowy jest zakłamany, niebieski ufny, a mnie się to zupełnie nie zgadza, bo przecież od razu wiem, że pomarańczowy jest po prostu - ciekawy. Przez historie z internetu, przez historie z ludźmi, przez światło pomarańczy.

Zaproszono nas wszystkich na grilla. Żelazna ekipa, wydaje mi się, że poprzednio na grillu byliśmy (znaczy ja uczestniczyłem, bo oni mogli po drodze) tam pięć lat temu, to znaczy u progu dojrzałości. Pierwszy raz to siedemnastego czerwca, później na urodzinach - Wielki Elektronik atakował dziewczynę, która od roku jest już jego żoną, czekam, kiedy będę mógł poczytać bliźniętom jakieś bajki, a ona nam wszystkim załatwiła zaproszenie do koleżanki. Więcej tam było tych koleżanek, dziewczęta rok młodsze, my walczyliśmy o studia, czyli o piękną przyszłość, dziś już wiadomo, kto ma skończyć, a kto z tym skończył, ale wtedy każdy jeden robił wrażenie, szaleństwo, próba trzech związków pomiędzy dwiema grupami. Oczywiście dziś już wiadomo, kto ze sobą skończył. Wtedy siedzieliśmy ekipą na trzepaku, musiało być jakieś małpowanie, pewnie byliśmy sprawniejsi, silniejsi, pewnie bardziej nam zależało, żeby zwracać na siebie uwagę. Zawody, kto dłużej będzie skakał, bluzy i kurtki dla zmarzniętych dziewczyn, gwiazdy nad nami.

Kiedy wczoraj staliśmy na tym samym trzepaku z Wielkim Elektronikiem, gwiazdy były takie same. Umiejscawialiśmy przeszłości w czasie, mnie z tym łatwiej przez pamiętniki i przez tego siedemnastego czerwca, jedną z dat ironicznej świata geometrii, antysymetrii. Poznanie tak zwanej MPD, ale w dwa lata później ostatnia, nazwijmy ją poważną, rozmowa z nią i raczej bojowe, złe rozstanie po niej. Trochę mi dojechała i trochę byłem przejęty do momentu, jak mi wyszła data rokroczna. W każdym razie - legalnie stoimy na trzepaku, bez żadnego małpowania, po prostu, bo padło hasło trzepak, do którego wszyscy obecni musieli się obowiązkowo zastosować, kiedy podchodzi żona jego i zaczyna nas ochrzaniać, że on pijany, a ja głupi, że mu tak pozwalam, że za chwilę na pewno on poleci, z czego również i ja będę miał problem, ponieważ wina będzie nasza wspólna. Oto rzeczywistość, oto dorosłość, dojrzałość - ona chce nam odebrać nawet wspomnienie marzeń.

Wiem, mają dzieci dwoje, wiem, on żywiciel rodziny. Do trzepaka jedynie z trzepaczką.

To przecież w ogóle nie jest posrane, przynajmniej na tle pozostałych par szalonego zetknięcia. To ja tu jestem, ja. Słabo się z tym czuję, nawet pomimo ogarnięcia powtarzalności dat. Patrzeć na nią nie mogę, mam poczucie fałszu, irytuje mnie każde wypowiedziane słowo, irytuje mnie ton, słyszalna w głosie rezerwa, nonszalancja. Byłem tam głębiej i wiem, że jest inaczej trochę, na maskę patrzeć nie umiem spokojnie. Do tego nie umiem się zachować tak, jakby to na mnie nie robiło wrażenia, staram się nie przebywać w tej samej przestrzeni, nie patrzeć, nie widzieć. Pewnie powinienem napisać, że jestem fałszywy, irytujący i nonszalancki.

Stykamy się może raz w roku, pewnie dlatego nie chce mi się nic z tym robić, nic kombinować, niezbyt często sobie uświadamiam, że skreśliłem człowieka. Ale na pewno w ostatnich tygodniach wielokrotnie powtarzałem komuś bliskiemu, że skreślanie jest złe, brzydkie i trochę śmierdzi, a do tego każdy nowy człowiek jest szansą.

Długo zbieramy się do wyjścia, Bazyl z Herbacianą i przypadkiem MPD. Ona ma całkiem blisko, jedna stacja, przyjechała rowerem. No ja też, nikt by się mnie inaczej nie spodziewał przecież. I ona mówi, że ciemno, że trochę strach, że chłopaki dodatkowo straszą, że by się przydał ktoś do odprowadzenia jednak, raźniej i bezpieczniej. Co dla mnie, rzecz jasna, jest perspektywą mrożącą krew w żyłach, sumą wszystkich nocnych strachów. Nie mówię, że przecież spoko, że nic się na tej drodze nie dzieje, takiej drodze, którą nocami kilka razy w tygodniu pokonywałem w każdej porze roku i największym niebezpieczeństwem, na jakie trafiłem, był policyjny patrol, który wymyślił sobie spisać mnie za sikanie w miejscu publicznym, a przecież przeszedłem kilkadziesiąt metrów przez pole na skraj lasu. Policja to niebieski, budzi ufność. Znajduję jeszcze bezpieczniejsze rozwiązanie - Słuchaj, on też przyjechał rowerem, może Cię odwiezie. Odwiózł, czyli zamiast rozwiązać, znowu odroczyłem sprawę.

sobota, 21 sierpnia 2010

Okresowe urozmaicenie linii akapitów - to może zmień layout, albo pisz ciekawiej

Zepsuł mi się telefon, mój pierwszy, to znaczy nie mój, bo we własny się jeszcze w karierze nie zaopatrzyłem. Pierwszy z firmy, niby działa, ale nie widzi sieci po tych dwóch i pół roku. I będę za nim tęsknił. Za tymi umiejętnie spasowanymi kawałkami czarnego plastiku, które stopniem skomplikowania dalece prześcigały aktualne osiągnięcia firmy. Stopień skomplikowania, let's make it simple, dizajn apple, jasne. A mnie po prostu chodzi o klawiaturę numeryczną w postaci fizycznej. Przestają już takie robić, przez co za pięć lat trzeba będzie nakręcić remake Casino Royale - z nowymi telefonami scena, w której Bond podaje kod 837737 filmowym imieniem Evy Green nie przejdzie.

Potwornie marudzę na telefony z ekranem dotykowym, że ciężko napisać smsa, albo zrobić notatkę. Ze starym telefonem przepadną mi dwa lata takowych, większość to pewnie wydatki, ale może są jakieś, które są warte uwagi. Kolejno!
22/02/2008
Mars Volta, Rzeszut poleca
Znajomy z pracy, ta znajomość poniekąd wyciągnęła mnie na Offa dwa lata temu - Mogwai. Mars Volta słuchałem może przez miesiąc, może przez dwa, raczej pierwszej płyty, ale też nie na tyle, żeby rozumieć historię. Cicatriz E.S.P. ma od razu na wejście taki porywający bas, brat mówi, że to równie dobrze może być tłumiona gitara, to mnie wtedy kupiło.

Ciekawa jest data notki - on już wtedy z nami nie pracował, zdaje mi się też, że muzę dorwałem wcześniej, bo pożyczał jakieś płyty (takie z albumami w mp3, a nie zwykłe, w ładnych pudełkach).
13/04/2008
Diagnoza mp3
Znajomy znajomego uczęszczał do szkoły muzycznej, więc często chadzał na występy dyplomowe. Raz znajomy mnie tam zaprosił, ugadaliśmy się pod Złotymi Tarasami, bo miało być na Złotej. Przychodzę, a on do mnie, że Hybrydy. A ja w śmiech, bo przecież kiedyś szukałem tego kina na Chmielnej i też ze złej strony. Któraś z piosenek miała powtarzane to słowo, nie wiem czyja piosenka, nic nie wiem, takie piosenki śpiewają na dyplomach dla wtajemniczonych, chodziło o to, żeby poszukać. Nie znalazłem, za to bardzo podobało mi się Znów wędrujemy - łamacz duszy, lubię Turnaua, a on mówił, że to jego zamach na Baczyńskiego.
19/05/2008
mikegowinband.republika.pl
Smoczy zaznajomił się z ludźmi, którzy otwierali knajpę Kiwi, już tej knajpy nie ma. Z pracy odchodził MJ, który też lubił Turnaua, urodziły mu się bliźnięta chyba, wracał w rodzinne strony. Ostatniego dnia poszliśmy do tej knajpy i taki zespół grający stare rock'n'rollowe kawałki występował, z czego mieliśmy sporo frajdy.
31/07/2008
Laska nekedy boli
Czarna Mewa, zapoznany przez Smoczego znajomy, opowiada o pobycie w którymś kraju sąsiedzkim, gdzie takie hity puszczają rozgłośnie radiowe. Miłość, miłość.
16/09/2008
Koszula m
Najwyraźniej staram się zapamiętać, jaki noszę rozmiar koszul. Pewnie chodzi o konkretną koszulę z konkretnego sklepu, żeby taką właśnie kupić. Wisi w szafie, zgadza się, taką kupiłem.
01/05/2009
Chotomów złota - aleja legionów
Wycieczka rowerowa, zapisane ulice, żeby się później odnaleźć na mapie.
18/10/2009
Filozofia jest przeciwieństwem baśni
Nie mam pojęcia, co wtedy czytałem, to musi być cytat. Pamiętnik twierdzi, że w tych okolicach czytany był Hunter S. Thompson, jak również i wojna Masłowskiej. O wiele mniej wspomina o Świecie Zofii, nie dziwota, skoro chłop stary już, nadrabia zaległości z gimnazjum - wszystkie dziewczyny wtedy czytały i rozmawiały z polonistką. Było!
30/10/2009
To zabawne. Wpuściłem kogoś na ten koncert, Agnieszka, studentka SGGW i dziennikarstwa na UW, do tego Władysław i jeszcze jeden, którego imienia nie mogę zapamiętać. Raczej się z nimi więcej nie spotkam, już mi gdzieś zniknęli, jak poszli po piwo. Przez chwilę sympatycznie, ale jednak nie mają ochoty na bliższą znajomość i wcale nie chodzi o jedną Agnieszkę, tylko tak ogólnie. Dziwne, chciałem wpuścić jedną z trzech dziewczyn, nie chciały, może się bała/bały. Teraz piszę to tylko dlatemu, że do czasu rozpoczęcia koncertu nie mam kontekstu, nie ma tu nikogo ze mną, to nie jest fajne, to dziwne. Kiedy piszę, to wyglądam choćby trochę na zajętego, nie jestem tu bez sensu. Niech to nawet będzie - ten typ od dziesięciu minut komponuje coś na telefonie. Ale to lepsze niż mieć wrażenie, że jestem kompletnie z dupy. Byle do koncertu.

Jak się jest na koncercie samemu, to chyba chodzi o to, że właściwie nie wiadomo, kiedy się ten koncert zacznie. Niby jest teoretyczna godzina, ale nigdy się równo nie zaczyna. Teraz czekam już pół. "Normalnie" w domu bym już spał, a przynajmniej był w łóżku z pamiętnikiem, książką. Szczególnie w tygodniu. Teraz jest nienormalnie, teraz jest dziko, nie ja jestem dziki, albo ja jestem dziki w tej samotności w gwarnym tłumie, który jeszcze nie jest publicznością. Czekam, czekam, pocę się, mogłem oddać w szatni więcej ciuchów. Pomyłka, no. Nie zaczynają, mam skojarzenia z Niedodzwanialną i mam skojarzenie z M. To przez imię wpuszczonej i to, co studiuje, i to skąd mam bilet. To nie jest ani złe, ani dobre, nie o tym specjalnym typie samotności biadoliłem przecież. Jakieś oświetlenie odpalili, może to już?
Najbardziej karkołomna notka telefoniczna, na dwie podzielona nawet. Zdrada wszystkich znajomych, wygrałem darmową wejściówkę na The Car Is On Fire, dwie nawet, czułem się kimś, bo wiedziałem, skąd wzięła się nazwa, ale nie byłem kimś, bo nikt nie chciał towarzyszyć. Na miejscu też nie znalazłem towarzyszy, wpuszczona ekipa opowiedziała o zespole pieśni i tańca, Agnieszka, Ty to masz szczęście, do wpuszczonej dziewczyny mówili, ale w chwilę później już się zmyli. Jeszcze fajniej - byłem na tyle wcześnie, żeby zapytać, jak jest z tymi wejściówkami z konkursu - nic nie wiedzieli o konkursie, o liście wchodzących, uwierzyli na słowo.
24/11/2009
Kiedy po pracy biorę się za coś, to nagle te 4h życia znikają. Kondensują się do małego punktu, nagle jest 20, za dosłownie chwilę 22. A zrobione tak niewiele, nic, i tak nic ważnego. A wypadałoby iść. Na razie to jest zniechęcające, a przecież powinno być motywujące do ambitniejszej pracy przez cały dzień. Bo przecież czasu nie ma. I tak przegram - wczorajszy to jest jeden do nieskończoności. I tak dobrze, a dziś znowu nie wstałem na pierwszy budzik, w ogóle go nie pamiętam, nie ma mowy o rozbudzaniu, słabo.
Dzień poprzedzający był na pewno świetny (To znaczy: pewnie pisałem, czytałem, spotykałem się, rozmawiałem, wszystko na raz).
02/02/2010
Opowiadanie autobus, człowiek ok 40l - przeprasza na zapas, on pamięta, że krzywdę zrobił, a ja nie - spotkałem Boga
Tak właśnie tutaj zacząłem. I później jest sporo rzeczy już wykorzystanych, albo wykorzystanych gdzie indziej. Czasem myśli, którym sam nie mogę odmówić błyskotliwości - Empik to miejsce, w którym wydaje się pieniądze, a nie kupuje książki. To dwie różne rzeczy.
Zanim pozbędę się telefonu postaram się jeszcze pozbierać postaci, nazwiska, których pewnie nie wyszukałem, na pewno wstyd się będzie przyznawać do konieczności szukania. Hej - a może po prostu miałeś sprawdzić kogoś, o kim jednak cokolwiek wiedziałeś?

czwartek, 12 sierpnia 2010

Nie z tej, nie z tamtej, weź wybierz sobie stronę

Wyspałem się w poniedziałek i spakowałem tak nieudolnie, że zapomniałem zasilacza do laptopa. Jestem więc w połowie wolnym człowiekiem, nie mam gier, ale na starym komputerze i oczywiście w pracy został internet.

Na dworcu niespodziewanie znajomy, on nie był na Offie, on tam po prostu mieszka. Lokalny patriota, zna miejsca i historie, o stacji radiowej napadniętej przez Niemców, o kopalniach z łódkami ponad setkę metrów pod ziemią, o Giszowcu, obecnym całkiem niedawno w mediach, o kolejce linowej nad parkiem i jedynym rollercoasterze w Polsce. Przy okazji opowiada też, dlaczego nie zmieścił się do pociągu o piętnastej - bo z tego Offa tylu ludzi wracało, że tłoczyli się jak olej.
Biedne ich zmęczone plecy. Hej, czyli ja całkiem nieźle wymyśliłem późniejszy powrót, wprawdzie ponad godzina jazdy więcej, ale wagony praktycznie puste.

I nie jadę, nie jedziemy do domów, bo telefony służą do skrzykiwania imprez, a ja mam ochotę dobrze spożytkować ostatni wieczór, noc urlopu. W efekcie wracam do siebie we wtorek po pracy, po nieprzespanej nocy i rzucam się na trzynaście godzin na wyrko, ledwie wstaję na środę, zaś stan mojej psychiki dobrze oddają słowa piosenki Patyczaka. Jaki kontrast, przegapiłem go na Offie, straszny tłok i nic nie widać. Koniec z Flaming Lips i mówiłem Zmywakowi, że fajnie będzie takim ładnym wrócić we wtorek do pracy. The most beautiful face, ups, nie wyszło.

The most beautiful face wieczoru poniedziałkowego była wedle wszelkich telenowelowych prawideł zewsząd adorowana. Jak ćmy do światła, w ucieczce z samotnej wyspy, jak Dedal z Ikarem, ktoś się musiał zjarać, zjarany Ikarus, ktoś musiał stracić skrzydła. A jakie te kobiety są zmyślne, jakie chytre, jak książkowy szpieg, agent, obierzyświat - wpasowana w kąt, wszystko widzi, obserwuje. Oni stroszą piórka, jacy my, ni to chłopcy, ni mężczyźni, jesteśmy ślepi i naiwni. Jacy dumni, aż do najebki. I znów smutny balkon - Mój Boże! - to może lepiej, żeby w kółko opowiadali te same dowcipy, może niech odpalają te same filmy z jutubki, albo w ogóle wejdą na demotywatory. Bezpieczny ubaw gwarantowany, wszyscy się zrozumieją i weselić będą, nawet najebka zupełnie wesoła. A tak - spojrzenie kobiety, która ostatecznie waży jest jakby lekko rozczulone. Ona jeszcze nie wie, jakiego piwa nawarzy.

Bo teraz, kiedy Bro Code okazuje się niedostatecznie jasny, albo nawet nieobecny - noł fjuczer, Panowie, noł fjuczer.

piątek, 30 lipca 2010

Smutkarabin, pourywapaćkanie, strumieniosik, strumieniobryzg

Bardzo dziś intensywnie śniłem, pewnie zawsze to robię, tylko dzisiaj więcej świadomości zostało. Jakieś kolejki, jakieś zdarzenia i ląduję pod murem. Może grzebię w torbie, pochylony, może w przyklęku, a wtedy podchodzi kobieta, po której jadę wzrokiem od stóp w jakichś paskowanych butach, czyli przyjmijmy japonki, przez odkryte kostki i długą spódnicę w jakimś odcieniu zieleni, tam do twarzy i rudych włosów.

Jest w niej jakieś pytanie, bardziej w oczach niż słowach, mam też przykre wrażenie, że to trochę pochylanie się nad bezpańskim kundlem. Chyba wstaję, chyba staram się ogarnąć, pokazać jakiś kawałek stanowczości i pewności i wyrażam zgodę, mówię okej, dam radę.

Na pewno mam ochotę powiedzieć coś innego, ale widać w tamtym świecie pewne rzeczy się nie zmieniają, mówię co muszę, skoro kobieta jest z tego. Ona odchodzi, ja się wybudzam i myślę wu-te-ef, skąd ona, a do tego z zamiarem dołowania się przez cały dzień.

W przerwie w pracy postanawiam oszczędzić towarzystwu marudzenia i układam się do snu, muzyczka w słuchawkach, ale też się nie da, bo przy ulubionym kawałku o dzikach prujących ziemię dzwoni telefon, a ja głupi zawsze muszę odebrać, zamiast olać i oddzwonić później. Jakby bzyczenie telefonu mogło kogokolwiek w tej pracy irytować.

To Smoczy dzwoni, żebym przyjechał z laptopem, że może byśmy w coś pograli jutro w kilka osób, a dzisiaj może nawet rower. Jeśli się uda, to jak dziecko, jak z gimnazjum, przez tydzień rozbijać się z kumplami w okolicy na rowerach - środa, czwartek, piątek. Smoczego nie było ostatnio w kraju i chętnie posłucham o północy.

Idę do kuchni po herbatę i tam mnie zgarnia Głaz na spacer. Oczywiście ma w tym spacerze ukryty cel, idzie po zamówione filmy gangsterskie, ulubione, jeden ma w tytule przekręt, drugi w miarę prosty, choć tego samego typa, a trzeci strasznie przekręcony. Więc rozmawiamy sobie o tych filmach i np. kto takie lubi, co w bolesny sposób łączy się z tym cholernym snem. Nie wywołuj wilka z lasu!

Żeby to się tak dało kogoś wywołać, ile byłoby prościej. Ja czasem wywołuję, myślę o postaci przez miesiące nie widzianej i sama dzwoni w autobusie, albo wczoraj - jedziemy ekipą wałem, ja myślę, że na pobliskim osiedlu gdzieś mieszka koleżanka z liceum, którą w zakorkowany poniedziałek miałem na trasie marszu. Więc masz, pięćdziesiąt metrów dalej idzie ona, może z rodzicami, ścieśniają się, żeby nas przepuścić, a ja mówię kumplowi, no więc to była koleżanka z równoległej klasy z bardzo ładnymi oczyma wtedy i bardzo brzydkim papierosem w zębach teraz.

Chciałbym, żeby żałość ze snu mi się tak potwornie nie podobała, to może bardziej byłbym do życia i żeby następnym razem śniła mi się może jakaś kobieta, którą przynajmniej znam.

czwartek, 8 lipca 2010

Powiastki zaległe

Padam na pysk jak pies Pluto, napisałem wczoraj do Katowic. Takie zdanie, którego pochodzenia nie znam, oczywiście kojarzę psa Pluto, ale kiedy dokładnie padał na pysk to już nie. Niedodzwanialna w smsie tak mi kiedyś, a teraz miałem dobry moment do użycia, no bo co, jak zmęczony i śpiący po intensywnym dniu, to chyba się nadaje.

Mam wrażenie, jakbym od miesiąca nie napisał zdania, a jeszcze dłużej nie trzymał w ręku długopisu.

Jakimś sposobem na kilka dni wyrwałem się z wirtualnego świata, w tym tygodniu, bo jeszcze w weekend biegałem po Twierdzy Smutku i Solstheim, zresztą na wyspie wciąż sporo mam do zwiedzenia. Coś się jednak przesunęło w świecie, może to to wrażenie, że od soboty do niedzieli zmieściły się trzy dni, już dawno nie widziałem, jak noc przechodzi w dzień, przesypiam to na ogół. Gadanie na balkonie, przy piwie i innych trunkach, ja niestety Johnny Walkera od Jacka Danielsa nie odróżniam, ale któryś z nich chyba. Głównie na balkonie, bo wewnątrz zebrało się kilku rpgowców i miałem wrażenie, że większość tych opinii znam z forów dyskusyjnych, do tego o Morrowindzie tylko na początku, a ja poza Elder Scrolls świata nie znam, żadne Diablo, Baldur's Gate, czy - heretyk! - Fallout pierwszy i drugi. No ale, ale, właśnie dla takich ludzi był balkon, gdzie podczas spożywania trunków toczy się rozmowy o związkach.

Mój Boże! I Twój i jakikolwiek inny, na Teutatesa i Ozyrysa-Japisa, cały Asteriksowy panteon hipnotyczny, nie mogłem być śpiący.

Oglądałem kiedyś taki film Closer, nawet coś o nim ze Smoczym mówiliśmy, który to, mając mnie za niepoprawnego romantyka, głośno radował się zimnem i cynizmem i ich przewagą nad rozmemłanymi chłopcami. No jasne, rozmemłani chłopcy w pewnym momencie przestają przystawać do rzeczywistości, teraz już dokładnie nie kojarzę, ale może tam Natalkę czy Julkę wygrał lepszy człowiek po prostu. Pamiętam różnicę pomiędzy facetami, ale już np. kobietki mniej kojarzę. W każdym razie skojarzyłem to tej sobotniej nocy, kiedy na balkonie z kobietą spełnioną, czyli taką, co to w miarę świeżo znalazła miłość życia, ścierał się cyniczny bohater (ale nie ja, nie Smoczy, to zresztą w ogóle nie jest ważne, kto, nikt najlepiej, bo to jest refleksja ogólna). On mówił tak - A kojarzycie ten serial, ja jestem wielkim fanem, How I Met Your Mother, tam jest taka postać Barney, którego mam za skondensowaną do jednego człowieka esencję XXI wieku, tak to teraz działa, seks, seks, przygodny seks. No to patrzymy na siebie ze Smoczym, bo oczywiście znamy legen - wait for it - dary Barney'a Stinsona, np. z Cytatem z roboty też byśmy tak spojrzeli i jeszcze dodali słowo awesome! Wszak Barney musi budzić podziw każdego młodzieńca, który znajduje się na tym życiowym etapie jebaka wannabe.

To oczywiście jest taka rozmowa, w której słabo uczestniczę, to prawdopodobnie jest jeden z mocniejszych powodów mojego niepicia, sam właściwie nie wiem, co by ze mnie wylazło, po której stronie bym się opowiadał, czy właśnie tak bym skończył, tego się obawiam. Żeby tylko nie wypowiadać się natchnionym głosem o miłości, albo braku miłości, to już lepiej o ogólnej kondycji świata, albo najlepiej o grach rpg (role playing games, to niby nie jest o miłości?).

Bohaterka spełniona objawiała różnorakie prawdy, np. jeśli zależy Ci na kobiecie, to zostań jej przyjacielem, przyuważ na imprezie jak płacze i hop, Twoja, pocieszycielu, tutaj nawet można zmieniać kolejność. Albo mówi o koleżance dwudziestoletniej, która ma osiemdziesięcioletniego mężczyznę i kochają się, upite głosy od razu mówią hajs, jak ich podpuściła, bo on mieszka u niej i hajsu nie ma. Raczy bohatera cynicznego tymi historiami, aż ten nie wytrzymuje i się rozkleja i nagle wątek jednej kobiety, którą czasem wspominał nabiera pierwszorzędnego znaczenia - bo to już rok, jak ona.

No i podsumowanie jest takie, że potwornie paraliżujące poczucie krzywdy nosimy w sobie. Żeby pękło, something must break, nanoszą się czasoprzestrzenie.

Wracałem chyba pierwszym metrem i wpadłem na pomysł, że żeby nie mieć poczucia krzywdy z powodu przespanych wyborów, wstąpię do komisji od razu z rana, właśnie otworzyli. Od kiedy mam prawo głosu zbierałem się pół godziny przed zamknięciem, a tu proszę, jak obywatelsko zakończony dzień drugi weekendu, wrócić, przespać się i niespodziewany dzień trzeci w postaci niedzieli poświęcić na doskonałe tracenie czasu. Inna sprawa, że kolejne dni też mi tak potrafią schodzić, siedzę w pracy i do głowy wpadają słowa, nie od razu wiem skąd, że ciepłe powietrze unosi mnie wysoko.

Od pisania boli mnie dłoń, to chyba naprawdę zapomniałem, jak się trzyma długopis. Powrót do tradycji wpisów zebraniowych, fajnie, że nie boli mnie nic po rowerze, a była taka trzytygodniowa chyba przerwa, różnie się tłumaczyłem, głównie przesadną temperaturą. Wróciłem nań wczoraj i w poniedziałek, jest w okolicy sporo równego, słabo uczęszczanego asfaltu, są jakieś lasy, ulice leśne, ćwierkanie, ogarnianie ścieżek pomiędzy asfaltami.

wtorek, 22 czerwca 2010

Kariera, dwie bomby, mech... Kariera, dwóch szefów, ech...

Gonitwy po knajpach ciąg dalszy, choć nie zawsze mnie do nich ciągnie. Do Hydrozagadki wyciągałem ja, osobiście, Bazylego z Herbacianą, skoro wcześniej nie wyciągnęli się do Time Cafe. Był to niewątpliwy argument w rozmowie z Cyganem, który mi mówi, że ma takiego znajomego, że typ melancholik, że sam nigdzie nie chodzi, że tylko wyciągnięty. To nie tak! Nawet jeśli na ogół. I to jest pierwsza część tytułu, bardzo sympatyczna, nawet jeśli nie sprawdziliśmy De La Cure. Ale właśnie, właśnie, widać, że zjechali się bywalcy Dujera, bo nawet na Makach się taki tłumek zebrał, prawda, zostawiając pod sceną jakąś bezpieczną strefę. Ja ich tam bardziej lubię nawet niż MKL, pewnie dlatego, że nie mają płyty, więc ani nie mogłem ukraść, ani kupić i tylko koncertowo, z tą samą makową niechęcią niezależnie od godziny (to może już skończymy?). Za chwilę bombowy przerywnik i pod scenę pchają się roztańczone emkaelki, zespół gra swoje ładne piosenki i nawet Maliny pod koniec (przed obowiązkowym szejkiem), które mam do teraz w głowie.

Co niestety nie zmienia faktu, że trwam w takim stanie, w którym potrafię uświadomić sobie miałką pomyłkę, np. że wszystkim pytającym, mówię, że w autobusie teraz Passent, mając na myśli Pilcha i obrazić z tego powodu na siebie. Niedodzwanialna coś mówiła o Passencie i pewnie tak mi się przestawiło, zgrało, ale kiedy sobie nagle uświadamiam, no to jest mi niewesoło. Jakby to kogoś interesowało, jakby ktoś zauważył. Rok temu na dzień dziecka kupiłem Lampę, książkę i płytę, a teraz to nawet nie mam ochoty, przez to wszystko, to znaczy przez nic. Bym tylko siedział, bym tylko grał (po próbie z Oblivionem wróciłem do Morrowinda i mam zamiar przejść dodatki, bo kiedyś było lepiej). Siostra mi chyba wyniosła rower, do zsypu, więc nawet nie spogląda, nie łasi się, Smoczy proponuje, a ja nie dzwonię.

I wczoraj knajpa piwna, z tych co to same warzą, mają fajne kelnerki, które raz mówią japkowy, a raz jabłkowy, a czasem coś pomiędzy i ja właściwie nie jestem już pewien wymowy. Tylko tym razem niechętnie, no bo to tylko kariera, to spotkanie integracyjne z wyższym szczeblem, kiedy należy się choćby i fałszywie uśmiechać. Wytrzymałem dwie godziny i pod byle pretekstem uciekłem, chyba nawet się nie wysilałem na zmyślny pretekst. Bo ja bardzo nie lubię się fałszywie uśmiechać, żebym chociaż siedział w drugim końcu stołu i mógł legalnie obmówić. Ale nie, ramię w ramię, oko w oko i nieśmiertelne - wypijesz z nami, to będzie ten pierwszy wieczór, kiedyś musisz, musisz napić się piwa z nami, musisz. To nie jest pierwszy raz, są tacy, że rozumieją i czuć, że żart i błysk w oku, to Głaz, my man, oto człowiek! Kiedyś obejrzymy jakiś mecz, ale może w lekko okrojonym składzie. Ja może z tych meczy niewiele rozumiem, poza atmosferą przed telewizorem.

To w ogóle jest charakterystyczne dla wyższego szczebla, z tym piciem, właściwie każdy wyższy szczebel, z którym miałem styczność (czyli do literek V i P), koniecznie musi się napić i reaguje na niepicie zakłopotaniem, obrażeniem i okresowymi próbami wymuszenia. Mistrzem był w tym względzie menadżer działu kadr, czyli żeby to poważniej brzmiało, skoro firma ponadnarodowa (ponoć) - HR manager. Takie mam wrażenie, że osobie pełniącej taką funkcję nie wypada mówić - Te trzy piwa twoje, musisz!

Ej, wcale nie demonizuję.

A dzisiaj przychodzi sms o dniu na żądanie, to chytrze odpisuję, że fakt, za zimno na czerwiec i bunt słuszny. A wczoraj urodzinowy telefon w pomylonej dacie, takie są najlepsze - bo widać, że nie powiadomienie z nk/fb/gr/ms/whatever, tylko ktoś o tobie pamięta. Tak naprawdę to w sobotę.

poniedziałek, 31 maja 2010

Cure for optimism i oszukuję system!

Jedna jest rzecz, która doprowadza mnie do ostatecznej ostateczności, niszczy mnie bezwzględnie i o dziwo nie jest to świadomość porannego wstawania. Jasne, musi z tym być powiązana, poranne wstawanie największym wrogiem (i może właśnie dlatego wstaję, nic nie zmieniam, trzeba wroga mieć). Poranne wstawanie to najważniejszy moment dnia, to sam początek dnia, jak się kończy, jak się zaczyna, co ważniejsze, nic, bo to jeden rytuał, zniszczona psychika wieczorem i brak jakiejkolwiek psychiki o poranku. I ta jedna rzecz, która zmiata moje okej, dam radę, jakoś to będzie, będzie jak co dzień, wstanę i pójdę i znowu się nie spóźnię, choć niekoniecznie będę o wczesnej godzinie.

Mlaskanie.

Nic, absolutnie nic mnie tak nie denerwuje, kiedy usiłuję zasnąć. Mam z tym zasypianiem niejakie problemy, mama mówi, że się nauczę, że tata miał tak samo, mamo, trzy lata już i postępów brak, no to pewnie mało się staram, albo wcale nie chcę – wroga trzeba mieć. Słabe starania polegają np. na położeniu się spać przed jedenastą, kiedy oczy niby stają się zakurzone, coś tam je klei, no to idę spać. I mijają te minuty, pół godziny, a ja jeszcze mam w głowie plan porannego prasowania, pracy od siódmej z hakiem zamiast ósmej, czyli plan wcześniejszego wyjścia – pomimo porażki z takim wyjściem w tygodniu poprzednim, albo nawet dzisiejszej porażki pomimo braku wcześniejszego wyjścia, obie mają charakter komunikacyjny, zakorkowanie.

Naprawdę dałem dzisiaj radę, praca idzie do przodu niezależnie od mojego zaangażowania i orientacji na sukces, wymyśliłem sposób na kanapki z ciemnego pieczywa, nagle mnie olśniło, że żeby się całe nie połamały, to mogę przekroić na pół. Na przerwie krótki spacer po drożdżówki, choć pada, no ale co, stanęliśmy sobie pod biurem samym i śmialiśmy się z ochroniarzem, który wyskoczył besztać za papierosy (zakaz palenia), ale zamiast tego mógł powiedzieć smacznego. Rozdroże, kilka minut czekania, w autobusie czytałem Lampę, jak dla mnie ma za dużo recenzji chyba, wywiad ezoteryczny, trzeba by sprawdzać wszystkie te nazwiska i zjawiska, bo cokolwiek mówi człowiekowi nośny medialnie zen i karciany tarot. Chyba chciałbym umieć stawiać tarota, wiedzieć coś nikomu niepotrzebnego, ale ile frajdy z tego, tylko zdaje się karty drogie. A w pracy koleżanka mówi, że jest czarownicą, jak i babcia, pewne rzeczy się dzieją, ale jak była mała, to oddała prawdziwe karty do tarota ciotce, bo się ich trochę bała. Czytam to, czytam o męskości i przewiduję Żulczyka w kolejnym akapicie, czyli nareszcie coś z tej Lampy w miarę rozumiem. Po godzinie już mi się nie chce czytać, nogi bolą, a jestem w dwóch trzecich trasy i poruszam się z prędkością dziesięciu metrów na minutę – później przeczytałem, że jarał się bus pod wiaduktem na Żeraniu, a tam i tak ostatnio roboty i węższe przejazdy. Ale nic to, daję radę i po powrocie do domu wskakuję na rower, trochę napinania po asfalcie, trochę do lasu, trochę przez piach i kałuże, a wczoraj się zorientowałem, że licznik pokazuje taki plus i minus w zależności od tego, czy jadę szybciej niż średnia, czy wolniej. Licznik mam dwa lata prawie. Wracam, prysznic, kolacja, chwila w internecie, komunikator i tak, to ten moment, oczy się kleją, pięknie przeżyłem dzień, trochę wymęczyłem członki, to dopiero będę spał!

I leżę. I w pewnym momencie wyłączam listwę, żeby nie brzęczała. I widzę płynący czas, i słyszę domofon, powrót siostry. I kiedy wchodzi do pokoju z internetem, czyli tego, w którym (nie)śpię, to sam jej mówię, że listwa wyłączona, kiedy usiłuje odpalić komputer. Dobra, spoko, dam radę. Przewracam się na drugi bok, nie świeci monitorem w oczy. Ale wtedy ona zaczyna mlaskać. No to poddałem się. Do dupy z tym spaniem.

Pokój dzielę z bratem, akurat go nie ma, z nim mam już tę kwestię wyjaśnioną, że każde mlaśnięcie to jest wzdrygnięcie. Mlaśnięcie, tfu, przeżuwanie i spożywanie, przełykanie, nocą to wszystko wwierca się w mój mózg. I wcale nie chodzi o to, że jestem głodny, no słyszę, słyszę to, mogę słyszeć cokolwiek innego, jest w nocy taki moment, że zegary tykają głośniej, a ja czekam na Piaskowego Dziadka z umiarkowanym spokojem w głowie, może coś już majaczę, snuję. Ale mlaskanie, weź przestań, weź zgiń, pięta Achillesa.

Dlaczego nie załatwię z siostrą jak z bratem? Lata świetlne wstecz, kiedy internet był na impulsy, siostra mi miała za złe, że stukam nocami w klawiaturę. Więc jakby nie mam już nic do gadania, gbur na zawsze jest gburem i nic mu się nie należy, co było to wciąż jest, no bo zawsze jest teraz. Więc roszczeń nie zgłaszam, tylko poddaję się, stukam w laptopa, oszukuję system i tłumaczę, że z siostrą nie tak źle, jak by z tego tu mogło wynikać, prawie poszła ze mną w sobotę na Muzykę Końca Lata. To jest: miała w planie imprezę, ale skoro już wszyscy, o których pomyślałem, że mieli na to iść, żebym im pokazał, zdradzili, to nawet skróciła czas w łazience do minimum i wyrobiła się na autobus. No bo sam bym nie poszedł, byłem raz i drugi i trzeci, sam i nie sam, a teraz to chciałem pokazać komuś, dajmy na to Bazylowi z Herbacianą, którym podobają się płyty. Niedogadanie, innym razem, okej, w czerwcu też mają być, a może, Siostro, idziesz ze mną? W lokalu stwierdziła, że jest strasznie dużo dymu, musi coś jeszcze kupić przed imprezą i właściwie chyba jednak zrezygnuje z koncertu, no bo nie ma zamiaru tymi fajkami przesiąknąć.

To sam dygałem, szef imprezy mnie pamiętał (trochę do siebie krzyczeliśmy w nocnym w listopadzie albo grudniu, po CBA), podał rękę i mieli ten koncert bardziej jak Maki chyba, niż jak MKL, może potrzeba było rozluźnienia po Radiu Euro (mnie się średnio podobają koncerty stamtąd, bardziej nie podobają). Przeinaczanie piosenek, Gigi La Trotolla i taka trochę atmosfera typu w każdej sekundzie cichej publiczności pomiędzy utworami umiera kotek, o której to zasadzie średnio rozszalałe fanki chyba nie wiedziały. I dlatego były średnio. A ja bardzo lubię To co widziałem, więc podmiana zespołów w wyliczance odebrała mi jedyny taki moment, kiedy mogłem coś ze znawstwem tematu ryczeć, bo prawie żadnych tekstów nie pamiętam, nie wspominając o tytułach czegokolwiek, kiedykolwiek. Przynajmniej z lallallalala sobie radziłem. Też czasem. To oczywiście lepiej niż jak z płyty.

Powrotny spacer przez Nowy Świat i Krakowskie, ta sobotnia arteria miasta, zamknięta w weekendy ulica, ale ludzie jakoś się boją tam chodzić, ja szedłem. Jakaś ławka zagrała Etiudę rewolucyjną, przechodziłem obok IFK, żeby ostatecznie skojarzyć, że tu widywałem kojarzoną na koncercie dziewczynę. Co jakiś czas grajek, tej nocy wszyscy mieli dęte, jakieś trąby, oboje, głównie zawodzili, ale chyba to lepsze niż etiuda w takiej chwili. Naprawdę musiałem być na tym spacerze ładny, średnio wpasowany w krajobraz, bo niby ładny, ale sam, czyli trochę jak z filmu, nadużywane słowo melancholia, idzie przez miasto roześmianych ludzi, wręcz powinienem myśleć damn you Siostra. Na moście Gdańskim oczywiście fotograf i kilkanaście dziewcząt w kolorowych krawatach, w miarę szybko 503 ze Starzyńskiego i bez problemu spanie do niedzieli.

Tam rower, przed burzą jeszcze, Katowice dały znać, że je zlało, ja widziałem na horyzoncie ryzyko, ale się udało. I zgrabne przygotowania do poniedziałku, pakowanie obiadu i kanapek, wtem - domofon. Bazyl pyta, czy nie zejdę na moment, zejdę jak się ubiorę i proszę, proszę! Dostałem torbę! Że mnie życie nie rozpieszcza, to niech mam, bo oni toreb nie noszą. I to nie byle jaką tą torbę, ma multum przegródek, z suwakami albo rzepami, można wrzucić na wierzchu w miarę Lampę do autobusu, a głębiej schować pożyczonego tak dawno temu, że nie wiem ile lat Ulissesa, walka trwa.

Co później to już jest, a przed godziną mlask, mlask i do dupy z tym spaniem i tylko wrzuciłem do systemu nagłówek, że będzie treść, którą skomponowałem teraz, żeby się data zgadzała majowa do wydarzeń majowych. Fajnego czerwca!

czwartek, 20 maja 2010

We only come out at night

Trochę mam tego dosyć, to jest wybitnie bezproduktywnych godzin nocnych, które wynikają z jakiegoś zgaszonego światła. Spać, spać, tak trzeba, wiesz, przecież nie pracujesz już od siódmej trzydzieści, zaczynasz całą godzinę później i ten buspas na Modlińskiej też prawie działa, no to posiedź dłużej. I tak siostra pisze pracę jakąś, a widziałem nawet przymiarki do magisterskiej - coś o chrześcijaństwie, Bogu, JP2, tylko nie wiem, w odniesieniu do czego. Dobry Boże! Chciałem się odnieść do tej nocy, kolejnej takiej, że nie śpię, z pytaniem o to właśnie, dlaczego ja nie śpię? Wiem dlaczego ja do magisterskiej się nie przymierzam żadnej, to ciekawe nawet, mógłbym teraz bronić coś o dzieciach, albo za rok coś o Amarillu, albo trochę na mniejszą skalę o chmurach w internecie.

Znowu mi się nic nie śni, znaczy nie pamiętam. Motor opowiadał o rzece płynącej korytem Armii Ludowej i byłej kobiecie, no to okej, w weekend też śniła mi się bardzo była kobieta, dochodziło do jakiejś nadrabianej konsumpcji, zupełnie niesatysfakcjonującej. To już drugi, ba, trzeci raz, oczywiście takie sny pamiętam, tylko poprzednio miały inne bohaterki i nieco mniej inwazyjny charakter, no ale wywoływały to samo wuteef. Mniejsza, mniejsza.

O dziesiątej trzydzieści jest najważniejsze zebranie tygodnia, właśnie się zastanawiam, czy instytucja dnia wolnego na żądanie nie została aby stworzona właśnie dla dnia dzisiejszego. Tylko to głupio tak, co to znaczy, żeby uwalać sobie z urlopowych przez niewyspanie, co to, pierwszy raz? Bo w mózgu ryje się sprzeciw na wstawanie i potępieńcze godziny porannego otępienia? Weź mniej tych pytajników. Tragedia, fatum, fatum jest takie bardziej negatywne niż los, dzisiaj nawet godzinna podróż do pracy mnie nie rozbudziła, a niby kimałem z siedem, siódma piętnaście, nie kupuję jogurtów ale chyba zawsze to z rana myślę. Niespecjalnie mi się to podobało, znaczy i tak i nie, ale ta puszka Pandory to ideał, Dobry Boże, w odniesieniu do moich poranków, kiedy cała ludzkość staje przeciw mnie, a ja raczę ją w myślach tymi charakterystycznymi dla Zespołu Tourreta kwestiami.

Nie żeby godziny z zapalonym nocą światłem miały być bardziej produktywne, tak sobie skaczę wzrokiem po tekście. A w ogóle wiesz jaki tu jest pomysł, jaka myśl? Czwartek, zebranie, ale ja będę miękkim trupem tam, nic nie zanotuję, więc kultywuję tradycję kilka godzin wcześniej. Chyba byłem pierwszy raz w tym roku na koncercie i to nie byli Kim Nowak, choć rozważałem po wczorajszym liniku na fejsie. Przynajmniej mogłem z rana w robocie puszczać wszystkim zainteresowanym twarz szczura, jaszczura, moja twaszczura i robili aha, no tak. Ale w sobotę zgodnie z obietnicą zgłosił się do mnie Głaz, czy sprawdzamy w łazienkach otwarcie sezonu z Szopenem (Chopinem znaczy się). Jasne, bo przecież jeśli jest wybór, iść, albo nie iść, to trzeba iść, z kimś. Do teatru jeszcze nikogo nie mam, nie zapowiada się. W każdym razie prawie się nie spóźniliśmy i prawie ubraliśmy się stosownie do pogody, brakło tak z jednej warstwy włókien - dzięki Ci o rzymski Aresie za tę wiosnę. Mars, Wulkan? Podobno to jego sprawka. Diabelskie akordeony brzmią lepiej, kiedy jest ich mniej niż trzy, albo kiedy ten trzeci dudni i bębni zamiast świszczeć, a ponieważ z Szopena (Chopina znaczy się) kojarzę na pewno jedynie Etiudę rewolucyjną, to ciężko mi powiedzieć, jak w rocznicowych okolicznościach wypadła reszta orkiestry. Podobno coś tam grali z wątkami, a ogólnie to nawet fajnie. W telefonie notatki – na górskiej drodze pomiędzy odcinkami, oklaski jak deszcz.

Skończyli, to poszliśmy na Syrenkę, gdzie grał Dżem i najgorsze jest to moje rozczarowanie, że może lepiej nie iść na Myslo (i Pustki?) i w ogóle nie iść, nie jechać na offa, chodzić czasem na konkretne koncerty – to trzeba było iść na Waglewskich, a nie oglądać te psychologiczne thrillery dzisiaj. No bo wpadliśmy w trakcie koncertu i stopniowo uzmysławiałem sobie trzy rzeczy. Że jestem trzeźwy i jak prawie nigdy w życiu była to myśl smutna. Że jestem zażenowany jakimś typem w arafatce i marynarce z kapturem, który wywołuje Dżem na jakąś jołową modłę (miła myśl to Hail hail rock ’n’ roll z fejsa), jak to, coś nie tak. I ludzie z browarami, okej, pijcie, ale jakiś bolesny brak zaangażowania w koncert, koncert też mało chyba zaangażowany, my z Głazem drętwi w błocie, żadnych prześcieradeł z nazwą zespołu wśród publiki, żadnych ryśkowych kapeluszy i ożywienie tylko kiedy lecą hity radiowe. Ja się nie oszukuję, że jakiś jestem lepszy, bo ja tych lunatyków nawet za bardzo nie kojarzę, pierwsza płyta i pękające niebo.

Kilka dni wcześniej zignorowaliśmy fakt, że przed Dżemem gra Perfekt, a to mogło nas jakoś naprowadzić na klimat i atmosferę. Zresztą ogólnie dziwne rzeczy na tegorocznych Juwenaliach, zestawienia znaczy się.

Pamiętnik zeszytowy trochę zdycha, trochę boleje, trochę czeka i uśmiecha się niepewnie, a klawiatura szybsza i zgrabniejsza niż długopis, to jest stawia czytelniejsze litery.

Jak ma nie wzdychać do mnie, jeśli pracuję w oszukanych godzinach nocnych, weźmy ten poniedziałek do pierwszej. Nie obraziłem się na taką pracę, mam być, jestem i czytam sobie, są postępy w Ulissesie, choć jeszcze nie dotarłem tak daleko, jak dwa lata temu. Ale jest lepiej, są pewne chwile zrozumienia. Deszcz z Marsa lekko siąpił, szedłem Polną do placu Politechniki, później do Emilii Plater, jest nocą bardzo ładna. O pierwszej piętnaście odjeżdżają z Centralnego wszystkie autobusy, jakoś mi się o tym zapomniało. Tak, to znaczy, że spokojnie patrzyłem, jak odjeżdżają i jeszcze nie zorientowałem się, że wszystkie na raz i mój też, kiedy przechodziłem pod Mariottem. A że nie lubię czekać, to ruszyłem do mostu Świętokrzyskiego, oceniając, że jakiś tam złapię z tych, które ruszą stąd za pół godziny i złapałem i nie działo się w nim nic ciekawego zupełnie, a ta trzecia rzecz z soboty to był brak ładnych obiektów, zapomniałem aż z zażenowania.